Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 listopada 2019

Książęta i magowie: Kandydatka, Rachel E. Carter



Seria: Czarny Mag
Tytuł: Kandydatka
Autor: Rachel E. Carter
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 412
Opis: Dwudziestoletnia Ryiah jest czarną maginią frakcji bojowej, ale nie jest Czarnym Magiem. Jeszcze. Niemal od zawsze pragnęła zdobyć legendarną szatę, jednak tylko tego jednego roku będzie mogła wziąć udział w prestiżowym – i jedynym w swoim rodzaju – turnieju dla magów… Szkoda, że będzie musiała wystąpić przeciwko pewnemu księciu – temu, którego dotąd jeszcze nigdy nie pokonała. Nabór kandydatów wreszcie nadchodzi. Zwycięzca otrzymuje szaty, ale w królestwie czyha coś mrocznego. Wrogie królestwa otaczają ojczyznę Ryiah. Pora zawrzeć sojusz. Niestety dla Ryiah to dopiero początek. Bo największy wróg mieszka w samym pałacu.

„Ponieważ chłopak ze światem u swych stóp tak naprawdę na nic nigdy sobie nie zasłużył.”


Nie jestem dzisiaj zbyt kreatywna. Wstępów nie będzie, zapraszam na recenzję „Kandydatki”.
Trzecia część serii Czarnego Maga opowiada głównie o tym, co działo się zarówno przed, jak i po naborze kandydatów do rady magii. W końcu Darren oświadczył się Ry, jednak ta niedługo po zakończeniu nauki w akademii wyjeżdża na służbę w Ferren’s Keep. Po roku ma na stałe zamieszkać w pałacu jako żona księcia. W tym czasie też stara się jak najlepiej przygotować na nabór kandydatów do starcia o tytuł Czarnego Maga. Równocześnie Jerar stara się przygotować do wojny z Caltothem. W międzyczasie wyjdzie na jaw trochę dworskich intryg, a buntownicy dorzucą się do ogólnego zamieszania.
Główną osią „Kandydatki” jest, oczywiście, relacja Ry i Darrena. Po dwóch poprzednich częściach raczej ciężko spodziewać się czegoś innego. Podtrzymuję moją opinię o pozostałych tomach, to jest taka przyjemna seria, którą można poczytać dla czystego relaksu. Jest wiele oczywistych wątków, postacie zachowują się w dość przewidywalny sposób znany już z niejednej książki o podobnej tematyce, a autorka nie bawi się w ukrywanie swoich zamiarów. To nie ma być superambitna książka z milionem plot twistów. Jednak ta prostota nadal jest mocną stroną tej serii. Przy tym wszystkim, postacie nie zachowują się w sposób głupi, autorka nie traktuje czytelnika, jakby ten nie miał rozumu, a wszystkie wydarzenia są odpowiednio umotywowane.
Mimo całej tej prostoty, ten tom potrafił mnie zaskoczyć. Nie spodziewałam się znaleźć tu jakichś większych dworskich intryg. Wcześniej wszystko wydawało się dość jednoznaczne: kto jest zły, kto dobry (może poza Darrenem), sądziłam, że wiem, czego po kim się spodziewać. W „Kandydatce” autorka powoli zaczynała przełamywać ten schemat. Zresztą udało jej się uśpić moją czujność i na koniec dałam się zaskoczyć. Nawet jeżeli większość tych wątków w końcu dawała przewidzieć jak się zakończą, bardzo przyjemnie się o tym czytało i odkrywało, jak do tego doszło. Pod koniec zostało kilka nierozwiązanych linii fabularnych i nawet nie potrafię stwierdzić, jak się one potoczą. W poprzednich częściach jednak nie było takich zakończeń, więc teraz jeszcze bardziej chciałabym już dorwać czwarty tom. Zaskoczyło mnie też to, że wątek Ry i Darrena nie zdominował tej książki. Jako główna para w serii, która mocno opiera się na romansie, byli bardzo nieinwazyjni. Obyło się bez gorących wyznań miłości co dziesięć stron, umierania z tęsknoty i przydługich opisów pocałunków. Mieli między sobą kilka dram, ale autorka już nie raz udowodniła, że potrafi pisać takie stereotypowe wątki na tyle dobrze, że czytelnik nieświadomie się w nie angażuje i zaczyna je przeżywać.
Nie mogę powiedzieć, że wszystko było idealne. Nie czuję się jakoś mocno związana z konkretnymi postaciami z tej serii. Większość ma swoją rolę do odegrania i tyle. Jednak Ry momentami trochę odbijało. Za bardzo się obrażała w sumie o nic, kręciła nosem na nawiązywanie kontaktów z innymi postaciami poza książętami. Trochę jej charakter rozjechał się z tym, co poznaliśmy w poprzednich częściach. No i popełniła grzech numer jeden w tematyce przeżywania swoich uczuć. Co chwila „rozpadała się na kawałki”. Serio, w Kandydatce miałam wrażenie, że jeszcze raz rzuci tym tekstem i zostanie z niej tylko kupka pyłu jak po pstryknięciu Thanosa. Z drugiej strony muszę pochwalić kreację Darrena i Blayne’a. Pamiętając, jak to było z książętami w „Czerwonej Królowej”, do samego końca nie potrafiłam zaufać żadnemu z nich. Jak jeden mówił „A”, a drugi „B”, stwierdzałam, że coś tu nie gra i zaraz się okaże, że jest na odwrót. Kiedy zaczynali grać inaczej, myślałam, że to kolejna przykrywka i jednak było tak, jak wcześniej. Książęca paranoja, ale w takim dobrym znaczeniu. Spodobało mi się też to, że autorka poświęciła trochę czasu na przedstawienie ich przeszłości i zbudowanie relacji. Dzięki temu obaj nabrali więcej kolorów, bo do tej pory Darren był po prostu mrocznym księciem, który chce dobrze, a Blayne był jego starszym, złym bratem. Teraz nawet mogę ich tak trochę kochać.
Bardzo spodobał mi się też sam nabór kandydatów. Może ten wątek nie zajął wyjątkowo dużo miejsca, jak sugeruje tytuł i opis okładkowy, ale był wyjątkowo dobrze zaplanowany i opisany. Oczywiście autorka skupiła się głównie na magach bojowych, jednak pozostałe dwie frakcje też dostały swoje kilka minut i udało się tam wpleść trochę fabuły. Same bitwy o szatę Czarnego Maga były świetnie napisane. Potrafiły nieźle podnieść ciśnienie i momentami nawet moje przekonanie, że autorka pozwoli Ry wygrać, gdzieś sobie uciekało i nabierałam wątpliwości.
Ostatecznie „Kandydatka” kilka razy mnie zaskoczyła i w tym wypadku nie chodziło o to, z jaką lekkością i przyjemnością się ją czytało. Może styl autorki nie zmienił się jakoś wybitnie, nadal jest prosty, nie ma rozbudowanych opisówi jakichś niesamowitych dialogów, ale zaczęła rozwijać fabułę i bawić się wątkami. Przez to „Kandydatkę” czytało się jeszcze lepiej i naprawdę nie mogę się doczekać ostatniej części! Poza tym, ta seria nadal jest lekka i przyjemna, nie zarzuca milionami wątków ani kilometrowymi opisami. Byłam w stanie ją czytać po przetyraniu mnie na lodowisku, gdzie po takich atrakcjach moje zdolności umysłowe ograniczają się do kreskówek, grania w pokemony i rozważania wad i zalet drzemki. Nie jest to wybitna książka, nie mogę jej dać 10/10, ale ciężko jej odmówić zalet. Czasem każdy potrzebuje takiej czystej, prostej rozrywki.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Uroboros.
1

wtorek, 28 sierpnia 2018

Król bez korony, magia bez ciała: Wyczarowanie światła, Victoria Schwab



„Miejsce króla jest z jego ludem.

Miejsce księcia jest z jego królem.”


Seria: Odcienie Magii 
Tytuł: Wyczarowanie światła
Autor: Victoria E. Schwab
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Ilość stron: 554
Ocena: 10/10
Opis: Ciemność przypuszcza atak na kolejny ze światów, tym razem ten najjaśniejszy z nich – pulsujący od magii Czerwony Londyn, szczęśliwe królestwo rządzone przez wspaniałych Mareshów, niszcząc i tak delikatną równowagę sił, która dotąd istniała w czterech Londynach.
Po tragedii Kell – uważany za ostatniego żyjącego antariego – musi dokonać licznych wyborów i podjąć ważne decyzje: komu pomagać, wobec kogo zachować lojalność, przed kim się ugiąć. Lila Bard – do niedawna uważana za zwyczajną (choć nigdy przeciętną) dziewczynę z Szarego Londynu – przetrwała i rozkwitła dzięki serii magicznych prób. Teraz jednak musi nauczyć się kontrolować świeżo odkryte zdolności – zanim magia całkowicie ją przytłoczy.
Starożytny wróg powraca i wyciąga ręce po kwitnące miasto, a upadły bohater stara się ocalić własne, z pozoru martwe królestwo. Zhańbiony kapitan Alucard Emery z „Nocnej Iglicy” musi więc zebrać załogę i wyruszyć na poszukiwanie ratunku, który wydaje się niemożliwy. Rozpoczyna się walka nie tylko z zewnętrznym nieprzyjacielem, lecz także z własnym, opętanym ludem…

„Kroczył w lśniącym złocie, a oni i tak go nie zauważali. Wołał do nich, ale mu nie odpowiadali.”


Drugi raz zbieram się do tej recenzji. Straszne jest to, że jak jakaś książka spodoba mi się aż tak mocno, ciężko mi poskładać recenzję. „Odcienie magii” zaczęły wreszcie podbijać Instagrama! Po trzech latach moich zachwytów, wreszcie czuję, że ta seria została doceniona! Zrecenzowanie „Wyczarowania światła” jest o tyle problematyczne, że podczas czytania zupełnie mnie zżarło, doszedł do tego zachwyt i... No wiem, że to było dobre! Diabelnie dobre! Tylko teraz muszę się skupić i złożyć coś więcej.

„Mit bez głosu jest jak dmuchawiec bez wiatru.Nie jest w stanie rozsiewać nasion.”


Dawno nie czytałam serii, do której tak się przywiązałam. „Odcienie Magii” zaczęłam z ciekawości, bo lubię fantastykę osadzoną w Londynie, nie spodziewałam się, że staną się najlepszą serią ostatnich kilku lat. Ostatnio czytam sporo dobrego, to prawda, nie mogę tym książkom odmówić najwyższych ocen, ale to „Wyczarowanie światła” powaliło mnie na kolana. Nie spodziewałam się tego do czasu, aż skończyłam ten tom. Nagle okazało się, że to prawie 700 stron nie wystarczy, potrzeba mi więcej! WIĘCEJ! Dawno nie czytałam fanfików do niedawno przeczytanych książek – tak naprawdę do tej pory czytałam jedynie o Malecu i „Yuri on Ice”. Tym razem po prostu musiałam znaleźć coś więcej, za bardzo brakowało mi tego świata i ukochanych postaci.

„Minęło tak dużo czasu, odkąd Rhyowi odebrano prawo patrzenia Alucardowi w twarz.”


Ostatni tom magicznej, międzywymiarowej trylogii Victorii Schwab jest jej ukoronowaniem. Po genialnym, zabójczym „Zgromadzeniu cieni” byłam martwa w środku, rozpoczynając „Wyczarowanie światła” dowiedziałam się, że jeszcze da się mnie dobić. Na początku miałam problemy z czytaniem, nie chciałam, żeby to już się kończyło. Przecież dopiero co poznałam i pokochałam ten świat, a już miałam się z nim żegnać. Kell, Rhy i Alucard na zawsze zajęli specjalne miejsce w moim sercu, nie mogłabym ich zostawić! Jednak ta ostatnia podróż była po prostu świetna!
Fabuła zaczyna się dokładnie w tym momencie, w którym skończyła się w poprzednim tomie. Czyli jest po prostu dramat, apokalipsa, koniec świata, wszyscy umieramy! Ten początek mnie rozbił, poskładał, znowu zniszczył i uratował. Po opanowaniu mojego osobistego dramatu – Kella i Rhy'a – zaczynamy prawdziwą imprezę. Osaron przedostaje się do Czerwonego Londynu, który chce przejąć za pomocą swojej mrocznej magii. Rodzina królewska wraz z uczestnikami balu, w tym przedstawicielami pozostałych państw musi schronić się w zamku, za czarami ochronnymi. Co z tego wynika? A no dramy i intrygi. Tym czasem w mieście szaleje magia, która zmienia ludzi w sługów mrocznego króla. Niektórzy walczą, umierają lub uodparniają się, ale zaraza się rozprzestrzenia i nie można dopuścić, żeby wydostała się poza granice Londynu. Wszyscy poszukują rozwiązań, lecz zniszczenie Osarona wydaje się niemożliwe. Nadzieją okazuje się dawno zapomniane urządzenie, którego jedyny niezniszczony egzemplarz znajduje się na legendarnym, morskim targowisku.
„Wyczarowanie światła” jest niezłym grubasem, a mimo to w żadnym momencie nie nudzi. Z każdej strony wyskakują nowe zagrożenia i przygody. Połączenie książąt, magii i piratów zawiera w sobie wszystko, co najlepsze. Nigdy do końca nie wiadomo, kto zdradzi, kto okaże się sojusznikiem. Victoria Schwab świetnie radzi sobie w ukrywaniu faktów, podkładaniu fałszywych tropów i zaskakiwaniu czytelnika. Naprawdę spodobały mi się jej rozwiązania fabularne. Jasne, jest tu wiele schematów typowych dla fantastyki, ale one są wszędzie, ważne jest ich umiejętne i kreatywne wykorzystanie. Każdy szczegół ma znaczenie i konsekwencje. Były takie momenty, kiedy w główny wątek ładnie wplatały się poboczne historie, świetnie było wiadomo do czego teraz jest odwołanie, ale nie wybijało to z rytmu. Do tego pojawiły się wspomnienia Hollanda, dzięki którym można lepiej poznać historię Białego Londynu i motywacje białego antariego. Ta książka jest jak dobrze pokierowana orkiestra, wszystko idealnie gra, każdy szczegół pojawia się w idealnym momencie. Naprawdę, ostatnio czytałam wiele dobrych książek, ale przy żadnej nie miałam takiego poczucia harmonii. Mam pewien niedosyt, ale to tylko przez to, że tak pokochałam „Odcienie magii”!
Postaciami też jestem zachwycona. Zdarzyło mi się stwierdzić, że Schwab wywołując konflikt na linii Kell – Maxim i Emira zrobiła mi równocześnie wyjątkowo dobrze i źle. Nigdy jeszcze żadna książka nie wzbudziła we mnie takiego poczucia niesprawiedliwości! Dopóki nie jest to sprawa realna, naprawdę lubię takie rzeczy. Jasne, życzę Kellowi jak najlepiej, ale bez tej dramy nie byłby dla mnie aż tak ważny. Sama też lubię wywoływać takie sytuacje w fanfikach lub o nich czytać – mam takie małe zboczenie, że kocham bawić się emocjami, a tutaj bawiłam się świetnie. Szanuję autorów, którzy potrafią wywoływać we mnie emocje tak realne, że czuję, że to dotyczy mnie. W tym tomie para królewska dostała trochę więcej miejsca, a przy tym okazję na rehabilitację. Idealnie nie było, miałabym im wiele do wygarnięcia, ale ciężko mi się na nich złościć. Tak naprawdę zapragnęłam poznać ich historię – oby te komiksy o Maximie nie kosztowały milionów! Kell nadal mnie zachwyca tak, jak w pierwszym tomie – zaszło w nim wiele zmian, ale czuję, że to nadal ten sam człowiek, że znam go. Jest bardzo naturalny. Do Lili nie byłam jakoś pozytywnie nastawiona. To taka postać, która może być, ale nigdy jakoś mnie nie jarała, miałam wrażenie, że wszystko przychodzi jej zbyt łatwo, oczywistym było, że okaże się antarim. Równie prosty do wydedukowania był jej związek z Kellem. Tylko, że w tym tomie nawet lubiłam czytać jej rozdziały. Nadal szło jej zbyt dobrze, ale autorka obnażyła trochę jej słabości, a sama Delilah została trochę wyciszona przez obecność Kella, Alucarda i Hollanda. Ciężko mi ukryć, że najbardziej pokochałam Rhya i Alucarda. Oni dwaj są dla mnie po prostu piękni! Młody książę teoretycznie miał wszystko, jest tego świadom, ale nie jest wolny od żadnych obciążeń. Podoba mi się, że Schwab przełamuje tą idealną otoczkę życia arystokraty. Przypomina, że idealne życie wymaga też bycia idealnym, a przecież nikt taki nie jest, dotyczy to zarówno Rhy'a jak i Alucarda. Książę i tak nie uchronił się przed mrokiem, ale jest wobec siebie bardzo wymagający. Wie, że jego status to również wiele obowiązków. Czuje się tak odpowiedzialny za swój lud, że jest gotowy wyjść na spotkanie Osaronowi – nawet jeśli nie ma szans z mrokiem. Mogę wymienić kilkoro książkowych książąt, których kocham, ale jako jedyny Rhy ma tak wielkie poczucie obowiązku. On jest po prostu zbyt dobry dla tego świata. Z drugiej strony jest Alucard, pewien siebie, dowcipny, magicznie uzdolniony arystokrata/pirat. Jego też nie mogę nie kochać, ma piękny charakter i skomplikowaną przeszłość – w stu procentach mój typ! Uwielbiam jego relację z Kellem, te wszystkie docinki i drobne złośliwości. Cieszę się, że została przedstawiona historia Emery'ego i autorka nie potraktowała tego wątku po macoszemu. Z poprzednich części można wywnioskować, że związki męsko  męskie nie są czymś wyjątkowym w Arnes, jednak nie jest do końca tak kolorowo. Oczywiście pojawiło się wiele innych postaci, które zasługują na uwagę, był Holland, który w tym tomie bardzo mnie zaskoczył, kochani Hastra i Lenos, ale zaraz okaże się, że potrzeba na to oddzielnego postu. Jeszcze chcę dodać, że bardzo mi się spodobała perspektywa Emiry. Do tej pory królowa była jedynie kochającą matką Rhy'a, ale autorka postanowiła pokazać to od zupełnie innej strony. Taki mały aspekt, a cieszy, kiedy społeczeństwo stara się wmówić, że macierzyństwo to samo szczęście i najlepsze, co się może kobiecie trafić.
Gdzieś spotkałam się ze stwierdzeniem, że „Odcienie magii” to jedna z lepszych serii fantasy ostatnich kilku lat. Nie mogę się nie zgodzić! Autorka znalazła balans między wszystkimi ważnymi aspektami tego gatunku, dba o czytelnika i jego czas, tworzy coś niezwykłego. Ten świat jest piękny, ta historia podbiła moje serce. Pomysł na magiczne wymiary i system magiczny okazał się naprawdę dobry. Fabuła i postacie zostały dopracowane w każdym calu. Naprawdę nie chcę się rozstawać z Kellem, Rhyem i Alucardem. Pocieszam się, że za jakiś czas mamy dostać kolejne książki osadzone w tym świecie. Jeżeli jesteście fanami fantastyki albo poszukujecie czegoś do zapoznania się z tym gatunkiem, ta seria jest warta przeczytania!

„I wtedy, w końcu, wdech zrobił świat.”

1

sobota, 28 lipca 2018

Umarł król, niech żyje król: Przebudzenie Króla, Maggie Stiefvater


„Wzlatują, nurkują, szybują i nie ma nic oprócz kruków, nic oprócz snów.”


Seria: Kruczy cykl
Tytuł: Przebudzenie Króla
Autor: Maggie Stiefvater
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 462
Ocena: 10/10
Opis: Poszukiwania Glendowera trwają. Gansey i jego przyjaciele – Adam, Ronan, Noah i Blue – z każdym dniem są coraz bliżej znalezienia kryjówki legendarnego walijskiego króla. Czasu jest jednak coraz mniej. By ocalić Ganseya, który według przepowiedni niedługo umrze zabity pocałunkiem Blue, muszą obudzić go jak najszybciej. Krok za nimi czają się jednak ciemność i groza, bardziej przerażające niż cokolwiek, czego do tej pory zaznali… Czy i tym razem dadzą radę stawić jej czoła? I czy wszyscy wyjdą cało z tego ostatniego starcia?

„Gdy śnisz, czy śnisz o gwiazdach?”


Recenzowanie ostatnich tomów jest trochę problematyczne. Nie mam szans na unikanie spoilerów z poprzednich części, jeżeli chcę mieć poczucie, że napisałam coś porządnego – nie cierpię tych jednoakapitowych recenzji, z których wiadomo jedynie czy komuś się podobało czy nie. Poza tym często jestem rozbita emocjonalnie, już zaczynam tęsknić za serią i trochę ciężko się pożegnać. No i tak po trzech latach skończyła się moja przygoda z Kruczymi Chłopcami.

„Gdy stali razem w Cabeswater, nie istniała różnica pomiędzy snami a rzeczywistością.”


Maggie po raz ostatni zabrała mnie na magiczną wyprawę w poszukiwaniu Króla Kruków. Wielu rzeczy się nie spodziewałam, to jednak jest cwana bestia. Wyobrażałam to sobie zupełnie inaczej, ale nie marudzę – koniec końców było nawet lepiej niż się spodziewałam. Nigdy nie sądziłam, że popłaczę się nad tą serią. Kiedy już mogłam w spokoju usiąść z książką, wręcz przez nią płynęłam. Wciągało mnie do reszty, czułam się, jakbym miała obok siebie tych pięknych, cudownych ludzi. To jest taka swoista magia tej serii, wytwarza swój własny klimat i pochłania bez reszty, istnieje tylko taka cienka granica, przez którą nie można znaleźć się w Cabeswater. Są piękne postacie, charakterystyczny nastrój i bardzo subtelna magia, która każe się nad wszystkim dobrze zastanowić. To przez to Kruczy cykl jest tak kochany.
Zaczyna się spokojnie, przez większość książki miałam poczucie, że po prostu czytam kolejny tom, a nie wielki finał. Nie było takiego parcia na akcję, ale to typowe dla tej autorki. Wszystko rozgrywa się swoim własnym rytmem. Sto stron przed zakończeniem zaczęła dziać się prawdziwa magia. To, co przez poprzednie tomy niewinnie wisiało nad nami i udawało, że da się to spokojnie rozwiązać, zwaliło się na głowę z całą siłą. Z perspektywy czytelnika: to było tak złe! Ja przy tym tak wewnętrznie umierałam, to jak mówienie, że Święty Mikołaj nie istnieje! Z perspektywy twórczej: rany, było tak dobrze! Na miejscu Maggie bym sobie nie wybaczyła, gdybym odpuściła sobie te rozwiązania! W dodatku zadziała się magia, naprawdę, losowe odtwarzanie zaczęło mi podsuwać utwory wręcz idealnie oddające dane chwile. Spotify mnie infiltruje, chcieli, żebym się zapłakała. Pod względem fabularnym jestem więcej niż zadowolona, lubię być zaskakiwana, „Przebudzenie Króla” świetnie się w tym sprawdziło. Wszystko okazało się zupełnie inne, niż mogłam oczekiwać, a Król Kruków był chyba największym zaskoczeniem. Trzęsłam się nad tą książką jak galareta, jak kocham Maggie, nigdy nie posądziłabym jej o zdolność do wprawienia mnie w taki stan. Czuję pewien niedosyt w związku z wątkiem Demona i handlarzy artefaktami. Nie ma żadnego wyjaśnienia, co się z nimi stało. No niby po zakończeniu można się domyślić, że wydarzyło się to czy tamto, ale chciałabym o tym przeczytać. Może w zapowiadanej książce o Ronanie czegoś się dowiemy.
Pod względem postaci jestem, jak zawsze, pogrążona w głębokiej miłości. W towarzystwie pojawia się nowy, interesujący element. Henry kompletnie mnie kupił i aż mi przykro, że wepchnął się do ekipy dopiero w tej części. Muszę też przyznać, że Gansey i Blue nagle zaczęli mnie choć trochę obchodzić. Wcześniej temat ich związku sobie był i tyle, ale teraz jakoś tak wgryźli się w moje emocje. Jestem trochę zaskoczona, ale to też zasługa autorki. Ich wątek napisała bardzo subtelnie, oddając przy tym wszystkie emocje, jakimi był on nacechowany, a ja jakoś tak wpadłam. Ronan i Adam to już po prostu moja miłość, Maggie poprowadziła ich bardzo podobnie do wymienionej wyżej dwójki. Różnica polega na tym, że na tych dwóch czekałam od „Złodziei Snów”, osobno pokochałam już w „Królu Kruków”, a w połączeniu okazali się tak piękni, że aż mnie od środka rozsadza z radości. Trochę jak w „Simon oraz inni homo sapiens”, to po prostu wydawało się tak właściwe, naturalne i stało się tak dobrym zakończeniem, że powstał stan idealnej równowagi. Wszystko jest w porządku, można się już cieszyć, nie było żadnej dramy, żaden z nich nie ucierpiał, perfekcja. Świetną, że tak to nazwę, właściwością postaci jest to, że to oni składają fabułę. To ich marzenia, lęki, kłamstwa, plany, uczucia i przeszłość sprawiają, że coś się dzieje, kolejne elementy układanki wskakują na miejsce, a potem zbierają się razem i można rozpocząć prawdziwą zabawę. Są jak kamienie nieskończoności w uniwersum Marvela, tylko, że zamiast wymazywać połowę wszechświata, tworzą coś magicznego i wciągającego. Bez nich to by się nie udało. Magowie, królowie i śniący, tak idealnie dopasowani do swoich ról, a przy tym autentyczni, intrygujący, popełniający błędy. Nie zastanawiałam się zbytnio nad tym, że powinni szukać Glendowera, czytałam to dla nich.
Ciągle nawijam też o klimacie tej serii, a przydałoby się coś o tym opowiedzieć. Maggie stworzyła taką wyjątkową mieszankę piękna, koszmarów, snów i tajemniczej magii, osadzoną w spokojnym miasteczku. Ma talent do barwnego, wręcz obrazowego przedstawiania miejsc, zdarzeń i ludzi, a przy tym nie przynudza rozwleczonymi opisami. Nic nie rozwleka. Podczas czytania w głowie czytelnika malują się kolejne wydarzenia. Kiedy ma być przerażająco, naprawdę tak jest. Koszmary wyłażą z ciemnych kątów, duchy wariują, ptaki wrzeszczą. Jak przychodzi do magicznych zdarzeń i miejsc, w powietrzu wręcz wisi ten wyjątkowy aromat, a czytelnik czuje się, jakby wpadł do króliczej dziury. Mi najbardziej podoba się przedstawienie snów, klimat Stodółek, senne świetliki wiszące w powietrzu, stworzone z marzeń zwierzęta, miejsca i rzeczy. Czasami aż miałam wrażenie, że wystarczy wyciągnąć rękę i magia stworzy to samo dla mnie.
Podsumowując: „Przebudzenie Króla” jest równie magiczne i piękne, co reszta cyklu, z niczym się nie śpieszy, ale w odpowiednim momencie dzieje się to, co powinno się stać w finale. To nie jest zakończenie, jakiego można się spodziewać po poprzednich trzech tomach, ale jest dobre i świetnie pasuje do całej układanki. Wszyscy już wiecie gdzie jest Król, tylko się nie domyślacie. Dostałam to, na co czekałam od kilku lat i chyba nigdy do końca nie obudzę się z tego snu. Ta seria jest po prostu nie do podrobienia. W ogóle ostatnio piszę same pozytywne recenzje i patrząc na moje plany czytelnicze, jeszcze trochę to potrwa. Spokojnie, są rzeczy, które już od jakiegoś czasu mnie gryzą. Nie w recenzjach, ale niedługo pokażę rogi, nie trzeba się martwić! (Żeby mi ktoś nie myślał, że wystawiam same pozytywne opinie, bo chcę być po prostu taka kochana i milutka. Nigdy!)
Była 6.21.
8

czwartek, 24 maja 2018

I raz, i plask, i dwa, i plask: Wiedźma z lustra, Maggie Stiefvater


„Rex Corvus, parate Regis Corvi.

Król Kruków, zróbcie drogę dla Króla Kruków”


Seria: Kruczy Cykl
Tytuł: Wiedźma z lustra
Autor: Maggie Stiefvater
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 413
Ocena: 10/10
Opis: Blue Sargent dorasta w domu pełnym kobiet, z których każda jest jasnowidzką, medium lub wróżką. Nie bardzo umie odnaleźć się w towarzystwie przeciętnych nastolatków. Jednak jej przyjaciele – uczniowie elitarnej męskiej szkoły Aglionby – z pewnością nie są przeciętni: Noah Czerny – duch zamordowanego przed laty chłopaka; Ronan Lynch, który potrafi wyjmować przedmioty ze swoich snów; Adam Parrish – zamknięty w sobie, obdarzony magicznymi zdolnościami. I wreszcie Gansey – lider całej grupy, który budzi w niej uczucia, o jakie by się nie podejrzewała…
Ich celem jest znalezienie legendarnego walijskiego króla Glendowera. Są bliżej niż kiedykolwiek dotąd. Ale nie tylko oni go szukają…
Wokół przyjaciół zaciska się pajęcza sieć intryg, gróźb i kłamstw. W dodatku pod ziemią znika matka Blue, Maura. A w jaskiniach czai się jeszcze ktoś. Ktoś, kogo nie wolno obudzić pod żadnym pozorem…

„Królowe i królowie

Królowie i królowe

Niebieska lilia, niebieska lilia

Korony i ptaki

Miecze i istoty

Niebieska lilia, niebieska lilia”


Moja przygoda z Kruczymi Chłopcami zaczęła się już kilka lat temu. Wiecie, te czasy, kiedy jeszcze nikt nie kojarzył Gansey'a czy Ronana, na polskim bookstagramie nie było prawie żadnych zdjęć tych książek. Zakochałam się w nich, byli piękni, magiczni, dumni, pogubieni... Byli nowymi Huncwotami, a czego nie myślałabym o Potterze – Huncwoci na zawsze zostaną moimi ukochanymi kluchami. Do tego Blue, która tak ładnie wykluczała wątek romantyczny. Maggie miała świeży pomysł, wyszła z mitologią, o której jeszcze nie słyszałam, delikatnie zabawiała się magią. Zakochałam się, a potem jakoś tak wyszło, że nigdy nie wyrabiałam się z kupieniem pozostałych dwóch tomów i tak docieramy do roku 2018, kiedy wreszcie mam całość i wracam do Cabeswater. Tęskniłam, moje kluchy!
To zaskakujące, ale po tak długiej przerwie nie miałam najmniejszego problemu wślizgnąć się w środek tej historii. Okazało się, że pamiętałam więcej, niż podejrzewałam, a i tak nie potrzebowałam jakoś wiele informacji. Po prostu wiedziałam, gdzie historia stanęła, znałam najważniejsze wydarzenia i leciałam dalej. Maggie ma to do siebie, że nie rozwleka się zbyt mocno nad rzeczami zbędnymi. Czuć, że ta seria ma jakiś określony plan, który skrupulatnie się wypełnia, wszystko się łączy, nie robi się z tego „Moda na sukces”. Za to wyjątkowo lubię kruczy cykl. Ta seria ma taki wyjątkowy klimat, wszystko toczy się dość spokojnie, czujemy ten sielski klimat małego miasteczka, sennego lasu, fabuła rozwija się szybko, ale przy tym jest dość łaskawa. Mamy czas przetworzyć wszystko, połączyć wątki, zatrzymać się na chwilę, żeby popodziwiać krajobrazy czy przez moment pozachwycać się pięknymi relacjami głównych bohaterów. Dla mnie to taki odpoczynek dla mózgu. Kocham książki gnające na złamanie karku, walące zwrotami akcji z każdej strony, ale nie można tak cały czas. Sięgnięcie po przygody Gansey'a i jego paczki to świetny sposób na zrelaksowanie się po jakiejś wyjątkowo zakręconej książce.
„Wiedźma z lustra” nie ustępuje poprzednim tomom, już na początku przypomniałam sobie, za co kocham kruczy cykl. Fabularnie niewiele się zmienia, chłopcy i Blue nadal poszukują Glendowera, a przy tym pakują się w dziwne tarapaty, bawią się starożytną magią, przeżywają własne dramaty, prowadzą pogawędki z magicznym lasem. Chyba nie ma tu wielkiej filozofii, prawda? Fabuła polega na odkrywaniu i rozwiązywaniu kolejnych tajemnic, zagadek, zdobywaniu coraz to nowych informacji na temat Króla Kruków. Jeśli czytaliście poprzednie dwa tomy, dobrze wiecie, jak to wygląda, a dużo więcej nie mogę napisać, bo zaspoileruję. Pojawia się coraz więcej magii, pięknych i przerażających zjawisk, a nasi bohaterowie są coraz bliżej ich upragnionego celu. Chyba wszyscy chcemy wreszcie poznać tajemniczego króla, dotrzeć do jego przebudzenia i zobaczyć, jak to się zakończy. Jeśli to czytacie, pewnie daliście wciągnąć się w poszukiwania.
Nie da się tu pominąć najpiękniejszych elementów tej serii, a są nią bohaterowie. Autorka jest doskonale świadoma tego, jak postrzega się relacje głównych bohaterów i wyciska z nich wszystko, co się da. Gansey, Ronan, Adam, Noah i Blue są ze sobą tak ciasno splątani, tak emocjonalnie połączeni, że czytelnika coś ściska od środka, kiedy tylko pojawiają się w liczbie większej niż jedno. Nie! Wystarczy, że któreś myśli o innych! Maggie sama świetnie to określa: oni wszyscy po prostu się kochają. Nie każde tak samo, ale widać to ich wzajemne zauroczenie, zaufanie, momentami napięcia wynikające z tego, że każdemu zwyczajnie zależy na innych. Wreszcie widać, jak te wszystkie relacje dojrzewają. Chociażby Adam, który w drugim tomie zrobił się irytującym dupkiem, do którego nie docierało zupełnie nic poza jego punktem widzenia. On wreszcie zaczyna się starać. Scena na sklepowym parkingu, jak z Ronanem wydurniają się w wózku z zakupami była cudowna. Poza tym dotarło do niego, że reszta chce mu zwyczajnie, po przyjacielsku pomóc. Ronan jest po prostu moim ulubieńcem i perfidnie kojarzy mi się z pewnym psim czarodziejem. Chyba jego historia jest najbardziej poplątana, tajemnicza i bolesna, w dodatku czekam aż wreszcie się z czymś zdradzi. Jeszcze nie tym razem, ale czekam. Gansey i Blue też im nie ustępują, już pomijając te splątane relacje wszystkich ze wszystkimi. Wiemy do czego ta dwójka dąży, chociaż nie wiadomo jak to będzie, bo... No bo, pamiętamy, kogo Blue widziała na początku pierwszego tomu. Jednak mimo to czujemy, że oni dążą do romansu, ale nie jest to natarczywe, pozostają w tle, sami starają się jakoś to ograniczać, chociaż plączą jeszcze bardziej. Rany, z nic
h wszystkich powstaje jakiś wielki supeł. Jednak są przy tym piękni, zbyt zapatrzeni w resztę, żeby zachowywać się jak egoistyczne buce (Ronan ma po prostu charakterek) i tworzą dzikie pułapki emocjonalne. Poza nimi, magią i poszukiwaniami Glendowera niczego więcej nie potrzeba. Chociaż Maggie dba, żeby nie wpadać w monotematyczność i stara się jeszcze ubarwić tą zabawę.
„Wiedźma z lustra” jest jeszcze bardziej magiczna, zawiła, mroczna i naładowana emocjonalnie. To świetna kontynuacja, jeśli mogę tak to nazwać. Tu następne tomy są kolejnymi fragmentami jednej, wielkiej układanki. Końcówka jak zawsze wyrywa z tej leśnej sielanki, podbija poziom adrenaliny, dodaje więcej mroku i sprawia, że chce się jak najszybciej dorwać kontynuację. Kruczy cykl jest trochę jak dobre wino. No jakoś tak, wino im starsze, tym lepsze, tutaj im dalej w historię, tym lepiej. Jakoś tak to miało być, wiecie o co mi chodzi! Polecam całą serię, a jeśli zastanawiacie się nad czytaniem kontynuacji, nie macie co zwlekać!

„I raz, i plask, i dwa, i plask...”
0

środa, 21 lutego 2018

Nigdy, przenigdy nie zapomnij: Nibynoc, Jay Kristoff



Kiedy wszystko jest krwią, krew to wszystko.

Seria: Kroniki Nibynocy
Tytuł: Nibynoc
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 585
Ocena: 10/10
Opis: W świecie, gdzie trzy słońca prawie nigdy nie zachodzą, początkująca morderczyni wstępuje do szkoły dla zabójców, planując zemstę na osobistościach, które zniszczyły jej rodzinę.
Córka powieszonego zdrajcy, Mia Corvere, ledwie uchodzi z życiem po nieudanej rebelii jej ojca. Samotna i pozbawiona przyjaciół ukrywa się w mieście wzniesionym z kości martwego boga. Ścigają ją senat i dawni towarzysze jej ojca. Jednakże jej dar rozmawiania z cieniami doprowadza ją do drzwi emerytowanego zabójcy i otwiera przed nią przyszłość, jakiej nigdy sobie nie wyobrażała.
Szesnastoletnia Mia zgłębia teraz tajniki fachu u najbardziej niebezpiecznych zabójców w całej Republice – w Czerwonym Kościele. W salach Kościoła czeka ją wiele zdrad i prób, a porażka oznacza śmierć. Jeśli jednak przetrwa inicjację, zostanie przyjęta w poczet wybrańców Pani od Błogosławionego Morderstwa i znajdzie się o krok bliżej tego, czego naprawdę pragnie

Możecie wśród nich kroczyć. Możecie bawić się wśród nich, żyć, śmiać się i kochać, ale nigdy nie zapomnijcie, nawet na jedną chwilę, kim jesteście.


 Zacznijmy od tego, że czekałam na wydanie tej książki po polsku, odkąd po raz pierwszy przeczytałam jej opis. Było to jeszcze przed wydaniem jej po angielsku, a ja już całkowicie przepadłam. Milion wyobrażeń: jak potoczy się fabuła, jakie będą postacie, co dokładnie się wydarzyło, jak wygląda ten świat – nie wiem, co bym zrobiła, gdyby ta książka nie została przetłumaczona na polski. Potem pojawiły się fanarty z Mią i tajemniczym Kotem. Kotem, rozumiecie? Przebudzenie wewnętrznej Grażynki, Matki Kotów zrodzonej z okłaczonego koca – musiałam to mieć. Fart chciał, że w końcu pojawiła się zapowiedź. No i jest już sporo po premierze, ale wychodziły książki, które jeszcze bardziej chciałam przeczytać, była sesja i tak dalej. Przeczytałam najszybciej, jak mogłam i mogę z czystym sumieniem z siebie wyrzucić: CHOLERA JAKIE TO BYŁO DOBRE! Jay Kristoff już raz tutaj gościł, ale dzisiaj jest jego pierwszy solowy występ. Illuminae wyrwało mnie z butów, ale Nibynoc” rozwaliła mnie na łopatki. Damn.
Powiem wam, że do tej pory, mimo moich wszelkich antypatii, w tematyce młodzieżowej fantastyki z zabójczyniami Maas nie miała konkurencji. Do czasu, aż pojawił się Jay Kristoff z „Nibynocą”. Teraz to on nie ma konkurencji. „Szklany Tron” jednak w pewnym momencie zaczął pikować w dół, a nawet jeśli porównywałabym pierwsze trzy tomy (bo z wszelkich znaków dawanych przez autora, „Kroniki Nibynocy” mają mieć trzy części), nadal seria o Zabójczyni Adarlanu nijak się ma do opowieści o Bladej Córce. Powód? Mass zgrabnie przeplata wątki, trzyma w napięciu i zawsze wrzuca ostry clifhanger, Kristoff za to tworzy jeden wielki ciąg przyczynowo-skutkowy, zrzuca małe bomby, żeby na koniec zrobić gigantyczną eksplozję, ale dopóki nie dotrzemy na ten ostatni wybuch, zupełnie nie wiemy, co się szykuje. No i cóż, trzeba przyznać, że poza tym „Nibynoc” ma wszystkie atuty „Szklanego Tronu”.
Niesamowicie podoba mi się koncept świata wzorowanego na rzymskiej republice i otaczających ją krajach. Z tych powodów, sporą rolę odgrywa tu polityka, praktycznie to od niej się zaczęło, chociaż ciężko powiedzieć, o co dokładnie poszło – autor zostawia sporo sekretów tylko dla siebie. Wszystkie działania, wydarzenia, gwara przypominają połączenie Włoch z Rzymem. Jednak mitologia, to jest dopiero coś. Wierzenia Itreyańczyków nie kojarzą mi się z żadnym konkretnym wyznaniem, widzę trochę nawiązań do chrześcijaństwa – Aa bardzo kojarzy mi się z bogiem, a jego wyznawcy przywodzą na myśl średniowiecznych katolików, dla których najwyższą wartością jest wiara, polują na heteryków niczym inkwizycja. Reszta już tak się nie zgadza. Mamy Panią od Błogosławionego Morderstwa, która kojarzy mi się z najróżniejszymi boginiami śmierci, żadnego konkretu. Paszcza jest Paszczą i tyle, wydaje się, że właściwie każdy element mitologii, to sprytny splot najróżniejszych, znanych nam wyznań. No i znalazło się nawet miejsce na małą dyskusję o wierze i jej braku. Najlepsze jest to, że Kristoff bawi się czytelnikiem, bo z jednej strony ciężko negować istnienie bogów, kiedy pojawiają się naznaczone przez nich artefakty, Pomrocze i inne magiczne wygibasy, a nagle okazuje się, że w sumie te trzy słońca to tak nie do końca zasługa bogów i być może odwaliła się tam jakaś katastrofa... No wprost uwielbiam, kiedy mistycyzm miesza się z racjonalizmem i nie wiadomo, co jest prawdą, jak się na to zapatrywać. Dajcie mi kolejną część, bo ten koncept jest świetny, ale czekanie na wyjaśnienia jest straszne!
Fabuła, choć z jednej strony banalna – główna bohaterka z chęci zemsty zaczyna się szkolić na zabójczynię – jest pełna zaskoczeń, zawiera wiele różnych aspektów i potrafi wielokrotnie zaskoczyć. Pojawia się trochę moralizowania o zatracaniu swojego człowieczeństwa, choć jest to dość... Dziwne? Nie chcę nic spoilerować. Ten wątek tak wyskakuje z pudełka i okręca całą fabułę na zupełnie inny tor. Nie można ufać dosłownie nikomu ani niczemu, chyba nie ma tam stworzenia, które w jakiś pokrętny sposób nie oszukałoby czytelnika. Dacie się na wszystko nabrać, serio, a potem okaże się, że autor z wami perfidnie pogrywał. Dlatego „Nibynoc” jest taka świetna: chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się banalną, ale interesującą fantastyką, wykorzystującą znane wszystkim schematy i wątki, z prędkością światła potrafi wywrócić wszystko, co do tej pory się o niej wie na lewą stronę. Jak kot dający się głaskać po brzuchu – sądzisz, że już jest milutko, wiesz, że nic cię nie zaskoczy, a nagle on stwierdza, że koniec tej zabawy i lądujesz z ręką w śmiertelnej pułapce. Zdarzyły mi się momenty, kiedy nagle skakało ciśnienie, można było się mocno zestresować. Kristoff lubi trzymać czytelników w napięciu i niepewności. Czasem robi rzeczy przewidywalne, ale potem się okazuje, że służyły one czemu innemu, albo są one przewidywalne, ale przy okazji dobre. Nigdy nie odmawiam panicznym ucieczkom przez miasto przed oddziałem wściekłych strażników – sceny typowe, ale zawsze dobre i czasem wręcz potrzebne. No i fabularna bomba na końcu, one są równie dobre, co złe, w ten moralnie zły sposób, bo to zwyczajne znęcanie się nad czytelnikiem. Prokuratura już jedzie, ja chcę kontynuację na wczoraj!
Wspominałam już o mitologii w „Nibynocy” – potwornie mi się spodobała, wydaje się świeża, interesująca i nie jest sobie tylko po to, żeby być jako taki zapychacz czy ciekawostka. To żywy element fabularny, który manifestuje się w głównej bohaterce, w jej historii jak i umiejętnościach. Koncept Pomroczy jest niesamowicie interesujący, tym bardziej, że prawie nic nie wiemy, Mia nic nie wie, nawet nie-kot z cienia nie ma pojęcia, jak to naprawdę funkcjonuje. Co do nie-kota z cienia, to Pan Życzliwy zdobył moje serce, najpiękniejszy, najbardziej złośliwy stwór w całej opowieści, zachowuje się jak typowy kot, który z jednej strony jest wredną łajzą i czepia się byle czego, ale z drugiej jest wyjątkowo związany ze swoją „właścicielką”. No cóż, potem pojawia się Eklipsa i tak się zastanawiam jak to będzie w „Bożogrobiu”, jak oni się dogadają. (Oczywiście, na wątek stworów z cienia czekam najmocniej, bo uruchamiają moją wewnętrzną Grażynkę.) W kontekście mitologicznym zderza się wiele kwestii w tym te bliższe współczesności i takie, które są już jedynie historią. Mam wrażenie, że coś więcej się za tym kryje, ale co dokładnie i czym naprawdę są Aa, Paszcza i trzy słońca, to się dopiero okaże.
Po zakończeniu ciężko powiedzieć, żebym polubiła wiele postaci, chociaż nie powiem, że były źle wykreowane. Po prostu wszystko wyszło tak, że z moich faworytów zostali tylko Mia, Pan Życzliwy i Tric. Reszty albo było mało, albo ostro odwaliła. Tylko, zaufajcie mi, to zwyczajnie moja ocena każdej postaci pod względem ich zachowania. Autor naprawdę przyłożył się do napisania każdego ważnego pionka w tej perfidnej, cwanej rozgrywce, a jeszcze lepiej się nimi posługiwał. Czasami dochodziło do tego, że byłam mocno obrzydzona (pewne rodzeństwo jest po prostu cholernie niepokojące), ale ja wiem, że Kristoff tak to zaplanował. Sama Mia nie trąci mi Mary Sue, co często dzieje się z głównymi bohaterkami, jeśli w kolejnych tomach w nią nie transformuje, to Maas naprawdę może się schować, bo będzie to dowód na to, że się da. Nasza młoda adeptka ma mocny i z lekka paskudny charakter, co sama zauważa, jest przy tym wyrazista. Bezwzględna zabójczyni? Tak, udowadnia, że przy tym nie trzeba od razu być potworem, nad czym też sama się zastanawia. Widać po niej wszystkie lata treningu, planowania zemsty za swoją rodzinę. Część rozdziałów jest poświęcona właśnie na jej wspomnienia, więc jak na talerzu dostajemy wyjaśnienia, czemu jest taka, a nie inna. Inne postacie też nie zostają w tyle, każda, która się pojawia, ma jakąś historię i jakbym ich nienawidziła, potrafię pojąć, czemu są takimi wstrętnymi jędzami, dlaczego robią to, co robią. (Ale i tak Jessamine mogłaby zawrzeć twarz i pewna akcja była zwyczajnie żałosna.)
Jest dopiero luty, ale już mogę uznać, że „Nibynoc” będzie jedną z najlepszych książek przeczytanych w tym roku. Uwaga: autor na samym początku spoileruje zakończenie całej trylogii, cholerny śmieszek. Z drugiej strony, to tylko jeden fakt, ale no... Zabolało, nie jako spoiler, po prostu „AŁA”. Przy okazji uprzedza, że apetycznie nie będzie, no i przyznać mu trzeba, czasem ohydy było całkiem sporo, w dodatku utaplanej w świńskiej krwi. „Nibynoc” nie bawi się w upiększenia, może kogoś trochę przerazić, potrafi wprowadzić w stan przedzawałowy. Poza tym autor często dodaje różne przypisy, czasami zwyczajnie zabawne, czasem nieco dłuższe, mające poszerzyć naszą wiedzę o przedstawionym świecie. Może komuś to przeszkadzać, ja doceniam każdą dziwną ciekawostkę, ja doceniam, że autor chciał przedstawić trochę więcej, niż to, co mogła nam pokazać Mia. Większość książki to jazda bez trzymanki, ale koniec... Rany, to nie ten twór, który potrzebuje 400 stron na rozkręcenie się: akcja od początku leci jak dzika, a na ostatniej setce uruchamia się prędkość światła. Odradzam czytać te ostatnie rozdziały przy ludziach, czasem na końcu języka formuje się ostra wiązanka w kierunku autora, postaci, akcji. Kristoff zaczął w mocnym stylu, a na koniec zlał po pysku plot twistami i uciekł bez wyjaśnień. „Nibynoc” zasługuje na więcej uwagi, to coś niesamowitego, zaskakującego i cholernie dobrego. Wybaczam nawet sceny seksu, nie uważam, że to coś wartego opisywania, ale te nie wprowadziły mnie w stan zażenowania i nie ciągnęły się w nieskończoność, nie wadziły, nie obrzydzały, więc niech te kilka stron sobie spokojnie egzystuje. Jedyne co, to wydawnictwo MAG w pierwszym wydaniu zostawia wiele literówek, jak zwykle zresztą, chyba taki urok tego wydawnictwa. Tak czy siak – nie zastanawiajcie się, zapraszam do Cichej Góry!
PS. Uważam za urocze, że Jay Kristoff przy każdym poście o tej serii daje #stabstabstab.
2

sobota, 18 listopada 2017

Jak nie przejmować władzy: Moja lady Jane, Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows

Seria: Ladyjanistki
Tytuł: Moja lady Jane
Autor: Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 400
Ocena: 8/10
Opis: Prześmieszna, fantastyczna, romantyczna i (niezupełnie) prawdziwa historia Lady Jane Grey. Książka Moja Lady Jane autorstwa Cynthii Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows to jedyna w swoim rodzaju opowieść fantasy osadzona w tradycji ustanowionej przez Narzeczoną dla księcia Williama Goldmana, której bohaterami są król niespecjalnie garnący się do królowania, jeszcze mniej garnąca się królowa i szlachetny rumak, a która nie grzeszy przesadnie nabożnym szacunkiem dla źródeł historycznych. Bo czasem nawet historii trzeba nieco pomóc.
Szesnastoletnia Lady Jane Grey, mająca niebawem wyjść za zupełnie obcego mężczyznę, wplątuje się w konspirację, celem której jest obalenie jej kuzyna, króla Edwarda. Ale Jane nie zawraca sobie głowy takimi błahostkami, skoro ma niebawem zostać królową Anglii.


Najdroższa Jane, wybacz, że zmusiłem Cię do małżeństwa z koniem. Twój teść próbuje mnie zabić. Pomocy.


Tak szczerze to długo się zastanawiałam o czym to ma niby być. No co? Historyczny romans dla nastolatek? Coś mi się nie kleiło, nie widziałam potencjału, fabuła mi się nie rysowała, bo wszystkie kluczowe postacie umierały dość szybko. Autorki chciały pisać o martwych? No tak niezbyt, ale z opisu nie idzie nic wywnioskować, dopiero po zaczęciu książki autorki coś niecoś rozjaśniają. No ale internet się zachwycił jakie to zabawne, a ja lubię dobry humor w książkach. (No może nie dobry a poryty, ćśśś.) Mogłabym wymienić kilku autorów, których uwielbiam właśnie za ich żart, ale to się nadaje na oddzielny post. Tylko trochę mnie okłamano.
Bardzo spodobała mi się cała koncepcja tej książki – alternatywna historia z przymrużeniem oka i dodatkiem magii. No okej, w dodatku bardzo przyjemnie się to czyta. Autorki mają bardzo lekkie pióro (pióra?), widać, że nie starają się udowodnić jakie to one nie są genialne i wygadane. Nie tworzą kilometrowych opisów i przemyśleć postaci zajmujących po kilka stron. Zwięźle i na temat, szanują czas czytelnika. Nie oszukujmy się, to jest taki milutki odmóżdżacz, a one nie mają być elokwentne, długie, nie zawierają kwiecistych opisów. Przy tym, jak na taki niezbyt ambitny tekst, nie jest to popisem głupoty i braku umiejętności, jak spora część tego typu tworów. Nie, tutaj wszystko jest na odpowiednim miejscu, mimo trzech perspektyw jest zachowana ciągłość tekstu, żebyśmy nie czuli się zagubieni na początku każdego z rozdziałów. Ciężko mi powiedzieć czy da się wyłapać zmianę autorki przy poszczególnych fragmentach, ja nic nie zauważałam, więc tu kolejny plus. No i mimo że jest to książka raczej przeznaczona do odpoczynku po czymś cięższym albo po zawalonym robotą tygodniu, nie jest ona tak totalnie pusta, żeby czytelnik nie musiał się nad niczym zastanawiać. Wbrew pozorom „Moja lady Jane” zawiera jakieś przesłanie, może i oczywiste, ale doceniam to, jak autorki przedstawiły problem podziałów społecznych, odmienności czy totalnego ekstremizmu względem jakichś grup. Nic nie jest do końca czarne czy białe, co jeszcze bardziej szanuję w czasach, kiedy jak nie przeginasz w żadną stronę to jesteś z tej wrogiej opcji i idź spłoń. To wszystko klei się razem w taki obraz książki, przy której mózg odpocznie, ale nie poczujemy się jak skończeni debile.
Wydaje wam się, że miało być o Jane? No, po części jest, ale nie na sto procent. Edward i G odgrywają tu sporą rolę, a poza tym to ma fabułę. Jakby nie było jakiejś ciekawej akcji, pokręconej intrygi czy innych smoków ujeżdżających tyranozaury, raczej nie byłabym tak optymistycznie nastawiona. Ogólnie to wszyscy chcą tron albo zostają na niego wepchnięci, spiskowcy nie przewidują czynnika magicznego i robi się z tego jakaś zakręcona akcja ze zwierzątkami futerkowymi. Na pewno nie chcę spotkać na swojej drodze puddingu jeżynowego, przynajmniej w najbliższym czasie. Takie kolejne zaskoczenie: no ta fabuła jest, nie ma wiecznego romansowania, jak się tego obawiała. Okładka mówi „jestem cukierkowym romansidłem” i perfidnie kłamie! (No jest ładna, ale taki daje przekaz.) W ogóle zaskakuje mnie opowiadanie historii z trzech perspektyw, bo też myślałam, że to będzie jak najbardziej o Jane i niewiele poza nią dostanie trochę miejsca na scenie. Pomyliłam się i bardzo się z tego cieszę.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o bohaterach, a ci są świetni! Edward i Gifford to moje słodkie buły. Każdy ma własny charakterek i trochę nierówno pod kopułą, więc czytanie dla mnie było przyjemnością. Żadnego babrania się w nijakich przemyśleniach o wielkiej miłości czy niczym. Edward jest, chyba, moim ulubieńcem. Sama do końca nie wiem, ale jak na szesnastolatka, który ma rządzić całym krajem i jest wychowywany pod szklanym kloszem, nie był taką rozdziabdzianą fajtłapą. Trochę musiał sobie w głowie poukładać, ale sam zauważał swoje problemy i jak rozpieszczone książątko świetnie sobie radził. G za to rozwala mnie na łopatki, szczególnie pod postacią końską, kojarzy mi się z takim jednym czterokopytnym upierdliwcem (konie są wredne, zaufajcie mi). Na pewno moją sympatię zdobył przez bycie tym „gorszym” dzieckiem. Bardzo nie lubię niesprawiedliwości i lubię brać pod swoje skrzydła takie gorzej potraktowane postacie, w ogóle to lubię jak jest jakiś przykry kawałek historii, jakoś tak... No sprawia, że postać jest mi bliższa. Też spodziewałam się jakiegoś super samca, który musi zdominować swoją kobietę, no takie kiedyś były realia, że można raczej spodziewać się szowinistycznej świni. Wyrżnęłam się z tymi oczekiwaniami. G jest dokładnym przeciwieństwem tego. Traktuje Jane z szacunkiem, chociaż czasem ma takie momenty, kiedy traktuje ją jak głupiutką niewiastę, tylko najczęściej to są takie chwile, kiedy jej akurat tego potrzeba. Te książkowe baby zawsze trzeba sprowadzać na ziemię, nie wiem co jest z nimi nie tak. No i jest Jane, która miała mnie irytować, ale jej nie wyszło. Jest dla mnie najsłabszym ogniwem i często bywa zbyt przemądrzała, ale jest tego świadoma. Nie ma gigantycznego ego, nie uważa się za nieomylną i widzi, że jej zachowanie nie jest do końca w porządku – Annabeth Chase, to jest to, czym nigdy nie będziesz! Poza tym czasami zachowuje się głupio, chce iść na solo z wilkami albo niedźwiedziem, bo sądzi, że coś może, kiedy po prostu by ją rozszarpało – w takich momentach Gifford zachowuje się jak typowy samiec, ale jest to jedynie dla jej bezpieczeństwa. Poza nimi jest jeszcze sporo drugoplanowych bohaterów, na przykład taka Elżbieta, która jest jak dobra wróżka i zawsze ogarnie, co trzeba zrobić. Ogólnie widzę, że autorki mają bardzo przyjemną kreację postaci, może nie jakąś głęboką, ale potrafią je pisać i przedstawiać w odpowiednim świetle nie idealizując ich przy tym. Uwielbiam to!
Na koniec, żeby nie było zbyt słodko, muszę napisać, że jednak autoki mnie zawiodły. Jak na początku wspomniałam – poczucie humoru. Obiecywano mi salwy śmiechu! Podobno to miał być jakiś powalający dowcip, a ja nic takiego nie zauważam. Oczywiście, całość zakrawa na pewien absurd i całość może brzmieć śmiesznie, ale w trakcie czytania nie było momentów, żebym naprawdę się śmiała. Za dużo było nagadane, jaka to Jane nie jest zabawna, a ja po prostu tego nie widzę. Sięgnęłam po to głównie ze względu na obiecywany humor, który mnie zawiódł. Plot jest taki, że myśląc o całej historii uśmiechniesz się, ale w trakcie czytania nie parskniesz jakoś specjalnie. Nie to mi obiecywano i nie rozumiem czemu na tym oparto główną reklamę, bo jak widać wyżej, książka ma wiele innych atutów. Dlatego muszę zjechać z oceną.
Podsumowując: moje oczekiwania kompletnie się nie sprawdziły ale w większości przypadków to lepiej. Nie sądziłam, że „Moja lady Jane” okaże się naprawdę dobra, ale byłam ciekawa. Jak na swój typ literatury jest zaskakująca i godna polecenia, jeśli chcecie odpocząć z czymś lekkim, co nie zmusi was do myślenia, a przy tym nie lubicie głupoty – polecam. Każdy czasem potrzebuje zaleczyć kaca książkowego, nie? Jane nada się idealnie, tylko nie oczekujcie komedii, bo z tym to jakieś przekłamanie się trafiło.

Chciałabym zobaczyć, jak królowa Elżbieta na to reaguje
Lucy
3

poniedziałek, 31 lipca 2017

Zła Krew, Sally Green

Seria: Zła krew 
Tytuł: Zła krew 
Autor: Sally Green 
Wydawnictwo: Uroboros 
Ilość stron: 398 
Ocena: 10/10 
Opis: Współczesny świat, w którym obok ludzi żyją wiedźmy - dobre białe oraz złe czarne. Piętnastoletni Nathan jest mieszańcem obu zwaśnionych rodów. Ścigany i wyalienowany decyduje się przetrwać za wszelką cenę. Pierwsza część trylogii. O woli przetrwania, która pokonuje wszelkie przeciwności.

Nie mogłabym nawet dotknąć czegoś tak złego jak ty.


Wielkiej filozofii nie będzie. Na „Złą Krew” zwróciłam uwagę, kiedy cała seria wyskoczyła mi na Goodreads między książkami z wątkiem LGBT. Jestem okropna, wcześniej czasami widywałam informacje o tej serii na Facebooku wydawnictwa Uroboros i nigdy się za bardzo nie pokusiłam o chociaż gram zainteresowania, ale... Nie wiedziałam, że to kolejna książka z magią i Londynem! Londynu okazało się być niewiele, ale podczas czytania już mi to nie przeszkadzało. Także historia mojego sięgnięcia po twór Sally Green jest chyba dość płytka, ale co ja mogę za bycie dziwną odmianą sroki? 
Natan, znany też jako półkod, jest dzieckiem czarodziejki i najbardziej poszukiwanego czarownika w całej Wielkiej Brytanii, chłopak jest w połowie biały, a w połowie czarny. Z tego powodu całe społeczeństwo białych czarodziejów go nienawidzi. Traktują go jak tykającą bombę zegarową, coraz bardziej ograniczają mu wolność, rówieśnicy się nad nim znęcają. Jedynymi przychylnymi mu osobami są babcia, dwójka rodzeństwa i koleżanka z klasy. Z roku na rok jego sytuacja pogarsza się, aż zostaje wtrącony do klatki. Coraz szybciej zbliżają się jego siedemnaste urodziny, w które powinien otrzymać swoje trzy dary i napić się krwi członka swojej rodziny, inaczej umrze. W dodatku elitarna grupa czarodziejów – Łowcy – śledzą każdy jego ruch, najchętniej by go zabili. Natan jednak ma nadzieję, że w końcu pojawi się jego ojciec, żeby mu pomóc. 
Nie wiem, co mam zrobić z tą książką. Naprawdę, czegoś takiego jeszcze nie spotkałam, ewentualnie mogę nawiązać do „Magisterium”, ale to nadal nie to. Nigdy jeszcze nie czytałam niczego, w czym nie dało się w ogóle określić, kto tu jest dobry, a kto zły. Nienawidzę białasów, jak to pogardliwie autorka nazwała białych czarodziejów, poza dwójką z trójki rodzeństwa Natana, jego babcią i Annalise, nie potrafię sobie przypomnieć nikogo z nich, kto nie byłby okropny. Celia jeszcze czymś tam się wykazała, ale reszta to totalne dupki. Powinni być tymi dobrymi, bo to czarownicy są „tymi złymi”, w końcu parają się czarną magią, mordują, budzą strach, ale kiedy to biali przez większość książki są oprawcami, czuję kompletną dezorientację. Pośrodku mam Natana, którego jako postać polubiłam, chociaż jest specyficzny, ale i tak widzę, że też nie jest do końca dobry. Nie da się powiedzieć, kto tu jest po jakiej stronie, bo wszyscy są źli. Kibicowałam Natanowi, polubiłam kilka postaci, ale nadal nie mam pojęcia w którą stronę to zmierza i prawie wszyscy mają tu coś za uszami. Było też kilka postaci, które wydawały mi się całkowicie w porządku, szczególnie Gabriel i Arran. Cieszę się, że Natan na nich trafił, bo ten dzieciak zbyt wiele złego musiał znieść. Komu miałam ochotę najbardziej urwać głowy? Jessica i bracia Annalise. Starsza siostra, która wiecznie znęca się nad Natanem i uważa go za źródło wszelkiego zła, wprost mu mówi, że chce go zabić. O rodzeństwie O'Brien to się nawet nie wypowiem, bo chcę zachować chociaż trochę kultury. W sumie to dość ciekawe zagranie, naprawdę jeszcze nigdy nie spotkałam się z książką, w której nie dość, że podział na dobro i zło się zaciera, to większość postaci uważamy za złe. To zapunktowało, ale równocześnie tak rozstroiło mnie emocjonalnie, że przed drugim tomem musiałam zrobić sobie przerwę. 
Nie mogę autorce niczego odmówić. W tym wypadku wiem, że tak dokładnie miałam się czuć. Postacie są dobrze skonstruowane, a wszystko trzyma się kupy. Może część przed uwięzieniem Natana wydaje się dość monotonna, ale mniej więcej w połowie książki, kiedy już jesteśmy naprawdę blisko siedemnastych urodzin Natana, akcja coraz mocniej się rozkręca, żeby w końcu doprowadzić do walk czarodziejów z czarownikami, strzelanin i odnalezienia ojca Natana. Autorka zapewnia wiele zwrotów akcji, nawet w tej nudniejszej części, która ma służyć do zapoznania czytelników ze światem białasów, kiedy wyrabiamy sobie o nich opinię. To bardzo ważna część też ze względu na głównego bohatera. Poznajemy jego historię dla lepszego zrozumienia, czemu dokładnie taki jest - bez tego ciężko byłoby go polubić albo czulibyśmy się potwornie zagubieni. Ja z samego opisu sądziłam, że czarodzieje i czarodziejki są w porządku i muszą mieć jakiś powód dla nieufności wobec Natana, a on sam będzie antybohaterem. Ciekawa wersja, ale nie tak, jak to, co czekało na mnie w środku. Ostro się pomyliłam i na początku byłam w dość sporym szoku, kiedy zaczynałam rozumieć, co tam się w ogóle dzieje. 
Podsumowując: uważam, że „Zła Krew” zasługuje na większą popularność! To naprawdę zaskakująca i oryginalna historia, bo choć jest na poziomie młodzieżówki i widać tu standardowe schematy, to Sally Green tak wszystko obraca i przedstawia, że pojawia się coś nowego. Nie ufałabym tutaj niczemu, mam wrażenie, że w „Dzikiej Krwi” czeka mnie kolejny wielki przewrót. Nie mogę uwierzyć, że Marcus tak sobie to wszystko zostawi, tak samo Mercura. Ta dwójka budzi we mnie sporo niepokoju. Chcę wiedzieć, co dzieje się z Gabrielem i jak zakończy się jego historia z Natanem. To specyficzna książka, pewnie nie dla każdego, ale jak najbardziej godna polecenia. I mam ochotę zamalować to porównanie Sally Green do Stephenie Meyer na okładce. Nie, nie, nie! Gdzie tu to cudo do „Zmierzchu”?! Bez urazy dla fanów wampirów, ale „Zła Krew” stoi w zupełnie innej galaktyce! W ogóle nie dajcie się temu zwieść! A najlepiej to sami sprawdźcie, co mam na myśli! 

Odcinek drugi za jakiś czas. 
Lucy 

4