Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neurologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neurologia. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 października 2018

Maszynowe sny, czarne światła: Spektrum, Martyna Raduchowska


„Nie każcie mi już niczym więcej być.”

Seria: Czarne Światła
Tytuł: Spektrum
Autor: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 414
Ocena: 10/10
Opis: Technologia rozdarła to miasto na pół. Wydawało się, że ostatnie granice ludzkich możliwości zostały zniesione. W powszechnym użyciu są androidy – prawie doskonałe kopie człowieka. Wyposażone w sztuczną inteligencję, niesamowicie szybkie, zdolne do błyskawicznej regeneracji, są o wiele bardziej wytrzymałe niż ich pierwowzór. I o wiele bardziej niebezpieczne. Ludzie dzięki wszczepom i implantom mogą upgrade’ować swoje ciało i umysł niczym postaci z gier komputerowych. Ci, których na nie stać, bogacą się jeszcze bardziej. Biedni spadają na samo dno drabiny społecznej. Szansą dla wykluczonych jest reinforsyna. Geniusz w pigułce, dostępny na każdą kieszeń. Gdy zapada decyzja o wycofaniu jej ze sprzedaży, atak na siedzibę jej producenta jest nieunikniony. Magazyny pustoszeją w jednej chwili. Reinforsyna zalewa ulice falą neurochemicznego szaleństwa. B-Day. Dzień Buntu. Dzień, który zmienił Jareda Quinna w nafaszerowanego elektroniką cyborga. On sam niewiele z niego pamięta. Tylko Maya, jego replikantka, wie, co naprawdę się wtedy wydarzyło. Bo wszystko zaczęło się właśnie od niej.

„Nie taką mnie stworzono. Nie jestem posłuszna i wcale nie chcę być.”


Czasami chcę poznać jakąś historię z perspektywy innych postaci. Często jest tak, że chodzi o moich ulubionych bohaterów i po prostu czuję potrzebę, żeby dowiedzieć się, jak te wydarzenia wyglądały z ich perspektywy. Mało który autor to robi. Wtedy przychodzi Martyna Raduchowska, która niewinnie ucięła książkę, kiedy miało się najwięcej pytań. Boom, to teraz przerabiamy to z tej drugiej perspektywy! Umieracie, żeby poznać rozwiązanie tej fabuły? Aha, bawcie się dobrze. Powinnam się pogniewać, tylko jakoś tak nie potrafię.
Po „Spektrum” spodziewałam się wiele. Kto jest mordercą? O co chodziło z tymi sercami? Co się odpieprza z tymi psionikami? Najpierw uznałam, że rozpoczęcie od B-Day z perspektywy May to takie wprowadzenie. No tak, chyba do trzeciego tomu. W tej części Raduchowska przedstawia, co się działo po drugiej stronie Muru przed przybyciem tam Reda. A jest o czym pisać. Zaufajcie mi, do tej pory nic nie wiedzieliście. Nie mówię tylko o rzekomej zdradzie Mai, ale o całym buncie czy tym, jak wygląda rzeczywistość w Dark Horizon. Już pomijam wszystkie intrygi, zawirowania i motywacje wszelkich postaci, bo „Spektrum” jest nimi naładowane po brzegi. Może część rozdziałów wydawała mi się niezbyt potrzebna, taki interesujący dodatek, ale nic ponadto, ale całościowo to było potrzebne. Bez poznania wydarzeń z perspektywy Mai i zetknięcia się z „tą drugą stroną”, kontynuacja mogłaby okazać się dość ciężka w zrozumieniu. No ale żeby książka była dobra, nie wystarczy jej dobry powód do zaistnienia.
Chyba już nie muszę wspominać, że Martyna Raduchowska robi tu zarąbistą robotę jako kryminolog i psycholog. Podtrzymuję to, co pisałam o „Łzach Mai” – świetne wykorzystanie wiedzy, a przy tym napisane w nieskomplikowany, przystępny i przyjemny sposób. Po prostu czuje się, że autorka zna się na tym, co pisze. Momentami któraś postać coś tłumaczyła, a na mnie spływało takie oświecenie, że teraz wszystko ma sens i w ogóle wow, przecież to tak musiało być. Nie było żadnego samozwańczego imperatywu „bo tak i koniec”. Autorka co jakiś czas podsuwała fałszywe wątki, które też wydawały się wiarygodne, mieszała, ile się dało. Robiła to tak umiejętnie, że jakby na którejś stronie napisała, że nazywam się Frenandez Santino, jestem hodowcą gąbek w Argentynie i uwielbiam lukrecję, mogłabym uwierzyć. Wszystko wydawało się w miarę sensowne, dopóki nie pojawił się jakiś zwrot, który czemuś zaprzeczał. „Spektrum” to jedne wielkie śledztwo, tylko nie do końca wiadomo, co się próbuje wyjaśnić. Ciągle podejrzani i cały sens sprawy się zmieniają, choć tak naprawdę jest to jedna wielka całość. Nagle grube ryby okazują się tylko pionkami i tak ciągle za kimś stoi ktoś. Raduchowska przy okazji nie stara się udziwniać, żeby na siłę zabłysnąć. Ostatecznie rozwiązania są tak proste, że nie jest się w stanie nawet ich rozważyć. Na przykład taka Misty – jak teraz o niej myślę, to było oczywiste, ale sama nigdy bym na to nie wpadła. Powstaje taka siatka logicznych połączeń, o których po prostu się zapomina przez pewne relacje między postaciami czy drobne szczegóły. To naprawdę nieźle rozegrana fabuła.
Ciężko mi określić jak bardzo pokochałam narrację Mai. W pierwszym tomie nieźle mnie zaskoczyła, ale w tym była po prostu niesamowita. Choćby dla niej warto przeczytać „Spektrum”. Wydaje mi się bardziej ludzka niż niektórzy ludzie. Oczarowała mnie swoim postrzeganiem świata i sposobem bycia. Nie raz, nie dwa było mi tak potwornie źle z jej powodu. Została genialnie napisana, bardzo wyraziście i wyjątkowo oddziałuje na emocje czytelnika. Ciężko mi wybrać jakiś jeden fragment, który dobrze ją odda. „Spektrum” w większości skupia się na niej, na tym, jak przystosowuje się do nowych warunków i próbuje zrozumieć, co właściwie wydarzyło się podczas B-Day i jak to ukształtowało świat, a w tym ją samą. Jej relacja z Redem do pewnego momentu uderzała w mój czuły punkt, na jakimś poziomie kojarzyli mi się z Anakinem i Ahsoką. Ich interakcje, jakiekolwiek, obserwuje się z wielką przyjemnością i satysfakcją. Przez Mayę, ale nie tylko, Raduchowska też pogrywa z czytelnikiem na poziomie jego moralności. W sumie od początku tej serii autorka toczy wewnętrzną dyskusję o tym, gdzie kończy się człowieczeństwo i jak rozpatrywać ten problem, kiedy spaja się element ludzki z technologią. W „Spektrum” jest na ten wątek naprawdę wielki nacisk, ale to tylko sprawia, że ta książka jest tak dobra, piękna, a przy tym niepokojąca i wzbudza ogromne poczucie niesprawiedliwości. Poza May przewinęło się wiele postaci, nowych jak i tych już znanych czytelnikowi, a każda knuje coś swojego. Mogę wam tylko poradzić, żeby ufać swoim przeczuciom. Czasem lepiej zaufać pierwszemu wrażeniu.
To jest ten moment, kiedy zaczynam domagać się kontynuacji. Nie wiem, czemu czytanie tych książek ma taki schemat: uważam, że przeczytam to w kilka dni, ale albo jestem zmęczona, albo coś trzeba zrobić, nie mam czasu, mam siłę tylko na Netflixa, minęły dwa tygodnie, czas się ogarnąć! No nie wiem, ale na koniec pragnę więcej. Poważnie? Tak zakończyć? Trzeba być wyjątkowo złym człowiekiem, żeby zrzucić fabularną bombę i uciec. W pełni rozumiem, że to musi być wielka satysfakcja, ale czemu to ja muszę cierpieć? Chcę być w końcu po tej drugiej stronie. A wy łapcie za „Spektrum” i nadrabiajcie „Łzy Mai”, jeżeli jeszcze ich nie czytaliście! Bo nie chcę sama, jedna, jedyna ogłaszać, że Martyna Raduchowska to jedna z najlepszych polskich pisarek fantastyki.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros.
0

czwartek, 19 lipca 2018

Nie taką cię stworzono: Łzy Mai, Martyna Raduchowska


„Bo stałam się ludzka. Ułomna, słaba i samolubna...”


Seria: Czarne Światła
Tytuł: Łzy Mai
Autor: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 416
Ocena: 10/10
Opis:W New Horizon androidy nie śnią o elektrycznych owcach. One marzą o reinforsynie. W latach 30. XXI wieku technologia jest wszechobecna. Sztuczne organy, implanty, domózgowe wszczepy – ludzkie ciało i umysł można upgrade’ować wedle uznania. Jeżeli oczywiście kogoś na to stać. Biednym pozostaje jedynie reinforsyna. Dla ludzi to geniusz w pigułce. Dla androidów zaś – szansa na odczuwanie emocji. Nie wszyscy są entuzjastami technologii. Na pewno nie Jared Quinn, porucznik wydziału zabójstw. Na pewno nie po Buncie, w trakcie którego zdradziła go jego własna replikantka, Maya. Gdy wraca do pracy w policji, ma zasadę: żadnych cyborgów, żadnych androidów. Nie w jego zespole. Tymczasem po New Horizon grasuje zabójca nieuchwytny dla policyjnych systemów. Dla Quinna to jak wygrana na loterii – powrót do tradycyjnych metod śledczych. Ofiarą jest młoda kobieta. Widział ją już.
W swoich koszmarach.
Czyżby to on był mordercą?

„Tak długo wpatrywał się w otchłań, aż wreszcie otchłań popatrzyła na niego.”


Na początek powinnam przeprosić, że znowu mnie zjadło. Wygląda to tak, że 6 lipca miałam ostatnie egzaminy, a chwilę później musiałam zwijać się na obóz łyżwiarski. Wiecie, co to za wakacje bez zrobienia z siebie frajera przed olimpijczykami i rozbicia kolan? No właśnie. Pozdrawiam, człowiek, który już dwa razy zaliczył glebę centralnie przed Natalią Kaliszek i Maksem Spodyrievem! Jednak o tym będzie oddzielny post, w końcu od zawsze lubiłam pisać komediodramaty. To tak słowem usprawiedliwienia, po prostu wychodziłam po śniadaniu, z lodowiska schodziłam po dwudziestej drugiej i chciało mi się jedynie spać po tych „szalonych” połowicznych Salchowach. (Sukces życia, kierowca autobusu wstał i zaczął klaskać!) Dzisiaj mam dla Was „Łzy Mai”.
Szczerze mówiąc po zamówieniu egzemplarza recenzenckiego miałam w głowie takie wielkie „kurde, co ja robię?”. Wiecie, tematyka sci-fi, cyberpunk i wszystkie te zakręcone technologie brzmią świetnie, tylko przy większości tego typu książek potwornie się męczę. Tym razem czytanie trwało tydzień jedynie ze względu na mój brak czasu. Jeśli już miałam wolną chwilę, siedziałam przyklejona do książki. Czytało się ją wyjątkowo płynnie i szybko, nie zauważałam kiedy mijało kolejne sto stron. Pierwsze spotkanie z Raduchowską wypadło wyjątkowo dobrze.
„Łzy Mai” są pod pewnym względem wyjątkowe. Od razu czuć, że pisała to absolwentka psychologii. Nie zrozumcie mnie źle, lubię swoje studia, no nie w każdym aspekcie, ale jednak, tylko lektury... W ciągu dwóch lat bezproblemowo przeczytałam JEDNĄ książkę z sylabusa. Wszystkie publikacje psychologiczne są dla mnie potwornie męczące. Może po prostu Martyna Raduchowska powinna pisać dla mnie więcej powieści, żebym mogła uczyć się bez bólu egzystencjalnego? W ostatnim semestrze miałam neuropsychologię i gdyby tylko ta książka wpadła w moje ręce przed sesją, nie musiałabym się martwić tym przedmiotem. To, co wcześniej było męczarnią stało się całkowicie zrozumiałe i interesujące. Poza tym przewija się wiele psychologicznych tematów i szczerze mogę wam powiedzieć, że wreszcie trafiłam na genialną fantastykę tak mocno i rzetelnie powiązaną z tą dziedziną. Przysięgam, nie wyłapałam tam ani jednego przekłamania czy błędnego stereotypu, nawet znalazło się miejsce na etykę zawodu. Wiem, brzmi to jak jakieś nudziarstwo, ale gdyby (znowu) tak to wyszło, byłabym pierwsza do narzekań. Więcej nauki przedstawionej w prosty i ciekawy sposób – tego świat potrzebuje, tego potrzebuję ja! Jeśli jakkolwiek interesujecie się psychologią i lubicie futurystyczną fantastykę, to będzie dla was idealna pozycja!
Ten tytuł idealnie łączy cuberpunk, neuronauki, psychologię i kryminał. Przy okazji idealny przykład, że jeśli tylko człowiek chce, to znajdzie sposób na wykorzystanie wiedzy zdobytej na studiach. (Chciałabym tak.) Połączenie to dało genialnie wykreowany świat oraz fabułę wciągającą jak czarna dziura. Wszystko to u boku świetnie napisanych, wiarygodnych postaci. Nie miałam nawet chwili na zastanawianie się co zjeść na obiad, czy mój kot znowu próbuje podbić świat albo jak będzie wyglądała fabuła Avengers 4. „Łzy Mai” są tak napakowane tajemnicami, zagadkami i intrygami, że człowiek spędza całą lekturę na rozpracowywaniu ich. To czy się udaje to zupełnie inna sprawa. Ja na wczoraj potrzebuję kontynuacji, bo nadal wiem prawie tyle co nic! Od początku czytelnik wkręca się w wątek buntu, w którym ucierpiał Jared. Wszystko zaczyna się w tym punkcie. Po drodze mamy historię naszego porucznika, poznajemy wszystkie ważne aspekty jego życia, lęki, obawy, uczestniczymy w terapii i towarzyszymy podczas odzyskiwania wspomnień. Już w tym miejscu pojawia się tak wiele niewiadomych, że znajdujemy się w pułapce – przecież nie da się odłożyć książki bez poznania prawdy o wydarzeniach z Beyond Industries, zdradzie Mai i tajemnicach doktor Bennett. Kilka kroczków w przód i już siedzimy po uszy w wątku kryminalnym. Muszę przyznać, że chyba to mnie najmocniej zaintrygowało, tajemnicze blackouty, nieuchwytny morderca i same ofiary. Niby są interludia, gdzie miesza postać Misty, ale są tak napisane, że równocześnie można ją podejrzewać, ale autorka wręcz odbiera nam wszelkie podstawy do oskarżania jej. Mam ochotę krzyknąć „Do diabła, tłumacz się, kobieto!”, ale dobrze wiem jaka to jest zabawa i jak wpływa to na odbiór całej serii. Sama bym tak zrobiła. Fabularne dzieło.
Grzechem byłoby nie wspomnieć o kreacji świata. Tak trzeba to robić! To trochę ponad dwanaście lat w przód, a czułam się jak w zupełnie innym świecie. Ziemia po wojnach i roztopieniu lodowców, społeczeństwo po latach ogromnego rozwoju neuronauk, gdzie nowoczesne technologie ściśle zazębiają się z biologią, a neurologia ma gigantyczny wpływ na życie każdego człowieka. Czytałam najróżniejsze książki skupiające się na przyszłości. Katastrofy, wojny, zarazy, technologiczne rewolucje, sama nigdy bym nie pomyślała o wizji w tak wielkim stopniu opartej na rewolucji neurologicznej. Szczerze mówiąc, na początku przeraziłam się, że będzie to strasznie męczące i niezrozumiałe, tymczasem autorka opisuje wszystkie te mózgowe zawiłości w bardzo przyjemny sposób. Zaufajcie mi, profesjonalnemu snajperowi na neuropsychologii, nie byłam tu w jakiejś komfortowej sytuacji. Prawdę mówiąc podczas czytania śniły mi się potworne wizje poprawek z tego neurologicznego zawirowania. Przedstawienie świata i społeczeństwa stoi na naprawdę wysokim poziomie. Wszystko jest klarowne i bardzo obrazowe. Opisy miejsc, postaci, wydarzeń są na tyle rozbudowane, że czyta się je z zaciekawieniem, a w głowie od razu tworzy się wiarygodna sceneria. Czytelnik stopniowo poznaje otoczenie i bez problemu się w nim odnajduje, nie ma tu miejsca na nieporozumienia lub problemy z wyobrażeniem sobie miejsca akcji. Pozostaje jednak miejsce na tajemnice, które sprawiają, że z chęcią dalej eksplorujemy New Horizon.
„Łzy Mai” to pod każdym względem świetna książka. Nie mogę się już doczekać kontynuacji. Do samego końca autorka trzyma nas w niepewności, zaskakuje, a na koniec okazuje się, że wszystko jest zupełnie inne niż się spodziewamy. Czuć, że pisała to psycholog i kryminolog, co działa jedynie na korzyść tej pozycji. Postacie są wiarygodnie napisane, interesujące, chętnie towarzyszy się głównemu bohaterowi podczas dochodzenia. Mogę z ręką na sercu powiedzieć „spróbujcie”. W dodatku zastanawiam się jakim cudem to był tekst przed korektą. Jaką korektą? Nie wyłapałam nawet jednego błędu! Tak powinno się wydawać książki!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Uroboros
4