Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroboros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroboros. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 listopada 2019

Książęta i magowie: Kandydatka, Rachel E. Carter



Seria: Czarny Mag
Tytuł: Kandydatka
Autor: Rachel E. Carter
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 412
Opis: Dwudziestoletnia Ryiah jest czarną maginią frakcji bojowej, ale nie jest Czarnym Magiem. Jeszcze. Niemal od zawsze pragnęła zdobyć legendarną szatę, jednak tylko tego jednego roku będzie mogła wziąć udział w prestiżowym – i jedynym w swoim rodzaju – turnieju dla magów… Szkoda, że będzie musiała wystąpić przeciwko pewnemu księciu – temu, którego dotąd jeszcze nigdy nie pokonała. Nabór kandydatów wreszcie nadchodzi. Zwycięzca otrzymuje szaty, ale w królestwie czyha coś mrocznego. Wrogie królestwa otaczają ojczyznę Ryiah. Pora zawrzeć sojusz. Niestety dla Ryiah to dopiero początek. Bo największy wróg mieszka w samym pałacu.

„Ponieważ chłopak ze światem u swych stóp tak naprawdę na nic nigdy sobie nie zasłużył.”


Nie jestem dzisiaj zbyt kreatywna. Wstępów nie będzie, zapraszam na recenzję „Kandydatki”.
Trzecia część serii Czarnego Maga opowiada głównie o tym, co działo się zarówno przed, jak i po naborze kandydatów do rady magii. W końcu Darren oświadczył się Ry, jednak ta niedługo po zakończeniu nauki w akademii wyjeżdża na służbę w Ferren’s Keep. Po roku ma na stałe zamieszkać w pałacu jako żona księcia. W tym czasie też stara się jak najlepiej przygotować na nabór kandydatów do starcia o tytuł Czarnego Maga. Równocześnie Jerar stara się przygotować do wojny z Caltothem. W międzyczasie wyjdzie na jaw trochę dworskich intryg, a buntownicy dorzucą się do ogólnego zamieszania.
Główną osią „Kandydatki” jest, oczywiście, relacja Ry i Darrena. Po dwóch poprzednich częściach raczej ciężko spodziewać się czegoś innego. Podtrzymuję moją opinię o pozostałych tomach, to jest taka przyjemna seria, którą można poczytać dla czystego relaksu. Jest wiele oczywistych wątków, postacie zachowują się w dość przewidywalny sposób znany już z niejednej książki o podobnej tematyce, a autorka nie bawi się w ukrywanie swoich zamiarów. To nie ma być superambitna książka z milionem plot twistów. Jednak ta prostota nadal jest mocną stroną tej serii. Przy tym wszystkim, postacie nie zachowują się w sposób głupi, autorka nie traktuje czytelnika, jakby ten nie miał rozumu, a wszystkie wydarzenia są odpowiednio umotywowane.
Mimo całej tej prostoty, ten tom potrafił mnie zaskoczyć. Nie spodziewałam się znaleźć tu jakichś większych dworskich intryg. Wcześniej wszystko wydawało się dość jednoznaczne: kto jest zły, kto dobry (może poza Darrenem), sądziłam, że wiem, czego po kim się spodziewać. W „Kandydatce” autorka powoli zaczynała przełamywać ten schemat. Zresztą udało jej się uśpić moją czujność i na koniec dałam się zaskoczyć. Nawet jeżeli większość tych wątków w końcu dawała przewidzieć jak się zakończą, bardzo przyjemnie się o tym czytało i odkrywało, jak do tego doszło. Pod koniec zostało kilka nierozwiązanych linii fabularnych i nawet nie potrafię stwierdzić, jak się one potoczą. W poprzednich częściach jednak nie było takich zakończeń, więc teraz jeszcze bardziej chciałabym już dorwać czwarty tom. Zaskoczyło mnie też to, że wątek Ry i Darrena nie zdominował tej książki. Jako główna para w serii, która mocno opiera się na romansie, byli bardzo nieinwazyjni. Obyło się bez gorących wyznań miłości co dziesięć stron, umierania z tęsknoty i przydługich opisów pocałunków. Mieli między sobą kilka dram, ale autorka już nie raz udowodniła, że potrafi pisać takie stereotypowe wątki na tyle dobrze, że czytelnik nieświadomie się w nie angażuje i zaczyna je przeżywać.
Nie mogę powiedzieć, że wszystko było idealne. Nie czuję się jakoś mocno związana z konkretnymi postaciami z tej serii. Większość ma swoją rolę do odegrania i tyle. Jednak Ry momentami trochę odbijało. Za bardzo się obrażała w sumie o nic, kręciła nosem na nawiązywanie kontaktów z innymi postaciami poza książętami. Trochę jej charakter rozjechał się z tym, co poznaliśmy w poprzednich częściach. No i popełniła grzech numer jeden w tematyce przeżywania swoich uczuć. Co chwila „rozpadała się na kawałki”. Serio, w Kandydatce miałam wrażenie, że jeszcze raz rzuci tym tekstem i zostanie z niej tylko kupka pyłu jak po pstryknięciu Thanosa. Z drugiej strony muszę pochwalić kreację Darrena i Blayne’a. Pamiętając, jak to było z książętami w „Czerwonej Królowej”, do samego końca nie potrafiłam zaufać żadnemu z nich. Jak jeden mówił „A”, a drugi „B”, stwierdzałam, że coś tu nie gra i zaraz się okaże, że jest na odwrót. Kiedy zaczynali grać inaczej, myślałam, że to kolejna przykrywka i jednak było tak, jak wcześniej. Książęca paranoja, ale w takim dobrym znaczeniu. Spodobało mi się też to, że autorka poświęciła trochę czasu na przedstawienie ich przeszłości i zbudowanie relacji. Dzięki temu obaj nabrali więcej kolorów, bo do tej pory Darren był po prostu mrocznym księciem, który chce dobrze, a Blayne był jego starszym, złym bratem. Teraz nawet mogę ich tak trochę kochać.
Bardzo spodobał mi się też sam nabór kandydatów. Może ten wątek nie zajął wyjątkowo dużo miejsca, jak sugeruje tytuł i opis okładkowy, ale był wyjątkowo dobrze zaplanowany i opisany. Oczywiście autorka skupiła się głównie na magach bojowych, jednak pozostałe dwie frakcje też dostały swoje kilka minut i udało się tam wpleść trochę fabuły. Same bitwy o szatę Czarnego Maga były świetnie napisane. Potrafiły nieźle podnieść ciśnienie i momentami nawet moje przekonanie, że autorka pozwoli Ry wygrać, gdzieś sobie uciekało i nabierałam wątpliwości.
Ostatecznie „Kandydatka” kilka razy mnie zaskoczyła i w tym wypadku nie chodziło o to, z jaką lekkością i przyjemnością się ją czytało. Może styl autorki nie zmienił się jakoś wybitnie, nadal jest prosty, nie ma rozbudowanych opisówi jakichś niesamowitych dialogów, ale zaczęła rozwijać fabułę i bawić się wątkami. Przez to „Kandydatkę” czytało się jeszcze lepiej i naprawdę nie mogę się doczekać ostatniej części! Poza tym, ta seria nadal jest lekka i przyjemna, nie zarzuca milionami wątków ani kilometrowymi opisami. Byłam w stanie ją czytać po przetyraniu mnie na lodowisku, gdzie po takich atrakcjach moje zdolności umysłowe ograniczają się do kreskówek, grania w pokemony i rozważania wad i zalet drzemki. Nie jest to wybitna książka, nie mogę jej dać 10/10, ale ciężko jej odmówić zalet. Czasem każdy potrzebuje takiej czystej, prostej rozrywki.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Uroboros.
1

wtorek, 30 lipca 2019

Schematy, schematy i schematy: Cień, Adrianne Strickland, Michael Miller


Seria: Kroniki Kaitanu
Tytuł: Cień
Autor: Adrianne Strickland, Michael Miller
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 522
Opis: Qole Uvgamut jest najlepszą poławiaczką cienia na Alaxaku, prymitywnej i biednej planecie na peryferiach. Do załogi statku poławiaczy dołącza ładowniczy Nev. Nikt nie wie, że to dziedzic arystokratycznego rodu, który występuje w przebraniu, aby zdobyć zaufanie Qole. Tajemnica wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy statek zostaje zaatakowany przez niszczyciel. Okazuje się, że nie tylko Nev i jego krewni mają plany wobec młodej Alaxakanki, rywalizujący ród również chce dopaść dziewczynę. Kluczowy jest tutaj cień – substancja, która stanowi niezwykłe źródło energii. Nev, syn głowy rodu, chce skłonić Qole do wzięcia udziału w badaniach nad cieniem. Po wymknięciu się z rąk wroga poławiaczka zgadza się polecieć z Nevem do siedziby jego rodu i poddać się badaniom prowadzonym przez stryja młodego arystokraty. Na miejscu okazuje się jednak, że ród Dracortów nie ma czystych intencji. Nev staje przed wyborem: ocalenie Qole lub lojalność wobec rodziny.
Ocena: 5/10


Można być mądrym człowiekiem, który nie poleci na „książka dla fanów Kapitan Marvel”. Można też być mną. Dzień dobry, tu wasza książkowa Halinka! Moją dzisiejszą wymówką jest: miałam warsztaty łyżwiarskie, cały zwierzyniec na głowie i okazało się, że nadal mam dramę na studiach. Spokojnie, do września nie stać mnie już na żadne łyżwowe czary mary, więc postaram się bardziej ogarniać sytuację tutaj.
Dzisiaj na tapecie ląduje „Cień”. Na początek przyda się wspomnieć, czego się spodziewałam. Po przeczytaniu opisu miałam nadzieję, że trafi się jakiś kosmiczny pierdolnik z odrobiną fantastyki. Wiecie, jakieś zarąbiste, nadnaturalne zdolności, kosmiczne starcia, szalone loty przez galaktykę, a na dokładkę jakieś nadworne intrygi i przepychanki o władzę czy inną potęgę w postaci tytułowego cienia. Liczyłam też, że nikt nie zacznie monologu o tym, że nie lubi piasku i nie został wyniesiony do rangi mistrza. Znając klasykę space oper cieszmy się, że nikt nie umarł ze smutku. Chociaż nie pogardziłabym jakimś ucinaniem nóg i wpadaniem do lawy. Pomijając nową trylogię „Gwiezdnych Wojen”, moje oczekiwania raczej wydawały się adekwatne do opisu i specyfiki gatunku. No i cóż… Nadal – cieszmy się, że nikt nie był chętny do dzielenia się swoimi uczuciami wobec piasku.
Wiadomo, że jeżeli książka zahacza o tematykę YA, musi być romansik. On zawsze będzie się czaił gdzieś tam w rogu i dźgał pod żebra dość oczywistymi wskazówkami. Jak już się człowiek naczyta czegokolwiek kierowanego do nastolatek, potrafi od razu wywęszyć, w jakim kierunku autor chce pchnąć daną relację. Tylko że w „Cieniu” stosowane są te najbardziej oczywiste schematy i zagrania. To są te najbardziej podstawowe rzeczy, których sama kiedyś używałam. Większość społeczności fanfikowej z nich kiedyś korzystała. I jasne, można to napisać w sposób ciekawy, można się tym bawić, można zrobić to w sposób nieszablonowy. Problem leży w tym, że autorzy „Cienia” zatrzymali się na podstawach i ani razu nie wykroczyli poza nie. Zresztą większość tej książki okazała się bardzo schematyczna. Nev i Qole są najbardziej typowymi postaciami, jakie można było stworzyć. Oboje są kosmicznie niesamowici w tym, co robią, rozwalają przeciwników jak leci, czyste ideały bez ani jednej skazy. Przez to są też niesamowicie nudni i ciężko było mi przejąć się ich losem. Tak naprawdę najciekawszymi postaciami okazali się Eton i Basra, oni dwaj przynajmniej mieli jakąś tajemnicę i nie byli przedstawieni jako ktoś totalnie idealny. Jeszcze Arjan się jakoś łapał na ten wózek, ale on wydawał mi się bardzo mocno zepchnięty na boczny tor, miał do odegrania tylko jedną rolę. „Cień” poległ właśnie na postaciach i schematyczności, bo potencjał miał naprawdę niezły.
Ostatecznie fabuła też nie okazała się bardzo porywająca. Tak naprawdę spodobał mi się wszechświat, który został tu wykreowany. Wielki Upadek, te tajemnicze umiejętności wywoływane przez cień i relacje między królewskimi rodami ciągnęły mnie do tej książki. Przez cały czas miałam nadzieję, że autorzy popchną fabułę w tym kierunku. Tak naprawdę pierwsza połowa książki była potwornie przeciągniętą grą wstępną. Miała z dwa jasne punkty, ale naprawdę, te 250 stron, które głównie opierały się na pogaduchach podczas lotu na Luvos, nie było bardzo porywające. Miałam nadzieję, że chociaż potem coś się rozkręci, że zaczną się jakieś pokrętne intrygi na dworze królewskim i tajemnicze badania. Niewiele tego było, za to dostaliśmy kilka rozdziałów o przygotowaniu Qole na bal i samej imprezie. Zaraz potem szybka akcja i odkrycie większości kart.. No i tyle. Do tego rodzinka królewska też okazała się bardzo typowa i schematyczna, a do tego ta typowa, wredna laska, której zależy tylko na jednym. Miałam trochę skojarzeń z „Czerwoną królową”, ale tamta książka o wiele głębiej weszła właśnie w te dworskie intrygi i pozwoliła trochę się zagłębić w nadnaturalne zdolności bohaterów. W „Cieniu” wątek o mocy Qole został potraktowany naprawdę po macoszemu, wykazała się w sumie jedną umiejętnością, a przez większość książki przejawia się to głównie w tym, że oczy jej ciemnieją. Kurde no, szkoda, bo zdolności związane z cieniem wydawały się jednym z ciekawszych elementów tej książki.
Cień” to takie bardzo przeciętne sci-fi dla młodzieży. Nie trzeba się bać, że nie odnajdzie się w gatunku. Nie pojawiają się tu żadne kosmiczne zawiłości, nie ma naukowego bełkotu. Mogę uwierzyć, że jeżeli ktoś lubi romanse czy jest nieco młodszym czytelnikiem, będzie zadowolony po przeczytaniu „Cienia”. Ja spodziewałam się dużo więcej. Nie mogę powiedzieć, że to był głupi do bólu gniot. To bardzo schematyczny przeciętniak. Ujął mnie pomysłem na świat i ze względu na to czytanie mnie nie męczyło. Ciągle liczyłam, że autorzy zagłębią się w wątki powiązane z Wielkim upadkiem i cieniem, więc czytałam. Jednak to za mało, żeby mnie zadowolić. Mogłabym wyciągnąć kilka innych książek o tej tematyce, które o wiele chętniej bym poleciła, ale próbuję spojrzeć bardziej obiektywnie. Biorąc pod uwagę, że „Cień” totalnie łapie się w tematykę YA, a ja sama w wieku 14 lat leciałam na takie historie – dzieciaki, będziecie zadowolone. No i może przekonacie się do kosmicznych opowieści, one naprawdę nie są tak ciężkie, nie przyprawiają o ból głowy, a odległe galaktyki potrafią być zarąbiście piękne i magiczne!


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Uroboros!

0

poniedziałek, 8 lipca 2019

Życie uczuciowe wywern: Królestwo popiołów, Sarah J. Maas



„Narodzi się bezimienny, który zapłaci cenę.”



Seria: Szklany Tron
Tytuł: Królestwo popiołów
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: Część I - 735; Część II - 511
Opis: Ostatnia nadzieja wszystkich, którzy marzą o wolności, tli się na Północy, gdzie Terrasen dzielnie stawia czoła hordom Morath. Tam, gdzie w pierwszej linii szaleje Aedion na czele Zguby. Tam, dokąd zmierzają Aelin, Chaol i Rowan, wiodąc nieoczekiwanych sprzymierzeńców. Tam, dokąd odwraca głowę Manon Czarnodzioba, szykująca plan zjednoczenia wiedźm.
Na mroźnej Północy splotą się nici przeznaczenia. Ale czy pod murami dumnego Orynthu niezwykła intryga Aelin Ashryver Biały Cierń Galathynius znajdzie rozwiązanie?
Czy mimo zimnych wichrów, morza krwi i powszechnego przerażenia zakwitnie miłość i nastanie pokój?
Ocena:

  • Fabuła: 5,5/10  – Sama linia fabularna skupiająca się na walce z Erawanem, Kluczach Wyrda i głównych wątkach całej serii była dobra, ale cała reszta kuleje.
  • Postacie 7,5/10  – To dla Doriana i wiedźm, powinni dostać złotą gwiazdkę!
  • Wykonanie: 4/10  – Zbyt rozwleczone, rozbite, tej książce przydałby się porządny remont.
  • Wydanie 10/10  – Trzeba być szalonym, żeby wydać 1300 stron w miękkiej okładce. Chałwa i chwała za podział tego kloca!
  • Logika i spójność: 5/10  – Mam wrażenie, że Maas trochę zapomniała, jak budowała historię Aelin w poprzednich częściach. Poza tym zaliczyła kilka srogich wpadek i szykujcie się na omówienie spoilerowe, mam dla Was worek złota!
  • Romans: 2/10  – Nie oszukujmy się, Maas ostatnio bardzo zboczyła w tym kierunku. Jednak oparcie życia uczuciowego głównie o podniecanie się sobą nawzajem, strzelanie fochów rodem z romansów na Wattpadzie i kilka słabo napisanych scen erotycznych, to nie to. Poza tym na początku serii autorka prawie wcale nie skupiała uwagi na romansie, za co ją lubiłam. Upsi.
  • Życie uczuciowe wywern: kocham te jaszczury, dajcie im żyć w szczęściu i wąchać kwiatki.


„Bądźcie mostem, bądźcie światłem w czasach, gdy żelazo zacznie się topić, a kwiaty będą rosły na polach zbroczonych krwią.”



Dzień dobry, Internecie. Przeżyłam szósty semestr studiów, mogę Was znowu dręczyć, yay! A jak wracać, to z przytupem. Moi drodzy, dzisiaj na tapecie ląduje długo wyczekiwane zakończenie „Szklanego Tronu”. Pięć lat  spędziłam z tą serią, zdążyłam zmienić szkołę, zdać matury, przeżyć trzy lata studiów i wymyślić sobie zostanie łyżwiarką. To dość długo, a jeszcze kurier zgubił się po drodze aż dwa razy, więc zamiast w kwietniu, dostałam te książki w czerwcu. Pomyślicie: „O rany, pewnie doczekać się nie mogłaś, co? W końcu tak chwaliłaś poprzednią część”. No cóż, zauważyłam, że w pewnym momencie zaczęłam mieć klapki na oczach i z góry uznawałam, że kolejna część tej serii musi być super zajebista, bo to „Szklany Tron”. Niestety, Sarah J. Maas, taki odstęp między obiema częściami dał mi sporo czasu na przemyślenia, zauważenie pewnych rzeczy, a moja przygoda z „Dworem mgieł i furii” dała mi kopa do zwracania uwagi na wiele szczegółów. Także kochani, zapraszam do zabawy, jestem przygotowana jak nigdy!
Do końca liczyłam, że ta książka jednak okaże się dobra, uda jej się złapać za moje serducho i pożegnam się z panią Maas w miarę zadowolona. Naprawdę byłam zakochana w tej serii, ale od pierwszej części wiele się zmieniło i nie wydaje mi się, że na lepsze. Jednak nadal jest taka mała cząstka mnie, która chce myśleć pozytywnie, dlatego zamiast dawać ocenę za całokształt, spróbuję jakoś to porozdzielać. Nie potrafię zebrać do kupy tego, czego tu doświadczyłam, bo były dobre rzeczy, ale były też te tragiczne i nie uważam, żeby ocenienie wszystkiego razem było fair. Przy okazji czaję się też na napisanie jakiegoś spoilerowego omówienia, bo wyłapałam tam kilka kwiatków, które koniecznie chcę obgadać.
Wyobraźcie sobie, że całe „Królestwo popiołów” zajęło około 1300 stron i totalnie popieram decyzję wydawcy o podzieleniu tego na dwie części. Ta pierwsza to i tak wielki kloc, i zwyczajnie okropnie się go czytało, szczególnie, że nie chciałam złamać grzbietu, taki książkowy crossfit. Jednak co najważniejsze – ta książka mogła być o wiele krótsza! Czy jest redaktor na sali? Potrzebujemy tu porządnego ogarnięcia tekstu! Zaufajcie mi, nie dramatyzuję. Tutaj jest wiele do poprawy. Jeżeli chodzi o tę nieszczęsną długość – mamy tu gigantyczny przerost treści. Wiele rozdziałów z pierwszej części mogłoby nie istnieć, nijak nie wpływały na fabułę. Sporo było też treści, które zwyczajnie były zbędne, niektóre rozdziały wystarczyło streścić w kilku akapitach, ale… No właśnie, ale! Wtedy Maas nie upchałaby tam tyle nastolatkowej dramy, związkowych zawirowań i zbędnych opisów interakcji między bohaterami. Wow, powiedziałam to, a ja przecież zawsze doceniam sceny rozmów, ploteczek i przedstawiania relacji między postaciami. Tylko tutaj to polega głównie na rozkminianiu, że „no kocham go/ją, ale bla bla bla”, powtarzaniu po raz dziesiąty, że ktoś na kogoś ma focha, a reszta to zdecydowanie za długie opisy lecenia w ślinę i tragicznie napisanej gry wstępnej. Przysięgam, wolałabym przez resztę życia wysłuchiwać haiku Apolla niż przeczytać kolejną scenę erotyczną czy w ogóle romantyczną, napisaną przez panią Maas. Pozwolę sobie zacytować jeden fragment: 
Rowan wbił się w nią potężnym pchnięciem i jednocześnie wgryzł się w jej szyję. Jęczała z każdym pchnięciem jego bioder. Same rozmiary jego męskości dostarczały jej rozkoszy, którą nie była w stanie się nacieszyć. Przeorała paznokciami jego muskularne plecy. Potem jej dłonie zeszły niżej, by mogła poczuć każde potężne pchnięcie.
Po pierwsze – samo przepisywanie tego dało mi ciarki żenady i w ogóle mam wrażenie, że każda męska postać w tej książce ma te same wymiary i wszyscy uprawiają seks dokładnie w ten sam sposób. Po drugie – te POTĘŻNE pchnięcia skojarzyły mi się z pewnym memem i od tego czasu nie jestem w stanie tego czytać bez podśmiewania się jak debil. Wy już wiecie o co chodzi, pozwólcie, że wstawianie memów zostawię na ten drugi post. Ostatecznie jest jeszcze jeden temat, który sprawia, że cała ta książka mocno się przeciąga. Dobra, to spoiler z „Wieży Świtu”, przynajmniej tak się dowiedziałam na Instagramie, więc nie spalcie mnie żywcem. Otóż jedna z bohaterek zaciążyła. Idealny moment, nie? Mamy tu gigantyczną wojnę z demonicznym królem, dramę z bogami i w ogóle wszyscy umrą. Na pewno czytelnicy będą super wciągnięci ciążowymi perypetami jednej pary. Mam wrażenie, że ten wątek pojawił się tylko w jednym celu: by co chwila mogło paść, że jak to super cudownie, że ktoś będzie miał dziecko i to największy skarb na świecie, sratatata, ewentualnie trzeba wspomnieć, że „Ojezu, w ciąży jesteś, weź odpocznij, uważaj na siebie, to takie trudne, ciężkie, ale z ciebie bohaterka”. Moja mała teoria jest taka, że komuś tu rzuciło się na głowę posiadanie dziecka, jednak nie jest to istotne. Ważne jest to, że ten wątek jest jak pyton znad Wisły  ot, temat byleby zająć kawałek czasu czytelnika, bo a nóż widelec się zainteresuje. Zupełnie niepotrzebne dla fabuły, wprowadzone ot tak, by o tym popisać i nic więcej. No i naprawdę – to najgorszy czas na robienie sobie dziecka. Wiem, życie nie jest idealne, ale autorka ma władzę nad tekstem i zrobiła w tym momencie coś totalnie bezcelowego, a ja czuję, że zmarnowała kawałek mojego czasu. Ostatecznie, nie musiało to być 1300 stron, tu naprawdę było sporo zbędnego materiału do wycięcia. Kolejna drama na bookstagramie, której mogliśmy uniknąć. Gdzie wysłać mój rachunek za popcorn?
Wołałam redaktora, nie? Bo naprawdę problemy tu zaczynają się od samej konstrukcji tekstu. Fabuła tej części jest poszatkowana, nierówna i sama potrafi wybić czytelnika z rytmu. Mamy tu od groma postaci i niezły burdel, ale kawałek tego bajzlu można było ogarnąć. Wiadomo, Aelin porwała Maeve, jej ukochany pantofel leci jej na ratunek, Manon chce zjednoczyć wiedźmy, a Dorian musi odnaleźć ostatni Klucz Wyrda. No ok, to musiało się dziać, ale pojawia się jeszcze jeden element. O tak, kochani, Maas w tym momencie wysłała armię Erawana na Terrasen. Znowu: czy autorka mogłaby przemyśleć swoje decyzje? Tak tylko sugeruję, że to ona tu rządzi, więc mogłaby trochę zapanować nad tym wszystkim. Nasz główny złol poza podbijaniem kontynentu miał też inne zajęcia, jak na przykład te cholerne Klucze Wyrda. Zresztą już w „Imperium Burz” miał zarąbistą armię i mógł sobie rozwalić królestwo naszej heroiny. Chociaż o samym Erawanie będzie dalej. Prawda jest taka, że Maas mogła odwlec atak na Terrasen, żeby nie ciągnął się przez większość tej książki. Jednak zrobiła, jak zrobiła i strasznie to rozbiło konstrukcję „Królestwa popiołów”. Mi to wręcz na nerwy działało, bo z jednej strony ciągnie nam się ta bitwa i do pewnego momentu naprawdę była ona emocjonująca, ale co chwila przerywały ją rozdziały skupiające się na Aelin i Dorianie. To okropnie przeszkadza, nie pozwala się na niczym skupić. Najbardziej irytujące były momenty, kiedy już zaczynałam się przejmować, w pewnym momencie wręcz się popłakałam, a w kolejnym rozdziale… O tak, przechodzimy do tej reszty fabuły i mamy grę wstępną między jakąś parką. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! To naprawdę powinno zostać odesłane do poprawek. Do tego te początkowe rozdziały z Terrasenu mogły być streszczone, bo nic nie wnosiły, poza tym że Aedion miał focha na Lysandrę a ludzie wierni Aelin mieli spinę z starymi lordami, co wiemy już z „Imperium burz”. Konstrukcja tej książki po prostu mi się nie klei i potwornie wpłynęła na jej odbiór. Kojarzy mi się z tym, jak Maas dała Feyre wszystkie możliwe opcje, chyba po prostu nie mogła się zdecydować, co robić i ogarnąć priorytetów, więc wyszło, co wyszło.
Najbardziej dobija mnie to, że już mam wrażenie, że nieźle się pastwię nad tą książką, a z tyłu głowy mam to poczucie, że przez kilka lat naprawdę kochałam tę serię. Zaufajcie mi, wyciągałam z niej tyle dobrego, ile potrafiłam. Momentami nawet czułam, że dany fragment był napisany tak, jakby to była któraś z trzech pierwszych części. Raz się rozkleiłam i przyznaję, że moje serce nadal należy do Trzynastki, kocham te wiedźmy, były jedną z najlepszych rzeczy w „Królestwie popiołów”. Cały ich wątek, poza romansem Manon i Doriana, był świetny. Nawet doceniłam romans, ludzie! Życie uczuciowe wywern okazało się wyjątkowo porywające! Tajemnicą też nie jest, że kocham Doriana, upatrzyłam go sobie już w „Szklanym Tronie” – magiczny chłopiec z życiową dramą to coś, na co zawsze się złapię. Naprawdę, bez tego romansowania z Manon, jego wątek był świetny. Szkoda tylko, że wszystko musiało skończyć się na Terrasenie, bo chciałabym, żeby Maas pokazała, co się stało z życiem innych postaci. Chociaż nadal lepsze to, niż sequel. Nie dręczmy już tej serii. I naprawdę przyznaję, dałam się złapać nostalgii. Momenty, w których pojawiało się więcej magii, mistycyzmu i nawiązań do tych pogmatwanych tajemnic z przeszłości Erilei były naprawdę wciągające.
Co ja mogę powiedzieć o fabule? Naprawdę potrzebowałaby ona wielkiego remontu, bo jest porozciągana na wszelkie możliwe strony, a jej konstrukcja praktycznie nie istnieje. Jednak, jeżeli wywali się wszystko to, co tak niemożliwie przeciąga całą książkę i spróbuje się spojrzeć na każdy z trzech głównych wątków oddzielnie, to mogło wyjść z tego coś dobrego. Maas naprodukowała tu postaci, każdej chciała dać oddzielne zadanie i to jest największą tragedią „Królestwa popiołów”. Nadal widzę tu potencjał, ale autorka chciała zbyt wiele. Jeżeli najpierw fabuła skupiłaby się na odbiciu Aelin, zjednoczeniu wiedźm i Kluczach Wyrda, a potem dopiero przeszłoby to w ostateczną bitwę, miałoby to ręce i nogi. W takiej formie, jaką otrzymaliśmy, każdy wątek walczy o uwagę z pozostałymi i ciężko wkręcić się w tę książkę tak na poważnie. Poza tym rodzi się wiele nieścisłości. Mam wrażenie, że Maas zapomniała opisać jeden z wątków i wcisnęła go na sam koniec, co przy okazji sprawiło, że Aelin z lekka wychodzi na dzbana, niepotrzebnie poświęciła część wojska. Z tą sceną mam konkretny problem, ale dzisiaj jest bez spoilerów, zainteresowanych zapraszam na kolejny post.
tej książce kuleje sporo rzeczy. Kolejny problem – przez te 1300 stron, większość rozdziałów jest napisana tak podniosłym tonem, jakby właśnie rozgrywała się ta ostateczna walka, gdzie mamy wszystko albo nic. To powinno być zarezerwowane na naprawdę ważne momenty, a zostało mocno nadużyte. Przez to miałam po prostu dość i nie potrafiłam poczuć tej książki. Od pewnego progu, po prostu przestałam to czuć. Mam wrażenie, że powstała tu klątwa ostatniego tomu, autorka za bardzo poczuła się do zrobienia tego na jakimś super zajebistym poziomie i mocno przesadziła. Do tego doszło jeszcze nadużywanie pewnych zwrotów i pełnych nazwisk. Naprawdę, jeszcze raz zobaczę „Nazywała się tak i tak” albo jakieś inne „Nie będzie się bać”, a oszaleję. „Królestwo popiołów” mogłabym porównać do baroku – to gigantyczna przesada.
Muszę jeszcze zająć się postaciami, bo tutaj też wyczyniają się wielkie cyrki. Większe niż ego samej Aelin. Zaczynając od naszej głównej bohaterki – w tej części jest ona bardzo niespójną postacią i to nawet nie do końca jej wina. Maas najpierw pisze o niej jedno, a za ileś rozdziałów robi coś dokładnie odwrotnego. Było to strasznie zamotane, ale jedna rzecz gryzie mnie w tym najmocniej – stosunek Aelin do Terrasenu. Z poprzednich części zrozumiałam, że po tym, co wydarzyło się w jej dzieciństwie, ona wyparła z siebie fakt bycia następczynią tronu. Dziewczyna tylko cudem się wyratowała z totalnej masakry i oddaję jej to, że wiele przeszła. W „Dziedzictwie Ognia” odnosiłam wrażenie, że była zupełnie odcięta od swojej przeszłości i do tej pory ten temat był dość klarowny – nie winimy Aelin za to, że wszystko się posypało, bo była dzieciakiem i przeżyła niezłą traumę, ona też jest tego świadomaWydawało mi się, że na tym polegał cały jej wątek w trzecim tomie, miała zaakceptować te wydarzenia i swoje pochodzenie. Jednak „Królestwo popiołów” traktuje to wręcz jak zmazę na jej honorze, a sama Aelin wiecznie dręczy się jakimś wielkim długiem wobec Terrasenu, jakby wszystko było jej winą. Nie, nie, nie! Mogę jej nie lubić jako postaci, ale damn, nie! Dzieciak lat 10 po takich wydarzeniach musiał mieć nieźle namieszane w głowie, a ona od razu została wciągnięta do gildii zabójców, która gromadziła niezłych popaprańców, stamtąd później trafiła prosto do niewoli. Tu nie ma żadnej winy i żadnego długu, nie chcę nawet o tym słuchać! Reszta – niech jej będzie, ale sama Aelin jest postacią mocno przesadzoną, nic nowego. Poza tym odniosłam wrażenie, że nie znam postaci, o których czytam. Większość z nich wydawała się obca, nie pasowali mi do tych osób, które zapamiętałam z poprzednich tomów. Większość z nich zachowywała się jak niedojrzałe dzieciaki. Aedion i Lysnadra zajmowali się głównie dramą między nimi, Elide i Lorcan tak samo, miałam tego serdecznie dość. Wiecznie tylko fochy, fukanie na siebie, a potem przemyślenia w stylu „kocham, NO ALE”. To jest ostatnia część serii, którą pokochałam za bycie interesującą fantastyką, nie przyszłam tu dla dram w związkach. Nasi wojownicy fae, którzy mają kilkaset lat też zachowują się jak dzieciaki. Miałam wrażenie, że ledwo odkryli swoje moce i słabo je kontrolują, bo większość ich emocji była przedstawiona za pomocą jakiegoś przejawu ich magii. Kiepsko to wypadło. No a Rowan jest wielkim pantoflem, który stracił większość charakteru na rzecz uwielbiania Aelin. Jeszcze Dorian i wiedźmy jako tako się trzymali, o tym już pisałam. Szczerze kocham Trzynastkę i trzymałam kciuki za ich sprawę do samego końca. A nasz młody król, jako jeden z niewielu tu zebranych, potrafił się rozliczyć ze swoją przeszłością we w miarę spójny sposób. Mamy jeszcze nasz zły duet: Maeve i Erawan. Mogli być interesujący, ta pierwsza nawet miała takie przebłyski, że angażowałam się w jej historię, ale okazała się kolejnym zawodem. Do teraz nie bardzo łapię, czego ona chciała od życia i po co w ogóle się wmieszała w tę dramę, raz mówiła „A”, raz „B” i Maas nie określiła co dokładnie ją motywowało. Za to Erawan to w ogóle zmarnowany potencjał. Kojarzy mi się z Voldemortem – seria potrzebowała głównego złego, to dostała. Tylko jego motywacje są takie jakieś nieokreślone, niby czegoś tam chce, ale nie wchodzimy w to głębiej, ma być po prostu zły i straszny. Nie wiem, co więcej mogłabym napisać. Po poprzednich tomach potrafiłam się rozwodzić nad każdą postacią do bólu, a „Królestwo popiołów” postawiło między mną a nimi grubą ścianę. Nie ujęli mnie jakoś mocno, poza jedną czy dwiema scenami. Do tego Maas naprawdę jest przewidywalna i po tych wszystkich latach, kiedy co chwila martwiłam się, że kogoś mi zamorduje, nie zrobiła prawie nic, co by mnie mocno poruszyło. Jest dosłownie jeden wyjątek i to wszystko, reszta losów bohaterów okazała się bardzo przewidywalna.
Zawiodłam się tak potężnie jak Rowan pchał Aelin. Mam jeszcze kilka elementów, których chcę się przyczepić, ale naprawdę wolałabym nie zostać zjedzoną za spoilery. „Królestwo popiołów” miało kilka przyjemnych czy przejmujących momentów, ale mocno ucierpiało na tym, jak zostało przeciągnięte. Wiele rzeczy byłoby w nim do poprawy, a sama Maas za mocno poczuła się do pisania wielkiego zakończenia, więc mamy tu przesyt zarówno w formie jak i treści. Mocno stęskniłam się za tym, jak ta seria wyglądała na początku, kiedy kochałam wszystkie postacie i przeżywałam z nimi każdą dramę. Te dobre momenty nadal powstrzymują mnie przed ocenianiem „Królestwa popiołów” jednoznacznie negatywnie. Podchodziłam do tej książki głównie z myślą, że chcę poznać zakończenie całej historii. Jeżeli polubiliście poprzednie części, to i tak przeczytacie ten tom. Pozwólcie sobie zakończyć tę historię, chociażby dla wiedźm i Doriana, oni na to zasługują. Osobiście kończę przygodę z książkami pani Maas, chcę pamiętać te dobre rzeczy. Muszę jeszcze do końca przegadać moje problemy z tą częścią, zrobiłam naprawdę piękne notatki. Może gdybym miała w tej chwili te 16 lat, byłabym zadowolona, może gdybym nie przerobiła wcześniej wielu innych książek z tego gatunku, może gdybym sama od iluś lat nie bawiła się w pisanie… Poprzednie części były lepsze, a nie chcę tą recenzją skreślać całej serii. Także moi kochani, decydujcie, czy jesteście na to gotowi. Osobiście twierdzę, że po przeczytaniu pięciu poprzednich części, ciężko jest nie złapać też za tą. Poza tym, hej, ja się świetnie bawiłam urządzając pojedynek między sympatią do tej serii, a rzeczywistością.


Bardzo dziękuję wydawnictwu Uroboros za możliwość przeczytania "Królestwa popiołów", za przesłanie ebooka, kiedy kurier nie potrafił do mnie dotrzeć, a w ogóle to osoba prowadząca waszą stronę na Facebooku to bohater. Serio, odpowiadać na te wszystkie komentarze obrażonych fanów z takim spokojem – chcę wiedzieć u którego Jedi się szkoliłeś!

3

środa, 20 marca 2019

Miało być klimatycznie: Cienie Nowego Orleanu, Maciej Lewandowski


„Odkąd demony nie są zapraszane, przychodzą same.”

Tytuł: Cienie Nowego Orleanu
Autor: Maciej Lewandowski
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 350
Ocena: 4/10
Opis: John Raymond Legrasse, doświadczony nowoorleański policjant, podczas policyjnego nalotu na przemytników trafia do dziupli handlarzy żywym towarem. Znajduje tam makabrycznie okaleczone zwłoki młodej kobiety. Tropy prowadzą do niewyjaśnionej sprawy z przeszłości, rytualnego mordu dokonanego przez tajemniczą sektę. Zamordowanej dziewczynie wyryto na skórze tajemnicze znaki oraz zdarto płat skóry z pleców. Odsunięty od sprawy Legrasse prowadzi własne śledztwo. Podążając śladem handlarzy żywym towarem, dociera do zakładu fotograficznego, w którym znajduje nagrania brutalnych gwałtów i tortur czarnoskórych kobiet. Kolejny ślad prowadzi do Kaznodziei, przywódcy sekty przywołującej demony…


Jak ja się zawiodłam! Rany, tak bardzo chciałabym napisać, że ta książka była klimatyczna, magiczna i tak dalej, i tak dalej, móc polecić kolejnego polskiego autora, ale nie! Męczyłam się z nią ponad tydzień, chociaż ma tylko 350 stron. Po przeczytaniu „Cieni Nowego Orleanu” nie mam pojęcia, jak mogłabym ją określić poza „nuda” i „fabuła się zgubiła”. I to jest najgorsze! Bo nawet nie było tu nic, co by mnie tak gigantycznie zirytowało, że miałabym już jakiś szkielet na recenzję. Po tej książce zostało mi jedno wielkie NIC. Trzy dni zbierałam się, żeby zacząć pisać tę recenzję, bo zupełnie nie mam pojęcia, jak to ugryźć. Nie mam ochoty do tego wracać, nie mam pojęcia, co właściwie przeczytałam  problemy pierwszego świata.
Tak szczerze, wybrałam do recenzji „Cienie Nowego Orleanu”, bo w materiałach przesłanych przez wydawnictwo zapowiadały się naprawdę dobrze. Nowy Orlean to kolejne miasto dookoła którego dałoby się stworzyć niesamowicie magiczny klimat, do tego miała być mitologia Cthulhu, dodajmy do tego voodoo. Ogólnie: okultyzm, ogrom czarnej magii, demonów, nastrój wręcz idealny. Główny bohater też wydawał się interesujący – racjonalista, który już wcześniej zetknął się z demonicznym kultem. Opis sugeruje, że facet jeszcze nie przetrawił tych wydarzeń i wracają do niego jako koszmary. Od razu ma się nadzieję, że to będzie ten świetny wątek, w którym dostaniemy trochę takiej przyziemnej psychologii i zabawy tym, że on nie wierzy w tę czarna magię, ale w końcu będzie musiał to zmienić. To jest genialna podstawa! Nie wyszło to jednak ani trochę.
Próbowałam dawać tej książce szanse. Przez pierwsze 150 stron jeszcze liczyłam, że zaraz wyklaruje się jakaś jedna linia fabularna, za którą da się podążać i poukładać na niej wydarzenia. Miałam nadzieję, że skończą się zbędne opisy i przeciąganie, a zacznie się jakaś akcja, pojawi się więcej magii i tego całego kultu. Tylko że do samego końca nic takiego nie dostałam! Ostatni rozdział jeszcze nabrał jakiegoś mniej męczącego tempa i klimatu, ale to, co się tam wydarzyło… Mam wrażenie, że autor, zaczynając to pisać, nie miał pojęcia, jak w ogóle chce książkę zakończyć i jak ta oś fabularna ma się ukształtować. Jest kilka rozdziałów, w których niby coś się wyjaśnia i każdy z nich wygląda, jakby pisarz dopiero na to wpadł i chciał wykorzystać. I to mogły być zakończenia, ale zostawał jeden mały kawałek, który pozwalał to ciągnąć dalej i wyszło z tego takie nijakie coś. Ta historia po prostu mi się nie klei i wszelkie te rozwiązania wydają się takie płaskie i nijak powiązane z wydarzeniami. Bo tak naprawdę nie ma żadnych tropów czy powiązań między jednym wydarzeniem a kolejnym. Po prostu pan porucznik wpada do różnych osób popytać o sprawę, aż w końcu ktoś mówi: „ej, ja to od tego XYZ załatwiłem” i BAM, XYZ NALEŻY DO KULTU. No ktoś musiał, super. Ale to jest takie wyciąganie jakiegoś rozwiązania, bo trzeba.
Najbardziej zmęczył mnie styl, w jakim ta książka jest napisana. Opis „Cieni Nowego Orleanu” sugeruje, że będzie to książka klimatyczna i można założyć, że autor choć w pewnym stopniu jest zainteresowany tym miastem. No super, tylko to objawia się tym, że w najróżniejszych momentach dostajemy całe akapity na temat jakiejś dzielnicy. Musi być jak najbardziej opisowo, coby pokazać, że zrobiło się risercz, a najlepiej dorzucić do tego jeszcze trudne słownictwo. Fragmenty te nie wnoszą nic, nijak odnoszą się do tego, co aktualnie robi bohater i po prostu nie chce się ich czytać. Z opisami bójek jest podobnie, czasami postacie napieprzają się przez trzy strony i człowiek już ma dość. No ile można czytać o tym, jak ktoś ustawił gardę i gdzie się komu przypieprzyło? Przepraszam, ale to nie jest interesujące w aż takim stopniu. Po dwóch akapitach po prostu uciekało całe napięcie i ja miałam tego zwyczajnie dosyć. Do tego momentami autor tworzy zdania tak długie, że ciężko jest zrozumieć, co się przeczytało. A momentami wręcz jedno zdanie zupełnie nie zgadza się z poprzednim. Przez to wszystko całkiem spora część „Cieni Nowego Orleanu” zlewała mi się w takie jedno „bla bla bla”, już nie miałam siły na szukanie sensu w zdaniach i nawet najmniejsze zainteresowanie się opisami. Byłoby choć odrobinę lepiej, gdyby zamiast opisywać każdą mijaną dzielnicę, bardziej skupić się na mitologii i czarnej magii. Dać więcej klimatu w miejscach, w których się ona pojawiała, zamiast tylko dodawać, że „cuchnęło czarną magią”. Po tej książce nie mam ani trochę większego pojęcia o voodoo czy Cthulhu. Mało tego, ja nawet nie do końca wiem, jak wyglądał przedstawiony tu kult, poza tym że na pewno wierzyli w kolesia-krakena tak uwielbianego w popkulturze. Gdyby autor chociaż trochę bardziej skupił się na tym aspekcie, dodał trochę tej demonicznej magii w odpowiednich miejscach i napisał kilka wydarzeń z perspektywy tych wyznawców, powstałby odpowiedni klimat. Tymczasem wiemy, że tacy ludzie są, czarna magia też w sumie istnieje, ale prawie się nie pojawiała, były jakieś wydarzenia na bagnach i ludzie w to zamieszani lubią mordować czarne dziewczyny. Przez resztę czasu łazimy z panem porucznikiem przesłuchiwać ludzi, czytamy o architekturze i mieszkańcach poszczególnych dzielnic, no i tłuczemy temat prohibicji i porno. I nie twierdzę, że te tematy nie mogły być ciekawe, ale ta książka nie tak się zapowiadała i styl, w jakim jest to napisane po prostu męczy niemiłosiernie. No i gdyby płacili mi za każdym razem, jak jakaś postać posika się ze strachu… Dosłownie każdy, kto się tam przeraził to robił! To nie jest jedyna reakcja fizyczna na strach! Nie każdy reaguje tak samo! Naprawdę, skoro to jest rzecz, z którą kojarzy mi się ta książka, było jej za dużo i jest to zwyczajnie niewiarygodne, żeby wszyscy, jak leci, sikali z przerażenia. W ogóle mam wrażenie, że odnośnie różnych rzeczy autor miał określony zestaw opisów i tylko ich w tym temacie używał. Bez problemu dałoby się dobrać inne przymiotniki i dodać trochę różnorodności, no ale wszyscy sikają ze strachu i kawa zawsze ma posmak mułu.
Może chociaż postacie jakoś się bronią? No cóż… Pan porucznik zapowiadał się obiecująco, jako koleś, z którym mamy śledzić te wydarzenia, ale… ALE! To, że on nadal ma pewien uraz po wydarzeniach na bagnach czy też kolejnych, które działy się później, pojawia się tylko w jednym kontekście. Jakim? „No przeżył to i to, straszna rzecz, a śniadanie było smaczne.” Jedno zdanie i koniec. Nie ma to żadnego wpływu na zachowania naszego bohatera, na jego relacje czy choćby poglądy. Nic, po prostu sobie było i minęło. To tak nie działa. Ludzie tak nie działają. Tak to można skwitować stłuczenie szklanki czy wpadnięcie na nielubianego profesora na uniwerku. Ten jego sceptycyzm odnośnie rzeczy nadnaturalnych też przedstawia się w taki sposób i całkowicie nie ma wpływu na fabułę. W dodatku autor przedstawiając go musi robić to w taki totalnie „brudny” sposób. Wiecie, to ten stary gliniarz, który będzie się lał po mordach, pił gorzałę i klął, ile wlezie. Nie kupuję tego. Ta postać jest nijaka. Poza tym autor, jak już wspomina o postaciach, to określa je: narodowością, pełnym imieniem i nazwiskiem albo samym nazwiskiem. Czułam się trochę jak w jakimś korpo, gdzie trzeba trzymać dystans. Jeszcze jedna taka głupia sprawa – zastanawiam się, kto normalny pije przed jakąkolwiek akcją policyjną czy też samozwańczą, podczas której wszyscy będą się lać i strzelać. To jest zwyczajnie głupie! Nie wiem, czy to miało nadać naszym bohaterom więcej męskości czy czego, ale jest po prostu głupie i żaden rozsądny człowiek by tak nie zrobił. Nie wiem, może nie czuję klimatu lat 20., ale picie alkoholu nie wydaje mi się ich jedyną cechą. A tu to trochę tak wygląda.
Naprawdę, starałam się szukać pozytywów w tej książce i jestem równie zawiedziona, co po „Wilczej Godzinie”. W ogóle te książki wydają się mi mieć wiele wspólnego i rozczarowały mnie w podobny sposób. Muszę autorowi oddać to, że jak już budował napięcie, nagle przestawał się rozdrabniać i były to fragmenty, które czytałam z przyjemnością. Niestety, ta gorsza część mocno przeważyła. Nie jestem w stanie polecić „Cieni Nowego Orleanu”. Tobyło potwornie nudne i nijakie, przekazu też nie znalazłam, za to trafiłam na trochę głupot. Chociaż przyznaję, książka nie irytowała mnie, nie wzbudzała we mnie nienawiści czy złości. Nie wiem, może po prostu totalnie nie pasuje mi styl autora, jednak ten jeszcze byłabym w stanie znieść, gdyby było tu więcej właściwych treści i opis byłby adekwatny. Bo nadzieje były wielkie, a wyszło trochę jak „Niesamowity Hulk” (tak, taki film istnieje i zalicza się do MCU).

Za książkę dziękuję wydawnictwu Uroboros

1

sobota, 23 lutego 2019

Czy książę znów strzelił focha: Adeptka, Rachel E. Carter


„Zasługuję na jedną dobrą rzecz. Na jedną dobrą rzecz za to, że zawsze robiłem, co mi kazano, że byłem tym, kim chcieli.”


Seria: Czarny Mag
Tytuł: Adeptka
Autor: Rachel E. Carter
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 441
Ocena: 6/10
Opis: Ryiah przetrwała próbny rok w Akademii Magii, ale dopiero teraz zaczyna się dla niej prawdziwa nauka.
Dziewczyna dostała się do wymarzonej frakcji bojowej, ale musi stawić czoła nauczycielowi, którego nie znosi, i wrogo nastawionej Priscilli. Sytuacji nie ułatwia też relacja z Darrenem, oscylująca między wrogością a sympatią, może nawet fascynacją…
Kiedy jeden z uczniów zostaje zabity w nieprzyjacielskim ataku, nauka schodzi jednak na dalszy plan. W powietrzu wisi wojna, być może Ryiah będzie musiała wykorzystać swoje umiejętności szybciej, niż sądziła.

Na początku odsyłam do recenzji pierwszego tomu „Czarnego Maga”. Uważam, że bez sensu będzie powtarzać rzeczy, które już napisałam i czytanie o kontynuacji to proszenie się o spoilery. Wiecie, mi one nie przeszkadzają, ale zaraz ktoś będzie chciał do mnie strzelać.
Pierwszy rok” zapamiętałam jako taką lekką historię, którą czyta się szybko, ale przy tym nie ma się wrażenia, że robi z mózgu papkę. Nie powiem, że była to ambitna pozycja, ale nie jest przy tym nieskończenie głupia i nielogiczna. Autorka pisze w bardzo prosty i schematyczny sposób, bez poplątanej fabuły i nagłych zwrotów akcji. Zarówno pierwsza, jak i druga część są bardzo przewidywalne, jednak okazuje się, że nie zawsze jest to coś złego. Carter pisze w stylu podobnym do fanficków, tych dobrych, na których rozdziały niecierpliwie się czeka i czyta się je dla czystego relaksu. Dlatego chętnie zgłosiłam się po „Adeptkę” – czasem potrzeba mi takiej książki, ale znalezienie czegoś w tym stylu, co nie będzie irytujące, głupie i nielogiczne, graniczy z cudem.
Po pierwszym roku w akademii magii Ryiah, jako jedna z niewielu, dostała się na praktyki we frakcji boju. Przez kolejne cztery lata ma uczyć się magii bitewnej pod okiem nauczyciela, który jej nienawidzi.
Szczerze mówiąc, bardzo się zdziwiłam, kiedy odkryłam, że autorka postanowiła upchnąć w „Adeptce” wszystkie cztery lata nauki. To sprawia, że tak naprawdę na każdy rok przypada po kilka wydarzeń i jakieś zmiany w relacji z postaciami. Nie ma tu za dużo fabuły, nawet jednowątkowej, jedynie przemy naprzód, aż do zakończenia nauki przez bohaterów. Naprawdę trzyma się to w całości tylko przez relację z Darrenem i większość wydarzeń związanych z treningami magów ma doprowadzić do jakichś zmian w tej materii. Jest w tym pewien schemat, za każdym razem autorka opisuje: pozorowaną bitwę, bal na przesilenie zimowe i ceremonię przyznania szat uczniom piątego roku. Pomiędzy tymi wydarzeniami pojawiają się jakieś wątki z buntownikami i dodatkowymi misjami. Na chwilę wywiązuje się też trójkąt między Rhy, Darrenem i jednym ze starszych uczniów. Mimo tego wszystkiego, „Adeptkę” czytało mi się bardzo dobrze. Chociaż autorka skleiła to wszystko na bazie romansu, nie było to nachalne ani zbyt wyeksponowane. Mimo że między kolejnymi wydarzeniami były wielkie przeskoki czasowe, Carter najpierw skupiała się na opisaniu akcji, a wszystkie dramy między Rhy, a chłopakami wynikały właśnie z ich zadań lub kwestii, które wyjaśniły się dopiero na końcu. Dlatego ten romans trwa praktycznie cały czas, ale nie jest wywalony na pierwszy plan. Zakończenie nie zaskoczyło, były tylko dwie opcje i nie spodziewałam się jakichś większych zawirowań. Mimo tej przewidywalności, rozwiązaniaz jakich skorzystała autorka były dość interesujące, a przy tym zdecydowała się na jedno z nich, kiedy już byłam pewna tego drugiego.
W tym tomie autorka opisuje trochę więcej Jeraru oraz sąsiadujących z nim państw, a przy tym delikatnie zaczepia o politykę. Przyznaję się, że sprawdziłam, o czym mają być kolejne tomy i w „Adeptce” szukałam wskazówek odnośnie tego, co ma się wydarzyć, ale na razie mogę tylko oczekiwać, że wątek z buntownikami zostanie bardziej rozbudowany. Zastanawia mnie też, jak będzie wyglądało kandydowanie o tytuł Czarnego Maga. Nie wiem, czy mam tu coś jeszcze do powiedzenia. „Adeptka” składa się głównie z tego, co opisałam powyżej, a reszta byłaby spoilerami. Mogę jeszcze dodać, że Darren w tej części kojarzył mi się z Gideonem z „Trylogii Czasu”, co chwila zmieniał zdanie, miał jakieś dziwne humorki i w ogóle nigdy nie byłam pewna, czego on właściwie chce. No ale mimo tej prostoty, naprawdę mogę polecić zarówno „Pierwszy rok”, jak i „Adeptkę”, jeżeli od czasu do czasu potrzebujecie lżejszej lektury.

1

środa, 24 października 2018

Maszynowe sny, czarne światła: Spektrum, Martyna Raduchowska


„Nie każcie mi już niczym więcej być.”

Seria: Czarne Światła
Tytuł: Spektrum
Autor: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 414
Ocena: 10/10
Opis: Technologia rozdarła to miasto na pół. Wydawało się, że ostatnie granice ludzkich możliwości zostały zniesione. W powszechnym użyciu są androidy – prawie doskonałe kopie człowieka. Wyposażone w sztuczną inteligencję, niesamowicie szybkie, zdolne do błyskawicznej regeneracji, są o wiele bardziej wytrzymałe niż ich pierwowzór. I o wiele bardziej niebezpieczne. Ludzie dzięki wszczepom i implantom mogą upgrade’ować swoje ciało i umysł niczym postaci z gier komputerowych. Ci, których na nie stać, bogacą się jeszcze bardziej. Biedni spadają na samo dno drabiny społecznej. Szansą dla wykluczonych jest reinforsyna. Geniusz w pigułce, dostępny na każdą kieszeń. Gdy zapada decyzja o wycofaniu jej ze sprzedaży, atak na siedzibę jej producenta jest nieunikniony. Magazyny pustoszeją w jednej chwili. Reinforsyna zalewa ulice falą neurochemicznego szaleństwa. B-Day. Dzień Buntu. Dzień, który zmienił Jareda Quinna w nafaszerowanego elektroniką cyborga. On sam niewiele z niego pamięta. Tylko Maya, jego replikantka, wie, co naprawdę się wtedy wydarzyło. Bo wszystko zaczęło się właśnie od niej.

„Nie taką mnie stworzono. Nie jestem posłuszna i wcale nie chcę być.”


Czasami chcę poznać jakąś historię z perspektywy innych postaci. Często jest tak, że chodzi o moich ulubionych bohaterów i po prostu czuję potrzebę, żeby dowiedzieć się, jak te wydarzenia wyglądały z ich perspektywy. Mało który autor to robi. Wtedy przychodzi Martyna Raduchowska, która niewinnie ucięła książkę, kiedy miało się najwięcej pytań. Boom, to teraz przerabiamy to z tej drugiej perspektywy! Umieracie, żeby poznać rozwiązanie tej fabuły? Aha, bawcie się dobrze. Powinnam się pogniewać, tylko jakoś tak nie potrafię.
Po „Spektrum” spodziewałam się wiele. Kto jest mordercą? O co chodziło z tymi sercami? Co się odpieprza z tymi psionikami? Najpierw uznałam, że rozpoczęcie od B-Day z perspektywy May to takie wprowadzenie. No tak, chyba do trzeciego tomu. W tej części Raduchowska przedstawia, co się działo po drugiej stronie Muru przed przybyciem tam Reda. A jest o czym pisać. Zaufajcie mi, do tej pory nic nie wiedzieliście. Nie mówię tylko o rzekomej zdradzie Mai, ale o całym buncie czy tym, jak wygląda rzeczywistość w Dark Horizon. Już pomijam wszystkie intrygi, zawirowania i motywacje wszelkich postaci, bo „Spektrum” jest nimi naładowane po brzegi. Może część rozdziałów wydawała mi się niezbyt potrzebna, taki interesujący dodatek, ale nic ponadto, ale całościowo to było potrzebne. Bez poznania wydarzeń z perspektywy Mai i zetknięcia się z „tą drugą stroną”, kontynuacja mogłaby okazać się dość ciężka w zrozumieniu. No ale żeby książka była dobra, nie wystarczy jej dobry powód do zaistnienia.
Chyba już nie muszę wspominać, że Martyna Raduchowska robi tu zarąbistą robotę jako kryminolog i psycholog. Podtrzymuję to, co pisałam o „Łzach Mai” – świetne wykorzystanie wiedzy, a przy tym napisane w nieskomplikowany, przystępny i przyjemny sposób. Po prostu czuje się, że autorka zna się na tym, co pisze. Momentami któraś postać coś tłumaczyła, a na mnie spływało takie oświecenie, że teraz wszystko ma sens i w ogóle wow, przecież to tak musiało być. Nie było żadnego samozwańczego imperatywu „bo tak i koniec”. Autorka co jakiś czas podsuwała fałszywe wątki, które też wydawały się wiarygodne, mieszała, ile się dało. Robiła to tak umiejętnie, że jakby na którejś stronie napisała, że nazywam się Frenandez Santino, jestem hodowcą gąbek w Argentynie i uwielbiam lukrecję, mogłabym uwierzyć. Wszystko wydawało się w miarę sensowne, dopóki nie pojawił się jakiś zwrot, który czemuś zaprzeczał. „Spektrum” to jedne wielkie śledztwo, tylko nie do końca wiadomo, co się próbuje wyjaśnić. Ciągle podejrzani i cały sens sprawy się zmieniają, choć tak naprawdę jest to jedna wielka całość. Nagle grube ryby okazują się tylko pionkami i tak ciągle za kimś stoi ktoś. Raduchowska przy okazji nie stara się udziwniać, żeby na siłę zabłysnąć. Ostatecznie rozwiązania są tak proste, że nie jest się w stanie nawet ich rozważyć. Na przykład taka Misty – jak teraz o niej myślę, to było oczywiste, ale sama nigdy bym na to nie wpadła. Powstaje taka siatka logicznych połączeń, o których po prostu się zapomina przez pewne relacje między postaciami czy drobne szczegóły. To naprawdę nieźle rozegrana fabuła.
Ciężko mi określić jak bardzo pokochałam narrację Mai. W pierwszym tomie nieźle mnie zaskoczyła, ale w tym była po prostu niesamowita. Choćby dla niej warto przeczytać „Spektrum”. Wydaje mi się bardziej ludzka niż niektórzy ludzie. Oczarowała mnie swoim postrzeganiem świata i sposobem bycia. Nie raz, nie dwa było mi tak potwornie źle z jej powodu. Została genialnie napisana, bardzo wyraziście i wyjątkowo oddziałuje na emocje czytelnika. Ciężko mi wybrać jakiś jeden fragment, który dobrze ją odda. „Spektrum” w większości skupia się na niej, na tym, jak przystosowuje się do nowych warunków i próbuje zrozumieć, co właściwie wydarzyło się podczas B-Day i jak to ukształtowało świat, a w tym ją samą. Jej relacja z Redem do pewnego momentu uderzała w mój czuły punkt, na jakimś poziomie kojarzyli mi się z Anakinem i Ahsoką. Ich interakcje, jakiekolwiek, obserwuje się z wielką przyjemnością i satysfakcją. Przez Mayę, ale nie tylko, Raduchowska też pogrywa z czytelnikiem na poziomie jego moralności. W sumie od początku tej serii autorka toczy wewnętrzną dyskusję o tym, gdzie kończy się człowieczeństwo i jak rozpatrywać ten problem, kiedy spaja się element ludzki z technologią. W „Spektrum” jest na ten wątek naprawdę wielki nacisk, ale to tylko sprawia, że ta książka jest tak dobra, piękna, a przy tym niepokojąca i wzbudza ogromne poczucie niesprawiedliwości. Poza May przewinęło się wiele postaci, nowych jak i tych już znanych czytelnikowi, a każda knuje coś swojego. Mogę wam tylko poradzić, żeby ufać swoim przeczuciom. Czasem lepiej zaufać pierwszemu wrażeniu.
To jest ten moment, kiedy zaczynam domagać się kontynuacji. Nie wiem, czemu czytanie tych książek ma taki schemat: uważam, że przeczytam to w kilka dni, ale albo jestem zmęczona, albo coś trzeba zrobić, nie mam czasu, mam siłę tylko na Netflixa, minęły dwa tygodnie, czas się ogarnąć! No nie wiem, ale na koniec pragnę więcej. Poważnie? Tak zakończyć? Trzeba być wyjątkowo złym człowiekiem, żeby zrzucić fabularną bombę i uciec. W pełni rozumiem, że to musi być wielka satysfakcja, ale czemu to ja muszę cierpieć? Chcę być w końcu po tej drugiej stronie. A wy łapcie za „Spektrum” i nadrabiajcie „Łzy Mai”, jeżeli jeszcze ich nie czytaliście! Bo nie chcę sama, jedna, jedyna ogłaszać, że Martyna Raduchowska to jedna z najlepszych polskich pisarek fantastyki.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros.
0

niedziela, 30 września 2018

Jak (nie)zostać magiem: Pierwszy rok, Rachel E. Carter


„Jak myślisz, ile razy możesz zginąć, zanim naprawdę oszalejesz?”


Seria: Czarny Mag
Tytuł: Pierwszy Rok
Autor: Rachel E. Carter
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 364
Ocena: 7/10
Opis: Rudowłosa piętnastolatka Ryiah (zwana Ry) i jej brat bliźniak Alexander mają jedno marzenie: zostać magami. Realizacja tego celu się przybliża, gdy zostają przyjęci do Akademii Magii. Okazuje się jednak, że kandydatów na adeptów jest wielu, zaś rodzeństwo wyróżnia się na tle rówieśników niskim pochodzeniem, brakami w wiedzy i niedostatkiem siły fizycznej. Wywodzący się z arystokratycznego rodu książę Darren i jego przyjaciółka Priscilla szczególnie dają odczuć rodzeństwu, gdzie jest ich miejsce. Ry odstaje od grupy tak wyraźnie, że padają nawet sugestie, iż powinna zrezygnować. Dziewczyna jednak się nie poddaje, potajemnie przesiaduje w bibliotece, ćwiczy walkę wręcz z córką rycerza Ellą. Nieoczekiwanie z pomocą Ry przychodzi jej dotychczasowy wróg, Darren. Chłopak zaczyna okazywać jej swoją sympatię. Czy to podstęp? Czy Ry uda się zdać egzaminy i kontynuować naukę w wymarzonej szkole? Opowieść o Ryiah i Alexie, młodych adeptach Akademii Magii, to pierwsza część trzytomowej sagi Czarny Mag.

„Ludzie, którzy mówią ci to, co chcesz usłyszeć są najbardziej niebezpiecznymi wrogami.”


Ostatnio mam taki czas, że wszystko mnie ściąga w stronę fanficków. Wszystko przez Ahsokę. Teraz jakimś dziwnym trafem wpadła mi w ręce książka, która przypomniała mi te złote czasy. I to od dobrej strony! Skusiłam się na „Pierwszy rok” chyba ze względu na totalną głupotę. Brat głównej bohaterki nazywa się Alexander. Koniec. To był mój powód. Reszta zabrzmiała dla mnie jak taka typowa młodzieżowa fantastyka i stwierdziłam: dobra, Lucy, weź, zobacz. Nie powiem, żebym podjęła złą decyzję.
Ryiah pochodzi z niezbyt zamożnej rodziny, jednak ma wielkie ambicje. Pragnie zostać magiem bojowym. Po tym jak jej brat bliźniak odkrywa, że posiada magię, wspólnie wybierają się do Akademii. Ry jeszcze nie potrafi wydobyć z siebie mocy, ale wierzy, że ma potencjał, by przetrwać próbny rok. Jednak szaty maga są tylko dla najlepszych, a ona niczym się nie wyróżnia na tle setki innych uczniów. Nauka w Akademii wydaje się ponad ludzkie siły, a mistrzowie zrobią wszystko, żeby odesłać jak najwięcej nowicjuszy do domu.
Szczerze przyznam, że ta książka dobrze mi zrobiła. Jest dość jednowątkowa, autorka skupia się głównie na przedstawieniu pierwszego roku Ry w Akademii. Nie ma tu wielu intryg, końców świata czy wojen wiszących nad królestwem. No i jest książę. Chociaż tak naprawdę wszystkie wydarzenia wpisują się w taką szkolną rzeczywistość. Jednak ta konkretna placówka jest wymagająca na wszystkich poziomach, od zadań domowych po ćwiczenia fizyczne i magiczne. Ja przy „Czarnym magu” po prostu odpoczywałam i dobrze się bawiłam. Tylko tu pojawia się pewna kwestia...
To fanfic. Nie w takim konkretnym znaczeniu, po prostu ta książka prezentuje styl, który pojawia się w dobrej twórczości fanowskiej. Jest jak te wszystkie opowiadania z Pottera, które czyta się po prostu dla rozrywki. No i nie da się ukryć, że podczas czytania cały czas w mojej głowie bzyczał taki cichy głos. Podpowiadał mi, że to musiało się urodzić na Draco i Ginny połączonej z Hermioną. Nie mam pojęcia, jak naprawdę było, ale to się czuje. Różnica polega na tym, że Darren nie jest taką konkretną kalką Malfoy'a, działa to bardziej na zasadzie pewnych podobieństw. Muszę też autorce oddać, że nie jest to tak nachalne. „Pierwszy rok” nie daje tu zbyt wiele romansu – i dobrze. Na takim poziomie, na jakim to jest, ciężko by było coś tu zawalić. Jestem wielką przeciwniczką tych wszystkich romansideł z Dracze i nie zdzierżyłabym, gdyby coś takiego wybijało się na pierwszy plan. W efekcie po prostu wędrujemy z główną bohaterką przez kolejne miesiące w Akademii, a gdzieś z boku kręci się Darren. Wiadomo, o co chodzi, ale pani Carter jakimś sprytnym sposobem przedstawia to tak, że czytelnik nawet chce trochę więcej. Schematyczne, fanfickowate, ale na swój sposób dobre. Tak się prezentuje „Pierwszy rok”.
Ciężko tu mówić o jakiejś wybitności. Nie ma wielkich zwrotów akcji, cała książka jest dość przewidywalna i napisana dość przeciętnie. Tylko też mam wrażenie, że autorka się z tym nie kryje, a po prostu przedstawia swoją historię najlepiej jak umie. Nie ma bezsensownego bełkotania, dłużących się opisów czy dialogów, grafomańskich scen między Ry a Darrenem. Carter nie chce nam tu przedstawić najsłuszniejszego, najpiękniejszego romansu w dziejach, niczego nie próbuje nam wmawiać. To jest jej zaleta. Kilka razy powinęła jej się noga. Podczas egzaminów ta przydługa rozmowa Ry i Darrena była po prostu głupia. Kto, idąc na egzamin decydujący o jego marzeniach, zatrzymuje się, żeby pogadać z innym uczniem? Ona mogła to załatwić później. Nie da się też ukryć, że postacie są bardzo schematyczne, a sama Ryiah to taka Mary Sue. Ale tutaj też coś mi każe powiedzieć, że nie było to aż tak złe. Jednak były momenty, w których nasza bohaterka dostawała po tyłku, na wszystko musiała sobie zapracować, a jak już jej się udawało albo jak była przedstawiana pozytywnie nie było w tym przesady. Bo jasne, można było zrobić z niej maga wszech czasów, dać jej wypasioną moc i tylko wrzucić w odpowiednim momencie, jak cały świat uświadamia sobie, że jest najlepsza. Ale autorka tego nie zrobiła! Na koniec ma się to poczucie, że dobra, to musiało się tak skończyć, ale nie było to zrobione po łebkach, żeby tylko pokazać czyjąś zajebistość. Ma się świadomość, że jednak Ryiah musiała się na to napracować i nadal nie jest kimś wybitnym.
Przyznaję, że trochę dałam się złapać w pułapkę. Darren. No książę, jak książę. Taki niby rozpieszczony dzieciak, który ma wielkie ego i jeszcze większą grupę adoratorek, a do tego jeszcze utalentowany. Oczywiście, kilka razy pokaże lepszą twarz i wcale nie jest taki zły, jak sądzą pozostali bohaterowie. Tylko że książę ma pewien urok i jestem dość ciekawa jego relacji rodzinnych. Mam nadzieję, że to zostanie pociągnięte w kolejnych tomach. Poza tym bardzo potrzebowałam czegoś, przy czym po prostu będę czytać bez większego wysilania mózgu. W ogólnej ocenie „Pierwszy rok” jest średni, ale też chcę zaznaczyć, że świetnie sprawdzi się do odpoczynku. Jest wiele genialnych książek, jasne, ale czasami to przytłacza i w tym momencie można wyciągnąć takiego „Czarnego Maga” i na chwilę odpocząć. Przy okazji nie będziecie mieli rozbuchanego romansu, wychwalanych pod niebiosa głównych bohaterek i nietrzymającej się kupy fabuły. Odnoszę wrażenie, że większość „guilty pleasure” właśnie tak wygląda, a nie o to w tym chodzi. Jeżeli macie dość tego typu „fantasy” romansideł, ale też chcecie coś naprawdę lekkiego, „Pierwszy rok” będzie wręcz idealny. Czyta się go wyjątkowo szybko i nie ma się poczucia, że mózg ucieka ci uszami. Na dodatek nawet chce się sięgnąć po kontynuację.
Na zakończenie: chwała Uroborosowi za zmianę okładki! Przepraszam, ale ta zagraniczna jest tragiczna! Przy tej polskiej grafik odwalił kawał dobrej roboty. W dodatku wersja recenzencka zyskała ozdobę w postaci nazwiska recenzenta na okładce. Naprawdę wyjątkowo miło mi się zrobiło, jak po otworzeniu paczki zobaczyłam, że ja tam jestem.
PS Jak już zaczęłam od Alexa – no był i w sumie miło czasem było go zobaczyć, ale ja tak po prostu poleciałam na imię.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros.
2