Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka polska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 października 2019

Jakieś duże te jaszczury: Twierdza Tytonu, Magdalena Pioruńska



Tytuł: Twierdza Tytonu
Autor: Magdalena Pioruńska
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 550
Opis: Cała Europa znajduje się pod władzą totalitarnego cesarstwa rządzonego przez Brytanika. Ekscentryczna nastolatka Livia Reeves nie zamierza podporządkować się zasadom panującym w Spin School, uczelni, do której państwo wysłało ją na studia. Doprowadzi to do wielu zabawnych scen, ale też do ważnych konfrontacji, do których bohaterka będzie musiała stanąć. Poszczególne zdarzenia prowadzą wychowywaną przez starszą kuzynkę dziewczynę do odkrywania kolejnych sekretów dotyczących jej pochodzenia. Tymczasem po upadku Twierdzy Kimerydu Tyrs Mollina, jego rodzeństwo i afrykańscy poplecznicy zawiązują istotne sojusze międzynarodowe i szykują się, by zadać cesarstwu decydujący cios. Z różnych perspektyw, oczyma poszczególnych bohaterów, obserwujemy kolejne zaskakujące wydarzenia.


Chciałam tu jakoś nawiązać do tego gagu, że Awięc jest jaszczurem, ale zadzwonili do mnie ze statku matki… Znaczy się reptilianie nie istnieją. Ziemia jest kulista. No i zaszczepcie swoje dzieci. Oh shit, mają folię aluminiową, cały misterny plan padł. Przerwać misję!
Może mi uwierzycie, że całe dwa miesiące nic nie czytałam, bo zajęłam się robotą dla kosmicznych jaszczurów? Wiecie, dolewałam siusiaczanu do szczepionek i pilnowałam, żeby nikt nie dotarł do krawędzi Ziemi. Serio! A potem poczytałam o takich większych jaszczurach i do tego ludzio-jaszczurach. Także wiecie, Magda to żadnej fantastyki nie pisze, może nie wie, ale to totalna literatura faktu i gady są wśród nas!
Dobra, koniec mojego osobistego koncertu żenady, będzie recenzja. Totalnie czekałam na „Twierdzę Tytonu”, więc chyba jeszcze większy przypał, że jak już ją dostałam w łapy, odechciało mi się czytania. Życie jest nobelom i takie tam, a ja najwidoczniej musiałam zrobić sobie wolne od tego typu rozrywek. Jednak już jestem i mam nadzieję, że ta niechęć już mi przeszła, a tak na dobry powrót opowiem wam, jak to znowu miałam zbyt wysokie oczekiwania. „Twierdzą Kimerydu” byłam przecież totalnie zachwycona i naprawdę nie mogłam doczekać się kontynuacji. Byłam święcie przekonana, że „Twierdza Tytonu” będzie równie dobra. Okazała się niestety... średnia. To jest chyba ta słynna klątwa drugiego tomu. Bo jestem na sto procent przekonana, że Magda Pioruńska chciała, żeby to wyszło jak najlepiej i starała się, dowody mam choćby w naszej konwersacji na Instagramie! Problem polega na tym, że przesadziła w tych staraniach i zaszkodziło to samej książce.
Mój problem zaczął się już na początku. Livia jest największą bolączką tej książki. Rozdziałów z jej perspektywy nie byłam w stanie czytać bez odczuwania bólu istnienia. Musiałam się pilnować, żeby przed nimi nie kończyć, bo wtedy kilka razy mniej chciało mi się wracać do czytania. Wiadomo, ona jest inna niż wszystkie, taka zbuntowana, musi ponaginać wszystkie zasady, w każdej sytuacji jest „ponad to” i tak dalej, i tak dalej. Wiecie już, o jaki typ postaci chodzi, nie? No właśnie. Jest do tego tak przekonana o własnej zajebistości, jakby już obroniła dwa doktoraty, wygrała całe Igrzyska Olimpijskie i odebrała piątego Oscara. Jej interakcje z innymi postaciami są nacechowane właśnie takimi postawami jak powyżej, aż się dziwię, że po pierwszym rozdziale nikt jej nie urwał łba. Przy tym wydaje się cholernie niedojrzała. Jej wypowiedzi kojarzą mi się z rozpieszczoną siedmiolatką z tą różnicą, że Livia często nawiązuje do (uwaga, najśmieszniejszy żart świata) s e k s u. Powinna mieć na czole wypisane „haha ruchańsko”. No i żeby to jeszcze było jakkolwiek umieszczone w kontekście, ale nie, ona randomowo strzela czymś w stylu „Golisz cipkę?”. Do teraz nie załapałam, co to miało na celu. W ogóle jej rozdziały są potwornie chaotyczne, często nie wiedziałam, o co w nich chodziło, treści w nich było naprawdę mało i szczerze mówiąc, jej historia mogłaby zostać przedstawiona bez udziału samej zainteresowanej. Wystarczyłoby przedstawić relacje z nią z perspektywy Patricka i jak to on odkrywa, kim Livia jest w całej tej historii.
O pozostałych postaciach mogę wypowiedzieć się o wiele przyjemniej. Oczywiście najlepiej czytało mi się o Tanielu, Tyrsie i Tycjanie. Przy nich czułam klimat z poprzedniego tomu i naprawdę z przyjemnością poznawałam ich historię. Tutaj znowu muszę pochwalić Magdę za to, jak świetnie przedstawia relacje między tymi chłopakami, a nawet i między raptorami. Mogłabym przeczytać całą książkę o nich, nawet bez większej fabuły, niech po prostu sobie raptorzą w Afryce! I tak jak Livia zupełnie mi nie podeszła, tak Patricka i Terrę pokochałam tak totalnie. Obaj są bardzo dobrze napisani, ich charaktery nie są tak chaotyczne, a ich motywy po prostu da się zrozumieć. Do tego nawiązali między sobą naprawdę przyjemną w odbiorze relację. Totalnie żałuję, że ta książka nie skupiła się głównie na Terrze, bo biorąc pod uwagę końcowy plot twist, byłby z tego o wiele ciekawszy materiał! A Pati świetnie by się nadał jako ta postać z wewnątrz, która dałaby czytelnikowi obraz europejskiej arystokracji. Ci dwaj mieli naprawdę wielki potencjał i trzymam kciuki, żeby w kolejnej części był on lepiej wykorzystany. Muszę też dodać, że przydałaby się rozpiska postaci. Biorąc pod uwagę, że już w „Twierdzy Kimerydu” narobiło się trochę podwójnych tożsamości, można się nieźle pogubić, kto kim tu jest. Ja na przykład miałam na początku straszny problem, żeby połączyć Cerę z Anną. Naprawdę, na przyszłość proszę o jakiś diagram z postaciami i ich powiązaniami w takim stanie, w jakim zastajemy je na początku książki. W tym wypadku to bardzo ułatwi życie.
Jednak to nie tylko wina Livii, że „Twierdza Tytonu” okazała się bardzo średnia. Fabuła też była chaotyczna, chociaż ciężko mi nawet stwierdzić, czy była tam jedna konkretna linia fabularna. Biorąc pod uwagę zakończenie, to tak naprawdę było 550 stron gry wstępnej do tego, co naprawdę ma zacząć się dziać. Naprawdę, „Twierdza Tytonu” wydaje mi się bardzo przydługim wstępem do kolejnej części i niezbyt rozumiem, czemu w ogóle musiało to zająć aż tak wiele stron i to w takiej formie. Gdyby ta książka była głównie z perspektywy Terry, a jeden z plot twistów po prostu nie byłby plot twistem, to miałoby ręce i nogi. W takiej formie mamy za dużo wątków pobocznych, które strasznie mącą i utrudniają odbiór, wydają się zbędne albo niewykorzystane, bo zamiast mieć jakieś znaczenie, po prostu są i znikają. Przez sporą część książki naprawdę nie wiedziałam, o czym ja właściwie czytam, a spójne wydawały się jedynie rozdziały osadzone w Kimerydzie. Te w Europie to była zbieranina jakichś scenek, czasem nawet interesujących, ale często po prostu zbędnych. Wolałabym wywalić kilka scen z Patrickiem i Livią (sorry Pati), a mieć jasno wytłumaczoną sytuację polityczną. Bo to też jest problem, że każda z postaci wspomina coś o dworze cesarza, ale przez większość czasu ciężko w ogóle ogarnąć, co się tam właściwie dzieje, a jednak w perspektywie książki wydaje się to dość istotne. Strasznie mnie to drażniło, że od samego początku rzuca się, że Brytanik i Sin coś tam, a ja zupełnie nie wiem, o co chodzi w tej sytuacji. Dowiedziałam się gdzieś po połowie książki. W takiej formie, pierwsze 250 stron (jak nie więcej) było wyrwane z kontekstu. Mogę się najwyżej domyślać, że autorka nie chciała się zdradzić z kilkoma faktami, ale tak bardzo tego pilnowała, że zrobiła z czytelnika dziecko we mgle. Starczy mi, że nasza sytuacja polityczna to totalny chaos, nie chcę się tak czuć też w trakcie czytania. Przepraszam, ale większość fabuły jest do luftu. Nie można dosłownie wszystkiego trzymać w tajemnicy, bo robi się straszny bałagan i okazuje się, że większość tekstu jest o niczym. Do teraz nie łapię po co w ogóle był wprowadzony wątek z uniwersytetem. Na początku sądziłam, że po prostu książka będzie mocno powiązana ze szkolnymi realiami, skoro praktycznie cały pierwszy rozdział był właśnie o tym. No ale zupełnie tak nie było. Uniwerek był sobie dla bycia. Tak samo turniej. Nawet widziałam, jakie były zamysły dla niektórych wątków, ale odnoszę wrażenie, że w trakcie pisania autorce zmieniły się plany i pourywała to, co nie pasowało do nowego planu.
Twierdza Tytonu” jest bardzo chaotyczna i osobiście bardzo się zawiodłam po tym, jak zakochałam się w „Twierdzy Kimerydu”. Te książki reprezentują dwa zupełnie inne poziomy. Gdyby „Twierdza Tytonu” była pierwszą częścią, nie skusiłabym się na kolejne. Niestety. W tej sytuacji mam nadzieję, że trzeci tom będzie lepszy. Magda, tak ode mnie z serca – wydaje mi się, że naprawdę chciałaś aż za bardzo. Nie musisz mieć dziesięciu wielkich zwrotów akcji i trzymać wszystkiego w tajemnicy, żeby zaskoczyć czytelnika. Główne bohaterki nie muszą być totalnie silne i niezależne aż do bólu, nawet Capitan Marvel potrzebuje, żeby czasem flerken zeżarł jakichś złodupców. No i darujmy sobie tyle nawiązań do erotyki, bo wychodzi to dość nienaturalnie, jeżeli kogoś szokuje „cipka”, to prawdopodobnie przedwczoraj pierwszy raz zobaczył dział o układzie rozrodczym w podręczniku od biolki. Poza tym błagam Cię, kobieto! Daj mi więcej relacji między postaciami, wiesz, tak jak w pierwszej części! To były chyba najcudowniejsze fragmenty!


Za książkę dziękuję Magdzie Pioruńskiej. Proszę, nie bij, że tyle to trwało! :c
0

środa, 24 października 2018

Maszynowe sny, czarne światła: Spektrum, Martyna Raduchowska


„Nie każcie mi już niczym więcej być.”

Seria: Czarne Światła
Tytuł: Spektrum
Autor: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 414
Ocena: 10/10
Opis: Technologia rozdarła to miasto na pół. Wydawało się, że ostatnie granice ludzkich możliwości zostały zniesione. W powszechnym użyciu są androidy – prawie doskonałe kopie człowieka. Wyposażone w sztuczną inteligencję, niesamowicie szybkie, zdolne do błyskawicznej regeneracji, są o wiele bardziej wytrzymałe niż ich pierwowzór. I o wiele bardziej niebezpieczne. Ludzie dzięki wszczepom i implantom mogą upgrade’ować swoje ciało i umysł niczym postaci z gier komputerowych. Ci, których na nie stać, bogacą się jeszcze bardziej. Biedni spadają na samo dno drabiny społecznej. Szansą dla wykluczonych jest reinforsyna. Geniusz w pigułce, dostępny na każdą kieszeń. Gdy zapada decyzja o wycofaniu jej ze sprzedaży, atak na siedzibę jej producenta jest nieunikniony. Magazyny pustoszeją w jednej chwili. Reinforsyna zalewa ulice falą neurochemicznego szaleństwa. B-Day. Dzień Buntu. Dzień, który zmienił Jareda Quinna w nafaszerowanego elektroniką cyborga. On sam niewiele z niego pamięta. Tylko Maya, jego replikantka, wie, co naprawdę się wtedy wydarzyło. Bo wszystko zaczęło się właśnie od niej.

„Nie taką mnie stworzono. Nie jestem posłuszna i wcale nie chcę być.”


Czasami chcę poznać jakąś historię z perspektywy innych postaci. Często jest tak, że chodzi o moich ulubionych bohaterów i po prostu czuję potrzebę, żeby dowiedzieć się, jak te wydarzenia wyglądały z ich perspektywy. Mało który autor to robi. Wtedy przychodzi Martyna Raduchowska, która niewinnie ucięła książkę, kiedy miało się najwięcej pytań. Boom, to teraz przerabiamy to z tej drugiej perspektywy! Umieracie, żeby poznać rozwiązanie tej fabuły? Aha, bawcie się dobrze. Powinnam się pogniewać, tylko jakoś tak nie potrafię.
Po „Spektrum” spodziewałam się wiele. Kto jest mordercą? O co chodziło z tymi sercami? Co się odpieprza z tymi psionikami? Najpierw uznałam, że rozpoczęcie od B-Day z perspektywy May to takie wprowadzenie. No tak, chyba do trzeciego tomu. W tej części Raduchowska przedstawia, co się działo po drugiej stronie Muru przed przybyciem tam Reda. A jest o czym pisać. Zaufajcie mi, do tej pory nic nie wiedzieliście. Nie mówię tylko o rzekomej zdradzie Mai, ale o całym buncie czy tym, jak wygląda rzeczywistość w Dark Horizon. Już pomijam wszystkie intrygi, zawirowania i motywacje wszelkich postaci, bo „Spektrum” jest nimi naładowane po brzegi. Może część rozdziałów wydawała mi się niezbyt potrzebna, taki interesujący dodatek, ale nic ponadto, ale całościowo to było potrzebne. Bez poznania wydarzeń z perspektywy Mai i zetknięcia się z „tą drugą stroną”, kontynuacja mogłaby okazać się dość ciężka w zrozumieniu. No ale żeby książka była dobra, nie wystarczy jej dobry powód do zaistnienia.
Chyba już nie muszę wspominać, że Martyna Raduchowska robi tu zarąbistą robotę jako kryminolog i psycholog. Podtrzymuję to, co pisałam o „Łzach Mai” – świetne wykorzystanie wiedzy, a przy tym napisane w nieskomplikowany, przystępny i przyjemny sposób. Po prostu czuje się, że autorka zna się na tym, co pisze. Momentami któraś postać coś tłumaczyła, a na mnie spływało takie oświecenie, że teraz wszystko ma sens i w ogóle wow, przecież to tak musiało być. Nie było żadnego samozwańczego imperatywu „bo tak i koniec”. Autorka co jakiś czas podsuwała fałszywe wątki, które też wydawały się wiarygodne, mieszała, ile się dało. Robiła to tak umiejętnie, że jakby na którejś stronie napisała, że nazywam się Frenandez Santino, jestem hodowcą gąbek w Argentynie i uwielbiam lukrecję, mogłabym uwierzyć. Wszystko wydawało się w miarę sensowne, dopóki nie pojawił się jakiś zwrot, który czemuś zaprzeczał. „Spektrum” to jedne wielkie śledztwo, tylko nie do końca wiadomo, co się próbuje wyjaśnić. Ciągle podejrzani i cały sens sprawy się zmieniają, choć tak naprawdę jest to jedna wielka całość. Nagle grube ryby okazują się tylko pionkami i tak ciągle za kimś stoi ktoś. Raduchowska przy okazji nie stara się udziwniać, żeby na siłę zabłysnąć. Ostatecznie rozwiązania są tak proste, że nie jest się w stanie nawet ich rozważyć. Na przykład taka Misty – jak teraz o niej myślę, to było oczywiste, ale sama nigdy bym na to nie wpadła. Powstaje taka siatka logicznych połączeń, o których po prostu się zapomina przez pewne relacje między postaciami czy drobne szczegóły. To naprawdę nieźle rozegrana fabuła.
Ciężko mi określić jak bardzo pokochałam narrację Mai. W pierwszym tomie nieźle mnie zaskoczyła, ale w tym była po prostu niesamowita. Choćby dla niej warto przeczytać „Spektrum”. Wydaje mi się bardziej ludzka niż niektórzy ludzie. Oczarowała mnie swoim postrzeganiem świata i sposobem bycia. Nie raz, nie dwa było mi tak potwornie źle z jej powodu. Została genialnie napisana, bardzo wyraziście i wyjątkowo oddziałuje na emocje czytelnika. Ciężko mi wybrać jakiś jeden fragment, który dobrze ją odda. „Spektrum” w większości skupia się na niej, na tym, jak przystosowuje się do nowych warunków i próbuje zrozumieć, co właściwie wydarzyło się podczas B-Day i jak to ukształtowało świat, a w tym ją samą. Jej relacja z Redem do pewnego momentu uderzała w mój czuły punkt, na jakimś poziomie kojarzyli mi się z Anakinem i Ahsoką. Ich interakcje, jakiekolwiek, obserwuje się z wielką przyjemnością i satysfakcją. Przez Mayę, ale nie tylko, Raduchowska też pogrywa z czytelnikiem na poziomie jego moralności. W sumie od początku tej serii autorka toczy wewnętrzną dyskusję o tym, gdzie kończy się człowieczeństwo i jak rozpatrywać ten problem, kiedy spaja się element ludzki z technologią. W „Spektrum” jest na ten wątek naprawdę wielki nacisk, ale to tylko sprawia, że ta książka jest tak dobra, piękna, a przy tym niepokojąca i wzbudza ogromne poczucie niesprawiedliwości. Poza May przewinęło się wiele postaci, nowych jak i tych już znanych czytelnikowi, a każda knuje coś swojego. Mogę wam tylko poradzić, żeby ufać swoim przeczuciom. Czasem lepiej zaufać pierwszemu wrażeniu.
To jest ten moment, kiedy zaczynam domagać się kontynuacji. Nie wiem, czemu czytanie tych książek ma taki schemat: uważam, że przeczytam to w kilka dni, ale albo jestem zmęczona, albo coś trzeba zrobić, nie mam czasu, mam siłę tylko na Netflixa, minęły dwa tygodnie, czas się ogarnąć! No nie wiem, ale na koniec pragnę więcej. Poważnie? Tak zakończyć? Trzeba być wyjątkowo złym człowiekiem, żeby zrzucić fabularną bombę i uciec. W pełni rozumiem, że to musi być wielka satysfakcja, ale czemu to ja muszę cierpieć? Chcę być w końcu po tej drugiej stronie. A wy łapcie za „Spektrum” i nadrabiajcie „Łzy Mai”, jeżeli jeszcze ich nie czytaliście! Bo nie chcę sama, jedna, jedyna ogłaszać, że Martyna Raduchowska to jedna z najlepszych polskich pisarek fantastyki.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros.
0

piątek, 4 sierpnia 2017

Twierdza Kimerydu, Magdalena Pioruńska

Tytuł: Twierdza Kimerydu
Autor: Magdalena Pioruńska
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 443
Ocena: 8/10
Opis: Czasem badania genetyczne są przyczyną katastrofy, a nie przełomu. Gdy w Mieście Krokodyli dochodzi do krwawego stłumienia pokojowej konferencji asymilacyjnej, nikt jeszcze nie podejrzewa, do czego doprowadzi konflikt między Miastem Krokodyli a Twierdzą Kimerydu. Organizatorce konferencji, Annie Guiteerez, antropolog z Uniwersytetu Krokodyli, udaje się zbiec z samego centrum zamieszek i uratowana przez strażnika wąwozu Tyrsa Mollinę, pół człowieka, pół raptora, trafia do rezydencji burmistrza Twierdzy – Teobalda. W obliczu niedawnej rzezi i wiszącej w powietrzu rewolucji nawet zatajenie prawdziwego powodu przybycia pani profesor do Twierdzy Kimerydu wydaje się nieistotnym szczegółem. Na jaw wychodzą bowiem znacznie bardziej przerażające fakty, sprawiające, że żadne z miast Afryki Południowo-Wschodniej nie może dłużej pozostać obojętne wobec krzywdzących wpływów Europy i hegemonii cesarza Brytanika. Usilna chęć przypodobania się Cesarstwu Europy nagle gaśnie zastąpiona determinacją i pragnieniem odzyskania autonomii kraju Złocistych Piasków.


A potem matce odwaliło i zostałem pterodaktylem.


*Eee... Lucy, zachowuj się dzisiaj!* 
Tak, ja i zachowywanie się... Zrobię taką wieś, że uzyska prawa miejskie. Na wstępie pragnę serdecznie pozdrowić Magdę i delikatnie pogonić ją do pisania! Bo tak się składa, że tym razem recenzuję książkę, którą zaczęłam czytać z polecenia samej autorki. Ja mam jakieś dziwne szczęście, a to Aneta Jadowska każe mi pisać (dowody mam na piśmie), a to Kubie Ćwiekowi wypisuje się długopis i odstawiam z nim jakieś dziwne rzeczy, a to moje najlepsze zdjęcie z Martą Kisiel przedstawia jak Ałtorka wygraża swoim znajomym. Tym razem ta dziwna tajemna siła wpakowała mnie na Magdę Pioruńską, która okazała się bardzo kochaną osobą i z pomocą bookstagramu sprawiła, że zamówiłam i prawie od razu przeczytałam jej książkę. A wszystko zaczęło się od zakładek w EpikBoxie. Bo ja nie mogę przeczytać książki zwyczajnie, bo wpadła mi w oko i chcę przeczytać. Albo polecę na okładkę, albo na jakieś konkretne wątki (magiczny Londyn, mitologia, demony, LGBT), albo zdarzy się jakaś dziwna rzecz... Zapraszam do zadinozaurowanej™ Afryki. 
Dobra, oczywistym jest, że samo polecanie u mnie dałoby niewiele, gdybym nie poczuła chociaż trochę interesujących mnie klimatów. Badania genetyczne, dinozaury, trochę ilustracji z ładnymi panami (link będzie pod recenzją, polecam zajrzeć) i (co najważniejsze) pytanie samej autorki, czy lubię wątki gejowskie. TO KTO MNIE WZYWAŁ?! Wątki gejowskie przyciągają lepiej niż dramy na fandomowych grupkach! „Twierdza Kimerydu” trafiła do mnie w idealnym momencie, musiałam zrobić sobie małą przerwę od trylogii „Złej krwi” i dać się czemu innemu sponiewierać emocjonalnie.



Przyznam, że sama nie wiedziałam czego dokładnie spodziewać się w środku, więc może brak konkretnych oczekiwań też wpłynął na mój odbiór tej książki. Zaczęło się od pani antropolog, której ani trochę nie polubiłam (tak miało być, potwierdzone), potem przez pierwszą połowę było dość łagodnie, miałam czas na poznanie bohaterów, powoli wszystkie intrygi i wątki wychodziły na światło dzienne albo się kształtowały, aż w końcu kawałek po 200 stronie nastąpiło jakieś JEBUDU i nie dało się już przestać czytać. Nie da się tutaj nudzić, bo pomimo dość spokojnego początku, co chwila coś się dzieje. Podobało mi się na przykład przedstawienie szkolnej rzeczywistości głównych bohaterów, w ogóle ich codzienności, po tym końcówka dowala jeszcze mocniej. No przynajmniej mi, bo jestem głupią istotą, która zawsze przeżywa, jak ulubionym bohaterom rozwala się życie. Miałam to samo z „Nie poddawaj się”, chociaż Simon nawet nie ogarniał magii. No i lubię mieć dobrze przedstawiony grunt, na którym powstaje akcja, chyba, że autor nudzi. Czytając „Twierdzę Kimerydu” na pewno nie ziewałam. 
Najlepszym elementem na pewno byli bohaterowie, czyli to, co najmocniej wpływa na moją ocenę. Dziwnym trafem jak wymieniam moje ulubione książki, zaraz za nimi idzie cała lista postaci, które z jakiegoś powodu pokochałam, a jak wymieniam te, których szczerze nie cierpię, pojawia się też cały wywód o tym, jak bohaterowie byli nieznośni, czym mnie irytowali i tak dalej, chociaż były to postacie, które czytelnik powinien polubić. Magda Pioruńska zrobiła mi to samo, co Maggie Stiefvater – stworzyła kilku złotych chłopców, których pokochałam. Jak chwilę o tym pomyślę, to odnoszę wrażenie, że Tyrs mógłby dogadać się z Ronanem. Pół raptor i jego rodzinka zgotowali mi trochę problemów podczas czytania, bo co chwila musiałam korygować moje zdanie o którymś z nich. Największym zaskoczeniem był mały Taniel. Nie dajcie się kupić tym uroczym oczkom! Alicja i Terra wiecznie mi mieszali, aż już nie wiedziałam czy spodziewać się po nich jakiegoś większego numeru, czy to po prostu typowe zwarcia między starszym i młodszym rodzeństwem. Sam Tyrs nie jest koniecznie w moim typie i ciężko mi stwierdzić, jak to dokładnie z nim jest, chociaż lubię go jako postać. Moimi faworytami za to stali się Tycjan i Tuliusz. (Tulię to bym chętnie przez okno wyrzuciła.) Może to jakaś słabość do postaci z problemami. Taki Tycjan na przykład ma problem z innym panem, którego imię zaczyna się na „T”, w dodatku nie tylko z nim. Poza tym elasmozaury kojarzą mi się z laprasem z pokemonów (nie pytajcie). Problemem Tuliusza jest Tulia, tak w skrócie. I co ja mogę powiedzieć o ich charakterach? Są tak wielobarwni, że musiałabym zrobić jakieś rozprawki na kilka stron o tym, czemu ich kocham. To jest kolejny atut „Twierdzy Kimerydu”, wszystkie postacie, nie tylko pierwszoplanowe, są świetnie przemyślane. Dobrze napisane postacie to ja szanuję jak diabli, bo to jedna z bolączek większości książek, co chwila to samo, nudnawi bohaterowie, Mary Sue i Gary Stu, totalny karton, szara myszka i bad boy. Jeśli macie dość źle stworzonych charakterów, to ta książka będzie dla was wybawieniem. A na koniec coś o Annie, bo z nią miałam problem od początku. Najpierw widziałam naiwną antropolog zapatrzoną w jakieś ideały, a później wstrętną intrygantkę. W jej rozdziałach coś ciągle mi przeszkadzało. Co się okazuje? To kolejne cwane zagranie! Stworzenie postaci, które czytelnik ma polubić tak, żeby plan wyszedł to połowa sukcesu, trudniejsze jest wykreowanie tych nielubianych tak, żeby byli skazani na niełaskę odbiorcy. We wszystkich była taka naturalność, że nawet Tycjan i Tuliusz czasem mnie denerwowali, jak normalni ludzie. Jakoś tak dziwnie mi jest zawsze, kiedy o konkretnej postaci nie mogę powiedzieć, że „a tu to spartolił/zirytował mnie”. Za to wszystko składam głęboki ukłon autorce. 


Nie jestem jakimś znawcą literatury, po prostu czytam książki, często niezbyt wysokich lotów i po prostu oceniam na ile dobrze się przy nich bawiłam. Nawet nie wiem pod jaki gatunek dokładnie mogłabym podciągnąć „Twierdzę Kimerydu”, bo po prostu jestem zapaleńcem fantastyki i łapię za to, co ściągnie moją uwagę. Wiem tyle, że jeśli lubicie klimaty z alternatywną historią, wizjami przyszłości i czymś wręcz niemożliwym (wspominałam o dinozaurach?), a do tego ważni są dla was dobrze napisani bohaterowie, to ta książka jest dla was. Mimo spokojnego początku, kończy się z wielkim przytupem, a epilog kompletnie miesza w głowie. Jest tu równowaga, bo takie sielskie książki, w których ciągle obserwujemy życie głównych bohaterów po prostu usypiają, za to jeśli coś jest naładowane akcją na każdej stronie, to nie ma kiedy się wyspać, a w końcu można się zmęczyć i pogubić. Tak samo dobrze wyważone są postacie, a całość splata się w interesującą i sensowną historię, o tym jak Arabella Donner sprowadziła kłopoty na Twierdzę Kimerydu. W dodatku to książka z ilustracjami! Zawsze tak jest, że kocham szatę graficzną i ubolewam, że w niektórych polskich wydaniach ich brakuje *zerka na „Kroniki Bane'a”*. Tym bardziej kocham komiksowe formy niektórych scen, tak jak to było tutaj! Ania Niemczak dodała tej książce jeszcze więcej uroków i pragnę wam szczerze polecić jej instagrama, będzie kawałek niżej.
Ufff... Przyjemnie było odpocząć od wstrętnych białych czarodziejów, brakuje mi tu raptora na plażowym leżaku popijającego drinka z palemką. (Tak, to mała sugestia. Raptorom też należą się wakacje!) Poczułam się zmaltretowana po kilku wydarzeniach, ale ostatecznie świetnie się bawiłam w towarzystwie Tyrsa, Tycjana i Tuliusza. Wsi trochę zrobiłam i mam nadzieję, że Magda się jeszcze nie załamała – serio nie chciałam, żebyś pokutowała za to polecanie! Moja ocena wynika głównie z tego, że „Twierdza Kimerydu” była naprawdę dobrą książką, ale 10 wystawiam tym, które zniszczyły mnie do reszty albo wywołały w mojej głowie stan szczęśliwego odlotu, a 9 za to są dla tych, które przypominają już wyżej wymienione, ale podpadły mi jakimiś dobrymi szczegółami. (Może w końcu zrobię jakąś skalę oceniania, żeby było łatwiej?) Także polecam! Mamy kolejną polską autorkę, która udowadnia, że polska literatura też zasługuje na spojrzenie na nią przychylniejszym okiem. 
Tak serio to kiedy „Twierdza Kimerydu” podbijała instagrama najpierw pomyślałam, że to coś zagranicznego. Ciii, głupia jestem. 

@anianiemczak <--- o tu, tu są same śliczności! Te cuda powyżej również tam znajdziecie. (I bardzo za nie dziękuję!)

Ten post oryginalnie wcale nie nazywał się "Dinożarły",
Lucy

Ps. Przepraszam za te zwalone akapity, ale HTML to zło najgorsze i to najlepsze, co udało mi się zrobić.
4

piątek, 14 kwietnia 2017

Akuszer Bogów, Aneta Jadowska


Tytuł: „Akuszer Bogów” 
Seria: Cykl o Nikicie 
Autor: Aneta Jadowska 
Wydawnictwo: Sine Qua Non 
Ilość stron: 397 
Ocena: 10/10 + dodatkowe punkty za oprawę graficzną 
Opis: Wszystko, w co wierzyła, okazało się kłamstwem. Nie wie już, kim jest ani czemu przez większość życia karmiono ją bredniami. Była mistrzynią fałszywych tożsamości, a teraz na niczym nie zależy jej tak mocno, jak na poznaniu tej prawdziwej. 
Zdradzona przez najbliższych, ścigana przez płatnych zabójców i nękana przez domagające się uwagi duchy przeszłości, rusza do kolebki wszystkich strachów – do magicznej Norwegii, gdzie wszystko się zaczęło.  Tam czekać będą na Nikitę ludożercze trolle, boskie pszczoły, niespuszczające jej z oka kruki i tajemniczy Akuszer Bogów. Odpowiedzi oczywiście też – ale czy takie, jakich oczekuje?  Jedno jest pewne: nie będzie to spokojna i sentymentalna wyprawa do źródeł. 

"Trolle są beznadziejne w karaoke."


Znacie to piękne uczucie, kiedy kończycie pierwszy tom serii i akurat ukazuje się kontynuacja? To jedna z najpiękniejszych chwil w życiu czytelnika. Przebija to możliwość spotkania z autorem bądź autorką, porozmawiania chociaż chwilę i zdobycia podpisu na świeżutkim egzemplarzu książki. Taki swój książkoholikowy pierwszy raz miałam przyjemność przeżyć dzięki Anecie Jadowskiej, w cudownym klimacie małej księgarni na starym mieście, z ciasteczkami i w otoczeniu innych fantastycznych świrów. Najpierw stres, bo wstydliwy ze mnie potworek, bo jak już zobaczyłam autorkę na żywo to weszłam w fazę „wow”, a potem wszystko tak sobie zniknęło przy świetnej rozmowie. Uśmiecham się na każde wspomnienie tych kilku minut. Dedykacja jest jeszcze piękniejsza, daje mi dodatkowego pisarskiego kopa. (Emmm, przyda się rozruszać moją Piwnicę!) Wydawnictwo również dało radę, kocham je całym sercem za podejście do czytelników i piękne dodatki w postaci pocztówek i naklejek. Wróciłam szczęśliwa i obłowiona, a co z samą książką? No właśnie... 

„Dziewczyna z Dzielnicy Cudów” kupiła mnie całkowicie. Pięknie wykreowany świat, akcja pędząca jak Struś Pędziwiatr, piękne ilustracje, tajemniczy, świetnie wykreowani bohaterowie, w tym mój pluszowy miś Robin! Kurde, przysięgam, że wyściskałabym go za wszystkie czasy! To taka postać, której nie da się nie lubić. Nic dziwnego, że zabrałam się za „Akuszera Bogów” z uśmiechem szaleńcy, przygotowałam zapasy żarcia, bo przez Nikitę zawsze głodnieję i zapięłam pasy gotowa na kolejny fabularny rollercoaster. No i się zaczęło od... herbatki! A potem nastąpiło solidne pierdolnięcie. Poprowadzenie fabuły w tej części trochę się rozbiegało z tym, czego zaznałam w pierwszej części. To pewnie przez Norwegię, nadała takiego spokojniejszego klimatu. Wiecie, te leśne krajobrazy, duchowa podróż Nikity, więcej flashbacków... Pfff i tak co chwila ktoś dostawał po mordzie, chociaż czułam się przy tym jakoś tak wyciszona. Na początku jeszcze dało się zaznać klimatu Warsa: czkawki, pościgi, rany postrzałowe i zakupy w Ikei. Nie ma to jak spokojne życie płatnych zabójców przeplatane z meblowaniem mieszkania i grillem. Czuje się taki lekki surrealizm, ale to jest Wars, za to kocham to miasto. Autorka po raz kolejny stworzyła wciągającą intrygę i mistrzowsko splotła ją z wątkami pozostałymi po pierwszej części. Przy okazji zwiedziłam Norwegię i skrawek Asgardu. Pytanie, co teraz? Jestem prawie pewna, że przez kolejne części będziemy prowadzeni do jakiegoś ostatecznego starcia Nikity z Ernstem, tylko w międzyczasie doszło do takiego rodzinnego zaplątania, że nie jestem pewna, czy nagle nie dojdzie do cholernego Ragnaroku. (To nie żadna sugestia, zamawiam ładne zakończenie dla Nikity i Robina. Zasłużyli sobie.) 
Nie byłabym sobą, gdybym nie zachwyciła się postaciami, a tych tu się uzbierało. Nie mogłam się doczekać kontynuacji wątku Nikity i Robina. Razem tworzą nieidealnie idealną parę partnerów, bywają przekomiczni w swoich przekomarzankach, ale też kochani. Pokryci krwią i kochani, ale kto by zwracał uwagę na szczegóły? Miło się obserwowało, jak ich relacja się rozwija i dojrzewa, jednak różowa orteza to była przeginka, za to sama bym zamordowała. Poza nimi pojawia się cała masa postaci, w tym Kosma i Ture. Sama nie wiem, którego z braci Nikity byłam bardziej ciekawa. Obaj byli na swój sposób zaskoczeniem, jednak chyba bardziej przepadam za Ture. Kosma kojarzy mi się z takim miłym nerdem albo zapaleńcem informatyki, ale nie jest mi specjalnie bliski. W wątek Ture za to się wciągnęłam - gdyby powstała o nim oddzielna książka, byłabym w niebie. Nie wiem, jak to jest, że jestem w stanie zachwycić się większością postaci wykreowanych przez panią Jadowską, szczególnie, że jestem postaciową marudą. Oby tak dalej, chcę mieć więcej do kochania. 
Już podsumowując, „Akuszer Bogów” sprawdził się jako kontynuacja „Dziewczyny z Dzielnicy Cudów”. Po pierwszej części niekoniecznie tego się spodziewałam, ale było to przyjemne zaskoczenie. Może przydała się taka miła odmiana w postaci Norwegii, żeby w kolejnej części wrócić do szalonego Warsa. (Warsu? Zapomniałam, przepraszam!) Odbyłam podróż przez piękny kraj, ze świetnymi postaciami i mitologią nordycką w tle, jestem szczęśliwa. Poza głównymi wątkami było też wiele pobocznych, słodkich niczym puszyste kociątka albo przykrych jak moje oceny końcowe. W sumie wszystkie moje potrzeby zostały zaspokojone, ale... Znowu zostałam w tym dziwnym stanie, że niby wszystko jest w porządku, zakończenie jest ładne, spokojne i w ogóle nikt nie umiera, świat się nie kończy, ale w tyle głowy pozostaje ten niepokój. Musi być kolejna część, czuję to w kościach, poza tym pozostało jeszcze trochę wątków i czuję, że przybędą kolejne. Cholera, skądś to znam i wiem, że autorka, która teraz przychodzi mi na myśl budzi we mnie pełną miłości nienawiść za zostawianie mnie w stanie miazgi na kolejny rok. Nie wiem czy się bać, czy cieszyć, ale „Akuszera Bogów” polecam całym przegniłym sercem. A i pozostawiam tu wór miłości dla ilustratora! Człowieku, sprawiasz, że moje życie staje się piękniejsze!

Na koniec chciałam Was powitać w naszym cyrku na kółkach bloggerze. Mam nadzieję, że niedługo się rozkręcimy. Proszę fajerwerki i w ogóle! Miło mi, że tu zajrzeliście, jam jest Buła Lucy i przysięgam wam, że recenzje Cupcake będą lepsze. Zostańcie dla niej, ja tu będę nadwornym diabłem/błaznem.

Niech Moc będzie z Wami!
Lucy
3