Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galeria Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galeria Książki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 października 2020

Gadające jaszczurki i ostre cheetos: Wyścig do słońca, Rebecca Roanhorse

 

Seria: Rick Riordan Przedstawia
Tytuł: Wyścig do słońca
Autor: Rebecca Roanhorse
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 351
Ocena: 6/10
Opis: Uczennica siódmej klasy, Nizhoni Begay, od niedawna ma zdolność dostrzegania potworów, takich jak mężczyzna w eleganckim garniturze, który siedział na trybunach podczas jej meczu koszykówki. Okazuje się, że to pan Charles, nowy dyrektor rafinerii, w której pracuje jej tato. Mężczyzna jest niepokojąco zainteresowany Nizhoni, jej bratem Makiem, ich pochodzeniem z ludu Nawaho oraz legendą o Bohaterskich Bliźniętach. Dziewczyna wie, że pan Charles jest niebezpieczny, ale ojciec nie chce jej uwierzyć.
Kiedy następnego dnia tato znika, pozostawiając wiadomość: „Uciekajcie!”, rodzeństwo oraz najlepszy przyjaciel Nizhoni, Davery, wyruszają z misją ratunkową. Potrzebują jednak pomocy Świętych Ludzi Diné, którzy udają dziwaczne postacie, a ich wsparcie ma swoją cenę – dzieciaki muszą przejść serię prób, w których sama natura wydaje się zwracać przeciwko nim. Jeśli Nizhoni, Mac i Davery dotrą do Domu Słońca, otrzymają wszystko, co niezbędne, by pokonać potwory uwolnione przez pana Charlesa. Jednak Nizhoni będzie potrzebować czegoś więcej niż broni, by wypełnić swoje bohaterskie przeznaczenie…

Są na świecie rzeczy pewne jak śmierć, podatki czy to, że rzucę się na wszystkie mitologiczne młodzieżówki, do których rękę przyłożył Rick Riordan. I nikt mi nie powie, że jestem za stara! Moja miłość do książek tego pana to jedno, ale seria Rick Riordan Przedstawia to zupełnie inny wymiar. O rany, zawsze pragnęłam książek eksplorujących te mniej znane mitologie. Pisałam tu kiedyś o „Smoczej perle”, która nie dość, że ma mitologię koreańską i liski, jeszcze jest uroczą space operą. Tym razem trafił mi się „Wyścig do słońca” i tu już w ogóle zostałam zaskoczona. Nigdy wcześniej nie słyszałam kompletnie nic o mitologii Nawaho, nawet nie wiedziałam, kim tak właściwie są Nawahowie. Dopiero kiedy zaczęłam czytać ogarnęłam, że to jeden z rdzennych ludów Ameryki Północnej. The more you know.

Nigdy wcześniej nie zetknęłam się z żadną mitologią indiańską – chyba, że liczymy „Pocahontas” i „Mój brat niedźwiedź”, ale nie oszukujmy się, że Disney bawił się w odpowiednie przedstawienie tematu. Można więc stwierdzić, że wiedziałam totalne nic na temat wierzeń tamtejszych plemion, taka to fajna przygoda. Dlatego też byłam potwornie ciekawa, co znajdę w tej książce, czułam się trochę jak jedenastoletnia ja, która usłyszała w ogóle o mitologiach i zaczęła odkrywać, w co tam ci starożytni Grecy wierzyli.

Wyścig do słońca” pod względem fabularnym jest schematyczny. Mamy tu typową historię o tym, jak dzieciaki odkrywają, że mają jakieś nadprzyrodzone moce. Jest złoczyńca, który chce siać zło, a żeby go pokonać trzeba zdobyć jakąś rzecz od nadprzyrodzonych istot, odbyć podróż, przejść kilka prób i takie tam. Mamy też, oczywiście, odkrywanie samego siebie. To naprawdę bardzo prosta historia, można by wręcz powiedzieć, że to taki szkielet typowej przygodowej fantasy. I nie chcę tu powiedzieć, że to jest złe. „Wyścig do słońca” jest prosty w swojej konstrukcji, ale dzięki temu czyta się go bez większego wysiłku. Nie oszukujmy się, to książka kierowana do dzieciaków w wieku 10-12 lat, to ma być przyjemne, mieć prosty przekaz i dawać frajdę. Inna sprawa, że dorosłe baby, takie jak ja, biorą się za czytanie jej… Co nie znaczy, że bawiłam się gorzej. Oczywiście, chętnie przyjęłabym mocniej rozbudowany świat, bo eksploracja nowej mitologii mogłaby dla mnie trwać i trwać, ale to już tylko moje ciche życzenia. Fakt pozostaje taki, że „Wyścig do słońca” czytało mi się po prostu dobrze, a fabuła mimo prostoty okazała się wciągająca.

Ważniejszą kwestią w tej książce wydaje się wątek przynależności etnicznej. Nie uważam, że ogarniam, co dzieje się w USA, ale wiem, że dla rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej ważna jest ich tożsamość kulturowa i pamięć o ich tradycjach. Nie oszukujmy się, kolonizacja zrobiła tam dużo złego i nie bez powodu tak mało wiemy na temat tamtejszych kultur. „Wyścig do słońca” bardzo skupia się na wątku przynależności głównych bohaterów do społeczności Nawahów, pokazywaniu jak niewiele oni sami wiedzą o swoich przodkach i w końcu chęci pogłębienia swojej wiedzy na ten temat. Po prostu widać, że poza opowiedzeniem przyjemnej historii z mitologią w tle, ta książka miała na celu puścić oczko do dzieciaków ze społeczności indiańskich, pokazać im, że nie powinny się wstydzić swojej kultury. W moim odczuciu jest to bardzo kochane i dzięki temu polubiłam „Wyścig do słońca” odrobinę bardziej.

Ostatecznie, to nie była książka wybitna. Okazała się prosta, przyjemna w odbiorze i chociaż trochę mnie uświadomiła o osobach pochodzących z rdzennych plemion Ameryki. Wiecie, do tej pory byłam przekonana, że ciężko w ogóle wiedzieć cokolwiek o ich dawnych wierzeniach, więc było zaskoczenie. Dla młodszych czytelników na pewno okaże się świetną przygodą. Według mnie jest uroczym przeciętniakiem, ale jest też ważna, bo pozwoli mi być odrobinę bardziej ogarniętym człowiekiem. Poza tym nie wiedziałam, że gadająca jaszczurka ubrana w sweterek jest taka kochana!


Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria Książki.



0

niedziela, 24 marca 2019

Przed nami nicość: Smocza Perła, Yoon Ha Lee


„Kapitan opuścił stanowisko i zamienił się w tygrysa.”


Seria: Rick Riordan Przedstawia
Tytuł: Smocza Perła
Autor: Yoon Ha Lee
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 347
Ocena: 10/10
Opis: Trzynastoletnia Min pochodzi z prastarego rodu lisich duchów, ale zupełnie na to nie wygląda. By chronić najbliższych przed niebezpieczeństwem, matka zakazała im posługiwania się lisią magią: nie wolno czarować, nie wolno zmieniać postaci. Wszyscy przez cały czas muszą zachowywać ludzką formę.
Min czuje się przytłoczona rodzinnymi zasadami. Nie znosi niekończących się domowych obowiązków, panoszących się wszędzie kuzynów i wiecznie krytykujących ciotek. Marzy, by uciec z rodzinnego Jinju - zapomnianej, ubogiej, pustynnej planety. Nie może się już doczekać, kiedy dorośnie i będzie mogła, jak jej starszy brat Jun, zaciągnąć się do Sił Kosmicznych i zobaczyć inne planety należące do Ligi Tysiąca Światów.
Kiedy jednak przychodzi wiadomość, że Jun zdezerterował, by udać się na poszukiwania Smoczej Perły, Min nabiera pewności, że coś jest nie w porządku. Jej brat nigdy nie opuściłby krążownika, nawet dla magicznego artefaktu, który podobno posiada niezwykłe moce. Min postanawia uciec i odszukać brata, by oczyścić jego imię.
Podczas wyprawy Min napotyka przemytników, piratów i mściwe duchy. Będzie musiała uciekać się do oszustwa. kłamstwa i sabotażu. Częściej niż kiedykolwiek sytuacja zmusi ją do posługiwania się lisią magią, ale także polega na własnym sprycie i odwadze. Wszystko to może się skończyć zupełnie inaczej, niż spodziewała się Min, i przerosnąć jej najśmielsze marzenia.

„Szczęście w drobnych sprawach buduje szczęście w wielkich.”



Przysięgam, że Rick Riordan jest jednym z niewielu autorów, do którego mam wielki sentyment i nie zawiodłam się na nim ani razu. Wystarczy, że pomyślę o tym człowieku i wracają do mnie wszystkie przyjemne emocje związane z jego książkami. A teraz ten facet postanowił wspierać innych autorów piszących młodzieżówki na podstawie mitologii i… Aaaaa! Odkąd zobaczyłam zapowiedzi tych książek byłam na nie nakręcona. Jak wujcio Rick pisał o tych najsłynniejszych mitologiach, tak teraz dostajemy mity koreańskie, hinduskie, meksykańskie, afrykańskie i długo by wymieniać co jeszcze. Czy to już niebo?
Min, lat trzynaście, mieszka na ubogiej, pylistej planecie, której praktycznie nikt nie odwiedza, chyba, że musi. Jej rodzina pochodzi ze starożytnego lisiego rodu, jednak wszyscy starają się to ukryć. Nikt lisom nie ufa, uważa się, że większość z nich wyginęła, a jeśli ktoś się nim okaże, jest traktowany jak najgorsze zło. Jednak Min nie ma ochoty ukrywać swojej natury, a jej największym marzeniem jest wyrwać się z rodzinnej planety, by zwiedzić całe Tysiąc Światów. Pewnego dnia w jej rodzinnym domu zjawia się tajemniczy urzędnik, informując rodzinę, że starczy brat Min zdezerterował z Sił Kosmicznych. Podejrzewa się, że Jun wyruszył na poszukiwania dawno zaginionego artefaktu – Smoczej Perły. Jednak Min jest przekonana, że jej brat nigdy nie zrobiłby czegoś takiego i by wyjaśnić sprawę rusza na poszukiwania brata.
Smocza Perła” jest pierwszą książką z serii Rick Riordan Przedstawia, jaką miałam przyjemność przeczytać. Po prostu nie mogłam jej odmówić. Space opera z lisimi duchami? Sam pomysł na połączenie mitologii z sci-fi jest czymś niesamowitym. Jednak w tym gatunku niezbyt często spotykamy się z wykreowaniem całego świata opartego o jakiś system magiczny. Nie, tutaj idzie się bardziej w ten aspekt „naukowy”, który często na tyle trzyma się praw fizyki, na ile autorowi to pasuje. Nie oszukujmy się, wiele aspektów potrzebnych do istnienia sci-fi bardzo luźno trzyma się tego, co jest możliwe, jeżeli weźmiemy pod uwagę nauki ścisłe. Jednak ze względu na sam gatunek, rzadko mamy tu do czynienia z magicznymi stworzeniami czy czarami. A w „Smoczej Perle” autor tak po prostu stwierdził, że mitologia leci w kosmos, czas na połączenie gatunków i nie dyskutujemy z tym. Kocham go za to! Efekt jest genialny. Trzeba po prostu założyć, że to jest młodzieżówka, bohaterka ma 13 lat i najmniej istotną rzeczą jest, na ile wszystko powinno jej się udawać. To ma być dobra zabawa z udziałem magii i kosmosu.
Był to mój pierwszy kontakt z mitologią koreańską. Niby wcześniej coś tam słyszałam o tych lisich duchach, ale bardziej w kontekście mitologii japońskiej, jednak nie było to wiele. Zaliczyłam też prelekcję Simona Zacka o smokach, więc mniej więcej wiedziałam jak postrzega się je w Azji. Ale tak poza tym wszystko było dla mnie nowe. Najbardziej spodobało mi się to, jak mocno autor posługiwał się przesądami. Okazało się, że to jeden z głównych elementów funkcjonowania tego świata. Rany, tutaj jedną z najważniejszych rzeczy w funkcjonowaniu statków jest przepływ energii „duchowej”. To chyba mówi w jakim stopniu aspekt sci-fi przenika się z wątkiem mitologicznym. Do tego te wszystkie upiory, gobliny, tygrysy… Przepadłam! Chcę więcej! Naprawdę, autor przedstawił koreański folklor w sposób na tyle magiczny i intrygujący, że przez kolejne tygodnie mogłabym czytać książki związane tylko z tym.
Bardzo podoba mi się konstrukcja fabularna. Nie jest ona zbyt skomplikowana, ale za to naprawdę dobrze poprowadzona. Pewnych rzeczy da się domyślić, ale autor przez cały czas utrzymywał moje zainteresowanie. Samo to, jak przedstawił życie kadetów było na tyle wciągające, że niechętnie odkładałam książkę. Od razu wiadomo, które postacie będą znaczące i poznanie ich motywów oraz wpływu na ciąg wydarzeń jest naprawdę zajmujące. Na koniec jest trochę kontrolowanego zamieszania, jak to najczęściej się robi. Jednak wszystko konsekwentnie kręci się wokół Smoczej Perły i tajemniczego zniknięcia Juna. Wiadomo, niektóre rozwiązania są dość proste czy też zrobione na wyrost. Min musiało się udać, a często brakowało jej odpowiedniej pozycji do załatwienia pewnych spraw. Taki urok młodzieżówek, że dostajemy młodego bohatera i jeśli będziemy realistami, to po drugim rozdziale utknie on w punkcie bez wyjścia, bo jest tylko nastolatkiem. Ostatecznie nie ma tu wiele absurdu, a sama Min też nie jest typową, głupiutką bohaterką, której wszystko wychodzi na farcie. Kilka razy wkopała się w niezłe bagno, więc możecie być spokojni. Nie czuć tu żadną Mary Sue.
Wyjątkowo polubiłam postacie, chociaż na końcówce już nie byłam pewna komu ufać. Jednak na dobry początek mamy Min, która jest totalnie uparta i ma wręcz powalający talent do wpadania w kłopoty. Podoba mi się to, że jest konsekwentna. Ona wie, że to co robi, to jakieś szaleństwo i co chwila ma przez to problemy, ale ma ten swój cel i idzie do niego bez jęczenia. Jak ma czyścić toalety przez kolejne miliard dni, to to zrobi bez marudzenia jaki to świat jest niesprawiedliwy. Nie ma co chwila przemyśleń, że może jednak powinna wrócić, bo przecież ten świat jest do dupy i co chwila ma kłopoty. Wpadła w jakieś bagno, ale dobra, dostosuje się i znajdzie wyjdzie bez wołania na pomoc co pięć minut. Szanuję takie budowanie postaci, bo jednak najczęściej jak już bohater wpada w kłopoty, to autor pokazuje jaki to świat jest zły i niesprawiedliwy. W „Smoczej Perle” tego nie ma, totalna konsekwencja, bez jojczenia, że nasza Min jest taka pokrzywdzona. Naprawdę bardzo dobrze mi się czytało o jej karierze „kadeta”, bo po prostu czułam, że ona chce się przystosować i nie będzie marudzić na obowiązki. Do tego muszę dodać, że nie robiła tego po linii najmniejszego oporu, byleby tylko dostać się tam, gdzie chce, ale starała się, jakby realnie zależało jej na karierze w Siłach Kosmicznych. Poza tym bardzo spodobało mi się kreowanie wyrazistych postaci, z którymi mogę mieć jednoznaczne skojarzenia, ale które przy okazji były w stanie do końca mnie zaskakiwać. Wątek kapitana bardzo dobrze to pokazuje, autor przez całą książkę buduje u niego obsesję na punkcie Smoczej Perły, ale nie robi z niego zupełnego, przerysowanego wariata. Do końca nie byłam pewna jak zakończy się jego historia i czy zaraz nie dostaniemy jakiegoś plot twistu związanego z motywami pana kapitana. Do tego jest jeszcze taki drobny szczegół, który bardzo mnie ujął. Dostaliśmy tu społeczeństwo, w którym rzeczą oczywistą jest, że nie każdy określa swoją płeć tylko jako kobieta czy mężczyzna. W bardzo porosty sposób się tu wyróżnia, jak do kogo się zwracać i do tego jedna z postaci drugoplanowych nie określa się z żadną płcią, a jest przedstawiana bardzo naturalnie. Wiecie, Sujin po prostu jest i nie ma żadnego rozkminiania czemu, po co i jak, nie musi się tłumaczyć czy opowiadać historii swojego życia. Wszyscy tam akceptują ten fakt tak samo, jak to, że niebo jest niebieskie i czytelnik musi po prostu to zaakceptować i czytać dalej. Uwielbiam takie podejście, bez robienia wielkiej afery. Jasne, że skupienie się na tego typu wątkach też jest ważne, ale tylko ze względu na to, że społeczeństwo jest jakie jest. Tu autor totalnie to olał, postawił czytelników przed faktem dokonanym i stwierdził, że on nie musi robić z tego wielkiej historii. Jakby świat był na tyle piękny, że jest to dla nas kolejną, zwykłą cechą i nie trzeba się z tego powodu martwić.
Smocza Perła” jest książką, która totalnie wpisuje się w styl Riordana. W ogóle nie miałam wrażenia, że pisze to mniej doświadczony autor. Czułam się, jakby po prostu tematyka się zmieniła. Był klimat, świetnie napisane postacie i wyjątkowo przyjemna w odbiorze fabuła. Zakochałam się w mitologii koreańskiej, głównej bohaterce i samym autorze. Uwielbiam to, że nie uznaje żadnych kompromisów, po prostu robi to, co mu się podoba, bo to jego książka. Wyszło to genialnie. „Smoczą Perłę” czytałam z wielką przyjemnością. Choćbym była wymęczona wszystkim innym, jak już otwierałam tą książkę, zapominałam, że padam na pysk i chciałam tylko czytać. Polecam! Po prostu polecam każdemu kto kocha młodzieżową fantastykę i nie przejmujcie się, że to też sci-fi. Nie pogubicie się, autor naprawdę nic nie komplikował. Jak wiecie czym jest grawitacja, nie powinniście mieć kłopotów z odbiorem. „Smoczą Perłę” mogę nawet ambitnie porównać do wymieszania „Illuminae” z „Percym Jacksonem” tylko bez tego riordanowego poczucia humoru. Czytajcie to, ludzie!


Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria Książki


1

poniedziałek, 4 marca 2019

W środy będziemy składać Szatanowi kota w ofierze: Pozłacane Wilki, Roshani Chokshi


„Jakby kiedyś umiał latać, ale niebo się z niego otrząsnęło, pozostawiając mu jedynie wspomnienie skrzydeł.”



Tytuł: Pozłacane wilki
Autor: Roshani Chokshi
Wydawnictwo: Galeria książki
Ilość stron: 428
Ocena: 10/10
Opis: Paryż, rok 1889 – świat stoi u progu nowej ery, ery przemysłu i elektryczności, a zorganizowana w stolicy Francji Wystawa Światowa tchnęła nowe życie w ulice miasta i wydobyła na światło dzienne stare sekrety. W tej metropolii nikt nie śledzi tajemnic tak bacznie jak poszukiwacz skarbów i zamożny hotelarz Séverin Montagnet-Alarie. Kiedy zwraca się do niego o pomoc potężna organizacja, Zakon Babel, Séverin otrzymuje propozycję dostępu do skarbu, który uważał za stracony – do należnego mu dziedzictwa. Aby jednak odnaleźć poszukiwany przez Zakon starożytny artefakt, Séverin będzie potrzebował pomocy specjalistów: matematyczki z długiem do spłacenia, historyka, który nie może wrócić do domu, tancerki o ponurej przeszłości i kogoś, kto jest mu bratem, choć nie łączą ich więzy krwi, i kto chyba za bardzo troszczy się i niepokoi.
W poszukiwaniach artefaktu w mrocznym, pełnym luksusu świecie Paryża Séverinowi i jego towarzyszom przydadzą się ich spryt i wiedza. To, co znajdą, może odmienić świat – pod warunkiem że uda im się pozostać przy życiu.

„Kiedy byliśmy dziećmi, myślałem, że dorośniemy i zostaniemy królami albo kimś w tym rodzaju. Że będziemy mieli całe królestwo, które podzielimy między siebie.”


Książka z akcją osadzoną w Paryżu – świetnie! Biorę! Będzie klimat! Aha, a potem co dwie strony było „jak to, do cholery, się czyta?!” i „przeczytam wszystkie niezrozumiałe sylaby jako »ż« i ujdzie”. Dzień dobry, u mnie wszystko po staremu!
Pozłacane wilki” wzięłam na tapetę, bo chyba mało mi wrażeń w życiu i nie ma to jak kilka deadline’ów naraz. Nawet trochę się bałam, że nie wzięłam żadnej fantastyki, bo opis okładkowy nie sugerował niczego magicznego. Nie ma to jak przygoda! Wróciłam z niej trochę poturbowana. Roshani Chokshi to zła kobieta! A do tego fantastyka rąbnęła mnie w twarz już na pierwszych stronach – kocham takie zaskoczenia.
Po pierwsze bardzo ważna rzecz: „Pozłacane wilki” to fuzja „Szóstki wron”* i „Kruczych chłopców”. Mamy tu prawie niewykonalny włam, którego ma dokonać grupa młodych ludzi, a każde z nich ma swoje prywatne motywacje. No i te postacie są tak cudowne, związane ze sobą tak pokręconymi więzami, że ciężko było mi nie pomyśleć o Gansey’u i jego magicznej ekipie. W dodatku pojawia się wykorzystanie mitów i legend, które są kluczowe dla fabuły, więc autorka mocno złapała za serducho i raczej szybko nie puści. Chociaż to nadal zła kobieta i ostatnich rozdziałów za nic jej nie wybaczę.
Pamiętacie historię o Wieży Babel? Wyobraźcie sobie, że po jej zburzeniu Bóg rozrzuciłby jej fragmenty po świecie. Dałoby to niektórym ludziom zdolności związane z formowaniem materii lub umysłu. Severin oraz jego ekipa z hotelu Eden zajmują się szeroko pojętym pozyskiwaniem starożytnych artefaktów należących do Zakonu Babel lub z nim powiązanych. Po jednym z takich pozyskań zostaje on przyłapany przez przyjaciela z dzieciństwa, który składa mu pewną ofertę. Za wykonanie niemożliwego zadania, którym jest kradzież rzadkiego artefaktu, Severin mógłby odzyskać prawa do dziedzictwa, które odebrano mu lata temu.
Do „Pozłacanych wilków” podeszłam z pewnym dystansem. Uznałam, że będą kolejną młodzieżówką, która może być dobra lub zła, ale nie wywoła u mnie jakiegoś większego szału. Wpływ na to miały też opinie o samej autorce. Zanim w ogóle usłyszałam o „Pozłacanych wilkach” naczytałam się, że Roshani Chokshi pisze raczej przeciętnie i nie wzbudza wielkich zachwytów. Nie miałam wygórowanych oczekiwań i po kilku rozdziałach wzięło mnie z zaskoczenia. Nagle okazało się, że kocham co najmniej połowę bohaterów, a przy tym powyłaziły wątki z jakimiś tajemnymi zakonami, magicznymi artefaktami i… Czy mogę prosić o więcej?
Fabuła jest podobna do tego, co mamy w „Szóstce wron”. Kto czytał, ten powinien zrozumieć. Mamy pewną grupę wyrzutków z wielkimi marzeniami. Każde z nich ma swoje tajemnice lub mroczną przeszłość, z którą prędzej czy później będą musieli się zmierzyć. Mają też marzenia, których spełnienie wcale nie jest łatwe. Ich zadaniem jest wykradzenie pewnego cennego przedmiotu ze ściśle strzeżonego miejsca, a żeby tego dokonać będą potrzebowali wszystkich talentów, jakie posiadają i całkiem sporo szczęścia. Jednak potem dzieją się jakieś dzikie plot twisty i okazuje się, że autorka przygotowała tu trochę grubszą akcję. Wiecie, nowy porządek świata, nawiedzona sekta pragnąca boskiej mocy i temu podobne atrakcje. Niewinnie uznałam, że nie wykorzysta tego w takim stopniu, skoro to pierwsza część w serii, a na jakieś 100 stron przed końcem zaczęły się dziać dziwne rzeczy. 80 stron później zrobiła to samo i… Halo? Policja? Czy takie zagrania są dozwolone? To zakończenie miało być piękne i kochane. Ona zrobiła to, co tacy Riordan, Clare czy Kristoff – rozwaliła wszelkie moje oczekiwania, zamordowała wszelkie szanse na szczęśliwe zakończenie i stwierdziła, że było za lekko, więc dowali jeszcze czymś! Szanuję, zrobiłabym to samo.
Bardzo spodobał mi się pomysł na zmieszanie różnych wierzeń i kultur, podłożenie pod wszystko jakiejś legendy – w tym wypadku o Wieży Babel – dodanie do tego tajnych organizacji i magicznych mocy. Czasami to uruchomiało we mnie myślenie spiskowe, a raczej przypominanie sobie różnych teorii, które próbowałam dopasować do fabuły. Świetnie się przy tym bawiłam, uwielbiam, kiedy książka uruchamia we mnie takiego kombinatora. Kocham wszelkie crossovery, powiązania między kulturami i sama nie raz kombinowałam z takimi pomysłami. Poza tym czytelniczo wychowywałam się na książkach Riordana, więc wszelkie odniesienia do najróżniejszych mitologii wywoływały u mnie zaciesz. Kocham nawiązania, które rozpoznaję po najdrobniejszych szczegółach. To sprawiło, że „Pozłacane wilki” były dla mnie jeszcze przyjemniejsze w odbiorze, jak i miały swój tajemniczy klimat.
Wspomniałam już, że ta książka przypomina mi też o „Kruczych chłopcach”, którzy słyną głównie z tego, że mamy piękne postacie, kochające się nawzajem w cudowny sposób i wystarczy, że pomyśli się o więziach między nimi, żeby popaść w zachwyt. „Pozłacane wilki” wypadają na tym polu prawie tak samo genialnie! Chyba nie ma postaci pierwszoplanowej, której bym nie pokochała! Dosłownie na nikogo nie mogę powiedzieć złego słowa! Po pierwsze ujęły mnie relacje między nimi. To, jak Severin troszczy się o wszystkich, jak wyglądają ich przyjaźnie, szczególnie ta między nim a Tristanem – chciałabym uściskać ich obu. Sposób w jaki te relacje ewoluują, szczególnie znajomość między Enrique, a Zofią i Hypnosem. To jest tak dobrze napisane, a przy tym tak niewinne, kiedy oni wszyscy nie bardzo wiedzą czy mają się lubić, czy nie. Zresztą sam Hypnos ujął mnie swoją niewinnością, kiedy spodziewałam się, że będzie wyrachowanym dupkiem. W dodatku przejawia pewne skłonności, które w książkach uwielbiam – głośno dopomina się o wino, bo bez niego nie da się rozwiązać kryzysu! Nawiązując do „Darów Anioła” – Magnus byłby dumny! No i zachwyca się pięknymi chłopcami, więc mamy ze sobą coś wspólnego. Poza Hypnosem upodobałam też sobie Tristana – to ten najbardziej niewinny klusek, który ma największy potencjał do znajdowania się na granicy śmierci, więc wszyscy go niańczą. Do tego ma dziwnego zwierzaka, którego kocha ponad wszystko i jak zaczyna się czepiać, ciężko brać go na poważnie, bo robi się jeszcze bardziej uroczy! Jest Zofia zamknięta w swoim naukowym świecie. Ta dziewczyna w ogóle nie ma pojęcia o interakcjach z innymi ludźmi, a jest w tym tak niewinna, że wszelkie sceny z nią robią się zabawne i kochane. Laila od razu miała fory, bo wprowadziła nawiązania do kultury hinduskiej, a ta tematyka nie jest zbyt często spotykana i przez to jeszcze bardziej magiczna. No i jej wątek jest wyjątkowo interesujący, ale nie mogę nic zdradzić. Jest też Enrique, czyli młody historyk zafiksowany na punkcie symboli. To jest ten sarkastyczny element, który stwierdzi, że pewnie wszyscy zginą, ale tak w sumie to może wziąć w tym udział. No i jak dostaje jakieś zadanie związane z odczytywaniem symboli i grzebaniem w archiwach, zmienia się w kochanego nerda. Na koniec mamy Severina, który jest dla wszystkich takim centrum wszechświata dla innych postaci. To on ich sprowadził do Edenu i wkręcił w swoją sprawę, a przy tym dał im dom i opiekę. Moja skromna opinia jest taka, że bierze na siebie za dużo i naprawdę chciałabym, żeby ktoś go trochę odciążył. Może przez większą część książki nie czuje się tego, ale na koniec naprawdę chciałam go uściskać i zabrać od niego całą odpowiedzialność. W ogóle to chętnie zaopiekowałabym się nimi wszystkimi.
Muszę przyznać, że od dawna tyle razy nie nawiązywałam do moich ulubionych autorów, ale nie potrafiłam inaczej. Ta książka wywoływała u mnie tak samo pozytywne wrażenia, po prostu jest dość młoda, więc mam już do czego porównywać. „Pozłacane wilki” nie są odkrywcze, jeżeli patrzeć na rozwiązania stosowane przez autorkę, ale to coś normalnego – trudno byłoby uzyskać całkowitą oryginalność, tak naprawdę wszystkie książki opierają się na schematach. Autorka za to zachwyca swoim pomysłem na świat, a przedstawia go w absolutnie magiczny sposób. Do tego postacie, z którymi poznajemy tą historię, sprawiają, że ciężko odkleić się od tej pozycji. Ja nie potrafiłam ich tak zostawić samym sobie, przez co przerywałam czytanie dopiero w momencie, w którym po prostu nie mogłam skupić się na tekście, bo byłam zbyt śpiąca. W ogóle jestem zaskoczona, jak bardzo pozytywne wrażenie wywarła na mnie ta książka. Przed chwilą uświadomiłam sobie, że chyba do niczego się nie przyczepiłam i nawet zaczęłam się zastanawiać, czy dałoby się coś takiego znaleźć… Ostatecznie muszę stwierdzić, że to kompletnie niedopuszczalne, żeby tak często wspominać w książce o słodyczach – ja przez to robiłam się głodna! No i francuski… Kompletnie nie wiem, jak czytać ten język i wychodzą z tego jakieś abominacje. Także polecam wam „Pozłacane wilki” bardzo mocno i z całego serca, ale ostrzegam, że na koniec będziecie mieli takie „PANI AUTORKO, PRZEPRASZAM, ŻE CO?!”. No, ale nie będę spoilerować.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria Książki

*Przysięgam, że w końcu wrzucę recenzję „Szóstki Wron”! Była gotowa już w styczniu :’)

PS Nie wiem czy to zmieni wasze życie, ale pisanie recenzji o godzinie 1 w nocy z podkładem w postaci Lady GaGi, Britney Spears i wszelkich hitów mojego dzieciństwa, to rzecz piękna. Mogłabym tak zawsze.
0

środa, 3 stycznia 2018

Mango ratuje świat: Statek Umarłych, Rick Riordan


Seria: Magnus Chase i bogowie Asgardu
Tytuł: Statek Umarłych
Autor: Rick Riordan
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron:
Ocena: 10/10
Opis: Magnus Chase, niegdyś bezdomny nastolatek, jest rezydentem hotelu Walhalla i jednym z wojowników Odyna. Jako syn Frejra, boga lata, płodności i zdrowia, Magnus nie ma wrodzonych skłonności do walki. Ma za to silnych i wiernych przyjaciół, między innymi elfa Hearthstone'a, krasnoluda Blitzena i walkirię Samirę, z którymi dokonał wielkich czynów – pokonali razem Wilka Fenrira i odebrali olbrzymom młot Thora, Mjöllnir. Teraz przed Magnusem najtrudniejsza próba.
Loki uwolnił sie z więzów. Z pomocą zastępów olbrzymów i zombi przygotowuje Naglfar, Statek Umarłych, do wyprawy przeciwko bogom Asgardu, która rozpocznie ostateczną bitwę, Ragnarök. Tylko Magnus i jego przyjaciele mogą powstrzymać Lokiego, ale najpierw muszą przepłynąć oceany Midgardu, Jötunheimu i Niflheimu i dotrzeć do Naglfara, zanim będzie gotowy wyruszyć w rejs. Po drodze spotkają zagniewane bóstwa morskie, nieprzyjaznych olbrzymów i złośliwego, ziejącego ogniem smoka. Ale największym wyzwaniem dla Magnusa okażą się jego własne demony. Czy ma w sobie to, czego potrzeba, by przechytrzyć podstępnego boga oszusta?


„Najpierw zjedz batonika, świat zniszczysz później.


Umarłam. Przepraszam. Pewnie znowu umrę, bo nie mam kiedy ogarniać życia, a jak już znajdzie się wolna chwila, to nie mam na nic siły. Ten semestr ssie. Przy okazji nie miałam też czasu czytać i tylko dlatego „Statek Umarłych” zajął mi ponad miesiąc. Do rzeczy: Riordana tu jeszcze nie było, bo zawsze brakowało mi pomysłu, jak go w ogóle zrecenzować. To jest człowiek, który chyba energię życiową czerpie z bawienia się czytelnikami, robienia sobie z nas jaj, a wychodzi mu tak dobrze, że jeszcze go za to kochamy. Ja za to siedzę w jego książkach od czasów, kiedy fandom Percy'ego Jacksona tworzył najpiękniejsze gównoburze (kurde, tęsknię, teraz „fejm” już nie wywołuje tak pięknych reakcji), zdążyłam napisać kilka słabych fanfików z tego uniwersum, ogarnąć się w kwestii LGBT i przeprowadzić kilka rewolucji – taki ze mnie członek renesansu, 2014 rok był piękny. Magnus Chase już miał to szczęście albo pecha (sama nie wiem), że wyszedł już po upadku Demigods Polska, a teraz się kończy i chyba już zaczęłam tęsknić. Z Percym jeszcze nie trzeba się żegnać, wątpliwe, żeby Apollo dał mu spokój na dłużej niż kilka miesięcy, a Mango już tylko czeka na Ragnarok. W ogóle to słabe, że bez względu na zakończenie, muszę żyć ze świadomością, że te pysie kiedyś zginą w jakiejś ostro popieprzonej apokalipsie. Mitologia nordycka nie ma serca.
Dobra, to czytanie przez ponad miesiąc to może lekka przesada. Tak do 200 stron czytałam jakoś na wyrywki w trakcie wykładów, a potem wkurzyłam się, olałam wszystko i skończyłam w jeden wieczór. Jak macie trochę więcej wolnego czasu niż ja, to Magnusa pochłoniecie dosłownie w dwa wieczory. Jeśli kochacie Riordana, jego poczucie humoru wymieszane z mitologicznym absurdem i czarujące postacie, ta seria jest kwintesencją wszystkiego, co najlepsze w książkach wujka Ricka. (Dobra, przez „czarujące” mam na myśli popieprzone, kluchowate, kochane i złośliwe cinnamon rolls.) Jest dla starszych czytelników niż Percy Jackson, ale ma jego humor i narrację, koncepcją bardziej kojarzy się z „Olimpijskimi Herosami”, a do tego mitologia nordycka już sama w sobie jest bardzo dziwna, dodajcie do tego riordanowe przedstawianie bogów – to taka pizza ze wszystkimi ulubionymi dodatkami i nie mówcie, że nie lubicie pizzy.
Zapraszam na Naglfar, ja już i tak nie żyję! Yay, paznokcie, zombie i... gigantyczne, spiżowe kaczki. No może nie tak od razu, żeby nie było im zbyt łatwo. Jeśli czytaliście „Olimpijskich Herosów” mogę powiedzieć, że to taki bardziej dziki „Znak Ateny” z większą dozą napieprzania się ze wszystkim, co napatoczy się po drodze – w końcu to wikingowie, jak w trakcie rozdziału ktoś nie zarobi w pysk, nie znajdzie się blisko śmierci czy zwyczajnie nie obije sobie jakiejś części ciała, rozdział się nie liczy. Mało? Ryzyko zaliczenia zgonu przed Ragnarokiem co akapit rośnie. Fajna zabawa, nie? Może fabularnie nie jest to jakoś specjalnie odkrywcze – Riordan już robił takie rzeczy, ale jest tak napisane, że nie powiewa nudą. „Statek umarłych” i „Znak Ateny” mają taki sam szkielet, ale reszta jest zupełnie inna. No i w tym pierwszym nie ma Annabeth – profit!
Zawsze trzeba oddać Riordanowi, że jego książki poza dobrą zabawą, mają jakiś sens. Nie, nie zacznę tutaj słodkopierdzących frazesów o rodzinie, miłości i przyjaźni, bo jeśli autor uznaje, że wpajanie tych wartości czytelnikowi jest takie niezbędne, to chyba ma nas za idiotów. Relacje rodzinne odgrywają ważną rolę, ale to nie takie rodzinki Weasley'ów, o jakich myślicie. Spróbujcie tylko, a Hearthstone obrzuci was najgorszymi runami i motywacyjnymi książkami Odyna, ja pomogę. Wiecie, Riordan stara się, żeby jego książki były mądre, ale nie robi tego natarczywie i nie skupia się na truizmach. W tej części akurat mamy przekrój przez najróżniejsze relacje międzyludzkie, rozumienie ich, spostrzeganie własnych błędów, mam nadzieję, że o kwestii tolerancji po dwóch poprzednich częściach wspominać nie muszę. Ale połapałam się w tym dopiero podczas pisania recenzji – taka niespodzianka, wcześniej nawet się nie zastanawiałam co tam się zadziało pod otoczką nawalanki z olbrzymami i powstrzymywania kolejnego końca świata. Doceniam, bo Riordana nie bierze się dla głębszych przemyśleń, to po prostu przyjemne w odbiorze młodzieżówki, które się pokocha, ale nie narzucają zbyt wiele myślenia dopóki się nie zastanowimy, jedynie zgniatają emocjonalnie.
Nie zostało ani trochę miejsca na przynudzanie, ledwo złapie się oddech po jednym bagnie, w jakie wpadł nasz umarły/nieumarły klusek, a z drugiej strony czają się już kolejne paskudy. Trochę jak na studiach. Nie chcę tutaj niczego spoilerować, a to trochę problematyczne. Mitologicznie też jest świetnie, chociaż będę mieć koszmary o kołczu Odynie. Potem się dziwią, że Loki przeszedł na Ciemną Stronę. Więcej bogów, potworów i dziewięciu światów, tak to mniej więcej wygląda! Tylko zabrakło mi mojego ukochanego gigantycznego wiewióra z niewyparzoną gębą. Dodatkowo w końcu cała ekipa ruszyła tyłki z Walhalli, a co za tym idzie – więcej zabawy!
Najlepsze: postacie! W Obozie Herosów mam Nico, w Walhalli jest za to Alex! Jak ja bym chciała zobaczyć ich kiedyś razem z akcji, ale wszechświat chyba by tego nie wytrzymał. No i to ten jeden z niewielu przypadków, kiedy wkręcam się w główną, potencjalną parę i daję się rozbrajać emocjonalnie jak tylko na siebie spojrzą. Nie ukrywajmy, że Magnus x Alex nie było jedną z najbardziej wyczekiwanych rzeczy w tej książce. W sumie: Magnus x Alec, Magnus x Alex, to nie przypadek! Spisek pisarzy! Spisek, mówię Wam! No, ale nie ma tak łatwo i Riordan tutaj najbardziej gra mi na nerwach, emocjach i perfidnie zostawia fałszywe ślady, robi uniki, kombinuje jak się da. To było tak cholernie irytujące, że aż kocham, w jaki sposób bawił się tym wątkiem. Do teraz nie bardzo wiem, na czym to stanęło, jedyne informacje posiadam od Magnusa, ale on też nic nie wie. Jest jeszcze Blitzstone, ale tutaj umownie trzeba przyjąć, że to zbyt oczywiste. Hearth i Blitz i tak zachowują się jak rodzice całej tej zgrai i nie uwierzę, że tam nic nie ma. Poza tym dramy, dramy i jeszcze raz dramy. Cała załoga Wielkiego Banana, jest świetnie napisana i każde ma jakiś problem, sekrety, mroczną przeszłość, no cokolwiek, Magnus, Alex, Mallory, Halfborn, TJ, Sam – Riordan musiał chyba przemyśleć każdy wariant i każdemu coś wcisnąć. W dodatku wszystko wychodzi przez Lokiego, żeby był jakiś wspólny mianownik. Wychodzi z tego wielkie międzyludzkie zaplątanie, a ja kocham takie sprawy.
Ciężko powiedzieć czy jest coś, za co mogłabym uwalić tą książkę, niby na chwilę pojawiła się Annabeth, ale pojawił się też Percy, a z nim transmitologiczny romans między mieczami (Jack i Orkan to kanon, przysięgam). Boli mnie, że muszę to napisać, ale „Statek umarłych” jest genialnym zakończeniem serii. Chcę jeszcze, za bardzo się przywiązałam do tego świata, było zbyt mało czasu na Magnusa i Alex. Dobra, to samo powiedziałabym o Solangelo, ale Apollo ma dostać jeszcze trzy książki, więc jest nadzieja! Koniec, było zbyt dobrze, żebym mogła tak po prostu rozstać się z tą serią. Polecam Mango. Umierajcie dzielnie!
3

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Tajne akta Obozu Herosów, Rick Riordan

Tytuł: Tajne akta Obozu Herosów 
Autor: Rick Riordan 
Wydawnictwo: Galeria Książki 
Ilość stron: 170 
Ocena: 9/10 
Opis: W tym przewodniku Percy Jackson i inni mieszkańcy Obozu Herosów odpowiadają między innymi na takie pytania jak: „Co to jest miejsce?” i „Czy mogę zatrzymać koszulkę?”. Nowicjusze mogą poczytać o domkach, sprawdzić swoją wiedzę o magicznych znakach i zapoznać się z rozdziałem poświęconym treningom. Ale Tajne akta Obozu Herosów opisują nie tylko teren obozu i budynki. Książkę uzupełniają opowieści o herosach, dla których obóz jest domem, i takich, którzy zawitali tu tylko na chwilę w drodze w nieznane. Chejron osobiście napisał wstęp zawierający krótki rys historyczny treningu półbogów oparty na tysiącach lat jego doświadczenia. No i oczywiście są tu też boskie słowa mądrości Apollina, ponieważ… no, ponieważ półboscy autorzy woleliby nie zostać pobici, dziękujemy. 

„Nico: Bogowie, wolałbym zostać zamknięty w spiżowym dzbanie z samymi upiornymi ziarnkami granatu niż jeść to pożałowania godne żarcie.

Perseusz Jackson. Tak, mój ulubiony syn Posejdona i początek mojej książkowej obsesji. W końcu musiało pojawić się coś o Riordanie, bo nie ukrywam, że kupię wszystko, co związane z mitologią, a tym bardziej z Obozem Herosów i jest przy tym podpisane nazwiskiem wujka Ricka. Boję się, że kiedyś zabraknie na te wszystkie książki miejsca. A co w tym najlepsze, mam wrażenie, że kolejne dzieła tego autora są coraz lepsze, chociażby „Magnus Chase”, który pobił na głowę wszystko, co wcześniej wyszło spod pióra Riordana, a poprzednie książki były świetne. I tak przechodzimy do najnowszego tworu, jakim są „Tajne akta Obozu Herosów”. 
Szczerze, od wydania „Hotelu Walhalla” miałam wielką nadzieję, że powstanie coś podobnego o Obozie Herosów. Niby powstał jeden przewodnik, ale może lepiej o nim nie wspominać? Nie było to nic odkrywczego, a ilustracje doprowadzały mnie do załamania nerwowego. Najbardziej ucierpiał Nico di Angelo, który jest jedną z moich ukochany postaci. To tak nie mogło zostać. Tym bardziej się cieszę, że polskie wydanie „Tajnych akt...” wyszło bardzo szybko, Galeria Książki pod tym względem nigdy mnie nie zawodzi! A co do samej książki, to pomogła mi zapomnieć o tamtym feralnym przewodniku. Czemu? 
Zacznijmy od samego wydania, bo jest ono przepiękne! Mówię tu zarówno o okładce, która świetnie pasuje do „Hotelu Walhalla”, jak i o wnętrzu. Wspominałam o okropnych ilustracjach w poprzedniku „Tajnych akt...”? Teraz to już przeszłość! W środku znajdziemy wiele pięknych ilustracji przedstawiającymi różne miejsca w Obozie Herosów jak i kilka postaci, w tym wiele odsłon naszego ukochanego boga słońca, muzyki i bojowego ukulele – Apollina, oraz Percy'ego! Poszczególne części mają świetne strony tytułowe, tak jak strony fragmentami apollowego filmu wprowadzającego w świat herosów udają, że są wyciągnięte z kliszy. Po prostu jeden wielki cud! 
Po drugie: treść! „Hotel Walhalla” był typowym przewodnikiem, za to „Tajne Akta...” dorobiły się własnej fabuły, bo to sami mieszkańcy Obozu Herosów po obejrzeniu „Witajcie w Obozie Herosów” postanowili stworzyć coś mniej strasznego. Pojawiło się nawet Solangelo! Kocham Riordana za to, że dał mi chociaż trochę tych kochanych buł! Tutaj poza opisami miejsc i dziwacznymi występami Apolla mamy również kilka obozowych historii, Chejron opowiada o tym, jak w ogóle powstał obóz, czasami trafiamy na wywiad zamiast zwykłej historii i... I przez chwilę nawet Percy i Nico mają bardzo kochaną interakcję, a po rewelacjach z „Domu Hadesa” i „Krwi Olimpu” jest to dla mnie porównywalne do wycieczki do Disneylandu! Są kochani, nawet dali mi zapomnieć, że tam między nimi Annabeth próbowała coś gadać. (A kysz!) No i samo poczucie humoru Nico, tak, to kocham! Trupi humor syna Hadesa... Ej, czekajcie! Nico i poczucie humoru! Widzicie? To ostateczny dowód, że on wreszcie jest szczęśliwy! Coś pięknego. Na koniec oczywiście mamy słowniczek i opis poszczególnych postaci z CHB i tu... Tu mam pewne zastrzeżenie! GDZIE SIĘ PODZIAŁ WILL SOLACE?! Sprawdzałam kilka razy i nigdzie nie było Willa! Co to za pominięcie?! Gdyby nie jego tajemnicze zniknięcie ten dodatek byłby czystym ideałem! 
Polecam „Tajne akta Obozu Herosów” każdemu wielbicielowi Percy'ego i reszty herosowego uniwersum! Może jest to zwykły dodatek, ale jest świetnie zrobiony, czuć w nim wszystko, co tak bardzo ludzie kochają w książkach Riordana. Czyta się szybko i z uśmiechem na ustach, to ideał na jeden wieczór albo jakiś leniwy dzień na plaży. 

Żadne dzieci Hadesa nie zostały zamknięte w dzbanie na potrzeby tej recenzji,
Lucy
0