Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą young adult. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą young adult. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 listopada 2017

Jak nie przejmować władzy: Moja lady Jane, Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows

Seria: Ladyjanistki
Tytuł: Moja lady Jane
Autor: Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 400
Ocena: 8/10
Opis: Prześmieszna, fantastyczna, romantyczna i (niezupełnie) prawdziwa historia Lady Jane Grey. Książka Moja Lady Jane autorstwa Cynthii Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows to jedyna w swoim rodzaju opowieść fantasy osadzona w tradycji ustanowionej przez Narzeczoną dla księcia Williama Goldmana, której bohaterami są król niespecjalnie garnący się do królowania, jeszcze mniej garnąca się królowa i szlachetny rumak, a która nie grzeszy przesadnie nabożnym szacunkiem dla źródeł historycznych. Bo czasem nawet historii trzeba nieco pomóc.
Szesnastoletnia Lady Jane Grey, mająca niebawem wyjść za zupełnie obcego mężczyznę, wplątuje się w konspirację, celem której jest obalenie jej kuzyna, króla Edwarda. Ale Jane nie zawraca sobie głowy takimi błahostkami, skoro ma niebawem zostać królową Anglii.


Najdroższa Jane, wybacz, że zmusiłem Cię do małżeństwa z koniem. Twój teść próbuje mnie zabić. Pomocy.


Tak szczerze to długo się zastanawiałam o czym to ma niby być. No co? Historyczny romans dla nastolatek? Coś mi się nie kleiło, nie widziałam potencjału, fabuła mi się nie rysowała, bo wszystkie kluczowe postacie umierały dość szybko. Autorki chciały pisać o martwych? No tak niezbyt, ale z opisu nie idzie nic wywnioskować, dopiero po zaczęciu książki autorki coś niecoś rozjaśniają. No ale internet się zachwycił jakie to zabawne, a ja lubię dobry humor w książkach. (No może nie dobry a poryty, ćśśś.) Mogłabym wymienić kilku autorów, których uwielbiam właśnie za ich żart, ale to się nadaje na oddzielny post. Tylko trochę mnie okłamano.
Bardzo spodobała mi się cała koncepcja tej książki – alternatywna historia z przymrużeniem oka i dodatkiem magii. No okej, w dodatku bardzo przyjemnie się to czyta. Autorki mają bardzo lekkie pióro (pióra?), widać, że nie starają się udowodnić jakie to one nie są genialne i wygadane. Nie tworzą kilometrowych opisów i przemyśleć postaci zajmujących po kilka stron. Zwięźle i na temat, szanują czas czytelnika. Nie oszukujmy się, to jest taki milutki odmóżdżacz, a one nie mają być elokwentne, długie, nie zawierają kwiecistych opisów. Przy tym, jak na taki niezbyt ambitny tekst, nie jest to popisem głupoty i braku umiejętności, jak spora część tego typu tworów. Nie, tutaj wszystko jest na odpowiednim miejscu, mimo trzech perspektyw jest zachowana ciągłość tekstu, żebyśmy nie czuli się zagubieni na początku każdego z rozdziałów. Ciężko mi powiedzieć czy da się wyłapać zmianę autorki przy poszczególnych fragmentach, ja nic nie zauważałam, więc tu kolejny plus. No i mimo że jest to książka raczej przeznaczona do odpoczynku po czymś cięższym albo po zawalonym robotą tygodniu, nie jest ona tak totalnie pusta, żeby czytelnik nie musiał się nad niczym zastanawiać. Wbrew pozorom „Moja lady Jane” zawiera jakieś przesłanie, może i oczywiste, ale doceniam to, jak autorki przedstawiły problem podziałów społecznych, odmienności czy totalnego ekstremizmu względem jakichś grup. Nic nie jest do końca czarne czy białe, co jeszcze bardziej szanuję w czasach, kiedy jak nie przeginasz w żadną stronę to jesteś z tej wrogiej opcji i idź spłoń. To wszystko klei się razem w taki obraz książki, przy której mózg odpocznie, ale nie poczujemy się jak skończeni debile.
Wydaje wam się, że miało być o Jane? No, po części jest, ale nie na sto procent. Edward i G odgrywają tu sporą rolę, a poza tym to ma fabułę. Jakby nie było jakiejś ciekawej akcji, pokręconej intrygi czy innych smoków ujeżdżających tyranozaury, raczej nie byłabym tak optymistycznie nastawiona. Ogólnie to wszyscy chcą tron albo zostają na niego wepchnięci, spiskowcy nie przewidują czynnika magicznego i robi się z tego jakaś zakręcona akcja ze zwierzątkami futerkowymi. Na pewno nie chcę spotkać na swojej drodze puddingu jeżynowego, przynajmniej w najbliższym czasie. Takie kolejne zaskoczenie: no ta fabuła jest, nie ma wiecznego romansowania, jak się tego obawiała. Okładka mówi „jestem cukierkowym romansidłem” i perfidnie kłamie! (No jest ładna, ale taki daje przekaz.) W ogóle zaskakuje mnie opowiadanie historii z trzech perspektyw, bo też myślałam, że to będzie jak najbardziej o Jane i niewiele poza nią dostanie trochę miejsca na scenie. Pomyliłam się i bardzo się z tego cieszę.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o bohaterach, a ci są świetni! Edward i Gifford to moje słodkie buły. Każdy ma własny charakterek i trochę nierówno pod kopułą, więc czytanie dla mnie było przyjemnością. Żadnego babrania się w nijakich przemyśleniach o wielkiej miłości czy niczym. Edward jest, chyba, moim ulubieńcem. Sama do końca nie wiem, ale jak na szesnastolatka, który ma rządzić całym krajem i jest wychowywany pod szklanym kloszem, nie był taką rozdziabdzianą fajtłapą. Trochę musiał sobie w głowie poukładać, ale sam zauważał swoje problemy i jak rozpieszczone książątko świetnie sobie radził. G za to rozwala mnie na łopatki, szczególnie pod postacią końską, kojarzy mi się z takim jednym czterokopytnym upierdliwcem (konie są wredne, zaufajcie mi). Na pewno moją sympatię zdobył przez bycie tym „gorszym” dzieckiem. Bardzo nie lubię niesprawiedliwości i lubię brać pod swoje skrzydła takie gorzej potraktowane postacie, w ogóle to lubię jak jest jakiś przykry kawałek historii, jakoś tak... No sprawia, że postać jest mi bliższa. Też spodziewałam się jakiegoś super samca, który musi zdominować swoją kobietę, no takie kiedyś były realia, że można raczej spodziewać się szowinistycznej świni. Wyrżnęłam się z tymi oczekiwaniami. G jest dokładnym przeciwieństwem tego. Traktuje Jane z szacunkiem, chociaż czasem ma takie momenty, kiedy traktuje ją jak głupiutką niewiastę, tylko najczęściej to są takie chwile, kiedy jej akurat tego potrzeba. Te książkowe baby zawsze trzeba sprowadzać na ziemię, nie wiem co jest z nimi nie tak. No i jest Jane, która miała mnie irytować, ale jej nie wyszło. Jest dla mnie najsłabszym ogniwem i często bywa zbyt przemądrzała, ale jest tego świadoma. Nie ma gigantycznego ego, nie uważa się za nieomylną i widzi, że jej zachowanie nie jest do końca w porządku – Annabeth Chase, to jest to, czym nigdy nie będziesz! Poza tym czasami zachowuje się głupio, chce iść na solo z wilkami albo niedźwiedziem, bo sądzi, że coś może, kiedy po prostu by ją rozszarpało – w takich momentach Gifford zachowuje się jak typowy samiec, ale jest to jedynie dla jej bezpieczeństwa. Poza nimi jest jeszcze sporo drugoplanowych bohaterów, na przykład taka Elżbieta, która jest jak dobra wróżka i zawsze ogarnie, co trzeba zrobić. Ogólnie widzę, że autorki mają bardzo przyjemną kreację postaci, może nie jakąś głęboką, ale potrafią je pisać i przedstawiać w odpowiednim świetle nie idealizując ich przy tym. Uwielbiam to!
Na koniec, żeby nie było zbyt słodko, muszę napisać, że jednak autoki mnie zawiodły. Jak na początku wspomniałam – poczucie humoru. Obiecywano mi salwy śmiechu! Podobno to miał być jakiś powalający dowcip, a ja nic takiego nie zauważam. Oczywiście, całość zakrawa na pewien absurd i całość może brzmieć śmiesznie, ale w trakcie czytania nie było momentów, żebym naprawdę się śmiała. Za dużo było nagadane, jaka to Jane nie jest zabawna, a ja po prostu tego nie widzę. Sięgnęłam po to głównie ze względu na obiecywany humor, który mnie zawiódł. Plot jest taki, że myśląc o całej historii uśmiechniesz się, ale w trakcie czytania nie parskniesz jakoś specjalnie. Nie to mi obiecywano i nie rozumiem czemu na tym oparto główną reklamę, bo jak widać wyżej, książka ma wiele innych atutów. Dlatego muszę zjechać z oceną.
Podsumowując: moje oczekiwania kompletnie się nie sprawdziły ale w większości przypadków to lepiej. Nie sądziłam, że „Moja lady Jane” okaże się naprawdę dobra, ale byłam ciekawa. Jak na swój typ literatury jest zaskakująca i godna polecenia, jeśli chcecie odpocząć z czymś lekkim, co nie zmusi was do myślenia, a przy tym nie lubicie głupoty – polecam. Każdy czasem potrzebuje zaleczyć kaca książkowego, nie? Jane nada się idealnie, tylko nie oczekujcie komedii, bo z tym to jakieś przekłamanie się trafiło.

Chciałabym zobaczyć, jak królowa Elżbieta na to reaguje
Lucy
3

poniedziałek, 15 maja 2017

Dajcie mi takiego Kamila!: Wszystkie twoje marzenia, Agata Czykierda-Grabowska

Tytuł: Wszystkie twoje marzenia
Autor: Agata Czykierda-Grabowska
Data premiery: 10 maja 2017
Wydawnictwo: OMG Books (Znak)
Liczba stron: 384
Krótka ocena: Książka, którą momentami dziwnie jest czytać w pociągu, jednak niesie ze sobą przyjemną wiosenną świeżość - chociaż dzieje się głównie jesienią! Lekka, nieprzeidealizowana młodzieżówka. No i... ja chcę takiego Kamila!

Studia to podobno najpiękniejszy czas życia. Czas wyrwania się spod stałego nadzoru rodziców, czas imprez, szaleństwa i przygód. Odskocznia od dawnych problemów, czysta kartka w nowym środowisku. Każdy ma jednak pewne swoje tajemnice i doświadczenia, które już go ukształtowały; coś, z czym będzie poruszać się przez całe dalsze życie.

A gdybyś to Ty pewnego wieczoru wpadł na dziewczynę zawzięcie maltretującą samochód, jak byś się zachował? Właśnie w takich warunkach poznają się Maja i Kamil. Oboje są świeżo upieczonymi studentami, zaczynają nowe życia - z dala od kontroli rodziców, od dawnych problemów, jednak każde z pewnym bagażem doświadczeń.
Obiecaj, że nigdy się we mnie nie zakochasz...

Prawda jest taka, że nie jestem jakąś wielką fanką obyczajówek dla młodzieży (czy młodych dorosłych), a po samym opisie tej pozycji nietrudno stwierdzić, że będzie to kolejna powieść dotycząca miłości dwójki młodych ludzi. Co mnie więc skusiło? Jedno zdanie w opisie: I jaka tajemnica nie pozwala Mai na planowanie przyszłości? - Tajemnice, czyli coś, co naprawdę kocham.


"Wszystkie twoje marzenia" czytało się błyskawicznie. Styl autorki jest leciutki i przyjemny, nie jest jednak przesadnie potoczny. Świat opisany jest zgrabnie, opisy nie są zbyt obszerne, jednak ładnie rysują otoczenie. Jedyne, co mnie naprawdę mocno ugryzło to pewne drobne szczegóły w opisach scen erotycznych - które, ogólnie rzecz biorąc, były napisane naprawdę subtelnie, z gracją i bez nadmiernej nachalności. Kilkukrotnie jednak z tego ładnego opisu wychylały się jakieś potoczne czy nawet bardziej przesadnie anatomiczne wyrażenia. Gryzło mi się to niestety z całością i kompletnie wybijało mnie z rytmu czytania, psując nieco odbiór.

Przez całą książkę obserwujemy rozwój relacji między dwójką głównych bohaterów. Nie da się ukryć, że właśnie to jest główną osią powieści. Nie można się więc tu spodziewać pościgów i wybuchów (jedynie maltretowania opla przez drobną dziewczynę), a raczej słodko-gorzkiej opowieści o realnych, zwykłych ludziach.

Muszę się przyznać, że pokochałam Kamila całym serduszkiem prawie od pierwszych stron. Chłopak był przeuroczy, opiekuńczy i troskliwy - która z nas nie chciałaby spotkać kogoś takiego na swojej drodze? Maja również bardzo szybko zdobyła moją sympatię. Myślę, że tak energicznej, pełnej życia osoby nie sposób nie polubić, a stopniowe odkrywanie jej przeszłości było naprawdę przyjemnym smaczkiem powieści. "Wszystkie twoje marzenia" to jednak nie tylko Maja i Kamil, przez kolejne strony przewijają nam się również inni bardzo interesujący bohaterowie, jak ukochana przeze mnie para - Kuba, brat Kamila i Lena. Oboje tak pogodni i uroczy, że dosłownie nie dało się nie uśmiechnąć, gdy tylko pojawiali się w trakcie historii.


"Wszystkie twoje marzenia" nie są może wybitnie odkrywcze czy niesamowite. Jest to jednak książka, z którą miło jest spędzić kilka wieczorów, niezależnie od pory roku - leżąc na świeżej wiosennej trawie, siedząc na plaży latem, czy owijając się kocem i popijając kakao zimą czy jesienią. Historia nie jest przesadnie skomplikowana, za to pełna humoru, lekka, przyjemna, a jednocześnie nieprzeidealizowana. Serdecznie polecam!

A na miłe zakończenie - mam dla Was kod rabatowy
na tę właśnie książkę na stronie znak.com.pl!
Wystarczy, że wpiszecie kod: MARZENIA
a "Wszystkie twoje marzenia" kupicie w niższej cenie!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania
0

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Los w rękach widzów: Cela 7, Kerry Drewery

Tytuł: Cela 7
Tytuł oryginału: Cell 7
Autor: Kerry Drewery
Tłumaczenie: Patrycja Zarawska
Data premiery: 29 marca 2017
Wydawnictwo: Młody Book (Sonia Draga)
Liczba stron: 472
Krótka ocena: Jeśli mam ocenić tę książkę w kilku słowach, powiem jedynie: nie mogę doczekać się kolejnego tomu. A to chyba mówi samo za siebie.

Wyobraźcie sobie świat, w którym o losie przestępców decydują telewidzowie. Brzmi ciekawie? Dodajmy do tego wyraźny podział między ludźmi na biednych i bogatych, różnice w warunkach ich życia, ludzką zawiść i manipulację mediów - w taki sposób rysuje się obraz w "Celi 7", o której właśnie dziś chciałabym coś niecoś Wam powiedzieć.

Martha Honeydew jest nastolatką z nizin społecznych, sierotą, która zostaje posądzona o morderstwo uwielbianego przez tłumy celebryty, Jacksona Paige'a i przyznaje się do zarzucanego jej czynu. Sprawa wydaje się prosta - w końcu dziewczynę przyłapano praktycznie na gorącym uczynku, na miejscu zbrodni z bronią w ręku, czy można mieć jakieś wątpliwości co do jej winy? Widzowie reality show "Sprawiedliwością jest śmierć" mają tydzień (w ciągu którego oskarżona będzie przechodzić przez kolejne siedem cel śmierci) na zdecydowanie czy Martha ma stracić życie, czy jednak jest niewinna i powinna zostać uwolniona.

Gdy tylko przeczytałam opis, stwierdziłam, że ta książka to coś dla mnie. Zbrodnia, ciekawy motyw z głosowaniem widzów, nutka tajemniczości, a dodatkowo intrygująca okładka z niebieską tęczówką i kratami - nic więcej nie było potrzebne, by mnie przekonać. Z wielką ciekawością, ale i dozą dystansu, zasiadłam do czytania.

Jeśli chodzi o styl autorki - ogólnie nie mam większych zarzutów. Może miejscami było zbyt banalnie i potocznie, a co do pewnych momentów oczekiwałabym bardziej rozbudowanych opisów i mniej dialogu, jednak w jakiś znaczący sposób mnie to nie gryzło. Początkowo o wiele większym problemem była dla mnie przemieszana narracja. Książka prowadzona jest tak jakby z kilku różnych punktów widzenia: dostajemy pierwszoosobową narrację Marthy, trzecioosobową rzucającą światło na innych bohaterów, a także transkrypcję programu telewizyjnego "Sprawiedliwością jest śmierć". Wprowadza to nieco chaosu, jednak gdy przywyknie się do koncepcji przeplatania się tych wszystkich płaszczyzn, nabiera to pewnego sensu i wzbogaca historię. Osobiście lubię mieć możliwość spojrzenia na sprawę z różnych kątów i chociaż na początku czułam się przytłoczona ilością sposobów przedstawienia sytuacji, w końcu się to jednak sprawdziło i wszystko ładnie ze sobą zagrało.

Nie chcę tu nikogo oszukiwać, romans jest w tej książce dość wyraźny, ale na tyle ładnie wpleciony, że zupełnie nie przeszkadza, a jedynie uzupełnia historię i nadaje jej odpowiedni ton. Tworzy tym samym podstawę do pewnych sytuacji i psychologii postaci. Nie jest zbytnio nachalny, ale jednocześnie bez niego fabuła oraz bohaterowie wiele by stracili.

Skoro już o bohaterach... Martha jest naprawdę intrygującą postacią. Uparta jak osioł, idzie w zaparte. Wydaje się być twarda i nieustępliwa, jednak gdzieś tam kryje się w niej typowa kobieca delikatność, co zupełnie nie gryzie się z jej wizerunkiem. Poznajemy ją w ciekawym momencie życia, by w trakcie opowieści poznać jej wcześniejsze losy, które wcale nie są mniej intrygujące. Jej osoba w pewnym sensie zmusza nas do refleksji - czy i my mielibyśmy odwagę postąpić podobnie? Nie chcę tu zdradzać większych szczegółów, bo historia Marthy jest ciekawsza, gdy samemu odkrywa się ją z biegiem kolejnych rozdziałów.
O kolejnych postaciach mogłabym się jeszcze rozpisywać, ale daruję Wam i powiem już tylko o jednej postaci. Eve Stanton jest doradcą z urzędu i właśnie pod jej skrzydła trafia Martha. Kobieta wzbudza zaufanie i dość szybko znajduje wspólny język z nastolatką. Od początku nie wierzy w to, by młoda dziewczyna była winna i robi wszystko, by wbrew uparcie powtarzanym słowom dziewczyny "Ja to zrobiłam! Zabiłam Jacksona Paige'a!", udowodnić przed telewidzami jej niewinność. Myślę, że tej pani nie da się nie polubić - i nawet pewna tajemnica, którą poznajemy w trakcie nie jest w stanie zmienić naszego zdania o Eve.

Nie da się tu nie zauważyć, że każda z postaci ma swoje sekrety, które autorka odkrywa przed nami powoli - co osobiście bardzo cenię. Niektórych rzeczy, owszem, można domyślić się błyskawicznie, inne jednak zupełnie zaskakują, tworząc zgrabne zwroty akcji.

Jeśli więc lubisz tajemnice i niestandardowe, dość silne bohaterki, intryguje Cię wątek manipulacji mediów - to "Cela 7" może być czymś dla Ciebie! Osobiście polecam, naprawdę miło spędziłam przy niej czas.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania


0