Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 kwietnia 2020

"Bycie martwym jest fajne": Zabójcza zabawa, Alex Bell

Tytuł: Zabójcza zabawa
Tytuł oryginału: Frozen Charlotte
Autor: Alex Bell
Tłumaczenie: Weronika Różycka
Data premiery: 18 marca 2020
Wydawnictwo: Młody Book
Liczba stron: 302
Krótka ocena: Po przeczytaniu ostatniej strony, zostałam z kompletnym mętlikiem w głowie i chęcią poznania kolejnej części natychmiast (bo będzie kolejna, prawda?). Powoduje dreszczyk niepokoju i potrafi zaskoczyć!

Ciężko będzie mi opowiedzieć Wam o fabule tej książki, bo jest jak pajęcza nić - każdy element jest w jakiś sposób ze sobą powiązany i zdradzenie nawet najdrobniejszej rzeczy może odebrać Wam znaczną część przyjemności z czytania. A tego Wam robić nie chcę, bo wielkim plusem Zabójczej zabawy jest właśnie to skomplikowanie i zawikłanie. Jeden sekret wiedzie do kolejnego, ukrywając jeszcze inny. Istna piramida tajemnic! Wierzcie mi - albo zapytajcie mojej siostry! - wielokrotnie odkładałam książkę na chwilę na bok, by dać sobie moment na przetrawienie kolejnego niespodziewanego odkrycia.

No dobra, ale o czym opowiada Zabójcza zabawa?
Nastoletnia Sophie ma spędzić wakacje u kuzynowstwa na wyspie Skye. Craigowie, bo tak mają na nazwisko, mieszkają na wyspie Skye w budynku, który dawniej był szkołą dla dziewcząt zamkniętą po pewnych niezbyt przyjemnych incydentach. Rodzina ta jest dość specyficzna - ojciec artysta, matka zamknięta w zakładzie psychiatrycznym, muzyczny geniusz Cameron z okaleczoną ręką, chodząca perfekcja o nienagannym uśmiechu Piper, zamknięta w sobie Lilas i... Rebecca. Rebecca, która zginęła siedem lat wcześniej. Naprawdę boję się zdradzić Wam coś więcej, ale tak tylko szepnę, że w sprawę zamieszane są laleczki z serii Zamarznięta Charlotte, wzorowane na martwej dziewczynce z ludowej piosenki maleńkie porcelanowe lalki. Brrr!

Jak wygląda sprawa z bohaterami?
ig: @chaos_cupcake
Większość z nich jest w wieku nastoletnim - nic dziwnego, patrząc na wiek czytelników, do których teoretycznie ta pozycja jest skierowana - i całkiem zgrabnie jest to oddane w tekście. Nie mamy tutaj postaci, które zdają się wychodzić swoim zachowaniem znacząco poza przedstawiony wiek. Dodatkowo ich tajemniczość, skrywane sekrety i historia, jaką mają za sobą dodaje im głębi. Sprawia to, że postaci nie są zupełnie płaskie, a co więcej pokusiłabym się o stwierdzenie, że wręcz intrygują, co procentuje w chęci poznania ich przeszłości. Dzięki temu naprawdę ciężko się od tej pozycji oderwać. Zdarzają się niestety momenty, w których bohaterowie postępują absurdalnie, ale z drugiej strony - w życiu też się to zdarza, prawda?
Myślę, że najmocniejszym punktem, jeśli chodzi o postaci, jest powolne odkrywanie ich prawdziwych charakterów i spowijająca niemal każdą z nich aura tajemniczości. Wpływa to bardzo dobrze na samą atmosferę książki, ale także na fakt zainteresowania czytelnika. Odkrywanie kolejnych smaczków względem bohaterów czyni lekturę naprawdę... smakowitą!

A jak autorka poradziła sobie z przedstawieniem fabuły?
Przyznam szczerze, całkiem nieźle! Zabójczą zabawę niemal dosłownie się połyka. Kolejne niespodziewane zwroty akcji potrafią zawrócić w głowie i odwrócić kota ogonem. Mówię Wam, spodziewacie się już czegoś, macie w głowie ułożone pewne podejrzenia - przychodzi Alex Bell i śmieje się Wam w twarz, stawiając na drodze maleńką zamarzniętą Charlotte. Niemal dosłownie tak można by przedstawić obrazowo, jak autorka się z nami, czytelnikami bawi. No i trzeba przyznać, że jest to ten rodzaj grania odbiorcy na nosie, który bardzo cenię. Bell zostawia nam pewne poszlaki, ale robi to na tyle subtelnie, że w dużej mierze nie idzie się domyślić, co zaplanowała.
Nie będę tu też jednak przesadnie słodzić, mam wrażenie, że w kilku miejscach wkradły się pewne logiczne wpadki. Mnie osobiście zastanowiły, jednak nie gryzły zanadto, nie dotyczyły aż tak kluczowych faktów, by mnie zupełnie wytrącić z tego zawrotnego tempa, w jakim kręci się cała historia.
Aha, no i nie ma się co tu spodziewać wybitnego pióra. Historia napisana jest dość prosto, większość dotyczy nastolatków. Króluje potoczny, lekki, przystępny język. Myślę, że dzięki temu Zabójcza zabawa może nabierać zawrotnego tempa i nawet nie zauważy się, kiedy dociera się do samego końca, by pragnąć rozwinięcia!

Tak więc, kończąc już, chciałabym Wam polecić tę książkę, jako lekką (o zgrozo!) historię z dreszczykiem, teoretycznie przeznaczoną dla nastolatków (wciąż nie wiem, czy się z tym zgadzam - jako dwudziestokilkulatka sama momentami byłam nieźle przerażona), ale myślę, że i starszy czytelnik będzie mógł całkiem nieźle bawić się, odkrywając tajemnice starej szkoły na wyspie Skye...


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania


0

środa, 18 września 2019

"Przestańcie, świnie!": Grzesznica, Petra Hammesfahr

Tytuł: Grzesznica
Tytuł oryginału: Die Sünderin
Autor: Petra Hammesfahr
Tłumaczenie: Barbara Tarnas
Data premiery: 31 stycznia 2018 (pierwsze wydanie: 2004)
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 429
Szerokość grzbietu: 2,8cm
Krótka ocena: Sieć kłamstw, a pomiędzy nimi niespodziewane ziarenka prawdy, układające się w niesamowitą (w pewnym stopniu brutalną) historię. Niesamowita, wciągnęła mnie na całą noc.

Czasami wydaje nam się, że nie ma innego wyjścia niż samobójstwo. Życie wydaje się zbyt ciężkie, nic się nie układa, dopada nas depresja. Takie myśli pojawiły się również w głowie Cory Bender. Dwudziestokilkulatka wiodła ustabilizowane, znośne życie u boku miłego mężczyzny i ukochanego synka. Co mogło wskazywać, że i ona rozważa zakończenie swojego istnienia? Kiedy, chcąc spełnić swoje zamiary, udaje się z rodziną na plażę, zamiast - według planu - pójść popływać i ostatecznie pójść na dno, młoda kobieta rzuca się z nożem na nieznajomego mężczyznę, który z przyjaciółmi również wybrał się tego nieszczęsnego popołudnia na plażę. Co skłoniło pozornie spełnioną matkę i żonę do morderstwa? Czy to szaleństwo popchnęło ją do zbrodni? A może prawda jest o wiele bardziej skomplikowana, a kłamstwa czające się na każdym kroku mają w sobie tylko jej drobne skrawki?

Wierzcie lub nie, ale ta książka to jeden z najlepszych przypadków, jaki wydarzył się w moim życiu. Dzięki wypełnieniu jakiejś ankiety na stronie wydawnictwa Znak, dorwałam ją za marne grosze, a kilka dni temu - wiedząc, że czeka mnie kolejka w przychodni - chwyciłam ją i wrzuciłam do torby, bo była akurat jakimś cudem na wierzchu. Przyprawiła mnie o zawroty głowy, małą depresję i pogrzebała moje plany na bycie superdetektywem - nie przewidziałam, jak to wszystko ostatecznie się rozwiąże.

Wciąga od pierwszych stron. Już w pierwszym zdaniu zostaje nam oznajmione, że Cora postanowiła umrzeć. Z każdym kolejnym zdaniem chcemy wiedzieć jedynie więcej i więcej. Akcja rozwija się dość szybko, ale - o dziwo - ładnie trzyma napięcie, nie dając czytelnikowi wielu chwil oddech. Większość książki toczy się wokół wyjaśnienia tego zaskakującego wyskoku - młoda kobieta rzuca się znienacka na nieznajomego mężczyznę. I wbrew oczekiwaniom Cory przesłuchanie ciągnie się długo, a prawda jest z niej stopniowo, powoli wyciągana... ale spokojnie, nie będę Wam tu spojlerować!

Ciekawym zabiegiem jest tu sposób narracji: książka pisana jest narracją trzecioosobową i pierwszoosobową, które dość płynnie przeplatają się w rozdziałach. Tworzy to nieco chaotyczną mieszankę, ale moim zdaniem, pozwala bardziej wczuć się w sytuację Cory. Daje poczucie, jakby weszło się do nie do końca zdrowego umysłu. Wspomnienia są wymieszane z teraźniejszością i zmyślonymi zeznaniami Cory. Daje to niesamowitą mieszankę i daje przysłowiowego kopa, by - nieudolnie! - bawić się w detektywa wraz z policjantem Rudolfem Grovianem (którego, nawet nie wiem kiedy, pokochałam).

I właśnie teraz pozwolę sobie przejść do bohaterów. Skoro dopiero co wspomniałam o Grovianie (zwanym często po prostu szefem), pozwolę sobie na kilka słów uwielbienia. Jeśli w policji pracowaliby tylko równie co on zaangażowani funkcjonariusze, świat stałby się naprawdę piękniejszy. Jego oddanie sprawie, dążenie do odkrycia prawdy i wytrwałość są godne podziwu. Przy tym jest w jakiś sposób ciepłym, przyjemnym mężczyzną i mimowolnie zapałałam do niego ogromną sympatią, mimo że nie od samego początku budził we mnie takie odczucia. Cora z kolei jest jedną z niewielu żeńskich bohaterek, których nie mam ochoty zdzielić przez łeb. Jest interesująca, jej historia pogmatwana, a sama kobieta po ciężkiej szkole życia okazuje się twardą, cwaną babką. Błagam, więcej tak dobrze wykreowanych bohaterek w książkach! Nie wiem, czy tylko ja stale trafiam na takie rozlazłe mumy, czy rzeczywiście w literaturze tak bardzo brakuje tych twardych babek...
Wracając do bohaterów, w Grzesznicy znajdziemy mnóstwo innych pobocznych bohaterów, do których nie mamy nawet za bardzo okazji się przywiązać. I tak na przykład adwokat Cory według mnie mógłby być lepiej nakreślony, trochę mi go tam brakowało. Mamy też kilkoro bohaterów, którzy z pewnością zapadną czytelnikom w pamięć nieco bardziej, ale by uniknąć większych spojlerów, nie będę się o nich rozpisywać. No ale nadal nie mogę przestać myśleć z nutą niechęci o matce Cory i ciepło wspominać Grit Adigar czy marzyć sobie nieśmiało o Johnnym Guitarze...

Bez dwóch zdań, mogę z czystym sumieniem polecić tę książkę - ciekawa, wciągająca historia, tajemnice z przeszłości i niebanalni bohaterowie to coś, czym wyróżnia się Grzesznica. Wy bierzcie się za książkę, a ja tymczasem sprawdzę, że serial - dostępny na Netflixie! - jest równie dobry.
2

środa, 13 marca 2019

"Idź spać, Alys": Bestia, Peternelle van Arsdale [PREMIEROWO]

„Bestia straszliwa jest
By skryć się przed jej mocą
Bramę zamknij, inaczej bowiem
Ani chybi dopadnie cię nocą”

Tytuł: Bestia
Tytuł oryginału: The Beast Is An Animal
Autor: Peternelle van Arsdale
Tłumaczenie: Paweł Łopatka
Data premiery: 13 marca 2019
Wydawnictwo: Poradnia K
Liczba stron: 317
Szerokość grzbietu: 1,5cm
Krótka ocena: Historia, która wciąga w baśniowy, mroczny świat i nie pozwala tak łatwo o sobie zapomnieć.

Część z Was może już zdawać sobie sprawę z miłości, jaką darzę powieści z pogranicza fantastyki i sensacji oraz mojej fascynacji motywem bliźniąt. Kiedy więc zapoznałam się z opisem Bestii, nie mogłam odmówić sobie zapoznania się z historią mrocznych sióstr.

Jednego jestem pewna – oniryczna atmosfera powieści oczarowuje i urzeka. Klimat Bestii przywodzi mi na myśl baśnie braci Grimm. Historia jednak odległa jest od przyjemnej historii dla dzieci, pełna mroku, krwawa, a jednocześnie niesamowicie klimatyczna trzyma w napięciu i wciąga. Po przeczytaniu Bestii niełatwo jest się otrząsnąć i wrócić do rzeczywistości.

Historia zaczyna się, kiedy w dość ubogiej wiosce przychodzą na świat bliźniaczki, Angelica i Benedicta. Wraz z ich narodzinami nadchodzi głodowa susza, którą mieszkańcy zrzucili na barki nowo narodzonych dziewczynek. Postanowili zatem wygnać je wraz z matką. W bliźniaczkach od małego było coś niezwykłego. Są one pożeraczkami dusz. Po latach życia w lesie powracają trawione głodem, uśmiercają niemal całe Gwenith. Ocalały jedynie dzieci, które przygarnęli pod opiekę mieszkańcy sąsiedniej osady. Legendy o pożeraczkach krążą między ludźmi, a jedyną osobą, która ich się nie obawia jest Alys, dziewczyna o tajemniczym darze, przyzywana przez las.
I tu urwę, żeby nie powiedzieć Wam za dużo...

Styl Arsdale ma w sobie coś magicznego. Czytając Bestię, przeniosłam się do zupełnie innego wymiaru, pełnego różnorodnych wyrazistych bodźców. Baśniowość tej książki z pewnością ma korzenie nie tylko w samej historii, ale także w sposobie, w jaki została ona opisana. Autorka prowadzi fabułę spokojnie – przez co Bestia ma w sobie coś jakby z sennych marzeń – ale jednocześnie stanowczo prze do przodu, do celu, do rozwiązania historii. Bestia jest jak niesamowity koszmar, senna mara, która nas przeraża i fascynuje w tym samym momencie. Sen, z którego chcielibyśmy jak najszybciej się wydostać – bo napełnia nas lękiem – a jednocześnie na tyle intryguje, że nie będziemy w stanie się z niego wybudzić, dopóki nie poznamy zakończenia.

„Alys leciała. Płynęła. Rosła. Puszczała pędy i traciła liście.
Gnieździły się w niej zwierzęta, pełzały chrząszcze i dżdżownice, składano niezliczone jaja.
Stawała się ziemią, wodą i powietrzem.”

klik » @chaos_cupcake « klik
Szereg nietuzinkowych bohaterów jedynie podbija walory tej powieści, dodaje jej ciekawych smaczków. Zacznijmy od pożeraczek dusz, bliźniaczek, które karmią się ludzkim życiem. Niezwykłe istoty, postaci, które wzbudzają chyba największą ciekawość w całej historii. Zdają się być złożone z żywiołu, z liści i błota, fascynują i za każdym razem swoim pojawieniem się wzbudzają dreszczyk emocji. Dalej, różnorodni mieszkańcy wiosek – ich podejście do życia i sposób myślenia, zapatrzenie w wierzenia, uwielbienie dla plotek i przerażających ludowych bajań. Wachlarz postaci, które w różny sposób radzą sobie z myślami o pożeraczkach dusz i ich nawoływaniami.
Nie mogę tu nie poświęcić kilku zdań Alys, głównej bohaterce tej wciągającej powieści. Niesforna dziewczyna, która straciła rodziców, trafiła do nieprzyjaznej osady, obdarzona jest niezwykłym darem (nie zdradzę szczegółów!) i wzywana przez las. Obserwujemy jak dorasta, widzi i rozumie coraz więcej ze świata, jak jej swoista więź z pożeraczkami dusz się rozwija. Muszę Wam przyznać, że chyba dość silnie się z nią utożsamiłam. Alys ma w sobie pewien zadziorny pazur, jest pełna emocji, ale jednocześnie umie nad sobą zapanować i podjąć zaskakująco rozsądne decyzje. Daleko jej do jednej z tych głupiutkich irytujących postaciek pierwszoplanowych i myślę, że nie da się jej nie polubić.

Na koniec jeszcze klika drobnych słów względem kwestii estetycznych... Muszę się przyznać, że kiedy zobaczyłam pierwotnie zdjęcie okładki, byłam nią mocno zawiedziona. Gdy jednak książka do mnie przyszła, totalnie zakochałam się w grafice, a po zapoznaniu się z treścią, kocham ją chyba jeszcze mocniej. Muszę jednak wskazać jeden duży minus, który wpłynął na komfort czytania. Bestia ma przeraźliwie białe strony, których jestem zagorzałą przeciwniczką. Cóż, dla tej książki warto było jednak się przemóc i mimo tej bieli męczącej wzrok, towarzyszyć Alys i pozostałym mieszkańcom Byd w tej niesamowitej historii. Polecam całym serduszkiem!


Za możliwość poznania Bestii
gorąco dziękuję Wydawnictwu Poradnia K

0

środa, 11 lipca 2018

Kiedy miłość jest obsesją: Umysł, Audrey Carlan

Tytuł: Umysł
Tytuł oryginału: Mind
Autor: Audrey Carlan
Tłumaczenie: Anna Szafran
Data premiery: 4 kwietnia 2018
Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 470
Szerokość grzbietu: 2,9cm
Krótka ocena: Chyba nie tego się spodziewałam...

Prawda jest taka, że erotyka nie jest moim typem literatury. Kiedy staje się tego za dużo, czuję się skrępowana. Dlaczego więc sięgnęłam po książkę, która zdaje się wręcz krzyczeć "EROTYKA"? Ano cóż, zaciekawił mnie opis. Kilka słów o stalkerze, ryzyku i urojonym uwielbieniu. Ot, niby nic takiego, a przekonało mnie do tego, by odrzucić nieco na bok moje uprzedzenia (nabyte chyba głównie po Grey'u...) i spróbować - no bo, co mi szkodzi?

Muszę wspomnieć, że jest to drugi tom serii, a pierwszego nawet na oczy nie widziałam. Mimo wszystko jednak nie czułam się zagubiona w historii. Autorka wprowadza nas w fabułę w taki sposób, że czytanie pierwszego tomu wcale nie jest potrzebne, by zrozumieć, o co chodzi. Gillian Callahan zdobyła serce Chase'a Davisa, który jest jednym z najbardziej pożądanych kawalerów w Stanach Zjednoczonych. I jednocześnie najbogatszych. Dziewczyna szybko zyskuje sławę - nie ma się co dziwić, skoro para ma się pobrać. I tu pojawia się najciekawsza sprawa - stalker. Z jakiegoś powodu przyczepił się do biednej Gillian, dręczy ją. Chase oczywiście wszystkimi środkami jakimi dysponuje, próbuje go dorwać. Czy mu się uda? Jak sytuacja się rozwinie? A tego już wam nie powiem, jeśli chcecie się przekonać, sami się za nią weźcie.

Bałam się, że styl autorki może być kanciasty, że będę się strasznie męczyć, czytając. O dziwo, czytało mi się ją nawet całkiem przyjemnie. Historia może nie była najwyższych lotów i naprawdę dobry motyw stalkera niestety został nieco odsunięty na bok, jednak samo to, jak Umysł jest napisany, można uznać za zdecydowany plus książki. No cóż, do czasu. Niestety opisy scen erotycznych miejscami stawały się naprawdę niesmaczne. Może wymagam zbyt wiele, bo naprawdę ciężko mnie pod tym względem usatysfakcjonować, ale... kiedy pokazałam fragmenty znajomym, byli równie zniesmaczeni jak ja. A uwierzcie mi, nie wszystkie opisy zbliżeń tak działają. Nie mówię też, że wszystkie takie sceny wywoływały u mnie silnie negatywną reakcję, wręcz obrzydzenie, część była naprawdę... w porządku. Bez szału, ale jednak nie wzdrygałam się co drugie słowo, jak to bywało miejscami, co już jest w pewien sposób sukcesem.

@chaos_cupcake

Co warto zaznaczyć, bohaterowie Umysłu są dość ciekawi i wcale nie tacy zupełnie kartonowi. Każde z nich ma swoje określone cele i je spełnia - lepiej lub gorzej. Nie są zupełnie nierzeczywiści. Miejscami nieco rozmyci i ich charaktery zdają się gdzieś się gubić, jednak ogólnie ich kreacja nie jest najgorsza. Niektórzy są może trochę przeidealizowani, ale nie zaburza to jakoś szczególnie całości i jest całkiem przyjemne w ogólnym obrazie historii. Najciekawszą postacią jednak zdecydowanie i bezsprzecznie muszę okrzyknąć stalkera. Jego kreacja jest zdecydowanie najwyrazistsza, a kiedy pojawiały się fragmenty z jego punktu widzenia, nawet miewałam dreszcze!

Docenić też muszę zabieg, za którym osobiście przepadam - narracja z punktu widzenia różnych bohaterów. W tym wypadku historię zarysowuje nam głównie Gillian, jednak możemy cieszyć się również fragmentami z perspektywy stalkera (jeszcze raz zaznaczę, najciekawsza postać!), co mnie osobiście najbardziej interesowało. Dzięki temu możemy poznać jego sposób patrzenia - i tu dreszcze i obrzydzenie są jak najbardziej na miejscu, wierzcie mi.

Po skończeniu tej książki, szczerze mówiąc, byłam nieco zawiedziona. Liczyłam na więcej elementów sensacji, mrożącego krew w żyłach thrillera, a dostałam coś bliżej rozwlekłego romansu, który jednak przyjemnie się czyta (oprócz tych kilku niesmacznych scen). Thrillery erotyczne to chyba nie do końca moja bajka, ale... przyznam się, że jako takie małe powiedzmy guilty pleasure (czy jestem masochistką?) na mojej półce już czeka trzeci tom serii, Dusza. Liczę, że będzie tam więcej o stalkerze...!

Za możliwość zapoznania się i zrecenzowania tej książki
2

wtorek, 3 lipca 2018

Tak mało o niej wiesz...: Tamta dziewczyna, Erica Spindler

Tytuł: Tamta dziewczyna
Tytuł oryginału: The Other Girl
Autor: Erica Spindler
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Data wydania: 28 lutego 2018
Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 304
Szerokość grzbietu: 2,3cm
Krótka ocena: ...przepraszam, czy to już najlepsza książka tego roku?

Tamta dziewczyna, tak mało o niej wiesz
Ma siłę by marzyć i tak zazdroszczę jej...
Nuciłam za każdym razem, gdy mój wzrok padł na okładkę. A, trzeba przyznać, jest na co popatrzeć. Okładka jest przepiękna, dodatkowo bardzo przyjemna w dotyku, a o dziwo format nieco większy niż standardowy jest dodatkowym plusem, bardzo wygodnie trzymało się ją w rękach. Graficznie książka zachwyca i kusi, jak jest jednak w środku...?

Wcale nie gorzej! Autorka w zgrabny sposób przedstawia całą historię; dawno nie czytało mi się czegoś tak przyjemnie. Fabuła rozwija się stopniowo, krok po kroku odkrywane są przed nami kolejne fakty, a napięcie jest budowane powolnie - ale też nie nazbyt wolno! - z każdą kolejną stroną. I - ukłony w stronę autorki - niektóre wydarzenia są nie do przewidzenia, naprawdę potrafią zaskoczyć.

Bohaterowie są wyraziści, ciekawi i bardzo realistyczni. Każda postać ma swoją historię, która dokładnie tłumaczy jej zachowania. Wszystko ładnie się ze sobą wiąże i trzyma przysłowiowej kupy, by na koniec w momencie kulminacyjnym zagrać nam na nosie i udowodnić, że nie zawsze i wszystkiego możemy się domyślić. A rozwiązanie może być bliżej niż nam się wydaje...

Zwykle zaczynam od przedstawienia samej fabuły... W tym wypadku jednak nie chciałabym Wa, zbyt wiele zdradzać. Historia ta zachwyca właśnie wtedy, kiedy poznaje się ją samemu, kiedy kroczek po kroczku poznaje się bohaterów, odkrywa wraz z nimi kolejne fakty, szuka wskazówek, gubi się i stopniowo odnajduje. Każdy element ma tu znaczenie. I to jest piękne, warto to docenić.

Jeśli jednak chodzi o choćby drobne uchylenie rąbka tajemnicy, proszę bardzo.
Miranda, główna bohaterka, jest cenioną detektyw, która szacunek zdobyła własną ciężką pracą - co nie było takie łatwe, zważając na jej przeszłość... Sprawa, do której zostaje wezwana, dotyczy ogólnie lubianego wykładowcy lokalnej uczelni, na dodatek syna rektora. Brutalność tego morderstwa, od którego zaczyna się cała historia, zaskakuje policjantów. Miranda za wszelką cenę stara się wyjaśnić sprawę. Nie spodziewa się jednak, jak bardzo wszystko to będzie utrudnione.

Mnie osobiście cała historia wraz ze wszystkimi postaciami i (uwaga!) ciekawą, nieirytującą główną bohaterką kupiła całkowicie. Nawet te kilka scen erotycznych, które się przewinęły, nie wywołały u mnie tak częstego zniesmaczenia (czy tylko ja mam taki problem z opisami takich scen? czemu zwykle brzmią tak... źle?). Były opisane naprawdę zgrabnie, przyjemnie się je czytało. Wszystko naprawdę ładnie się tu zgrywa i Tamta dziewczyna naprawdę potrafi wciągnąć, czytałam z zapartym tchem, łaknąc dalszego ciągu. Serdecznie polecam!

@chaos_cupcake

I jest chyba tylko jedna rzecz, która nadal mnie zastanawia i nie pasuje... dlaczego podziękowania znalazły się tu na początku? :D


Za możliwość zapoznania się i zrecenzowania historii Mirandy

0

sobota, 10 marca 2018

Nieuleczalny fantasta vs thriller: Kredziarz, C. J. Tudor


Ludziom się wydaje, że życie dzieci jest beztroskie, ale to nieprawda. Jesteśmy mniejsi, więc nasze zmartwienia są większe.


Tytuł: Kredziarz
Autor: C. J. Tudor
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 384
Ocena: 7/10 (ale nie znam się na tym gatunku.
Opis: W mrocznych zakamarkach ludzkiego umysłu kryją się najbardziej fascynujące koszmary i tajemnice.
Rok 1986. Eddie i jego przyjaciele dorastają w sennym angielskim miasteczku. Spędzają czas, jeżdżąc na rowerach i szukając wrażeń. Porozumiewają się kodem: rysowanymi kredą ludzikami. Pewnego dnia jeden tajemniczy znak prowadzi ich do ludzkich zwłok. Od tej chwili wszystko zmienia się w ich życiu.
Trzydzieści lat później Eddie i jego przyjaciele dostają listy z wiadomością napisaną tajemniczym kodem z dawnych lat. Uważają, że to żart do momentu, gdy jeden z nich nie ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Do Eddiego dociera, że jedyną drogą do ocalenia siebie przed podobnym losem jest próba zrozumienia, co tak naprawdę stało się przed laty.


W religii to częsta prawidłowość: morduj, gwałć, masakruj, a jak okażesz skruchę, wszystko będzie ci wybaczone.


Robi się dziwnie. Wypełzłam ze swojej bezpiecznej, fantastycznej piwnicy. No przeczytałam coś, co fantastyką nie jest. Nie było w tym nic, co mnie przekonuje do zostawienia na chwilę dziwnych magicznych tworów. W sumie nigdy nie planowałam przeczytać żadnego thrillera, nie mój typ i tyle. No ale zaproponowano mi egzemplarz przedpremierowy „Kredziarza” (w sumie za zdjęcie na Instagrama) i tak jakoś stwierdziłam, że raz mogę spróbować. Raz, bo w mojej piwnicy mi całkiem wygodnie. Poza tym po raz pierwszy wydawnictwo chciało mi coś przysłać! Święto lasu! Teraz już mogę bezkarnie rzucać garami jak Madzia Gessler?
Nie chcę oszukiwać, na tym gatunku znam się mniej więcej w tym samym stopniu, co na skakaniu poczwórnego Axla (no chociaż biedacko skaczę trójkę, więc może na Axlu znam się minimalnie lepiej). Z tego wynika pewna komplikacja: recenzja pewnie będzie krótsza.
Dobra, powiem tak: jako nieuleczalny fantasta, jeśli muszę przeczytać coś innego bardzo cierpię. No wiecie, takie to wszystko zwyczajne, żadnych dzikich magicznych systemów, absurdalnych stworów. Na czym tu oko zawiesić? Przy „Kredziarzu” nie chciało mi się umrzeć, więc trzeba to brać za wyjątkowo dobry znak. Autorce udawało się skupiać moją uwagę na jakichś innych elementach. Cwana bestia, ustawiła książkę tak, że nie chciało się jej odkładać. Główny wątek był na tyle tajemniczy i interesujący, że nie dało się przestać czytać. Pewnie też przez to skończyłam książkę w kilka dni. Nie powiedziałabym, że jakoś specjalnie wzbudziło to we mnie jakiś dreszczyk emocji czy jakoś specjalnie zmroziło. Wydaje mi się, że to są dwa jakieś ważniejsze elementy tego gatunku, a tu nic... Może porównam to tak: te elementy też przewijają się w fantastyce i wychodzą różnie, ale w kilku moich ulubionych książkach autorzy tak pogrywają, że aż się człowiek trzęsie. Chyba wiedziałam, jak powinnam się czuć. Tylko też może to być wina „Nibynocy”, którą niedawno czytałam. Jay Kristoff jednak trochę podniósł mój próg wytrzymałości na różne wstrętne, nienormalne i przerażające rzeczy. Szybka matematyka: pół winy na mnie, że jestem trochę skrzywiona. W sumie są szanse, że coś wam drgnie podczas czytania, jestem świadoma, że część akcji była dość nieprzyjemna. Końcówka jest trochę jak z jakiegoś starego horroru: kilka postaci, morderca, ostry przedmiot i las. Klimatycznie.
Bardzo mi się spodobała wielowątkowość „Kredziarza”, gdzie w większości te wątki są ze sobą powiązane, ale każdy dostaje swoje pięć minut i jest przemyślany. Mimo, że niektóre fragmenty wydają się zbędne, większość tekstu się ze sobą łączy, coś wynika z czegoś, wątki poboczne zbiegają się, prowadzą do czegoś. Lubię takie przemyślane akcje. Poza tym autorka porusza kilka problematycznych kwestii, a przy tym nie pomija ich konsekwencji. Sporo dzieje się w okresie dzieciństwa głównego bohatera i można uznać, że konflikty dorosłych czy ich problemy nie wpływają bardzo znacząco na dzieci, a jest zupełnie na odwrót. Taka spójność jest zdecydowanie na plus. To też bardzo wciąga, chociaż początkowo wydawało mi się, że coś jest wspomniane jedynie jako ciekawostka, okazuje się, że większość tych rzeczy została później wykorzystana do odpowiedniego rozegrania intrygi albo relacji pomiędzy poszczególnymi bohaterami. W dodatku autorka dobrze ukrywa to, co chce ujawnić później, a przy tym nie komplikuje, więc można powoli składać wszystkie wskazówki w całość. Są też fałszywe tropy, żeby nikt nie wiedział, kto jest prawdziwym mordercą. Na koniec najbardziej zaskoczyła mnie kwestia głowy zamordowanej dziewczyny. Może okazało się to dość dziwne i w sumie nie miało jakiegoś większego znaczenia, jak już się wyjaśniło, ale było to cwane zagranie.
Nie mam zbyt wiele do powiedzenia o postaciach. Dziwne, no ale tutaj nawet nie ma zbyt wiele do mówienia. Każdy ma swoją rolę do odegrania i tyle. Relacje między wszystkimi były interesujące, tutaj tworzyły się dość zawiłe połączenia. Prawie wszyscy mieli jakieś tajemnice, które albo wyskakiwały nagle i mieszały w głowie, albo sprawiały, że bardziej chciało się czytać, żeby je poznać i wyjaśnić.
Klimat na pewno odegrał swoją rolę. Trochę nie rozumiem, czemu niektórym kojarzy się ze „Stranger Things”, to zupełnie co innego. (Przy okazji polecam serial.) Produkcja Netflixa to zupełnie inna bajka i nie twierdzę przy tym, że „Kredziarz” jakoś traci. Nie, po prostu to nie to samo i jeśli chcecie go przeczytać tylko ze względu na takie porównania, pewnie się zawiedziecie. Z drugiej strony czuje się te późne lata '80. No może nawet późniejsze, bo kilka rzeczy kojarzę ze swojego dzieciństwa, a sprowadzili mnie do tego strasznego świata niecałe 21 lat temu. Bardziej podobały mi się rozdziały z 1986 właśnie przez ten klimat, rozdziały z 2016 były jakieś szare, pewnie przez wiek Eda. W dodatku jakoś lepiej mi się czytało z playlistą z pierwszych „Strażników Galaktyki”, mimo że większość kawałków jest z lat '70, ale jakoś mi się skomponowało. Polecam spróbować.
Mimo wszystko czegoś mi brakowało. Może czegoś nie załapałam, ale w sumie nie wiadomo, kto był odpowiedzialny za znaki kredą, tego autorka jakoś jasno nie wyjaśniła. Jak już pisałam, niektóre fragmenty wydają się zbędne. Nie było tego jakoś wiele, ale czasem chciałam pominąć kilka stron. Momentami autorka przynudzała. Nie wszystko zostało wyjaśnione, a postać Kredziarza nie była w pełni wykorzystana. Czuję się trochę, jakbym czegoś zapomniała z domu, ale nie do końca wiedziała, o co chodzi.
Nie wiem, jak to podsumować, bo z jednej strony nie było źle, a nawet zaskakująco dobrze. Sądziłam, że będę się męczyć podczas czytania, a okazało się, że w jakieś trzy dni było po wszystkim. Nie miałam poczucia, że nie chce mi się tego ciągnąć, wręcz chciałam brnąć dalej w historię. Autorce udało się zdobyć moją uwagę, żebym w międzyczasie nie ganiała za demonami czy innymi postrzelonymi czarownikami. Na koniec mnie zaskoczyła i okazało się, że większość tekstu ma sens. Nie zmroziło mi krwi, jak obiecywała okładka, więc chyba też nie  do końca wyszło było trochę braków. Jednak nie powiedziałabym, że „Kredziarz” mi się nie podobał. No i bardzo zaskoczyło mnie to, że w tekście nie ma literówek, a był to dopiero egzemplarz promocyjny, więc da się bez wpadek! Chociaż jakoś nie przekonałam się do samego gatunku, zostanę na swoim terenie, dobrze mi na nim. Tyle z mojej przygody z thrillerami.
5

wtorek, 13 lutego 2018

"Efekt śnieżnej kuli, mam rację?": 13 powodów, Jay Asher

Tytuł: 13 powodów
Tytuł oryginału: Thirteen Reasons Why
Autor: Jay Asher
Tłumaczenie: Aleksandra Górska
Data wydania: 28 marca 2017
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 272
Szerokość grzbietu: 1,8cm
Krótka ocena: Nieco zbyt reklamowana historia, może nieco nadmiernie rozdmuchana, ale pod tym wszystkim nie taka głupia, zmuszająca do zastanowienia się poważnie nad paroma kwestiami i nad samym sobą.

Czy chciałbyś znać powody, które popchnęły samobójcę do jego czynu? A co jeśli byłbyś jednym z nich? Lepiej wiedzieć, czy nie wiedzieć?
Clay Jensen po powrocie ze szkoły pewnego dnia znajduje pod drzwiami dziwną paczkę. W środku znajduje siedem kaset, jak się okazuje nagranych przez koleżankę z klasy, Hannah, która zaledwie kilka tygodni wcześniej popełniła samobójstwo. Trzynaście nagrań pozwala poznać powody, przez które dziewczyna postanowiła odebrać sobie życie.

O Trzynastu powodach słyszałam wiele. Zdarzyło mi sie zetknąć z różnymi opiniami zarówno o książce, jak i o serialu (którego jeszcze nie oglądałam, ale czuję, że wkrótce się to zmieni - a wtedy może zrobimy małe porównanie, kto wie...?). W końcu Jay Asher zagościł na mojej półce, a ja nie mogłam powstrzymać swojej ciekawości.
Nikt nie wie ze stuprocentową pewnością,
w jakim stopniu jego postępowanie
odbija się na życiu innych.
str. 152
Starałam się podejść do historii na czysto, bez żadnego nastawienia, ale nie do końca mi się to udało. Po cichu liczyłam na coś mocnego, głębokiego, po czym nie będę mogła się otrząsnąć. Co zachwyci mnie porządną analizą umysłu nastoletniego samobójcy, zmrozi mi krew w żyłach, wzruszy... No ale coś jakby nie pykło. Po skończeniu powieści pozostał mi jakiś niedosyt, ciężko mi nawet określić, co było nie tak. Styl autora dość nijaki, nie był przesadnie przesycony młodzieżowym slangiem, język prosty - ale jednak książkę czytało mi się dość topornie. Może nie wybitnie ciężko, ale do płynnego chłonięcia historii było daleko. Co było z nim nie tak? Nie wiem, ale jeśli wpadłoby mi w ręce coś jeszcze tego autora, zastanowiłabym się trzy razy, czy na pewno chcę to czytać. Niestety.

Przez większość książki śledzimy Claya włóczącego się ulicami miasta ze słuchawkami na uszach, wsłuchanego w głos Hannah (swoją drogą, te imię jakoś zgrabnie się odmienia czy nie?), powolnie poznającego kolejne powody, które spowodowały jej samobójstwo. Kolejne drobne rzeczy pociągały kolejne skutki, sytuacja coraz bardziej narastała - jak tocząca się kula śnieżna, pogłębiając u Hannah poczucie osamotnienia i braku bezpieczeństwa. Powody, które padają na taśmach mogłyby wydawać się błahe, jednak na mnie właśnie to zrobiło największe wrażenie w całej książce. Historia Hannah pokazuje, jak niby nic nie znaczące zdarzenia oraz głupie plotki potrafią zniszczyć człowieka i popchnąć go do dramatycznych, nieodwracalnych decyzji.

Pochwalić autora mogę za całkiem ciekawy sposób narracji (chociaż jak już wspomniałam, styl niezbyt mi podszedł). Fragmenty taśm nagranych przez Hannah przeplatają się z przemyśleniami Claya, jego wspomnieniami i sposobem widzenia sytuacji nakreślanych przez dziewczynę. Tworzy to intrygujący, pełniejszy obraz i pozwala spojrzeć na wszystko z różnych perspektyw. Jestem fanką oddzielania kolejnych części powieści w nietypowy sposób nawiązujący do samej historii i tu Asher zgarnął kolejnego plusa za tytuły rozdziałów - Kaseta 1: Strona A i tak dalej, każdy kolejny fragment opisany jako kolejna strona kolejnej kasety. Miodzio na moje serduszko, naprawdę.
Bardzo często nie mamy choćby bladego pojęcia.
Mimo to robimy, co nam się żywnie podoba.
str. 152
Co do 13 powodów mam mieszane uczucia. Z jednej strony książka zrobiła na mnie wrażenie, ukazując jak małe rzeczy potrafią wpływać na człowieka i powolnie go wyniszczać, z drugiej - nie było wielkiego wow, nie zachwyciłam się, nie popłakałam, nawet specjalnie nie wzruszyłam. Tak czy inaczej uważam, że warto po nią sięgnąć, ze względu na trudne a jak bardzo aktualne wśród nastolatków tematy, które sprytnie - bo nie nazbyt natarczywie - Jay Asher porusza. Miłość, plotki, przyjaźń, samotność, brak zrozumienia, akceptacji, poczucie bezpieczeństwa, ignorancja...
6

środa, 27 września 2017

...jak rysa na lodzie...: Bliźnięta z lodu, S.K. Tremayne

Tytuł: Bliźnięta z lodu
Tytuł oryginału: The Ice Twins
Autor: S.K. Tremayne (Tom Knox)
Tłumaczenie: Robert Kędzierski
Data premiery: 26 sierpnia 2015
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 336
Krótka ocena: Definitywnie jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w życiu. Magiczne opisy mrożą krew w żyłach. Bez koca i ciepłej herbatki się nie obejdzie!


W rodzinie Moorcroftów urodziły się bliźniaczki. Dziewczynki często udawały jedna drugą, były do siebie tak podobne, że nawet rodzice mieli problem z ich rozróżnieniem. Trzynaście miesięcy przez akcją powieści dochodzi do tragicznego wypadku, w którym ginie jedna z nich. Moorcroftowie przeprowadzają się na wysepkę, którą ojciec dziewczynek odziedziczył po zmarłej babci. W nowym miejscu mają nadzieję otrząsnąć się z żałoby. Tymczasem gdy żyjąca córka, Kirstie, twierdzi, że pomylili jej tożsamość – i że w rzeczywistości jest Lydią – koszmar powraca. Wyspa Torran okazuje się miejscem, w którym rodzinie przyjdzie zmierzyć się z tym, co skrywa ich przeszłość.

Przyznaję się bez bicia - książka zwróciła moją uwagę najpierw klimatyczną, intrygującą okładką. Później natknęłam się na jej opis (chociaż odbiegający minimalnie od fabuły, ale - dzięki Bogu! - wolny od jakiś szczególnych spojlerów), który zaciekawił mnie jeszcze bardziej. Kiedy więc tylko nadarzyła się okazja, by dorwać Bliźnięta z lodu i zagłębić się w lekturze, nie mogłam nie skorzystać!

Cała powieść przesiąknięta jest mroczną atmosferą, bólem żałoby i tragedią rodziny Moorcroftów. Styl autora mnie oczarował. Aura historii dotykała mnie dogłębnie, co chwila wywołując dreszcze. Nastrój powieści, oprócz ogólnego smutku, wionie chłodem wprost ze szkockiej wysepki. Torran została opisana z taką dokładnością, że możemy sobie wyobrazić każdy jej szczegół, a wczucie się w historię nie stanowi żadnego problemu. Jesienno-zimowy klimat, wyniosłe szczyty, chłodne wilgotne wiatry i ogólny trud życia na praktycznie odciętej od świata wyspie zupełnie mnie odurzyły. Thriller ten wciąga dogłębnie, ma się wrażenie bycia naocznym świadkiem wydarzeń.
I zapewniam Was - bez ciepłego koca i gorącej herbatki ciężko będzie wytrzymać. Historia naprawdę mrozi krew w żyłach! Warto tu też dodać, że autorowi udało się zaskoczyć mnie zakończeniem, co zdarza się coraz rzadziej. Rozwiązanie historii przyprawia o dreszcze, wierzcie mi.

„I to fatalne zamazanie tożsamości zamarzło, utrwaliło się,
jak rysa na lodzie.”

Bohaterowie wykreowani przez S. K. Tremayne'a zapadają głęboko w pamięć. Angus - ojciec i mąż, silny mężczyzna pogrążony w żałobie i nałogu alkoholowym. Sara - krucha żona, która wydaje się wręcz bać męża. Kirstie-Lydia - mała zagubiona dziewczynka, której zaciera się tożsamość. Oni wszyscy, a także cała śmietanka innych genialnie wykreowanych postaci stanowiących tło głównej historii sprawiają, że od Bliźniąt z lodu naprawdę ciężko się oderwać - chociaż przy czytaniu potwornie się marznie...

Bliźnięta z lodu to naprawdę intrygująca historia z zaskakującym, przyprawiającym o dreszcze zakończeniem. Pełna chłodu początków zimy, zapierających dech w piersiach - ale jednocześnie przytłaczających - krajobrazów szkockich wysp, opowiadająca mrożącą krew w żyłach historię powieść wydaje się idealna na jesienne wieczory z herbatą i ciepłym kocykiem. Ekstremalne wrażenia, mnogość domysłów i ogólne rozstrojenie emocjonalne - zapewnione! Polecam serdecznie, bo to kawał dobrej pisarskiej roboty.


Za możliwość zapoznania się z tą powieścią
chciałabym serdecznie podziękować księgarni internetowej Matras 
~*~
Ktoś z Was już może czytał? Jak wrażenia?
A może macie zamiar dorwać tę niezwykłą historię już wkrótce...?
Mogę Wam ją serdecznie polecić, mnie naprawdę zachwyciła!

0

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Los w rękach widzów: Cela 7, Kerry Drewery

Tytuł: Cela 7
Tytuł oryginału: Cell 7
Autor: Kerry Drewery
Tłumaczenie: Patrycja Zarawska
Data premiery: 29 marca 2017
Wydawnictwo: Młody Book (Sonia Draga)
Liczba stron: 472
Krótka ocena: Jeśli mam ocenić tę książkę w kilku słowach, powiem jedynie: nie mogę doczekać się kolejnego tomu. A to chyba mówi samo za siebie.

Wyobraźcie sobie świat, w którym o losie przestępców decydują telewidzowie. Brzmi ciekawie? Dodajmy do tego wyraźny podział między ludźmi na biednych i bogatych, różnice w warunkach ich życia, ludzką zawiść i manipulację mediów - w taki sposób rysuje się obraz w "Celi 7", o której właśnie dziś chciałabym coś niecoś Wam powiedzieć.

Martha Honeydew jest nastolatką z nizin społecznych, sierotą, która zostaje posądzona o morderstwo uwielbianego przez tłumy celebryty, Jacksona Paige'a i przyznaje się do zarzucanego jej czynu. Sprawa wydaje się prosta - w końcu dziewczynę przyłapano praktycznie na gorącym uczynku, na miejscu zbrodni z bronią w ręku, czy można mieć jakieś wątpliwości co do jej winy? Widzowie reality show "Sprawiedliwością jest śmierć" mają tydzień (w ciągu którego oskarżona będzie przechodzić przez kolejne siedem cel śmierci) na zdecydowanie czy Martha ma stracić życie, czy jednak jest niewinna i powinna zostać uwolniona.

Gdy tylko przeczytałam opis, stwierdziłam, że ta książka to coś dla mnie. Zbrodnia, ciekawy motyw z głosowaniem widzów, nutka tajemniczości, a dodatkowo intrygująca okładka z niebieską tęczówką i kratami - nic więcej nie było potrzebne, by mnie przekonać. Z wielką ciekawością, ale i dozą dystansu, zasiadłam do czytania.

Jeśli chodzi o styl autorki - ogólnie nie mam większych zarzutów. Może miejscami było zbyt banalnie i potocznie, a co do pewnych momentów oczekiwałabym bardziej rozbudowanych opisów i mniej dialogu, jednak w jakiś znaczący sposób mnie to nie gryzło. Początkowo o wiele większym problemem była dla mnie przemieszana narracja. Książka prowadzona jest tak jakby z kilku różnych punktów widzenia: dostajemy pierwszoosobową narrację Marthy, trzecioosobową rzucającą światło na innych bohaterów, a także transkrypcję programu telewizyjnego "Sprawiedliwością jest śmierć". Wprowadza to nieco chaosu, jednak gdy przywyknie się do koncepcji przeplatania się tych wszystkich płaszczyzn, nabiera to pewnego sensu i wzbogaca historię. Osobiście lubię mieć możliwość spojrzenia na sprawę z różnych kątów i chociaż na początku czułam się przytłoczona ilością sposobów przedstawienia sytuacji, w końcu się to jednak sprawdziło i wszystko ładnie ze sobą zagrało.

Nie chcę tu nikogo oszukiwać, romans jest w tej książce dość wyraźny, ale na tyle ładnie wpleciony, że zupełnie nie przeszkadza, a jedynie uzupełnia historię i nadaje jej odpowiedni ton. Tworzy tym samym podstawę do pewnych sytuacji i psychologii postaci. Nie jest zbytnio nachalny, ale jednocześnie bez niego fabuła oraz bohaterowie wiele by stracili.

Skoro już o bohaterach... Martha jest naprawdę intrygującą postacią. Uparta jak osioł, idzie w zaparte. Wydaje się być twarda i nieustępliwa, jednak gdzieś tam kryje się w niej typowa kobieca delikatność, co zupełnie nie gryzie się z jej wizerunkiem. Poznajemy ją w ciekawym momencie życia, by w trakcie opowieści poznać jej wcześniejsze losy, które wcale nie są mniej intrygujące. Jej osoba w pewnym sensie zmusza nas do refleksji - czy i my mielibyśmy odwagę postąpić podobnie? Nie chcę tu zdradzać większych szczegółów, bo historia Marthy jest ciekawsza, gdy samemu odkrywa się ją z biegiem kolejnych rozdziałów.
O kolejnych postaciach mogłabym się jeszcze rozpisywać, ale daruję Wam i powiem już tylko o jednej postaci. Eve Stanton jest doradcą z urzędu i właśnie pod jej skrzydła trafia Martha. Kobieta wzbudza zaufanie i dość szybko znajduje wspólny język z nastolatką. Od początku nie wierzy w to, by młoda dziewczyna była winna i robi wszystko, by wbrew uparcie powtarzanym słowom dziewczyny "Ja to zrobiłam! Zabiłam Jacksona Paige'a!", udowodnić przed telewidzami jej niewinność. Myślę, że tej pani nie da się nie polubić - i nawet pewna tajemnica, którą poznajemy w trakcie nie jest w stanie zmienić naszego zdania o Eve.

Nie da się tu nie zauważyć, że każda z postaci ma swoje sekrety, które autorka odkrywa przed nami powoli - co osobiście bardzo cenię. Niektórych rzeczy, owszem, można domyślić się błyskawicznie, inne jednak zupełnie zaskakują, tworząc zgrabne zwroty akcji.

Jeśli więc lubisz tajemnice i niestandardowe, dość silne bohaterki, intryguje Cię wątek manipulacji mediów - to "Cela 7" może być czymś dla Ciebie! Osobiście polecam, naprawdę miło spędziłam przy niej czas.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania


0