Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 sierpnia 2018

Król bez korony, magia bez ciała: Wyczarowanie światła, Victoria Schwab



„Miejsce króla jest z jego ludem.

Miejsce księcia jest z jego królem.”


Seria: Odcienie Magii 
Tytuł: Wyczarowanie światła
Autor: Victoria E. Schwab
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Ilość stron: 554
Ocena: 10/10
Opis: Ciemność przypuszcza atak na kolejny ze światów, tym razem ten najjaśniejszy z nich – pulsujący od magii Czerwony Londyn, szczęśliwe królestwo rządzone przez wspaniałych Mareshów, niszcząc i tak delikatną równowagę sił, która dotąd istniała w czterech Londynach.
Po tragedii Kell – uważany za ostatniego żyjącego antariego – musi dokonać licznych wyborów i podjąć ważne decyzje: komu pomagać, wobec kogo zachować lojalność, przed kim się ugiąć. Lila Bard – do niedawna uważana za zwyczajną (choć nigdy przeciętną) dziewczynę z Szarego Londynu – przetrwała i rozkwitła dzięki serii magicznych prób. Teraz jednak musi nauczyć się kontrolować świeżo odkryte zdolności – zanim magia całkowicie ją przytłoczy.
Starożytny wróg powraca i wyciąga ręce po kwitnące miasto, a upadły bohater stara się ocalić własne, z pozoru martwe królestwo. Zhańbiony kapitan Alucard Emery z „Nocnej Iglicy” musi więc zebrać załogę i wyruszyć na poszukiwanie ratunku, który wydaje się niemożliwy. Rozpoczyna się walka nie tylko z zewnętrznym nieprzyjacielem, lecz także z własnym, opętanym ludem…

„Kroczył w lśniącym złocie, a oni i tak go nie zauważali. Wołał do nich, ale mu nie odpowiadali.”


Drugi raz zbieram się do tej recenzji. Straszne jest to, że jak jakaś książka spodoba mi się aż tak mocno, ciężko mi poskładać recenzję. „Odcienie magii” zaczęły wreszcie podbijać Instagrama! Po trzech latach moich zachwytów, wreszcie czuję, że ta seria została doceniona! Zrecenzowanie „Wyczarowania światła” jest o tyle problematyczne, że podczas czytania zupełnie mnie zżarło, doszedł do tego zachwyt i... No wiem, że to było dobre! Diabelnie dobre! Tylko teraz muszę się skupić i złożyć coś więcej.

„Mit bez głosu jest jak dmuchawiec bez wiatru.Nie jest w stanie rozsiewać nasion.”


Dawno nie czytałam serii, do której tak się przywiązałam. „Odcienie Magii” zaczęłam z ciekawości, bo lubię fantastykę osadzoną w Londynie, nie spodziewałam się, że staną się najlepszą serią ostatnich kilku lat. Ostatnio czytam sporo dobrego, to prawda, nie mogę tym książkom odmówić najwyższych ocen, ale to „Wyczarowanie światła” powaliło mnie na kolana. Nie spodziewałam się tego do czasu, aż skończyłam ten tom. Nagle okazało się, że to prawie 700 stron nie wystarczy, potrzeba mi więcej! WIĘCEJ! Dawno nie czytałam fanfików do niedawno przeczytanych książek – tak naprawdę do tej pory czytałam jedynie o Malecu i „Yuri on Ice”. Tym razem po prostu musiałam znaleźć coś więcej, za bardzo brakowało mi tego świata i ukochanych postaci.

„Minęło tak dużo czasu, odkąd Rhyowi odebrano prawo patrzenia Alucardowi w twarz.”


Ostatni tom magicznej, międzywymiarowej trylogii Victorii Schwab jest jej ukoronowaniem. Po genialnym, zabójczym „Zgromadzeniu cieni” byłam martwa w środku, rozpoczynając „Wyczarowanie światła” dowiedziałam się, że jeszcze da się mnie dobić. Na początku miałam problemy z czytaniem, nie chciałam, żeby to już się kończyło. Przecież dopiero co poznałam i pokochałam ten świat, a już miałam się z nim żegnać. Kell, Rhy i Alucard na zawsze zajęli specjalne miejsce w moim sercu, nie mogłabym ich zostawić! Jednak ta ostatnia podróż była po prostu świetna!
Fabuła zaczyna się dokładnie w tym momencie, w którym skończyła się w poprzednim tomie. Czyli jest po prostu dramat, apokalipsa, koniec świata, wszyscy umieramy! Ten początek mnie rozbił, poskładał, znowu zniszczył i uratował. Po opanowaniu mojego osobistego dramatu – Kella i Rhy'a – zaczynamy prawdziwą imprezę. Osaron przedostaje się do Czerwonego Londynu, który chce przejąć za pomocą swojej mrocznej magii. Rodzina królewska wraz z uczestnikami balu, w tym przedstawicielami pozostałych państw musi schronić się w zamku, za czarami ochronnymi. Co z tego wynika? A no dramy i intrygi. Tym czasem w mieście szaleje magia, która zmienia ludzi w sługów mrocznego króla. Niektórzy walczą, umierają lub uodparniają się, ale zaraza się rozprzestrzenia i nie można dopuścić, żeby wydostała się poza granice Londynu. Wszyscy poszukują rozwiązań, lecz zniszczenie Osarona wydaje się niemożliwe. Nadzieją okazuje się dawno zapomniane urządzenie, którego jedyny niezniszczony egzemplarz znajduje się na legendarnym, morskim targowisku.
„Wyczarowanie światła” jest niezłym grubasem, a mimo to w żadnym momencie nie nudzi. Z każdej strony wyskakują nowe zagrożenia i przygody. Połączenie książąt, magii i piratów zawiera w sobie wszystko, co najlepsze. Nigdy do końca nie wiadomo, kto zdradzi, kto okaże się sojusznikiem. Victoria Schwab świetnie radzi sobie w ukrywaniu faktów, podkładaniu fałszywych tropów i zaskakiwaniu czytelnika. Naprawdę spodobały mi się jej rozwiązania fabularne. Jasne, jest tu wiele schematów typowych dla fantastyki, ale one są wszędzie, ważne jest ich umiejętne i kreatywne wykorzystanie. Każdy szczegół ma znaczenie i konsekwencje. Były takie momenty, kiedy w główny wątek ładnie wplatały się poboczne historie, świetnie było wiadomo do czego teraz jest odwołanie, ale nie wybijało to z rytmu. Do tego pojawiły się wspomnienia Hollanda, dzięki którym można lepiej poznać historię Białego Londynu i motywacje białego antariego. Ta książka jest jak dobrze pokierowana orkiestra, wszystko idealnie gra, każdy szczegół pojawia się w idealnym momencie. Naprawdę, ostatnio czytałam wiele dobrych książek, ale przy żadnej nie miałam takiego poczucia harmonii. Mam pewien niedosyt, ale to tylko przez to, że tak pokochałam „Odcienie magii”!
Postaciami też jestem zachwycona. Zdarzyło mi się stwierdzić, że Schwab wywołując konflikt na linii Kell – Maxim i Emira zrobiła mi równocześnie wyjątkowo dobrze i źle. Nigdy jeszcze żadna książka nie wzbudziła we mnie takiego poczucia niesprawiedliwości! Dopóki nie jest to sprawa realna, naprawdę lubię takie rzeczy. Jasne, życzę Kellowi jak najlepiej, ale bez tej dramy nie byłby dla mnie aż tak ważny. Sama też lubię wywoływać takie sytuacje w fanfikach lub o nich czytać – mam takie małe zboczenie, że kocham bawić się emocjami, a tutaj bawiłam się świetnie. Szanuję autorów, którzy potrafią wywoływać we mnie emocje tak realne, że czuję, że to dotyczy mnie. W tym tomie para królewska dostała trochę więcej miejsca, a przy tym okazję na rehabilitację. Idealnie nie było, miałabym im wiele do wygarnięcia, ale ciężko mi się na nich złościć. Tak naprawdę zapragnęłam poznać ich historię – oby te komiksy o Maximie nie kosztowały milionów! Kell nadal mnie zachwyca tak, jak w pierwszym tomie – zaszło w nim wiele zmian, ale czuję, że to nadal ten sam człowiek, że znam go. Jest bardzo naturalny. Do Lili nie byłam jakoś pozytywnie nastawiona. To taka postać, która może być, ale nigdy jakoś mnie nie jarała, miałam wrażenie, że wszystko przychodzi jej zbyt łatwo, oczywistym było, że okaże się antarim. Równie prosty do wydedukowania był jej związek z Kellem. Tylko, że w tym tomie nawet lubiłam czytać jej rozdziały. Nadal szło jej zbyt dobrze, ale autorka obnażyła trochę jej słabości, a sama Delilah została trochę wyciszona przez obecność Kella, Alucarda i Hollanda. Ciężko mi ukryć, że najbardziej pokochałam Rhya i Alucarda. Oni dwaj są dla mnie po prostu piękni! Młody książę teoretycznie miał wszystko, jest tego świadom, ale nie jest wolny od żadnych obciążeń. Podoba mi się, że Schwab przełamuje tą idealną otoczkę życia arystokraty. Przypomina, że idealne życie wymaga też bycia idealnym, a przecież nikt taki nie jest, dotyczy to zarówno Rhy'a jak i Alucarda. Książę i tak nie uchronił się przed mrokiem, ale jest wobec siebie bardzo wymagający. Wie, że jego status to również wiele obowiązków. Czuje się tak odpowiedzialny za swój lud, że jest gotowy wyjść na spotkanie Osaronowi – nawet jeśli nie ma szans z mrokiem. Mogę wymienić kilkoro książkowych książąt, których kocham, ale jako jedyny Rhy ma tak wielkie poczucie obowiązku. On jest po prostu zbyt dobry dla tego świata. Z drugiej strony jest Alucard, pewien siebie, dowcipny, magicznie uzdolniony arystokrata/pirat. Jego też nie mogę nie kochać, ma piękny charakter i skomplikowaną przeszłość – w stu procentach mój typ! Uwielbiam jego relację z Kellem, te wszystkie docinki i drobne złośliwości. Cieszę się, że została przedstawiona historia Emery'ego i autorka nie potraktowała tego wątku po macoszemu. Z poprzednich części można wywnioskować, że związki męsko  męskie nie są czymś wyjątkowym w Arnes, jednak nie jest do końca tak kolorowo. Oczywiście pojawiło się wiele innych postaci, które zasługują na uwagę, był Holland, który w tym tomie bardzo mnie zaskoczył, kochani Hastra i Lenos, ale zaraz okaże się, że potrzeba na to oddzielnego postu. Jeszcze chcę dodać, że bardzo mi się spodobała perspektywa Emiry. Do tej pory królowa była jedynie kochającą matką Rhy'a, ale autorka postanowiła pokazać to od zupełnie innej strony. Taki mały aspekt, a cieszy, kiedy społeczeństwo stara się wmówić, że macierzyństwo to samo szczęście i najlepsze, co się może kobiecie trafić.
Gdzieś spotkałam się ze stwierdzeniem, że „Odcienie magii” to jedna z lepszych serii fantasy ostatnich kilku lat. Nie mogę się nie zgodzić! Autorka znalazła balans między wszystkimi ważnymi aspektami tego gatunku, dba o czytelnika i jego czas, tworzy coś niezwykłego. Ten świat jest piękny, ta historia podbiła moje serce. Pomysł na magiczne wymiary i system magiczny okazał się naprawdę dobry. Fabuła i postacie zostały dopracowane w każdym calu. Naprawdę nie chcę się rozstawać z Kellem, Rhyem i Alucardem. Pocieszam się, że za jakiś czas mamy dostać kolejne książki osadzone w tym świecie. Jeżeli jesteście fanami fantastyki albo poszukujecie czegoś do zapoznania się z tym gatunkiem, ta seria jest warta przeczytania!

„I wtedy, w końcu, wdech zrobił świat.”

1

poniedziałek, 10 lipca 2017

Zgromadzenie cieni, Victoria E. Schwab

Seria: Odcienie Magii 
Tytuł: Zgromadzenie Cieni 
Autor: Victoria E. Schwab
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Ilość stron: 554
Ocena: 8/10
Opis:  Upłynęły cztery miesiące, odkąd w ręce Kella wpadł czarny kamień. Cztery miesiące, odkąd przecięły się ścieżki antariego i dziewczyny z Szarego Londynu, Delilah Bard. Cztery miesiące, odkąd książę Rhy został ranny, Kell i Lila pokonali rządzące Białym Londynem bliźniaki Dane, a kamień wraz z umierającym Hollandem wrzucili w otchłań Londynu Czarnego.
Pod wieloma względami sytuacja prawie wróciła do normalności, chociaż... Rhy spoważniał, a Kella dręczą wyrzuty sumienia. Antari nie przemyca już przedmiotów między światami – jest nerwowy, nawiedzany przez sny z udziałem złowieszczej magii, skupiony na myślach o Lili, która zniknęła mu z oczu w porcie, tak jak zawsze tego pragnęła.
Tymczasem w Czerwonym Londynie trwają przygotowania do Igrzysk Żywiołów, spektakularnego i kosztownego międzynarodowego turnieju – mającego na celu rozrywkę i zachowanie dobrych stosunków z sąsiednimi mocarstwami. Na zawody przybędzie wielu gości, a wśród nich starzy przyjaciele na pewnym statku pirackim. 
Jednakże, podczas gdy wszyscy w Czerwonym Londynie skupiają się na czekających ich emocjach sportowych i towarzyszących igrzyskom przyjęciach, w innym Londynie rozkwita życie, a ci, którzy mieli rzekomo odejść na zawsze, powracają. Jak cień, który znika w nocy, lecz pojawia się znów kolejnego dnia, tak odżywać zdaje się Czarny Londyn. Tyle że magia wymaga równowagi, więc by odrodził się Czarny Londyn, inne miasto musi upaść...


„Moje życie jest jego życiem. Jego życie jest moim.”



Hello darkness my old friend! Nawiązując do treści tej książki to nawet bardzo trafne powitanie. Kiedy kilka miesięcy temu skończyłam czytać „Mroczniejszy odcień magii”, błagałam o kontynuację, bo Victoria E. Schwab stworzyła tak niesamowity świat i genialne postacie, że potrzebowałam ich więcej. To było zbyt dobre, żeby pozostać na jednej książce. Wiadomość o premierze „Zgromadzenia cieni” spadła na mnie niecały miesiąc przed premierą, a ja bez myślenia, czy starczy mi na chleb, zamówiłam swój egzemplarz. Teraz żałuję, że od razu to kupiłam i równie szybko zaczęłam czytać, bo czekanie na „A conjuring of light” po polsku będzie jeszcze gorsze! Pierwszy tom przynajmniej nie kończył się takim cliffhangerem! Rany, ludzie, ja polecam tą serię z całego serca, ale dla własnego dobra może poczekacie na wydanie trzeciej części? Chyba, że lubicie się dręczyć, tak, jak ja. 
Powracamy do Arnes, minęły cztery miesiące od Czarnej Nocy. Po zakończeniu „Mroczniejszego odcienia magii” można było uznać, że wszystko skończyło się tak dobrze, jak się dało, świat powinien wrócić do normy. Kell i Rhy oczywiście muszą sobie poradzić z nową sytuacją, nauczyć się żyć z powstałą między nimi więzią. Każdy ma na to swój własny sposób i obaj reagują inaczej. Widać, że się zmienili po przejściach związanych z minionymi wydarzeniami, książę nie jest już taki beztroski, a antari jest bardziej niespokojny, lud zaczął go postrzegać jako winowajcę całej tragedii. Poza tym wszystko wydaje się być w porządku, świat wrócił do równowagi, mroczna magia zniknęła, teraz uwagę wszystkich mieszkańców Arnes przyciąga Essen Tasch, Igrzyska Żywiołów. Czas prychnąć i wrzasnąć „WCALE NIC NIE JEST W PORZĄDKU!” czy jeszcze nie? Bo tak trochę bardzo ucierpiałam. Nie narzekam, bo bardzo lubię cierpieć z powodu książek, to dla mnie najlepszy dowód na to, że czytam coś dobrego. Jednak zanim o tym, trzeba jeszcze o tamtym. 
Tym razem nie ma wielkiej gonitwy przez Londyny, większość akcji skupia się w Arnes, czy to na morzu czy w Londynie, ale nie oznacza to, że zrobiło się nudniej. Wielki turniej mistrzów magii z trzech imperiów nie może być nudny! Autorka po części robi to, czego brakowało mi w pierwszej części – przedstawia szerzej jeden ze światów! Reszta, poza znanym nam Szarym Londynem, jest odsunięta na bok, choć niecałkowicie, ale jestem w stanie to wybaczyć. Pojawił się nawet Czarny Londyn, którego zabrakło mi w „Mroczniejszym odcieniu magii”. Pojawiają się nowe imperia, dostajemy większe pojęcie o tym, jak funkcjonuje „Czerwony” świat. No i Essen Tasch! Magiczne igrzyska i turnieje również należą do moich ulubionych motywów, mam sentyment do 4 tomu Pottera właśnie przez Turniej Trójmagiczny. Tam mieli smoki, ale szczerze powiem, że mogą się schować przy Igrzyskach Żywiołów. Może to trochę wina Rhya, bo urządził je w takim stylu, że zakochałam się zanim się zaczęły. Sprytne połączenie balu maskowego i walk na arenie, miałam skojarzenia z „Legendą Korry” i meczami między magami. No i nie zapomnijmy o tym, że w obliczu takiej okazji nasi bohaterowie musieli nagiąć trochę zasad, złamać prawo i pobawić się w ryzykanctwo. W sumie nie wyobrażam sobie, żeby KellRhy i Lila zrobili cokolwiek innego, chociaż przyznam, że Rhy mnie w tym najbardziej rozczulił, a Lila za to zirytowała. Same starcia na Igrzyskach nie są główną osią fabuły, ale dookoła całego wydarzenia ta książka się kręci, napędzają akcję, doprowadzają naszych bohaterów w odpowiednie miejsca, Essen Tasch pociągają za sznurki przez prawie całą opowieść. Momentami czułam się jakbym sama siedziała na trybunach albo na arenie. 
Victoria E. Schwab już dała mi się poznać jako bardzo cwana bestia. Tworzy coś, czego jeszcze nie widziałam, ale to „coś” buduje na znajomych mi elementach. Łączy je równie zręcznie, jak magowie swoje żywioły podczas Igrzysk, a to, co powstaje mogę porównać tylko do idealnie upieczonego brownie. Jest jeszcze lepsza w tworzeniu bohaterów, a w tym tomie dostałam pięknie opakowany prezent o dźwięcznym nazwisku Alucard Emery (w pakiecie z kotem, jeszcze lepiej)! DZIĘKUJĘ! Potrzebowałam go! Kell może mnie za to spalić na stosie, ale kocham Alucarda! Ciekawi jaki problem ma z nim Kell? Nie powiem, ale wynikają przez to przezabawne sytuacje, szczególnie jak już wszyscy razem się spotykają. Co do Lili powiem tyle, że tym razem podziałała mi trochę na nerwy kosmicznie głupim ryzykanctwem. Wiem, że z nią nie dało się inaczej, ale mogłaby chociaż zauważyć, że tym razem przegina i trochę się zastanowić! Kurde, jego mać! Miałam ochotę wylać jej na łeb wiadro zimnej wody. Kella i Rhy jestem w stanie zrozumieć, bo mają więcej doświadczenia, ale Lila, głupia klucho! JESTEŚ W TYM ŚWIECIE OD CZTERECH MIESIĘCY, MOGŁABYŚ NAJPIERW LEPIEJ SIĘ PODSZKOLIĆ, A POTEM ROBIĆ TAKIE GŁUPOTY! Mogłaby się okazać nawet cholernym antari, ale w tak krótkim czasie nie ma dość doświadczenia, żeby tak narazić swoje cztery litery z powodu wielkiego mniemania o sobie. Za to Rhy i Kell byli dla mnie dwiema cynamonowymi bułeczkami, chociaż Kell to powinien dużo wcześniej skończyć z bułowatością i zrobić coś ze swoją sytuacją. W ogóle to Schwab zaserwowała z nimi tyle dram, problemów i kochanych scen, że wysiadłam. Moja miara szczęścia wybuchła, zabili mnie. Dostałam więcej Rhya, umrę szczęśliwa! W pierwszej części już zwariowałam dla tej dwójki. Da się zwariować podwójnie? Bo to mi się właśnie przytrafiło! Do tego jeszcze mistrz Tieren, to kolejny świetny element tej książki. Aven Essen to cholerny śmieszek. Spodziewacie się poważnego kapłana, który spróbuje moralizować tych wyrośniętych przedszkolaków? Powodzenia! Naprawdę bawiło mnie jego nastawienie do sytuacji na Igrzyskach, jeszcze sam się musiał nieźle bawić, nie mówiąc tym cwaniakom wszystkiego. A niech się sami męczą, co on się będzie przejmował? Nie wiem czy to miał element komediowy, dla mnie jednak się nim stał. Od teraz jestem fanką Tierena! 
Dobra, wspominałam już jak świetnie Schwab kreuje postacie, swoje książki, czas na robienie sobie z moich uczuć rozchwianego emocjonalnie ukulele. Nie wiem, co sobie pomyślała tworząc wątek z Maximem i Emirą, ale raczej nie planowała uszczęśliwiania czytelników. Do tych co czytali już „Mroczniejszy odcień magii”: przypomnijcie sobie jak wyglądały relacje Kella z parą królewską wtedy, zmażcie to i przygotujcie się na emocjonalnego kopa. Rany, Maxim mnie tak denerwował w tej części, cholera jasna by go! Muszę o tym napisać, bo nie wytrzymam. Był potwornie niesprawiedliwy wobec Kella, zaczął go traktować jak cholerne trofeum na pokaz i jeszcze próbował się tłumaczyć, żeby nie wyjść na złego. Emira wcale nie była lepsza, a pod koniec to nawet zrobiła się gorsza. Nie no, świetni rodzice. Po prostu nie cierpię faworyzowania jednego z rodzeństwa, nawet jeśli jest następcą tronu! Poza tym zupełnie nie rozumiem jak mogli się tak zachowywać po tych wszystkich latach traktowania Kella jak swojego syna. Do diabła z wami, ludzie! To przez was ten cliffhanger! 
Co poza tym? Nie powiem, ale poza Czerwonym Londynem dzieją się dziwne rzeczy i JA WIEDZIAŁAM, ŻE ONA TO ZROBI! (Co? Nie, nie powiem.) Czuję się jak jakieś medium. Poza tym jestem ciekawa jak ten wątek się dalej potoczy. Magia w najgorszym wydaniu podnosi łeb, a ja jestem bez kontynuacji. To straszne, bo ta książka mnie po prostu zżarła, jak ją skończyłam, sama nie rozumiałam co się właśnie stało, czemu nie ma nic dalej. Jak w transie. Nie wiem, były denerwujące elementy (Lila cepie!), miałam ochotę czasem tym rzucić (dzięks, Maxim!) i w ogóle czasami miałam ochotę niektórych mocno trzasnąć w pysk, ale większość tych rzeczy była zamierzona i dlatego uważam „Zgromadzenie cieni” za jeszcze lepsze niż „Mroczniejszy odcień magii”. Poza tym rzeczy, które działy się w innych Londynach wyglądają jak dobry grunt pod „A conjuring of light” i nie mogę się doczekać, co z tego wyniknie. Tak dosłownie. NIE MOGĘ CZEKAĆ! Umrę, a martwe buły wcale już nie są takie fajne. Ach, no i na okładce trzeciego tomu jest Rhy, potrzebuję trzeciego pokemona do kolekcji, a to jest mój ulubiony. W „Zgromadzeniu cieni” wszystko jest idealnie na swoim miejscu, poza Lilą. Magia potrzebuje równowagi, tak jak i granie na emocjach. Dostałam idealną ilość dramy, słodkości i wszelkich odczuć związanych z Igrzyskami Żywiołów. Tym razem nie miałam wrażenia zbytniego rozwlekania, za to znowu czułam się, jakbym była w sercu wydarzeń. Nigdy nie czytałam czegoś podobnego do „Odcieni Magii”, a to też ogromna zaleta, bo chociaż motywy są znajome, to w takim połączeniu tworzą coś zaskakującego. Polecam! Czytajcie! Tylko uważajcie, bo zostaniecie pochłonięci jak Czarny Londyn! 
Ps. Ujemne punkty tylko za Lilę, bo przez pół książki się na nią denerwowałam, chociaż do złych postaci nie należy. 

8

wtorek, 27 czerwca 2017

Mroczniejszy odcień magii, Victoria E. Schwab

Seria: Odcienie Magii
Tytuł: Mroczniejszy odcień magii
Autor: Victoria E. Schwab
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 407
Ocena: 8/10
Opis: Witajcie w Szarym Londynie – brudnym i nudnym, pozbawionym magii, rządzonym przez szalonego króla Jerzego III. Istnieje też Czerwony Londyn, w którym w równej mierze szanuje się życie i magię, oraz Biały, miasto wycieńczone wojnami o magię. A niegdyś, dawno temu, istniał jeszcze Czarny Londyn... Teraz jednak nikt o nim nawet nie wspomina.
Oficjalnie, Kell jest podróżnikiem z Czerwonego Londynu – jednym z ostatnich magów, którzy potrafią przemieszczać się pomiędzy światami – i działa jako posłaniec między Londynami i ambasador Czerwonego królestwa rodziny Mareshów. Nieoficjalnie, uprawia przemyt – bardzo niebezpieczne hobby, o czym przekonuje się na własnej skórze, kiedy wpada w pułapkę wraz z zakazanym przedmiotem z Czarnego Londynu. Ucieka więc do Szarego, gdzie z kolei naraża się Lili Bard, złodziejce o wielkich aspiracjach. To właśnie z nią Kell wyrusza w podróż do alternatywnej krainy, której stawką jest uratowanie wszystkich światów…

Na rzece, na moście ze szkła, brązu i kamienia...”


Przeczytaj! Będzie fajnie! To będzie dobre! Tak mi mówili, a nikt nie ostrzegał! Nikt! Wiedzą, że kocham spoilery, więc mogli ostrzegać! A ja ostrzegam, że pod koniec będą oznaczone spoilery, bo ta kobieta przegięła! Pobiła na głowę nawet moje najwredniejsze pomysły i plany! Panie i panowie: Victoria E. Schwab, autorka, która wygrywa statuetkę książkowego mordercy roku 2016! A konkurencja wcale nie była łatwa.
Powracamy do londyńskiego fetyszyzmu, nie ma bata. Moje ulubione miasto, mój ulubiony gatunek i do tego przedni pomysł. Przygoda zaczęła się w sierpniu, kiedy ktoś na książkowej grupie polecił mi tą oto panią, a w tym samym momencie moja genialna mame kazała mi wydać punkty do empiku bo akurat kończył się program lojalnościowy. Wynik takiego równania to żadna tajemnica. Kilka dni później w paskudną pogodę leciałam odebrać paczkę z salonu, a i przy tym trafiła się przygoda. Na koniec mi powiedzieli, że jeszcze kilka książek i mnie zamordują. Podchodziłam do tego jak student do nauki, tylko mi serio zawsze coś wypadało. W końcu mogę powiedzieć: Niczego nie żałuję! Niczego, niech to diabli!
Cztery Londyny, pozbawiony magii, magiczny i piękny, walczący o magię i zniszczony przez magię. Szary, Czerwony, Biały i Czarny. Drzwi do tego ostatniego zamknięto wiele lat temu, od tego zaczęła się walka o magię w Białym Londynie. Czerwony Londyn to kraina pełna magii, żywa i w pełni rozkwitu. Jeśli mowa o Szarym to jest nam dobrze znany, Londyn w niedokładnie określonym okresie rewolucji przemysłowej albo trochę wcześniej. Pozbawiony magii, rozwijający się we własny sposób. Łączy je jedynie nazwa i fakt, że leżą nad tą samą rzeką, poza tym to cztery różne światy. Jest też Kell – adoptowany syn rodziny królewskiej z Czerwonego Londynu, ostatni z dwóch antari – magów krwi, którzy jako jedyni są w stanie podróżować między światami. Drugim jest Holland, raczej nieprzyjemny gość, ale to nie do końca jego wina. Poza tym na scenie mamy Rhya – przybranego brata Kella, kochanego przez wszystkich księcia, Lilę – złodziejkę z Szarego Londynu, Athosa i Astrid – bezlitosne bliźnięta władające Białym Londynem oraz kamień – mroczny artefakt z Czarnego Londynu. Dalej mamy gonitwę pomiędzy światami, łamanie praw, których łamać się nie powinno bo będzie bigos i niezłą dramę.
Sam zamysł był na tyle dobry, że nie miałam zbyt dużego dylematu, co chcę czytać. Wykonanie też wypada świetnie, chociaż nie idealnie. Miałam nadzieję na więcej informacji o Czarnym Londynie i magicznej zarazie. Chciałam, żeby ktoś odkrył trochę więcej tajemnic. Może trochę lepiej opisać świat przedstawiony i byłabym w pełni zadowolona. Trochę mi się przeciągało czytanie. Czasem po prostu opisy były zbyt rozwlekłe, ale autorka nadrabia bohaterami, szczególnie Rhy i Kell mnie do siebie przekonali. Na duży plus zasłużyły też sceny walki magów, wgniotły mnie w kanapę i ulubiony kocyk. Nawet nie musiałam się starać z wyobrażaniem sobie tego, jakbym oglądała dobry serial. Pod koniec też opisy przeżyć Kella nie pozwalały mi odłożyć książki ani na chwilę. Spisek sam w sobie był świetnie przemyślany, czasami mamrotałam, że główni bohaterowie zapominają o niektórych fragmentach układanki, a potem one wracały i okazywało się, że to mi coś wypadło z głowy.
Jak już wspominałam, postacie to jedna z mocniejszych stron książki. Rhy, ten ukochany przez wszystkich książę, czasami zachowuje się trochę jak dziecko, robi się zazdrosny o Kella i wpada na głupie pomysły. Trochę zbyt ufny przez co narobił bałaganu. Nie jest zbyt utalentowany jako mag, ale nadrabia całą resztą. To ten uroczy. Kell, czyli początek kłopotów. Trochę zagubiony chłopiec, prowadzący zakazany handel wymienny między światami i od tego zaczyna się ten dramat. Niańka i ukochany brat księcia, najbardziej mnie ruszyły jego powiązania z przybraną rodziną. Słodko – gorzkie, kochają się, ale jednak chłopak czuje, że jest bardziej ich własnością. Na koniec Lila „Nie wiem co tu robię, ale beze mnie to się rozpierdzieli” Bard. Drobna złodziejka z pazurem. Charakterna, goniąca za przygodą, a jej największym marzeniem jest piracki statek... Lubię ją. Cholera, nawet uwielbiam, bo to ani kluchowata klucha ani „Jestem silna, niezależna i wszyscy mnie wielbią”. Poza tym podobało mi się, że podczas przedstawiania postaci, które jakieś znaczenie dla historii miały, autorka naprawdę mi ich przybliżała.
Co muszę przyznać to to, że pani Schwab jak już postanowi podzielić się większą ilością informacji, to wychodzi jej to genialnie. Jak już wspominałam, sceny walki są świetnie napisane. Świętowanie urodzin księcia mnie porwało, było tak magiczne i piękne, że mogłabym prosić o samo opowiadanie tylko o nich (tylko bez dramy, żeby nie psuć sobie zabawy). Zakochałam się w Czerwonym Londynie, w tym jednym świecie nic mi nie brakowało. Szary Londyn był zwyczajnie szary, ale o to chodziło. Za to Biały... Brakowało mi trochę więcej tego czegoś. Wyblakły i przerażający świat trochę za mocno mi się spłaszczył. Potrzeba mi więcej wyjaśnień czemu ten świat skończył właśnie w ten sposób, czemu magia tak tam reagowała i jak konkretnie miało na to wpływ zamknięcie drzwi do Czarnego Londynu. Wiem tyle, że jest źle, a wszystko przez odcięcie się światów od siebie. Na pewno dla fanów miejskiego fantasy i magicznych wymiarów będzie to świetna zabawa. Tylko trochę więcej informacji o świecie przedstawionym i mniej rozpisywania się nad najróżniejszymi różnościami. Jednak nie potrzebowałam aż tyle przypominania, że Lilę ciągnie do przygody czy jak niebezpieczna jest mroczna magia. Tego nie trzeba przypominać w prawie każdej części. Ostatecznie na plus zasługuje piękne wydanie – piękne strony tytułowe każdej części, klimatyczna okładka i śliczny grzbiet. Porno dla książkoholika!
Na koniec SPOILER, SPOILER, SPOILER! CIEKAWYCH ZAPRASZAM NIŻEJ, RESZTA MOŻE SKOŃCZYĆ CZYTAĆ!
Tak, postanowiłam się wyżalić, bo po prostu psychika mi wysiadła. Z jednej strony to na pewno plus dla autorki, ale miałam wrażenie, że chce mnie zamęczyć. Bo nie ma to jak pokochać postać całym sercem, a tu niespodzianka – jaśnie panicz umiera i zmartwychwstaje po kilka razy, a za każdym już naprawdę myśli się, że już po nim. Pani Schwab chyba lubi odwlekać śmierć ile się da, żeby trzymać czytelnika w niepewności. Pod koniec to samo, chociaż druga ofiara już nie przeżyła. (Raczej, bo diabli wiedzą, co będzie w kolejnej części.)

4