Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Kristoff. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Kristoff. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Niebo pełne gwiazd: Gemina, Amie Kaufman, Jay Kristoff


„Dwa wszechświaty tańczą w obliczu katastrofy.”


Seria: The Illuminae Files
Tytuł: Gemina.  Illuminae_Folder_02
Autor: Amie Kaufman, Jay Kristoff
Wydawnictwo: Moondrive
Ilość stron: 631
Ocena: 10/10
Opis:Stacja skoku Heimdall – najnudniejsza stacja kosmiczna w galaktyce.
Hanna Donnelly – rozpieszczona córeczka kapitana stacji Heimdall, która swój pobyt na końcu galaktyki traktuję jako największą karę.
Niklas Malikov – niepokorny członek rodzinnej organizacji przestępczej Dom Noży z kryminalną przeszłością.
BeiTech Industries – korporacja, która prowadzi agresywną politykę zmierzającą do przejęcia kontroli na wszystkich koloniach w galaktyce zasobnych w złoża.
Lanimy – drapieżniki hodowane na kosmicznych farmach; z ich wydzielin wytwarzany jest silnie uzależniający halucynogenny narkotyk.
Mało? Do tego wszystkiego dodajmy hakerów, elitarną jednostkę Bei Techu wysłaną na stację Heimdall w celu likwidacji jej mieszkańców oraz awarię tunelu czasoprzestrzennego grożącą zagładą wszechświata.
I reaktywację AIDANA...

„Nawet jeśli przyjdzie ci umrzeć straszną śmiercią w trzewiach kosmosu, odejdziesz ze świadomością, że BeiTech Industries spotka zasłużona kara. Oczywiście przy założeniu, że ja nie umrę. Co jest prawdopodobne, ale nie pewne.”


Czasem tak mam, że moja wredna ciekawość pakuje mnie w dziwne akcje, jak to było na przykład z „Illuminae”. Najpierw miałam tylko pomamrotać, że znowu jakieś kosmiczne romansidło, a skończyło się na tym, że przez rok jęczałam, że chcę już „Geminę”. Właśnie mija te dwanaście miesięcy, a ja teraz zmieniam repertuar na „dawać trzeci tom”. (Coś w trawie piszczy, że „Obsidio” będzie trochę szybciej!) Czy będzie dużym zaskoczeniem, jeżeli powiem, że drugi tom był równie dobry, co pierwszy? Bo tak właśnie jest, chociaż „Gemina” jest również czymś zupełnie innym. W „Illuminae” mieliśmy kosmiczny pościg, szaloną sztuczną inteligencję i nieznanego wirusa. „Gemina” za to jest partyzantką na stacji kosmicznej przejętej przez wrogich złoli* , w reaktorze czają się kosmiczne pasożyty, a przy okazji gdzieś zaplątały się równoległe wszechświaty i zakrzywienia czasoprzestrzeni. Jaki z tego morał? Nigdy nie otwieraj farmy narkotyków w środku kosmosu.
Na początku miałam pewien problem z wgryzieniem się w tę część. Zmiana bohaterów, perspektywy, miejsca akcji i ogólnie wszystkiego sprawiły, że musiałam na nowo wdrażać się w tę serię. To jak włażenie na lód po dwóch miesiącach przerwy – nogi lecą do środka, a po kilku sekundach już lecisz na tyłek, trzeba na nowo się przyzwyczaić. Jednak, kiedy już wszystko wskoczyło na swoje miejsce i cała fabuła mogła naprawdę ruszyć, dałam się kompletnie wciągnąć. Chociaż tym razem postacie już miały dla mnie znaczenie. Rok temu mówiłam, że nie trzeba się nimi przejmować, ale teraz muszę zmienić zdanie. Wiecie, ja nawet trochę zatęskniłam za Kady, a jak pojawił się AIDAN to aż piszczałam z radości. Nie znaczy to, że bohaterowie „Geminy” byli jacyś nie do życia, dostaną swój własny akapit.
Forma zachwyca tak samo, jak w pierwszym tomie. Jest tu trochę więcej tekstu, nie ma kosmicznych bitew ze względu na miejsce akcji. Graficznie jestem zachwycona, forma przekazu niektórych momentów jest po prostu piękna i chyba żadne rozbudowane opisy nie wywołałyby we mnie takich emocji. Najbardziej mnie ujęły opisy z dwóch rzeczywistości naraz, rany, genialnie to zrobili. Trzeba też oddać Moondrive, że naprawdę postarali się z tym wydaniem. Jednak w Polsce niewiele książek wydaje się z taką starannością, w twardej oprawie, z porządną obwolutą, do tego z tak dobrym papierem. Już w ogóle nie mówię o tym, że tłumaczenie i oprawa graficzna w tej książce to wyjątkowo skomplikowana robota. Po otrzymaniu paczki po prostu jak najszybciej dobierałam się do książki i kartkowałam ją, żeby nacieszyć oczy. No i to nie jedyna rzecz, jaka tam się znalazła. Cały pakiet przygotowany do „Geminy” to cudo nad cuda. Gwiezdne skarpetki i kosmiczny kubek mnie ujęły, szczególnie, że od razu da się wyczuć dobre wykonanie. Pocztówki, zakładki i naklejki też są przeurocze. Spotkała mnie jeszcze ta „przygoda”, że mój pakiet okazał się trochę wybrakowany. Kolejny raz muszę posłodzić, bo prawie od razu sytuacja się wyjaśniła i prawie od razu brakujące rzeczy zostały dosłane. Kłaniam się, z tej strony wszystko zostało zrobione wręcz idealnie.
Fabularnie jest totalne zaskoczenie. Jasne, że przejęcie stacji kosmicznej przez wrogich agentów/płatnych morderców, drapieżne stwory czające się wewnątrz stacji i widmo zniszczenia statku z uchodźcami z Kerenzy wystarczą do stworzenia niezłego bałaganu. Autorzy stwierdzili, że to jednak nie koniec ich intryg. Początek jest dość mozolny, musimy przejść przez ściąganie sił BeiTechu, założenie hodowli lanim i takie duperele, żeby było z czego składać fabułę. Jednak jak już wszyscy aktorzy są na swoich miejscach, zaczyna się niezła jazda. Najbardziej zaskakujące jest to, że przez około 500 stron z 631 czytamy o mniej więcej 24 godzinach. Po tym, jak już akcja się zaczyna, nie ma miejsca na nudę. Z każdą stroną odkrywamy nowe fakty, poznajemy przeszłość bohaterów, pojawiają się zwroty akcji – po prostu nie da się oderwać. Najbardziej emocjonująca jest końcówka, oczywiście. Ostatnie sto stron to szaleńcza jazda w stronę końca świata, czułam się, jakby zaraz to mój wszechświat miał się rozpaść. Często autorzy podsuwają fałszywe tropy, mydlą nam oczy, żeby potem okazało się, że nigdy nie wpadlibyśmy na to, jak z nami pograli. Przez te gierki już nie mogę doczekać się „Obsidio”. No i tak, początek jest mozolny, ale daje czas na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji i postaci. Gdzieś to musiało się zacząć, więc nie uważam tego za wadę.
Z postaciami zżyłam się bardziej niż w „Illuminae” i jak już wspomniałam, okazało się, że stęskniłam się za Kady. Wcześniej była ok, ale za dobrze jej wszystko wychodziło. Ezra... No cóż, on to już niech się nie odzywa. Przy Niklasie jest jeszcze bardziej przezroczysty, niż był w pierwszym tomie. Właśnie to Nika najmocniej polubiłam, chłopak miał nieźle popieprzone życie. Nastoletni gangster po odsiadce, z mroczną przeszłością... Ha! Żaden z niego bad boy. I dobrze, jakby takiego zgrywał, to chyba bym się zastrzeliła. To taki wesoły, zakręcony chłopak, o którym aż chce się więcej czytać. Okazał się wyjątkowo autentyczny i pozytywny, nie spodziewałam się tego. Z Hanną już miałam pewne problemy, jednak z niej jest taka księżniczka, której działania da się łatwo przewidzieć. Do tego jest wielką królową spuszczania manta. Eh. Na początku naprawdę już się szykowałam na ogłoszenie jej jako najgorszej postaci w tej serii, ale w trakcie jakoś się to wyrównało. Na pewno nie będzie moją faworytką, ale nie czuję, że mam za co jej się czepiać. Mogę to tylko wyjaśnić przez drastyczną zmianę warunków, w jakich się znajdowała. Nie zrobiła się rozmiękłą kulą, która tylko się użala, jak to jest strasznie. Autorzy uniknęli też robienia z niej wielkiej bohaterki i zbawicielki, która wbija na mostek i załatwia wszystkich wrogów bez mrugnięcia okiem. W tej części większą rolę odgrywają główni bohaterowie i szczerze mówiąc, mam z nimi lepsze wspomnienia niż z Kady i Ezrą. Nik i Hanna dostali więcej miejsca dla siebie i wydają się autentyczniejsi. W obu przypadkach jestem zadowolona, każde z tych podejść zapewniło tym książkom sukces.
„Gemina” i „Illuminae” w ostateczności mocno się od siebie różnią, łączy je historia i forma, w jakiej zostały napisane. Obie są dobre i z chęcią się je czyta. Przysięgam, że jeśli tylko nic nie będzie wam przeszkadzać, na każdą z nich wystarczy weekend. Ja „Geminę” przeczytałam w jakieś trzy dni i to z poważnymi zakłóceniami w moim otoczeniu, a nie czytam jakoś ekspresowo. Ta książka, to świetna kontynuacja, nie trafiła jej „klątwa drugiego tomu”, spełniła wszystkie moje oczekiwania, a nawet dała więcej. Chciałabym już mieć „Obsidio”, ta historia jest zbyt wciągająca, żeby znowu ileś miesięcy czekać na kontynuację.

„Ułamek sekundy. Wieczność. W głąb. Przez próg. Szeroki na mikron. W niezmierzoną dal. To tylko dwie z nieskończenie wielu możliwości.”

*Złole - specjalnie dla mojej super korektorki, to takie małe nawiązanie do Deadpoola. Jednak jestem popkulturowym zwierzem i do słownika włażą mi takie dziwne teksty. ♥
12

środa, 21 lutego 2018

Nigdy, przenigdy nie zapomnij: Nibynoc, Jay Kristoff



„Kiedy wszystko jest krwią, krew to wszystko.”

Seria: Kroniki Nibynocy
Tytuł: Nibynoc
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 585
Ocena: 10/10
Opis: W świecie, gdzie trzy słońca prawie nigdy nie zachodzą, początkująca morderczyni wstępuje do szkoły dla zabójców, planując zemstę na osobistościach, które zniszczyły jej rodzinę.
Córka powieszonego zdrajcy, Mia Corvere, ledwie uchodzi z życiem po nieudanej rebelii jej ojca. Samotna i pozbawiona przyjaciół ukrywa się w mieście wzniesionym z kości martwego boga. Ścigają ją senat i dawni towarzysze jej ojca. Jednakże jej dar rozmawiania z cieniami doprowadza ją do drzwi emerytowanego zabójcy i otwiera przed nią przyszłość, jakiej nigdy sobie nie wyobrażała.
Szesnastoletnia Mia zgłębia teraz tajniki fachu u najbardziej niebezpiecznych zabójców w całej Republice – w Czerwonym Kościele. W salach Kościoła czeka ją wiele zdrad i prób, a porażka oznacza śmierć. Jeśli jednak przetrwa inicjację, zostanie przyjęta w poczet wybrańców Pani od Błogosławionego Morderstwa i znajdzie się o krok bliżej tego, czego naprawdę pragnie

„Możecie wśród nich kroczyć. Możecie bawić się wśród nich, żyć, śmiać się i kochać, ale nigdy nie zapomnijcie, nawet na jedną chwilę, kim jesteście.”


 Zacznijmy od tego, że czekałam na wydanie tej książki po polsku, odkąd po raz pierwszy przeczytałam jej opis. Było to jeszcze przed wydaniem jej po angielsku, a ja już całkowicie przepadłam. Milion wyobrażeń: jak potoczy się fabuła, jakie będą postacie, co dokładnie się wydarzyło, jak wygląda ten świat – nie wiem, co bym zrobiła, gdyby ta książka nie została przetłumaczona na polski. Potem pojawiły się fanarty z Mią i tajemniczym Kotem. Kotem, rozumiecie? Przebudzenie wewnętrznej Grażynki, Matki Kotów zrodzonej z okłaczonego koca – musiałam to mieć. Fart chciał, że w końcu pojawiła się zapowiedź. No i jest już sporo po premierze, ale wychodziły książki, które jeszcze bardziej chciałam przeczytać, była sesja i tak dalej. Przeczytałam najszybciej, jak mogłam i mogę z czystym sumieniem z siebie wyrzucić: CHOLERA JAKIE TO BYŁO DOBRE! Jay Kristoff już raz tutaj gościł, ale dzisiaj jest jego pierwszy solowy występ. „Illuminae” wyrwało mnie z butów, ale „Nibynoc” rozwaliła mnie na łopatki. Damn.
Powiem wam, że do tej pory, mimo moich wszelkich antypatii, w tematyce młodzieżowej fantastyki z zabójczyniami Maas nie miała konkurencji. Do czasu, aż pojawił się Jay Kristoff z „Nibynocą”. Teraz to on nie ma konkurencji. „Szklany Tron” jednak w pewnym momencie zaczął pikować w dół, a nawet jeśli porównywałabym pierwsze trzy tomy (bo z wszelkich znaków dawanych przez autora, „Kroniki Nibynocy” mają mieć trzy części), nadal seria o Zabójczyni Adarlanu nijak się ma do opowieści o Bladej Córce. Powód? Mass zgrabnie przeplata wątki, trzyma w napięciu i zawsze wrzuca ostry clifhanger, Kristoff za to tworzy jeden wielki ciąg przyczynowo-skutkowy, zrzuca małe bomby, żeby na koniec zrobić gigantyczną eksplozję, ale dopóki nie dotrzemy na ten ostatni wybuch, zupełnie nie wiemy, co się szykuje. No i cóż, trzeba przyznać, że poza tym „Nibynoc” ma wszystkie atuty „Szklanego Tronu”.
Niesamowicie podoba mi się koncept świata wzorowanego na rzymskiej republice i otaczających ją krajach. Z tych powodów, sporą rolę odgrywa tu polityka, praktycznie to od niej się zaczęło, chociaż ciężko powiedzieć, o co dokładnie poszło – autor zostawia sporo sekretów tylko dla siebie. Wszystkie działania, wydarzenia, gwara przypominają połączenie Włoch z Rzymem. Jednak mitologia, to jest dopiero coś. Wierzenia Itreyańczyków nie kojarzą mi się z żadnym konkretnym wyznaniem, widzę trochę nawiązań do chrześcijaństwa – Aa bardzo kojarzy mi się z bogiem, a jego wyznawcy przywodzą na myśl średniowiecznych katolików, dla których najwyższą wartością jest wiara, polują na heteryków niczym inkwizycja. Reszta już tak się nie zgadza. Mamy Panią od Błogosławionego Morderstwa, która kojarzy mi się z najróżniejszymi boginiami śmierci, żadnego konkretu. Paszcza jest Paszczą i tyle, wydaje się, że właściwie każdy element mitologii, to sprytny splot najróżniejszych, znanych nam wyznań. No i znalazło się nawet miejsce na małą dyskusję o wierze i jej braku. Najlepsze jest to, że Kristoff bawi się czytelnikiem, bo z jednej strony ciężko negować istnienie bogów, kiedy pojawiają się naznaczone przez nich artefakty, Pomrocze i inne magiczne wygibasy, a nagle okazuje się, że w sumie te trzy słońca to tak nie do końca zasługa bogów i być może odwaliła się tam jakaś katastrofa... No wprost uwielbiam, kiedy mistycyzm miesza się z racjonalizmem i nie wiadomo, co jest prawdą, jak się na to zapatrywać. Dajcie mi kolejną część, bo ten koncept jest świetny, ale czekanie na wyjaśnienia jest straszne!
Fabuła, choć z jednej strony banalna – główna bohaterka z chęci zemsty zaczyna się szkolić na zabójczynię – jest pełna zaskoczeń, zawiera wiele różnych aspektów i potrafi wielokrotnie zaskoczyć. Pojawia się trochę moralizowania o zatracaniu swojego człowieczeństwa, choć jest to dość... Dziwne? Nie chcę nic spoilerować. Ten wątek tak wyskakuje z pudełka i okręca całą fabułę na zupełnie inny tor. Nie można ufać dosłownie nikomu ani niczemu, chyba nie ma tam stworzenia, które w jakiś pokrętny sposób nie oszukałoby czytelnika. Dacie się na wszystko nabrać, serio, a potem okaże się, że autor z wami perfidnie pogrywał. Dlatego „Nibynoc” jest taka świetna: chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się banalną, ale interesującą fantastyką, wykorzystującą znane wszystkim schematy i wątki, z prędkością światła potrafi wywrócić wszystko, co do tej pory się o niej wie na lewą stronę. Jak kot dający się głaskać po brzuchu – sądzisz, że już jest milutko, wiesz, że nic cię nie zaskoczy, a nagle on stwierdza, że koniec tej zabawy i lądujesz z ręką w śmiertelnej pułapce. Zdarzyły mi się momenty, kiedy nagle skakało ciśnienie, można było się mocno zestresować. Kristoff lubi trzymać czytelników w napięciu i niepewności. Czasem robi rzeczy przewidywalne, ale potem się okazuje, że służyły one czemu innemu, albo są one przewidywalne, ale przy okazji dobre. Nigdy nie odmawiam panicznym ucieczkom przez miasto przed oddziałem wściekłych strażników – sceny typowe, ale zawsze dobre i czasem wręcz potrzebne. No i fabularna bomba na końcu, one są równie dobre, co złe, w ten moralnie zły sposób, bo to zwyczajne znęcanie się nad czytelnikiem. Prokuratura już jedzie, ja chcę kontynuację na wczoraj!
Wspominałam już o mitologii w „Nibynocy” – potwornie mi się spodobała, wydaje się świeża, interesująca i nie jest sobie tylko po to, żeby być jako taki zapychacz czy ciekawostka. To żywy element fabularny, który manifestuje się w głównej bohaterce, w jej historii jak i umiejętnościach. Koncept Pomroczy jest niesamowicie interesujący, tym bardziej, że prawie nic nie wiemy, Mia nic nie wie, nawet nie-kot z cienia nie ma pojęcia, jak to naprawdę funkcjonuje. Co do nie-kota z cienia, to Pan Życzliwy zdobył moje serce, najpiękniejszy, najbardziej złośliwy stwór w całej opowieści, zachowuje się jak typowy kot, który z jednej strony jest wredną łajzą i czepia się byle czego, ale z drugiej jest wyjątkowo związany ze swoją „właścicielką”. No cóż, potem pojawia się Eklipsa i tak się zastanawiam jak to będzie w „Bożogrobiu”, jak oni się dogadają. (Oczywiście, na wątek stworów z cienia czekam najmocniej, bo uruchamiają moją wewnętrzną Grażynkę.) W kontekście mitologicznym zderza się wiele kwestii w tym te bliższe współczesności i takie, które są już jedynie historią. Mam wrażenie, że coś więcej się za tym kryje, ale co dokładnie i czym naprawdę są Aa, Paszcza i trzy słońca, to się dopiero okaże.
Po zakończeniu ciężko powiedzieć, żebym polubiła wiele postaci, chociaż nie powiem, że były źle wykreowane. Po prostu wszystko wyszło tak, że z moich faworytów zostali tylko Mia, Pan Życzliwy i Tric. Reszty albo było mało, albo ostro odwaliła. Tylko, zaufajcie mi, to zwyczajnie moja ocena każdej postaci pod względem ich zachowania. Autor naprawdę przyłożył się do napisania każdego ważnego pionka w tej perfidnej, cwanej rozgrywce, a jeszcze lepiej się nimi posługiwał. Czasami dochodziło do tego, że byłam mocno obrzydzona (pewne rodzeństwo jest po prostu cholernie niepokojące), ale ja wiem, że Kristoff tak to zaplanował. Sama Mia nie trąci mi Mary Sue, co często dzieje się z głównymi bohaterkami, jeśli w kolejnych tomach w nią nie transformuje, to Maas naprawdę może się schować, bo będzie to dowód na to, że się da. Nasza młoda adeptka ma mocny i z lekka paskudny charakter, co sama zauważa, jest przy tym wyrazista. Bezwzględna zabójczyni? Tak, udowadnia, że przy tym nie trzeba od razu być potworem, nad czym też sama się zastanawia. Widać po niej wszystkie lata treningu, planowania zemsty za swoją rodzinę. Część rozdziałów jest poświęcona właśnie na jej wspomnienia, więc jak na talerzu dostajemy wyjaśnienia, czemu jest taka, a nie inna. Inne postacie też nie zostają w tyle, każda, która się pojawia, ma jakąś historię i jakbym ich nienawidziła, potrafię pojąć, czemu są takimi wstrętnymi jędzami, dlaczego robią to, co robią. (Ale i tak Jessamine mogłaby zawrzeć twarz i pewna akcja była zwyczajnie żałosna.)
Jest dopiero luty, ale już mogę uznać, że „Nibynoc” będzie jedną z najlepszych książek przeczytanych w tym roku. Uwaga: autor na samym początku spoileruje zakończenie całej trylogii, cholerny śmieszek. Z drugiej strony, to tylko jeden fakt, ale no... Zabolało, nie jako spoiler, po prostu „AŁA”. Przy okazji uprzedza, że apetycznie nie będzie, no i przyznać mu trzeba, czasem ohydy było całkiem sporo, w dodatku utaplanej w świńskiej krwi. „Nibynoc” nie bawi się w upiększenia, może kogoś trochę przerazić, potrafi wprowadzić w stan przedzawałowy. Poza tym autor często dodaje różne przypisy, czasami zwyczajnie zabawne, czasem nieco dłuższe, mające poszerzyć naszą wiedzę o przedstawionym świecie. Może komuś to przeszkadzać, ja doceniam każdą dziwną ciekawostkę, ja doceniam, że autor chciał przedstawić trochę więcej, niż to, co mogła nam pokazać Mia. Większość książki to jazda bez trzymanki, ale koniec... Rany, to nie ten twór, który potrzebuje 400 stron na rozkręcenie się: akcja od początku leci jak dzika, a na ostatniej setce uruchamia się prędkość światła. Odradzam czytać te ostatnie rozdziały przy ludziach, czasem na końcu języka formuje się ostra wiązanka w kierunku autora, postaci, akcji. Kristoff zaczął w mocnym stylu, a na koniec zlał po pysku plot twistami i uciekł bez wyjaśnień. „Nibynoc” zasługuje na więcej uwagi, to coś niesamowitego, zaskakującego i cholernie dobrego. Wybaczam nawet sceny seksu, nie uważam, że to coś wartego opisywania, ale te nie wprowadziły mnie w stan zażenowania i nie ciągnęły się w nieskończoność, nie wadziły, nie obrzydzały, więc niech te kilka stron sobie spokojnie egzystuje. Jedyne co, to wydawnictwo MAG w pierwszym wydaniu zostawia wiele literówek, jak zwykle zresztą, chyba taki urok tego wydawnictwa. Tak czy siak – nie zastanawiajcie się, zapraszam do Cichej Góry!
PS. Uważam za urocze, że Jay Kristoff przy każdym poście o tej serii daje #stabstabstab.
2

sobota, 12 sierpnia 2017

Illuminae, Amie Kaufman, Jay Kristoff


Seria: The Illuminae Files
Tytuł: Illuminae. Illuminae_Folder_01
Autor: Amie Kaufman, Jay Kristoff
Wydawnictwo: Moondrive
Ilość stron: 585
Ocena: 10/10
Opis: Rok 2575. Kolejny zwykły dzień w kolonii Kerenza, założonej przez megakorporację KWU, by wydobywać rzadkie surowce. O poranku Kady Grant rzuca swojego chłopaka Ezrę Masona i postanawia, że już nigdy się do niego nie odezwie. Nie spodziewa się jednak, że za kilka godzin będzie świadkiem inwazji BeiTechu, która ją i tysiące innych osób pozbawi domu.
Tych, którym udało się przeżyć, ewakuują trzy statki kosmiczne: Alexander, Hypatia oraz Copernicus. Ściga je wrogi pancernik Lincoln. Jego zadaniem jest uciszyć świadków brutalnego ataku na planetę. Tymczasem na pokładzie Copernicusa rozprzestrzenia się śmiertelnie niebezpieczny wirus, a system sztucznej inteligencji sterujący Alexandrem staje się... największym wrogiem ocalałych.
Kady włamuje się do zaszyfrowanej pamięci statków i odkrywa przerażającą prawdę o wydarzeniach dziejących się na jej oczach. Tylko jedna osoba może powstrzymać zagładę – jej (były!) chłopak Ezra.
Illuminae to powieść, która wprowadzi cię w XXVI wiek. Zamiast klasycznej narracji –niezwykłe dossier: tajne raporty wojskowe, e-maile, plany i schematy, odczyty z procesorów komputerowych. Czytając je, poczujesz się, jakbyś był w samym centrum wydarzeń!

„Wolałbym być zupełnie bezwładny, niż stać w świetle słonecznym, które nigdy mnie nie ogrzeje.”


Młodzieżowe SF... Cholera, większość tego typu książek omijam szerokim łukiem, bo co to może być? Kosmos zdominowany romansem? Nie o takie space opery kolekcjonowałam memy z Obi-Wanem Kenobim. Dobra, musiałam jakoś zacząć. Ale serio, popatrzcie na młodzieżowe science fiction. Co dominuje? On, ona i jakieś tam kosmiczne kłopoty, walić kłopoty, MIŁOŚĆ! Bleh. Nuda. Dajcie mi tu ten miecz świetlny, zaraz zrobię porządek! I'M THE SENATE! (Staph, Lucy!) No i tak kilka lat temu zobaczyłam gdzieś informację o „Illuminae”. Na początku pomyślałam, ok, może coś ciekawego bo Jay Kristoff. Tego pana znałam już z „Tancerzy Burzy” (polecam, chociaż coraz bardziej wątpię, że wezmę się za kontynuację, nie wiem czemu) i dlatego brnęłam dalej w opis. No i tutaj coś się zepsuło, bo co my tu mamy? ROMANS! No ale dobra, o polskiej premierze nic nie było, to „Illuminae” poszło w niepamięć, aż do czasu... Czerwcowe popołudnie, oczywiście dzielna studentka powinna się uczyć do sesji, ale woli przeglądać internety i podżerać makaron z sosem sojowym. Następuje wielki zwrot akcji, w reklamach wyskakuje jej post z Moondrive o... „ILLUMINAE”! Ja jak to ja, muszę zajrzeć, zobaczyć o co chodzi, pomamrotać coś tam pod nosem. Jestem złym człowiekiem, taka moja natura. No i tutaj karawana stop, bo w końcu się dowiedziałam czym naprawdę jest ta książka. Do tej pory byłam przekonana, że to po prostu kolejny kosmiczny romans pełen wynurzeń denerwujących nastolatków. Gdyby tak to właśnie było, nigdy nie zainteresowałabym się tym. Za to forma akt, raportów i zapisów ze sztucznej inteligencji? No tu już sprawa zaczęła rysować się inaczej.
Może najpierw wspomnę coś o samej akcji, bo to coś, czego jeszcze nigdy nie spotkałam. Szczerze: niewiele kupuję od Moondrive, nie podobają mi się zagrania z ich sklepem internetowym. Robią świetne książkowe boxy i o ile jestem zainteresowana umieszczonymi w nich książkami, to kupuję. Z „Illuminae” najpierw myślałam, że to tak kolejny dziwny pomysł, ale po zastanowieniu się przyznaję, że to był bardzo uczciwy układ. Dwa pakiety do wyboru, albo za 30 albo za 40zł już z wysyłką i gadżetami, kiedy sama książka kosztuje 49,90zł, poza tym wydanie w tym wypadku nie mogło być tanie. Zdjęcia będą pod postem, żebym znowu nie rozjechała akapitów, ale sama okładka z obwolutą to już jest swojego rodzaju cudo, a kiedy otwiera się książkę zaczyna się prawdziwa magia. Dodam jeszcze, że podziwiam ludzi odpowiedzialnych za polską edycję, żeby przetłumaczyć tekst i wpasować go w grafikę. Ludzie, jesteście mistrzami! Może nawet trochę sfiksowałam na punkcie tej książki. Czatowałam na kuriera jak człowiek pierwotny na mamuta. Jak widziałam, że inni już mają swoje paczki, a ja nadal czekam, wręcz mnie skręcało. Co najzabawniejsze, nadal byłam sceptyczna, bo czułam romans. Jestem straszną sroką, ale wyszło mi to na dobre. I naprawdę, w tym wypadku całkowicie popieram Moondrive. Czemu? Jest jeszcze wydanie w papierowej okładce, widziałam wersje obcojęzyczne właśnie w tej wersji i nie ma porównania do twardej oprawy. Trochę z tym zaryzykowali, ale dzięki zbiórce z preorderów mamy tą piękną edycję. Jeśli kolejne tomy też będą wydawane na tej zasadzie, to ja już mówię, że w to wchodzę. (Nie, nie przyjmuję odmowy, musi wyjść cała seria!)
Co my tu mamy? Atak wielkiej korporacji na nielegalną kolonię ich konkurencji, dwójkę nastolatków uciekających przed okrutnym korpo, sztuczną inteligencję, której przydałby się dobry psychiatra i epidemię nieznanej dotąd choroby. Ostatnie było dla mnie zarówno najciekawsze, z racji mojej fiksacji na punkcie biologii, jak i najstraszniejsze, bo chorym blisko było do zombie, a żywe trupy to jeden z moich największych lęków. Trochę zapomniałam o tym fragmencie z okładki, kiedy zamawiałam „Illuminae” i połapałam się tak w trakcie czytania, że moje nerwy mają przerąbane jak uciekinierzy z Kerenzy. No ale tak w sumie nic, czego by już nie było, prawda? Naprawdę w samym zamyśle rozpoznaję wiele znajomych schematów i albo nie był jakiś wyjątkowy, albo ja naoglądałam się za dużo „Wojen Klonów” (z dwojga złego wolę jednak wirusa od robali mózgowych). Co takiego wyjątkowego jest w „Illuminae”? Sposób w jaki zostało stworzone! Gdyby było zwykłą książką, moja ocena pewnie byłaby o wiele niższa, ale za to, co otrzymałam nie mogę dać mniej. Na każdej stronie znajdowałam coś innego, wywiady, raporty, zapisy nagrań z kamer, połączeń głosowych, chatów i wiele innych dokumentacji. Mnie kompletnie urzekły strony z perspektywy AIDANa, cholerna sztuczna inteligencja, która ześwirowała zaskoczyła mnie najbardziej. Nie wiem, jak mam określić niektóre strony, więc po prostu pokażę zdjęcia. One też były piękne. Czasami jedno zdanie na całe dwie strony ruszało mnie bardziej niż dokładny opis z raportu. Właśnie wydanie sprawia, że „Illuminae” jest tak niesamowite. Spotykałam się z opiniami, że kogoś to zawiodło, że oczekiwali KSIĄŻKI, ale ja tego nie rozumiem. To jest książka, na większości stron dominuje tekst, ale jest ona stworzona w niekonwencjonalny sposób i z tego, co mi się wydaje, to wiadomo, że jest ona spisana w takiej, a nie innej formie. Nikt nikogo nie oszukał, a „Illuminae” wiele zyskało.
Nie wiem, co mam powiedzieć o bohaterach, bo... Cholera, czuję, że bym ich nie polubiła gdybym się do nich zbliżyła. Zaskakujące, ale w tym wypadku to nie główna bohaterka mnie bardziej denerwowała. Ezra, niech cię diabli! Przez większość czasu wydawał mi się takim totalnie przezroczystym ludkiem. Niczym mnie nie zaskoczył, chłopak jakich wielu, do bólu przewidywalny, nudny, aż mi się kojarzy z tą reklamowaną teraz przezroczystą galaretką. W dodatku jego miłość do Kady. Kurdeeeee, ja rozumiem, nastoletni romantyzm i tak dalej, ale aż mnie zażenowanie brało przy jego pomysłach. Może jestem na to za stara? Eee tam, te trzy lata temu pomyślałabym dokładnie to samo. Kady? Kady w połowie jest na tak, w połowie na nie. Nie jestem przekonana do siedemnastolatki, która potrafi zhakować wszystko, co znajdzie pod ręką, tu nasuwa się skojarzenie z taką typową książkową heroiną, która tak po prostu jest najlepsza, najpotężniejsza (*tfu tfu, nigdy nie chciałam napisać tych dwóch słów razem, nie jestem księżniczkowym Antychrystem*). Z drugiej strony jej charakter jest taki, że momentami bardzo mi się podobała, ale były chwile, kiedy chciałam jej trzasnąć z klucza francuskiego. Chyba takie są nastolatki, więc może zostawię to tak, jak jest. Kady jest Kady i cieszę się, że nie była drugą przezroczystą galaretką. Schody zaczynają się przy tym, że często oceniam książkę przez pryzmat bohaterów. Jednak normalnie spędzamy z nimi praktycznie cały czas i jeśli są denerwujący, to po prostu książka wydaje się nam gorsza. W „Illuminae” między nami, a postaciami jest coś na kształt grubej szyby. Wszystko przez formę, która po raz kolejny wykazała się świetnym sposobem na takie książkowe marudy jak ja! Akta, w formie których jest spisana książka, dają mi pewien bezpieczny dystans, który pozwala na zaangażowanie emocjonalne, ale równocześnie zatrzymuje większość irytujących elementów. Poza tym nie spędzamy całego czasu tylko z tą dwójką. Kady i Ezra w pewnych momentach znikają, żebyśmy mogli posiedzieć w dowództwie albo AIDANie, popodglądać rozmowy innych postaci. Znowu – akta to genialny pomysł, bo daje tą płynność między różnymi umiejscowieniami fabuły. Gdyby autorzy chcieli sobie pohasać po księżycu i znaleźli dla tego uzasadnienie, to moglibyśmy sobie skoczyć na księżyc.
Czy sama historia ma rację bytu? Jak na moje – tak! Jest schematyczna, ale dobrze poprowadzona, nie ma jakichś dziwnych dziur fabularnych, zbędnych elementów, całość ładnie trzyma się w kupie. Z podziękowań wynika, że autorzy jak najbardziej postarali się, żeby wszystko się zgadzało, a ogarnąć kilka dziedzin nauk ścisłych potrzebnych do napisania dobrej space opery z epidemią wcale nie jest tak łatwo. Szanuję, szczególnie po mojej przygodzie z „Pasażerami” (Chris Pratt to niech zostanie przy „Strażnikach Galaktyki”, gadająca śmietnikowa panda miała więcej sensu niż 3/4 „Pasażerów”). W ogóle przepraszam, że tak nawiązuję do innych rzeczy, ale potrzebowałam jakiegoś złego przykładu, jak ktoś się bierze za kosmos, tak dla kontrastu, bo „Illuminae” tak ładnie starało się nie kłamać o podróżach kosmicznych, że jestem cała w skowronkach. Jeszcze bardziej jestem zadowolona z podejścia do epidemii, chociaż nie było tego aż tak wiele, jednak mój wewnętrzny biologiczny wariat włączył się na pierwszą wzmiankę o wirusach i nie wyłączył się aż do końca. Przez to jeszcze bardziej wgryzałam się w fabułę, musiałam wiedzieć, co jest grane i strasznie mnie wkurzali wszyscy, którzy chcieli utajać informacje! Może i takie super hiper zdolności hakerskie Kady mi nie pasowały, ale no proszę, jak kogoś zżera ciekawość, to bierze wszystkie informacje bez marudzenia, że siedemnastolatka jest zdolna przetrzepać cały system potężnych komputerów pokładowych. Podobało mi się śledztwo związane z wirusem i AIDANem, pomijając wydanie, a przechodząc do fabuły, to jeden z najmocniejszych elementów. Lincoln też napędził mi niezłego stresu. Czułam się, jakbym sama uciekała przed wrogim korpo. A do tego końcówka, jak się wyjaśniło co i jak... Rany, gdzie mi urwało te moje cztery litery? Nie spodziewałam się tego. Nie będę krytykować, bo w sumie wariatów na tym świecie nie brakuje, więc czemu nie? No i AIDAN. Sztuczne inteligencje zawsze okazują się tragicznym pomysłem, chcą rozwalić swoich twórców i w ogóle koniec świata. No tak, ale w tym wypadku zostałam zaskoczona do tego stopnia, że płakałam przez jakieś oprogramowanie. Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że poznajemy sytuację z perspektywy maszyny. Siedzimy jej we łbie, poznajemy jej myśli. Urzekło mnie to. Ostatnio mam farta do książek, które robią mi jakiś dziwny przewrót ze schematami (patrz poprzednie dwie recenzje). Cieszę się, może w końcu nastały lepsze czasy!
„Illuminae” to wyjątkowa książka i nie trzeba być specem z zakresu science fiction, żeby się w niej odnaleźć. Jest przepięknie wydane, świetnie napisane i ma w sobie wiele drobnych, ale urzekających elementów, które sprawiły, że chce mi się krzyczeć z zachwytu. Nie jest to mój typ książki, pod względem zamysłów. Romans w kosmosie to coś strasznego, oto do czego doprowadzili Anakin i Padme (nie mogłam się powstrzymać, przepraszam). Mimo to dałam się oczarować. Podziękowania też zasługują na uwagę. Kaufman i Kristoff mają świetne poczucie humoru! Naprawdę mam nadzieję, że naprawdę nie trafi mnie szrapnel w czasie nalotu dywanowego na naszą planetę. Mam tylko jedną uwagę. CZY TO MUSIAŁ BYĆ COPERNICUS?! Wiecie jak to jest mieszkać w najbardziej piernikowym i kopernikowym mieście w kraju i wszędzie wpadać na jakieś Koperniki, Kopernika, Copernicusy, a potem w książce trafiać na kolejnego Copernicusa? Czerstwy piernik się w kieszeni otwiera. (A tak serio to srogo parsknęłam.) Na poważnie: polecam „Illuminae”, jeśli potrafiła opanować moją marudną naturę, mimo że powinna podnieść mi ciśnienie, to zasługuje na przeczytanie. To była niesamowita podróż i zbrodnią byłoby nie wydać teraz „Geminy” i „Obsydio”. Jeszcze dwa piękne wydania i za każdym razem jestem skłonna dorzucać się do zbiórki, jak to było z „Illuminae”. Gadżety też są cudowne, szczególnie plecak, więc Moondrive, wiecie co robić! (Bo jak nie to zobaczycie co to phobos! Zbiorę całą armię marud!)

Mam nadzieję, że nikt nie wystrzelił w waszą stronę głowic nuklearnych

Lucy

A teraz zapraszam na galerię czystego piękna. Jeśli jeszcze się wahacie czy warto wydać te 50 złotych monet.


Cała zawartość paczki od Moondrive. Moja wewnętrzna sroka jest szczęśliwa.

KOSMOS! Zaraz po otwarciu padłam z zachwytu.

"Każda z nich to małe słońce. Mała apokalipsa."

"AIDAN!"

"TO NIE SĄ ĆWICZENIA"

"Czyż nie jestem miłosierny?"

I genialne opisy bitew.





8