Ariana | Blogger | X X X X

niedziela, 24 marca 2019

Przed nami nicość: Smocza Perła, Yoon Ha Lee


„Kapitan opuścił stanowisko i zamienił się w tygrysa.”


Seria: Rick Riordan Przedstawia
Tytuł: Smocza Perła
Autor: Yoon Ha Lee
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 347
Ocena: 10/10
Opis: Trzynastoletnia Min pochodzi z prastarego rodu lisich duchów, ale zupełnie na to nie wygląda. By chronić najbliższych przed niebezpieczeństwem, matka zakazała im posługiwania się lisią magią: nie wolno czarować, nie wolno zmieniać postaci. Wszyscy przez cały czas muszą zachowywać ludzką formę.
Min czuje się przytłoczona rodzinnymi zasadami. Nie znosi niekończących się domowych obowiązków, panoszących się wszędzie kuzynów i wiecznie krytykujących ciotek. Marzy, by uciec z rodzinnego Jinju - zapomnianej, ubogiej, pustynnej planety. Nie może się już doczekać, kiedy dorośnie i będzie mogła, jak jej starszy brat Jun, zaciągnąć się do Sił Kosmicznych i zobaczyć inne planety należące do Ligi Tysiąca Światów.
Kiedy jednak przychodzi wiadomość, że Jun zdezerterował, by udać się na poszukiwania Smoczej Perły, Min nabiera pewności, że coś jest nie w porządku. Jej brat nigdy nie opuściłby krążownika, nawet dla magicznego artefaktu, który podobno posiada niezwykłe moce. Min postanawia uciec i odszukać brata, by oczyścić jego imię.
Podczas wyprawy Min napotyka przemytników, piratów i mściwe duchy. Będzie musiała uciekać się do oszustwa. kłamstwa i sabotażu. Częściej niż kiedykolwiek sytuacja zmusi ją do posługiwania się lisią magią, ale także polega na własnym sprycie i odwadze. Wszystko to może się skończyć zupełnie inaczej, niż spodziewała się Min, i przerosnąć jej najśmielsze marzenia.

„Szczęście w drobnych sprawach buduje szczęście w wielkich.”



Przysięgam, że Rick Riordan jest jednym z niewielu autorów, do którego mam wielki sentyment i nie zawiodłam się na nim ani razu. Wystarczy, że pomyślę o tym człowieku i wracają do mnie wszystkie przyjemne emocje związane z jego książkami. A teraz ten facet postanowił wspierać innych autorów piszących młodzieżówki na podstawie mitologii i… Aaaaa! Odkąd zobaczyłam zapowiedzi tych książek byłam na nie nakręcona. Jak wujcio Rick pisał o tych najsłynniejszych mitologiach, tak teraz dostajemy mity koreańskie, hinduskie, meksykańskie, afrykańskie i długo by wymieniać co jeszcze. Czy to już niebo?
Min, lat trzynaście, mieszka na ubogiej, pylistej planecie, której praktycznie nikt nie odwiedza, chyba, że musi. Jej rodzina pochodzi ze starożytnego lisiego rodu, jednak wszyscy starają się to ukryć. Nikt lisom nie ufa, uważa się, że większość z nich wyginęła, a jeśli ktoś się nim okaże, jest traktowany jak najgorsze zło. Jednak Min nie ma ochoty ukrywać swojej natury, a jej największym marzeniem jest wyrwać się z rodzinnej planety, by zwiedzić całe Tysiąc Światów. Pewnego dnia w jej rodzinnym domu zjawia się tajemniczy urzędnik, informując rodzinę, że starczy brat Min zdezerterował z Sił Kosmicznych. Podejrzewa się, że Jun wyruszył na poszukiwania dawno zaginionego artefaktu – Smoczej Perły. Jednak Min jest przekonana, że jej brat nigdy nie zrobiłby czegoś takiego i by wyjaśnić sprawę rusza na poszukiwania brata.
Smocza Perła” jest pierwszą książką z serii Rick Riordan Przedstawia, jaką miałam przyjemność przeczytać. Po prostu nie mogłam jej odmówić. Space opera z lisimi duchami? Sam pomysł na połączenie mitologii z sci-fi jest czymś niesamowitym. Jednak w tym gatunku niezbyt często spotykamy się z wykreowaniem całego świata opartego o jakiś system magiczny. Nie, tutaj idzie się bardziej w ten aspekt „naukowy”, który często na tyle trzyma się praw fizyki, na ile autorowi to pasuje. Nie oszukujmy się, wiele aspektów potrzebnych do istnienia sci-fi bardzo luźno trzyma się tego, co jest możliwe, jeżeli weźmiemy pod uwagę nauki ścisłe. Jednak ze względu na sam gatunek, rzadko mamy tu do czynienia z magicznymi stworzeniami czy czarami. A w „Smoczej Perle” autor tak po prostu stwierdził, że mitologia leci w kosmos, czas na połączenie gatunków i nie dyskutujemy z tym. Kocham go za to! Efekt jest genialny. Trzeba po prostu założyć, że to jest młodzieżówka, bohaterka ma 13 lat i najmniej istotną rzeczą jest, na ile wszystko powinno jej się udawać. To ma być dobra zabawa z udziałem magii i kosmosu.
Był to mój pierwszy kontakt z mitologią koreańską. Niby wcześniej coś tam słyszałam o tych lisich duchach, ale bardziej w kontekście mitologii japońskiej, jednak nie było to wiele. Zaliczyłam też prelekcję Simona Zacka o smokach, więc mniej więcej wiedziałam jak postrzega się je w Azji. Ale tak poza tym wszystko było dla mnie nowe. Najbardziej spodobało mi się to, jak mocno autor posługiwał się przesądami. Okazało się, że to jeden z głównych elementów funkcjonowania tego świata. Rany, tutaj jedną z najważniejszych rzeczy w funkcjonowaniu statków jest przepływ energii „duchowej”. To chyba mówi w jakim stopniu aspekt sci-fi przenika się z wątkiem mitologicznym. Do tego te wszystkie upiory, gobliny, tygrysy… Przepadłam! Chcę więcej! Naprawdę, autor przedstawił koreański folklor w sposób na tyle magiczny i intrygujący, że przez kolejne tygodnie mogłabym czytać książki związane tylko z tym.
Bardzo podoba mi się konstrukcja fabularna. Nie jest ona zbyt skomplikowana, ale za to naprawdę dobrze poprowadzona. Pewnych rzeczy da się domyślić, ale autor przez cały czas utrzymywał moje zainteresowanie. Samo to, jak przedstawił życie kadetów było na tyle wciągające, że niechętnie odkładałam książkę. Od razu wiadomo, które postacie będą znaczące i poznanie ich motywów oraz wpływu na ciąg wydarzeń jest naprawdę zajmujące. Na koniec jest trochę kontrolowanego zamieszania, jak to najczęściej się robi. Jednak wszystko konsekwentnie kręci się wokół Smoczej Perły i tajemniczego zniknięcia Juna. Wiadomo, niektóre rozwiązania są dość proste czy też zrobione na wyrost. Min musiało się udać, a często brakowało jej odpowiedniej pozycji do załatwienia pewnych spraw. Taki urok młodzieżówek, że dostajemy młodego bohatera i jeśli będziemy realistami, to po drugim rozdziale utknie on w punkcie bez wyjścia, bo jest tylko nastolatkiem. Ostatecznie nie ma tu wiele absurdu, a sama Min też nie jest typową, głupiutką bohaterką, której wszystko wychodzi na farcie. Kilka razy wkopała się w niezłe bagno, więc możecie być spokojni. Nie czuć tu żadną Mary Sue.
Wyjątkowo polubiłam postacie, chociaż na końcówce już nie byłam pewna komu ufać. Jednak na dobry początek mamy Min, która jest totalnie uparta i ma wręcz powalający talent do wpadania w kłopoty. Podoba mi się to, że jest konsekwentna. Ona wie, że to co robi, to jakieś szaleństwo i co chwila ma przez to problemy, ale ma ten swój cel i idzie do niego bez jęczenia. Jak ma czyścić toalety przez kolejne miliard dni, to to zrobi bez marudzenia jaki to świat jest niesprawiedliwy. Nie ma co chwila przemyśleń, że może jednak powinna wrócić, bo przecież ten świat jest do dupy i co chwila ma kłopoty. Wpadła w jakieś bagno, ale dobra, dostosuje się i znajdzie wyjdzie bez wołania na pomoc co pięć minut. Szanuję takie budowanie postaci, bo jednak najczęściej jak już bohater wpada w kłopoty, to autor pokazuje jaki to świat jest zły i niesprawiedliwy. W „Smoczej Perle” tego nie ma, totalna konsekwencja, bez jojczenia, że nasza Min jest taka pokrzywdzona. Naprawdę bardzo dobrze mi się czytało o jej karierze „kadeta”, bo po prostu czułam, że ona chce się przystosować i nie będzie marudzić na obowiązki. Do tego muszę dodać, że nie robiła tego po linii najmniejszego oporu, byleby tylko dostać się tam, gdzie chce, ale starała się, jakby realnie zależało jej na karierze w Siłach Kosmicznych. Poza tym bardzo spodobało mi się kreowanie wyrazistych postaci, z którymi mogę mieć jednoznaczne skojarzenia, ale które przy okazji były w stanie do końca mnie zaskakiwać. Wątek kapitana bardzo dobrze to pokazuje, autor przez całą książkę buduje u niego obsesję na punkcie Smoczej Perły, ale nie robi z niego zupełnego, przerysowanego wariata. Do końca nie byłam pewna jak zakończy się jego historia i czy zaraz nie dostaniemy jakiegoś plot twistu związanego z motywami pana kapitana. Do tego jest jeszcze taki drobny szczegół, który bardzo mnie ujął. Dostaliśmy tu społeczeństwo, w którym rzeczą oczywistą jest, że nie każdy określa swoją płeć tylko jako kobieta czy mężczyzna. W bardzo porosty sposób się tu wyróżnia, jak do kogo się zwracać i do tego jedna z postaci drugoplanowych nie określa się z żadną płcią, a jest przedstawiana bardzo naturalnie. Wiecie, Sujin po prostu jest i nie ma żadnego rozkminiania czemu, po co i jak, nie musi się tłumaczyć czy opowiadać historii swojego życia. Wszyscy tam akceptują ten fakt tak samo, jak to, że niebo jest niebieskie i czytelnik musi po prostu to zaakceptować i czytać dalej. Uwielbiam takie podejście, bez robienia wielkiej afery. Jasne, że skupienie się na tego typu wątkach też jest ważne, ale tylko ze względu na to, że społeczeństwo jest jakie jest. Tu autor totalnie to olał, postawił czytelników przed faktem dokonanym i stwierdził, że on nie musi robić z tego wielkiej historii. Jakby świat był na tyle piękny, że jest to dla nas kolejną, zwykłą cechą i nie trzeba się z tego powodu martwić.
Smocza Perła” jest książką, która totalnie wpisuje się w styl Riordana. W ogóle nie miałam wrażenia, że pisze to mniej doświadczony autor. Czułam się, jakby po prostu tematyka się zmieniła. Był klimat, świetnie napisane postacie i wyjątkowo przyjemna w odbiorze fabuła. Zakochałam się w mitologii koreańskiej, głównej bohaterce i samym autorze. Uwielbiam to, że nie uznaje żadnych kompromisów, po prostu robi to, co mu się podoba, bo to jego książka. Wyszło to genialnie. „Smoczą Perłę” czytałam z wielką przyjemnością. Choćbym była wymęczona wszystkim innym, jak już otwierałam tą książkę, zapominałam, że padam na pysk i chciałam tylko czytać. Polecam! Po prostu polecam każdemu kto kocha młodzieżową fantastykę i nie przejmujcie się, że to też sci-fi. Nie pogubicie się, autor naprawdę nic nie komplikował. Jak wiecie czym jest grawitacja, nie powinniście mieć kłopotów z odbiorem. „Smoczą Perłę” mogę nawet ambitnie porównać do wymieszania „Illuminae” z „Percym Jacksonem” tylko bez tego riordanowego poczucia humoru. Czytajcie to, ludzie!


Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria Książki


1

środa, 20 marca 2019

Miało być klimatycznie: Cienie Nowego Orleanu, Maciej Lewandowski


„Odkąd demony nie są zapraszane, przychodzą same.”

Tytuł: Cienie Nowego Orleanu
Autor: Maciej Lewandowski
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 350
Ocena: 4/10
Opis: John Raymond Legrasse, doświadczony nowoorleański policjant, podczas policyjnego nalotu na przemytników trafia do dziupli handlarzy żywym towarem. Znajduje tam makabrycznie okaleczone zwłoki młodej kobiety. Tropy prowadzą do niewyjaśnionej sprawy z przeszłości, rytualnego mordu dokonanego przez tajemniczą sektę. Zamordowanej dziewczynie wyryto na skórze tajemnicze znaki oraz zdarto płat skóry z pleców. Odsunięty od sprawy Legrasse prowadzi własne śledztwo. Podążając śladem handlarzy żywym towarem, dociera do zakładu fotograficznego, w którym znajduje nagrania brutalnych gwałtów i tortur czarnoskórych kobiet. Kolejny ślad prowadzi do Kaznodziei, przywódcy sekty przywołującej demony…


Jak ja się zawiodłam! Rany, tak bardzo chciałabym napisać, że ta książka była klimatyczna, magiczna i tak dalej, i tak dalej, móc polecić kolejnego polskiego autora, ale nie! Męczyłam się z nią ponad tydzień, chociaż ma tylko 350 stron. Po przeczytaniu „Cieni Nowego Orleanu” nie mam pojęcia, jak mogłabym ją określić poza „nuda” i „fabuła się zgubiła”. I to jest najgorsze! Bo nawet nie było tu nic, co by mnie tak gigantycznie zirytowało, że miałabym już jakiś szkielet na recenzję. Po tej książce zostało mi jedno wielkie NIC. Trzy dni zbierałam się, żeby zacząć pisać tę recenzję, bo zupełnie nie mam pojęcia, jak to ugryźć. Nie mam ochoty do tego wracać, nie mam pojęcia, co właściwie przeczytałam  problemy pierwszego świata.
Tak szczerze, wybrałam do recenzji „Cienie Nowego Orleanu”, bo w materiałach przesłanych przez wydawnictwo zapowiadały się naprawdę dobrze. Nowy Orlean to kolejne miasto dookoła którego dałoby się stworzyć niesamowicie magiczny klimat, do tego miała być mitologia Cthulhu, dodajmy do tego voodoo. Ogólnie: okultyzm, ogrom czarnej magii, demonów, nastrój wręcz idealny. Główny bohater też wydawał się interesujący – racjonalista, który już wcześniej zetknął się z demonicznym kultem. Opis sugeruje, że facet jeszcze nie przetrawił tych wydarzeń i wracają do niego jako koszmary. Od razu ma się nadzieję, że to będzie ten świetny wątek, w którym dostaniemy trochę takiej przyziemnej psychologii i zabawy tym, że on nie wierzy w tę czarna magię, ale w końcu będzie musiał to zmienić. To jest genialna podstawa! Nie wyszło to jednak ani trochę.
Próbowałam dawać tej książce szanse. Przez pierwsze 150 stron jeszcze liczyłam, że zaraz wyklaruje się jakaś jedna linia fabularna, za którą da się podążać i poukładać na niej wydarzenia. Miałam nadzieję, że skończą się zbędne opisy i przeciąganie, a zacznie się jakaś akcja, pojawi się więcej magii i tego całego kultu. Tylko że do samego końca nic takiego nie dostałam! Ostatni rozdział jeszcze nabrał jakiegoś mniej męczącego tempa i klimatu, ale to, co się tam wydarzyło… Mam wrażenie, że autor, zaczynając to pisać, nie miał pojęcia, jak w ogóle chce książkę zakończyć i jak ta oś fabularna ma się ukształtować. Jest kilka rozdziałów, w których niby coś się wyjaśnia i każdy z nich wygląda, jakby pisarz dopiero na to wpadł i chciał wykorzystać. I to mogły być zakończenia, ale zostawał jeden mały kawałek, który pozwalał to ciągnąć dalej i wyszło z tego takie nijakie coś. Ta historia po prostu mi się nie klei i wszelkie te rozwiązania wydają się takie płaskie i nijak powiązane z wydarzeniami. Bo tak naprawdę nie ma żadnych tropów czy powiązań między jednym wydarzeniem a kolejnym. Po prostu pan porucznik wpada do różnych osób popytać o sprawę, aż w końcu ktoś mówi: „ej, ja to od tego XYZ załatwiłem” i BAM, XYZ NALEŻY DO KULTU. No ktoś musiał, super. Ale to jest takie wyciąganie jakiegoś rozwiązania, bo trzeba.
Najbardziej zmęczył mnie styl, w jakim ta książka jest napisana. Opis „Cieni Nowego Orleanu” sugeruje, że będzie to książka klimatyczna i można założyć, że autor choć w pewnym stopniu jest zainteresowany tym miastem. No super, tylko to objawia się tym, że w najróżniejszych momentach dostajemy całe akapity na temat jakiejś dzielnicy. Musi być jak najbardziej opisowo, coby pokazać, że zrobiło się risercz, a najlepiej dorzucić do tego jeszcze trudne słownictwo. Fragmenty te nie wnoszą nic, nijak odnoszą się do tego, co aktualnie robi bohater i po prostu nie chce się ich czytać. Z opisami bójek jest podobnie, czasami postacie napieprzają się przez trzy strony i człowiek już ma dość. No ile można czytać o tym, jak ktoś ustawił gardę i gdzie się komu przypieprzyło? Przepraszam, ale to nie jest interesujące w aż takim stopniu. Po dwóch akapitach po prostu uciekało całe napięcie i ja miałam tego zwyczajnie dosyć. Do tego momentami autor tworzy zdania tak długie, że ciężko jest zrozumieć, co się przeczytało. A momentami wręcz jedno zdanie zupełnie nie zgadza się z poprzednim. Przez to wszystko całkiem spora część „Cieni Nowego Orleanu” zlewała mi się w takie jedno „bla bla bla”, już nie miałam siły na szukanie sensu w zdaniach i nawet najmniejsze zainteresowanie się opisami. Byłoby choć odrobinę lepiej, gdyby zamiast opisywać każdą mijaną dzielnicę, bardziej skupić się na mitologii i czarnej magii. Dać więcej klimatu w miejscach, w których się ona pojawiała, zamiast tylko dodawać, że „cuchnęło czarną magią”. Po tej książce nie mam ani trochę większego pojęcia o voodoo czy Cthulhu. Mało tego, ja nawet nie do końca wiem, jak wyglądał przedstawiony tu kult, poza tym że na pewno wierzyli w kolesia-krakena tak uwielbianego w popkulturze. Gdyby autor chociaż trochę bardziej skupił się na tym aspekcie, dodał trochę tej demonicznej magii w odpowiednich miejscach i napisał kilka wydarzeń z perspektywy tych wyznawców, powstałby odpowiedni klimat. Tymczasem wiemy, że tacy ludzie są, czarna magia też w sumie istnieje, ale prawie się nie pojawiała, były jakieś wydarzenia na bagnach i ludzie w to zamieszani lubią mordować czarne dziewczyny. Przez resztę czasu łazimy z panem porucznikiem przesłuchiwać ludzi, czytamy o architekturze i mieszkańcach poszczególnych dzielnic, no i tłuczemy temat prohibicji i porno. I nie twierdzę, że te tematy nie mogły być ciekawe, ale ta książka nie tak się zapowiadała i styl, w jakim jest to napisane po prostu męczy niemiłosiernie. No i gdyby płacili mi za każdym razem, jak jakaś postać posika się ze strachu… Dosłownie każdy, kto się tam przeraził to robił! To nie jest jedyna reakcja fizyczna na strach! Nie każdy reaguje tak samo! Naprawdę, skoro to jest rzecz, z którą kojarzy mi się ta książka, było jej za dużo i jest to zwyczajnie niewiarygodne, żeby wszyscy, jak leci, sikali z przerażenia. W ogóle mam wrażenie, że odnośnie różnych rzeczy autor miał określony zestaw opisów i tylko ich w tym temacie używał. Bez problemu dałoby się dobrać inne przymiotniki i dodać trochę różnorodności, no ale wszyscy sikają ze strachu i kawa zawsze ma posmak mułu.
Może chociaż postacie jakoś się bronią? No cóż… Pan porucznik zapowiadał się obiecująco, jako koleś, z którym mamy śledzić te wydarzenia, ale… ALE! To, że on nadal ma pewien uraz po wydarzeniach na bagnach czy też kolejnych, które działy się później, pojawia się tylko w jednym kontekście. Jakim? „No przeżył to i to, straszna rzecz, a śniadanie było smaczne.” Jedno zdanie i koniec. Nie ma to żadnego wpływu na zachowania naszego bohatera, na jego relacje czy choćby poglądy. Nic, po prostu sobie było i minęło. To tak nie działa. Ludzie tak nie działają. Tak to można skwitować stłuczenie szklanki czy wpadnięcie na nielubianego profesora na uniwerku. Ten jego sceptycyzm odnośnie rzeczy nadnaturalnych też przedstawia się w taki sposób i całkowicie nie ma wpływu na fabułę. W dodatku autor przedstawiając go musi robić to w taki totalnie „brudny” sposób. Wiecie, to ten stary gliniarz, który będzie się lał po mordach, pił gorzałę i klął, ile wlezie. Nie kupuję tego. Ta postać jest nijaka. Poza tym autor, jak już wspomina o postaciach, to określa je: narodowością, pełnym imieniem i nazwiskiem albo samym nazwiskiem. Czułam się trochę jak w jakimś korpo, gdzie trzeba trzymać dystans. Jeszcze jedna taka głupia sprawa – zastanawiam się, kto normalny pije przed jakąkolwiek akcją policyjną czy też samozwańczą, podczas której wszyscy będą się lać i strzelać. To jest zwyczajnie głupie! Nie wiem, czy to miało nadać naszym bohaterom więcej męskości czy czego, ale jest po prostu głupie i żaden rozsądny człowiek by tak nie zrobił. Nie wiem, może nie czuję klimatu lat 20., ale picie alkoholu nie wydaje mi się ich jedyną cechą. A tu to trochę tak wygląda.
Naprawdę, starałam się szukać pozytywów w tej książce i jestem równie zawiedziona, co po „Wilczej Godzinie”. W ogóle te książki wydają się mi mieć wiele wspólnego i rozczarowały mnie w podobny sposób. Muszę autorowi oddać to, że jak już budował napięcie, nagle przestawał się rozdrabniać i były to fragmenty, które czytałam z przyjemnością. Niestety, ta gorsza część mocno przeważyła. Nie jestem w stanie polecić „Cieni Nowego Orleanu”. Tobyło potwornie nudne i nijakie, przekazu też nie znalazłam, za to trafiłam na trochę głupot. Chociaż przyznaję, książka nie irytowała mnie, nie wzbudzała we mnie nienawiści czy złości. Nie wiem, może po prostu totalnie nie pasuje mi styl autora, jednak ten jeszcze byłabym w stanie znieść, gdyby było tu więcej właściwych treści i opis byłby adekwatny. Bo nadzieje były wielkie, a wyszło trochę jak „Niesamowity Hulk” (tak, taki film istnieje i zalicza się do MCU).

Za książkę dziękuję wydawnictwu Uroboros

1

środa, 13 marca 2019

"Idź spać, Alys":
Bestia, Peternelle van Arsdale [PREMIEROWO]

„Bestia straszliwa jest
By skryć się przed jej mocą
Bramę zamknij, inaczej bowiem
Ani chybi dopadnie cię nocą”

Tytuł: Bestia
Tytuł oryginału: The Beast Is An Animal
Autor: Peternelle van Arsdale
Tłumaczenie: Paweł Łopatka
Data premiery: 13 marca 2019
Wydawnictwo: Poradnia K
Liczba stron: 317
Szerokość grzbietu: 1,5cm
Krótka ocena: Historia, która wciąga w baśniowy, mroczny świat i nie pozwala tak łatwo o sobie zapomnieć.

Część z Was może już zdawać sobie sprawę z miłości, jaką darzę powieści z pogranicza fantastyki i sensacji oraz mojej fascynacji motywem bliźniąt. Kiedy więc zapoznałam się z opisem Bestii, nie mogłam odmówić sobie zapoznania się z historią mrocznych sióstr.

Jednego jestem pewna – oniryczna atmosfera powieści oczarowuje i urzeka. Klimat Bestii przywodzi mi na myśl baśnie braci Grimm. Historia jednak odległa jest od przyjemnej historii dla dzieci, pełna mroku, krwawa, a jednocześnie niesamowicie klimatyczna trzyma w napięciu i wciąga. Po przeczytaniu Bestii niełatwo jest się otrząsnąć i wrócić do rzeczywistości.

Historia zaczyna się, kiedy w dość ubogiej wiosce przychodzą na świat bliźniaczki, Angelica i Benedicta. Wraz z ich narodzinami nadchodzi głodowa susza, którą mieszkańcy zrzucili na barki nowo narodzonych dziewczynek. Postanowili zatem wygnać je wraz z matką. W bliźniaczkach od małego było coś niezwykłego. Są one pożeraczkami dusz. Po latach życia w lesie powracają trawione głodem, uśmiercają niemal całe Gwenith. Ocalały jedynie dzieci, które przygarnęli pod opiekę mieszkańcy sąsiedniej osady. Legendy o pożeraczkach krążą między ludźmi, a jedyną osobą, która ich się nie obawia jest Alys, dziewczyna o tajemniczym darze, przyzywana przez las.
I tu urwę, żeby nie powiedzieć Wam za dużo...

Styl Arsdale ma w sobie coś magicznego. Czytając Bestię, przeniosłam się do zupełnie innego wymiaru, pełnego różnorodnych wyrazistych bodźców. Baśniowość tej książki z pewnością ma korzenie nie tylko w samej historii, ale także w sposobie, w jaki została ona opisana. Autorka prowadzi fabułę spokojnie – przez co Bestia ma w sobie coś jakby z sennych marzeń – ale jednocześnie stanowczo prze do przodu, do celu, do rozwiązania historii. Bestia jest jak niesamowity koszmar, senna mara, która nas przeraża i fascynuje w tym samym momencie. Sen, z którego chcielibyśmy jak najszybciej się wydostać – bo napełnia nas lękiem – a jednocześnie na tyle intryguje, że nie będziemy w stanie się z niego wybudzić, dopóki nie poznamy zakończenia.

„Alys leciała. Płynęła. Rosła. Puszczała pędy i traciła liście.
Gnieździły się w niej zwierzęta, pełzały chrząszcze i dżdżownice, składano niezliczone jaja.
Stawała się ziemią, wodą i powietrzem.”

klik » @chaos_cupcake « klik
Szereg nietuzinkowych bohaterów jedynie podbija walory tej powieści, dodaje jej ciekawych smaczków. Zacznijmy od pożeraczek dusz, bliźniaczek, które karmią się ludzkim życiem. Niezwykłe istoty, postaci, które wzbudzają chyba największą ciekawość w całej historii. Zdają się być złożone z żywiołu, z liści i błota, fascynują i za każdym razem swoim pojawieniem się wzbudzają dreszczyk emocji. Dalej, różnorodni mieszkańcy wiosek – ich podejście do życia i sposób myślenia, zapatrzenie w wierzenia, uwielbienie dla plotek i przerażających ludowych bajań. Wachlarz postaci, które w różny sposób radzą sobie z myślami o pożeraczkach dusz i ich nawoływaniami.
Nie mogę tu nie poświęcić kilku zdań Alys, głównej bohaterce tej wciągającej powieści. Niesforna dziewczyna, która straciła rodziców, trafiła do nieprzyjaznej osady, obdarzona jest niezwykłym darem (nie zdradzę szczegółów!) i wzywana przez las. Obserwujemy jak dorasta, widzi i rozumie coraz więcej ze świata, jak jej swoista więź z pożeraczkami dusz się rozwija. Muszę Wam przyznać, że chyba dość silnie się z nią utożsamiłam. Alys ma w sobie pewien zadziorny pazur, jest pełna emocji, ale jednocześnie umie nad sobą zapanować i podjąć zaskakująco rozsądne decyzje. Daleko jej do jednej z tych głupiutkich irytujących postaciek pierwszoplanowych i myślę, że nie da się jej nie polubić.

Na koniec jeszcze klika drobnych słów względem kwestii estetycznych... Muszę się przyznać, że kiedy zobaczyłam pierwotnie zdjęcie okładki, byłam nią mocno zawiedziona. Gdy jednak książka do mnie przyszła, totalnie zakochałam się w grafice, a po zapoznaniu się z treścią, kocham ją chyba jeszcze mocniej. Muszę jednak wskazać jeden duży minus, który wpłynął na komfort czytania. Bestia ma przeraźliwie białe strony, których jestem zagorzałą przeciwniczką. Cóż, dla tej książki warto było jednak się przemóc i mimo tej bieli męczącej wzrok, towarzyszyć Alys i pozostałym mieszkańcom Byd w tej niesamowitej historii. Polecam całym serduszkiem!


Za możliwość poznania Bestii
gorąco dziękuję Wydawnictwu Poradnia K

0

poniedziałek, 4 marca 2019

W środy będziemy składać Szatanowi kota w ofierze: Pozłacane Wilki, Roshani Chokshi


„Jakby kiedyś umiał latać, ale niebo się z niego otrząsnęło, pozostawiając mu jedynie wspomnienie skrzydeł.”



Tytuł: Pozłacane wilki
Autor: Roshani Chokshi
Wydawnictwo: Galeria książki
Ilość stron: 428
Ocena: 10/10
Opis: Paryż, rok 1889 – świat stoi u progu nowej ery, ery przemysłu i elektryczności, a zorganizowana w stolicy Francji Wystawa Światowa tchnęła nowe życie w ulice miasta i wydobyła na światło dzienne stare sekrety. W tej metropolii nikt nie śledzi tajemnic tak bacznie jak poszukiwacz skarbów i zamożny hotelarz Séverin Montagnet-Alarie. Kiedy zwraca się do niego o pomoc potężna organizacja, Zakon Babel, Séverin otrzymuje propozycję dostępu do skarbu, który uważał za stracony – do należnego mu dziedzictwa. Aby jednak odnaleźć poszukiwany przez Zakon starożytny artefakt, Séverin będzie potrzebował pomocy specjalistów: matematyczki z długiem do spłacenia, historyka, który nie może wrócić do domu, tancerki o ponurej przeszłości i kogoś, kto jest mu bratem, choć nie łączą ich więzy krwi, i kto chyba za bardzo troszczy się i niepokoi.
W poszukiwaniach artefaktu w mrocznym, pełnym luksusu świecie Paryża Séverinowi i jego towarzyszom przydadzą się ich spryt i wiedza. To, co znajdą, może odmienić świat – pod warunkiem że uda im się pozostać przy życiu.

„Kiedy byliśmy dziećmi, myślałem, że dorośniemy i zostaniemy królami albo kimś w tym rodzaju. Że będziemy mieli całe królestwo, które podzielimy między siebie.”


Książka z akcją osadzoną w Paryżu – świetnie! Biorę! Będzie klimat! Aha, a potem co dwie strony było „jak to, do cholery, się czyta?!” i „przeczytam wszystkie niezrozumiałe sylaby jako »ż« i ujdzie”. Dzień dobry, u mnie wszystko po staremu!
Pozłacane wilki” wzięłam na tapetę, bo chyba mało mi wrażeń w życiu i nie ma to jak kilka deadline’ów naraz. Nawet trochę się bałam, że nie wzięłam żadnej fantastyki, bo opis okładkowy nie sugerował niczego magicznego. Nie ma to jak przygoda! Wróciłam z niej trochę poturbowana. Roshani Chokshi to zła kobieta! A do tego fantastyka rąbnęła mnie w twarz już na pierwszych stronach – kocham takie zaskoczenia.
Po pierwsze bardzo ważna rzecz: „Pozłacane wilki” to fuzja „Szóstki wron”* i „Kruczych chłopców”. Mamy tu prawie niewykonalny włam, którego ma dokonać grupa młodych ludzi, a każde z nich ma swoje prywatne motywacje. No i te postacie są tak cudowne, związane ze sobą tak pokręconymi więzami, że ciężko było mi nie pomyśleć o Gansey’u i jego magicznej ekipie. W dodatku pojawia się wykorzystanie mitów i legend, które są kluczowe dla fabuły, więc autorka mocno złapała za serducho i raczej szybko nie puści. Chociaż to nadal zła kobieta i ostatnich rozdziałów za nic jej nie wybaczę.
Pamiętacie historię o Wieży Babel? Wyobraźcie sobie, że po jej zburzeniu Bóg rozrzuciłby jej fragmenty po świecie. Dałoby to niektórym ludziom zdolności związane z formowaniem materii lub umysłu. Severin oraz jego ekipa z hotelu Eden zajmują się szeroko pojętym pozyskiwaniem starożytnych artefaktów należących do Zakonu Babel lub z nim powiązanych. Po jednym z takich pozyskań zostaje on przyłapany przez przyjaciela z dzieciństwa, który składa mu pewną ofertę. Za wykonanie niemożliwego zadania, którym jest kradzież rzadkiego artefaktu, Severin mógłby odzyskać prawa do dziedzictwa, które odebrano mu lata temu.
Do „Pozłacanych wilków” podeszłam z pewnym dystansem. Uznałam, że będą kolejną młodzieżówką, która może być dobra lub zła, ale nie wywoła u mnie jakiegoś większego szału. Wpływ na to miały też opinie o samej autorce. Zanim w ogóle usłyszałam o „Pozłacanych wilkach” naczytałam się, że Roshani Chokshi pisze raczej przeciętnie i nie wzbudza wielkich zachwytów. Nie miałam wygórowanych oczekiwań i po kilku rozdziałach wzięło mnie z zaskoczenia. Nagle okazało się, że kocham co najmniej połowę bohaterów, a przy tym powyłaziły wątki z jakimiś tajemnymi zakonami, magicznymi artefaktami i… Czy mogę prosić o więcej?
Fabuła jest podobna do tego, co mamy w „Szóstce wron”. Kto czytał, ten powinien zrozumieć. Mamy pewną grupę wyrzutków z wielkimi marzeniami. Każde z nich ma swoje tajemnice lub mroczną przeszłość, z którą prędzej czy później będą musieli się zmierzyć. Mają też marzenia, których spełnienie wcale nie jest łatwe. Ich zadaniem jest wykradzenie pewnego cennego przedmiotu ze ściśle strzeżonego miejsca, a żeby tego dokonać będą potrzebowali wszystkich talentów, jakie posiadają i całkiem sporo szczęścia. Jednak potem dzieją się jakieś dzikie plot twisty i okazuje się, że autorka przygotowała tu trochę grubszą akcję. Wiecie, nowy porządek świata, nawiedzona sekta pragnąca boskiej mocy i temu podobne atrakcje. Niewinnie uznałam, że nie wykorzysta tego w takim stopniu, skoro to pierwsza część w serii, a na jakieś 100 stron przed końcem zaczęły się dziać dziwne rzeczy. 80 stron później zrobiła to samo i… Halo? Policja? Czy takie zagrania są dozwolone? To zakończenie miało być piękne i kochane. Ona zrobiła to, co tacy Riordan, Clare czy Kristoff – rozwaliła wszelkie moje oczekiwania, zamordowała wszelkie szanse na szczęśliwe zakończenie i stwierdziła, że było za lekko, więc dowali jeszcze czymś! Szanuję, zrobiłabym to samo.
Bardzo spodobał mi się pomysł na zmieszanie różnych wierzeń i kultur, podłożenie pod wszystko jakiejś legendy – w tym wypadku o Wieży Babel – dodanie do tego tajnych organizacji i magicznych mocy. Czasami to uruchomiało we mnie myślenie spiskowe, a raczej przypominanie sobie różnych teorii, które próbowałam dopasować do fabuły. Świetnie się przy tym bawiłam, uwielbiam, kiedy książka uruchamia we mnie takiego kombinatora. Kocham wszelkie crossovery, powiązania między kulturami i sama nie raz kombinowałam z takimi pomysłami. Poza tym czytelniczo wychowywałam się na książkach Riordana, więc wszelkie odniesienia do najróżniejszych mitologii wywoływały u mnie zaciesz. Kocham nawiązania, które rozpoznaję po najdrobniejszych szczegółach. To sprawiło, że „Pozłacane wilki” były dla mnie jeszcze przyjemniejsze w odbiorze, jak i miały swój tajemniczy klimat.
Wspomniałam już, że ta książka przypomina mi też o „Kruczych chłopcach”, którzy słyną głównie z tego, że mamy piękne postacie, kochające się nawzajem w cudowny sposób i wystarczy, że pomyśli się o więziach między nimi, żeby popaść w zachwyt. „Pozłacane wilki” wypadają na tym polu prawie tak samo genialnie! Chyba nie ma postaci pierwszoplanowej, której bym nie pokochała! Dosłownie na nikogo nie mogę powiedzieć złego słowa! Po pierwsze ujęły mnie relacje między nimi. To, jak Severin troszczy się o wszystkich, jak wyglądają ich przyjaźnie, szczególnie ta między nim a Tristanem – chciałabym uściskać ich obu. Sposób w jaki te relacje ewoluują, szczególnie znajomość między Enrique, a Zofią i Hypnosem. To jest tak dobrze napisane, a przy tym tak niewinne, kiedy oni wszyscy nie bardzo wiedzą czy mają się lubić, czy nie. Zresztą sam Hypnos ujął mnie swoją niewinnością, kiedy spodziewałam się, że będzie wyrachowanym dupkiem. W dodatku przejawia pewne skłonności, które w książkach uwielbiam – głośno dopomina się o wino, bo bez niego nie da się rozwiązać kryzysu! Nawiązując do „Darów Anioła” – Magnus byłby dumny! No i zachwyca się pięknymi chłopcami, więc mamy ze sobą coś wspólnego. Poza Hypnosem upodobałam też sobie Tristana – to ten najbardziej niewinny klusek, który ma największy potencjał do znajdowania się na granicy śmierci, więc wszyscy go niańczą. Do tego ma dziwnego zwierzaka, którego kocha ponad wszystko i jak zaczyna się czepiać, ciężko brać go na poważnie, bo robi się jeszcze bardziej uroczy! Jest Zofia zamknięta w swoim naukowym świecie. Ta dziewczyna w ogóle nie ma pojęcia o interakcjach z innymi ludźmi, a jest w tym tak niewinna, że wszelkie sceny z nią robią się zabawne i kochane. Laila od razu miała fory, bo wprowadziła nawiązania do kultury hinduskiej, a ta tematyka nie jest zbyt często spotykana i przez to jeszcze bardziej magiczna. No i jej wątek jest wyjątkowo interesujący, ale nie mogę nic zdradzić. Jest też Enrique, czyli młody historyk zafiksowany na punkcie symboli. To jest ten sarkastyczny element, który stwierdzi, że pewnie wszyscy zginą, ale tak w sumie to może wziąć w tym udział. No i jak dostaje jakieś zadanie związane z odczytywaniem symboli i grzebaniem w archiwach, zmienia się w kochanego nerda. Na koniec mamy Severina, który jest dla wszystkich takim centrum wszechświata dla innych postaci. To on ich sprowadził do Edenu i wkręcił w swoją sprawę, a przy tym dał im dom i opiekę. Moja skromna opinia jest taka, że bierze na siebie za dużo i naprawdę chciałabym, żeby ktoś go trochę odciążył. Może przez większą część książki nie czuje się tego, ale na koniec naprawdę chciałam go uściskać i zabrać od niego całą odpowiedzialność. W ogóle to chętnie zaopiekowałabym się nimi wszystkimi.
Muszę przyznać, że od dawna tyle razy nie nawiązywałam do moich ulubionych autorów, ale nie potrafiłam inaczej. Ta książka wywoływała u mnie tak samo pozytywne wrażenia, po prostu jest dość młoda, więc mam już do czego porównywać. „Pozłacane wilki” nie są odkrywcze, jeżeli patrzeć na rozwiązania stosowane przez autorkę, ale to coś normalnego – trudno byłoby uzyskać całkowitą oryginalność, tak naprawdę wszystkie książki opierają się na schematach. Autorka za to zachwyca swoim pomysłem na świat, a przedstawia go w absolutnie magiczny sposób. Do tego postacie, z którymi poznajemy tą historię, sprawiają, że ciężko odkleić się od tej pozycji. Ja nie potrafiłam ich tak zostawić samym sobie, przez co przerywałam czytanie dopiero w momencie, w którym po prostu nie mogłam skupić się na tekście, bo byłam zbyt śpiąca. W ogóle jestem zaskoczona, jak bardzo pozytywne wrażenie wywarła na mnie ta książka. Przed chwilą uświadomiłam sobie, że chyba do niczego się nie przyczepiłam i nawet zaczęłam się zastanawiać, czy dałoby się coś takiego znaleźć… Ostatecznie muszę stwierdzić, że to kompletnie niedopuszczalne, żeby tak często wspominać w książce o słodyczach – ja przez to robiłam się głodna! No i francuski… Kompletnie nie wiem, jak czytać ten język i wychodzą z tego jakieś abominacje. Także polecam wam „Pozłacane wilki” bardzo mocno i z całego serca, ale ostrzegam, że na koniec będziecie mieli takie „PANI AUTORKO, PRZEPRASZAM, ŻE CO?!”. No, ale nie będę spoilerować.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria Książki

*Przysięgam, że w końcu wrzucę recenzję „Szóstki Wron”! Była gotowa już w styczniu :’)

PS Nie wiem czy to zmieni wasze życie, ale pisanie recenzji o godzinie 1 w nocy z podkładem w postaci Lady GaGi, Britney Spears i wszelkich hitów mojego dzieciństwa, to rzecz piękna. Mogłabym tak zawsze.
0

środa, 27 lutego 2019

Wszyscy krzyczeli "potwór": Muza Koszmarów, Laini Taylor


„Błękitne jak szafiry i lodowe góry, piękne jak gwiazdy.”


Seria: Strange The Dreamer
Tytuł: Muza koszmarów
Autor: Laini Taylor
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 512
Ocena: 9/10
Opis: Lazlo i Sarai nie są już dłużej tym, czym byli. Sarai, Muza Koszmarów, dopiero odkrywa pełnię swoich możliwości, tymczasem Lazlo musi dokonać wyboru niemożliwego: ocalić życie ukochanej czy wszystkich mieszkańców Szlochu? Otwarcie zapomnianych drzwi do nowych światów zamiast odpowiedzi przynosi wiele pytań – czy bohaterowie zawsze muszą zabijać potwory, czy mogą je… ocalić?

„Umysł jest dobry, jeśli chodzi o chowanie pewnych kwestii, ale nie potrafi ich wykasować.”


Małe ostrzeżenie na początek: nie czytajcie tej recenzji, jeżeli nie chcecie zaspoilerować sobie „Marzyciela”.
Dobrze, moi drodzy, mam nadzieję, że nie ma tu już żadnych przeciwników spoilerów i możemy zaczynać zabawę. „Muza koszmarów” jest jak niezaplanowane wyjście na pizzę, kiedy miało się zacząć oszczędzać. Zupełnie nie spodziewałam się przeczytać jej w najbliższej przyszłości, ale dostałam propozycję zrecenzowania jej i chociaż właśnie zjadają mnie terminy, to kosmicznie się cieszę, że nie odmówiłam. Jak się okazuje, drugi tom nie zawsze wypada słabiej.
Niedawno wrzucałam wpis o „Marzycielu”, który da się streścić jak „całkiem ładnie, ale pośladków nie urywa”. Marudziłam, że początek jest upierdliwy, bo autorka wrzuca czytelnika do jakiegoś przypadkowego świata i nie traci czasu na przedstawienie go. I tak sobie dyndasz w jakichś przypadkowych lokacjach, których nawet nie potrafisz umiejscowić względem tych wymienionych wcześniej. A potem bohaterowie docierają do Szlochu i w tym momencie ten problem znika, i jest ok… No ale ja nadal nie czułam tego, czym to się ludzie tak zachwycali. Bo „Marzyciel” miał być najbardziej magiczną książką pod słońcem i w ogóle odkryciem w fantastyce młodzieżowej. Według mnie – nie, to jedna z tych ładnych książek, które (poza początkiem) dobrze się czyta, ale nie jest jedną z tych, za którymi zatęsknię. Dlatego dobrze się stało, że „Muzę koszmarów” miałam okazję przeczytać zanim cała blożkosfera wybuchnie kolejnymi zachwytami. Poza tym podeszłam do niej już z pewnym dystansem, żeby po prostu poznać kontynuację historii z „Marzyciela”.
Muza koszmarów” zaczyna się dokładnie tam, gdzie zakończył się pierwszy tom. Sarai nie żyje, ale Minya’a zdążyła przywołać jej ducha i ma nad nią całkowitą władzę. Nasz mały niebieski diabeł chce wykorzystać tę sytuację, żeby zmusić Lazla, by zabrał ją do Szlochu, gdzie mogłaby zemścić się za Rzeź. Lazlo natomiast okazał się jednym z boskich pomiotów, posiada władzę nad mesartjum. Jednak przed tym, jak cytadela zawisła nad Szlochem, wydarzyła się też inna historia, która do tej pory nie znalazła swojego zakończenia.
Ta część bardzo mnie zaskoczyła pod względem fabularnym. „Marzyciel” opowiadał głównie o tym, jak Lazlo i Sarai się poznawali, przy okazji przedstawiając historię Szlochu i cytadeli. Ogólnie rzecz ujmując, bez fajerwerków. „Muza koszmarów” w większości to nadrabia. Widać, że w tym tomie, autorka miała już jakiś konkretny zarys wydarzeń i nie bawiła się w opowiadanie najróżniejszych, przypadkowych wydarzeń. Wreszcie dowiadujemy się, skąd w ogóle wzięli się Mesarthimowie, czemu i jak się zjawili, kim są i tak dalej. Chociaż przez pierwszą połowę książki ta historia jest na dalszym planie, naprawdę mnie wciągnęła. Zrobiło się z tego międzywymiarowe zamieszanie z zemstą jako motywem przewodnim i handlem ludźmi gdzieś w tle. W ogóle poczułam w tym trochę ducha Gwiezdnych Wojen, chociaż zamiast kosmicznych podróży, przemieszczamy się tu między światami. No ale tak delikatnie poczułam ten klimat. Jeśli zaś chodzi o boskie pomioty, to dzięki przeniesieniu Lazlo do cytadeli, narracja stała się to trochę płynniejsza. Jednak lepiej się czułam, kiedy co chwila nie skakało się między opowieściami dwóch postaci. Muszę też przyznać, że bardzo spodobało mi się to, w jaki sposób Taylor poprowadziła Miny’ę i wątek z pozostałymi boskimi dziećmi. Nagle okazało się, że to, co było w „Marzycielu”, to tylko małe skrawki tego, co wydarzyło się podczas Rzezi. Do tego co jakiś czas pojawiały się wstawki z Thyonem i Calixte ratującymi książki z biblioteki. To były tylko takie małe smaczki, ale po prostu kocham sam fakt, że się pojawili i autorka nie zostawiła ich samym sobie. Jakby tego było mało, Taylor co najmniej kilka razy nawiązała do „Córki dymu i kości”, za co ją uwielbiam i mam teraz wielką ochotę wrócić do tej serii! Żeby jednak nie było tak cukierkowo: romans Lazla i Sarai mnie po prostu męczył. To były najbardziej przegadane fragmenty książki, autorka rozpisywała się w nich o jakichś głupotach i objętościowo było to o wiele zbyt długie. Do tego pojawiało się czasami w takich chwilach, że miałam ochotę rzucić książką, bo już się niecierpliwiłam, co się dalej wydarzy w jakimś wątku, a tu nagle przerywnik, żeby nasze gołąbeczki mogły pogruchać. Lubię ich, ale co za dużo, to niezdrowo.
Muszę oddać Taylor, że psychologicznie wypadła świetnie. Potrafiła dobrze oddać charakter każdej postaci i wykorzystać je podczas pisania. Miny’a za przykład, bo okazała się ona jednym z największych zaskoczeń w „Muzie koszmarów”. W „Marzycielu” działała mi na nerwy, nic do niej nie docierało, tylko zemsta, zemsta i zemsta. Na początku tego tomu było podobnie i już zaczynałam podejrzewać, że ona po prostu taka jest; każda książka potrzebuje czarnej owcy. Jednak, gdy potem Taylor zaczęła wyciągać wątki związane z Rzezią i przywoływaniem duchów, zaczęłam tak totalnie rozumieć, co się z Miny’ą wydarzyło, że taka była. Po prostu kocham sposób, w jaki napisana jest ta postać. Z resztą tak samo uwielbiam przemianę Thyona – no po prostu nie dało się go nie pokochać, szczególnie kiedy sam się łapał na tym, że coś się zmieniło i reagował, jakby nie miał pojęcia, jak się funkcjonuje między ludźmi. To jest typ postaci, który kocham najbardziej – nieogarnięty klusek, który ma się za gorszego, niż jest naprawdę. Pod względem psychologicznym, bardzo dobra była też historia Kory i Novy. Tutaj akurat był niezły dramat i do samego końca nie miałam pojęcia, jak Taylor chciała to rozwiązać. Jednak sam sposób, w jaki opisywała obie dziewczyny i ich dalsze losy sprawiał, że dokładnie wiedziałam, jak się czuły, nie trzeba było tego pisać wprost! To jak w filmach – o wiele lepiej jest, kiedy samemu się widzi, co się dzieje z postacią, niż jak zaczynają opowiadać coś w stylu „ooo, jak jest mi przykro, że mój kot zażądał rozwodu”. Chociaż przyznam też, że pod koniec Nova przeokropnie działała mi na nerwy. Była już tak zafiksowana na punkcie Kory, że nie dało się do niej dotrzeć i to, co robiła, tak bardzo uderzało moje poczucie sprawiedliwości, że chciałam tam wejść i sama ustawić ją do pionu.
Dalej brakuje szerszego opisania świata, ale w tym momencie wszystko dzieje się w Szlochu albo w jakimś innym wymiarze, więc w „Muzie koszmarów” nie sprawia to problemów. Autorka za to wzięła się za przedstawienie, jak funkcjonują podróże między światami, wplotła do tego serafiny i tu przyznaję, że wypadło to dobrze. Gdyby w „Marzycielu” postąpiła podobnie z przedstawieniem choćby samej Zosmy, mogłoby to być naprawdę interesujące miejsce i podejrzewam nawet, że chociaż trochę bym się zakochała. No ale były serafiny i nawiązania do „Córki dymu i kości”, więc na mojej gębie pojawił się nostalgiczny uśmiech i nawet nie mam ochoty się tego czepiać.
Przyznaję, że „Muza koszmarów” nadal nie jest książką, do której będę często wracać myślami, ale nie jest fizycznie możliwe zakochać się w każdej przeczytanej książce. Jednak była ona pewnym zaskoczeniem po „Marzycielu”, którego czytałam od tak, bo po prostu był przyjemną historią. Tym razem naprawdę wciągnęłam się w fabułę. „Muza koszmarów” wyciągnęła ze mnie pewne emocje i mogę wyraźnie stwierdzić, co mnie złapało za serce, a co wręcz przeciwnie. Z pierwszym tomem miałam raczej tak, że „no wszystko fajnie, ale co z tego?”. Także, jeżeli „Marzyciel” was nie zachwycił, ale też nie zraził, „Muza koszmarów” powinna przypaść wam do gustu. A tych zachwyconych raczej nie muszę przekonywać, bo drugi tom jest lepszy niż pierwszy!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu SQN
0

sobota, 23 lutego 2019

Czy książę znów strzelił focha: Adeptka, Rachel E. Carter


„Zasługuję na jedną dobrą rzecz. Na jedną dobrą rzecz za to, że zawsze robiłem, co mi kazano, że byłem tym, kim chcieli.”


Seria: Czarny Mag
Tytuł: Adeptka
Autor: Rachel E. Carter
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 441
Ocena: 6/10
Opis: Ryiah przetrwała próbny rok w Akademii Magii, ale dopiero teraz zaczyna się dla niej prawdziwa nauka.
Dziewczyna dostała się do wymarzonej frakcji bojowej, ale musi stawić czoła nauczycielowi, którego nie znosi, i wrogo nastawionej Priscilli. Sytuacji nie ułatwia też relacja z Darrenem, oscylująca między wrogością a sympatią, może nawet fascynacją…
Kiedy jeden z uczniów zostaje zabity w nieprzyjacielskim ataku, nauka schodzi jednak na dalszy plan. W powietrzu wisi wojna, być może Ryiah będzie musiała wykorzystać swoje umiejętności szybciej, niż sądziła.

Na początku odsyłam do recenzji pierwszego tomu „Czarnego Maga”. Uważam, że bez sensu będzie powtarzać rzeczy, które już napisałam i czytanie o kontynuacji to proszenie się o spoilery. Wiecie, mi one nie przeszkadzają, ale zaraz ktoś będzie chciał do mnie strzelać.
Pierwszy rok” zapamiętałam jako taką lekką historię, którą czyta się szybko, ale przy tym nie ma się wrażenia, że robi z mózgu papkę. Nie powiem, że była to ambitna pozycja, ale nie jest przy tym nieskończenie głupia i nielogiczna. Autorka pisze w bardzo prosty i schematyczny sposób, bez poplątanej fabuły i nagłych zwrotów akcji. Zarówno pierwsza, jak i druga część są bardzo przewidywalne, jednak okazuje się, że nie zawsze jest to coś złego. Carter pisze w stylu podobnym do fanficków, tych dobrych, na których rozdziały niecierpliwie się czeka i czyta się je dla czystego relaksu. Dlatego chętnie zgłosiłam się po „Adeptkę” – czasem potrzeba mi takiej książki, ale znalezienie czegoś w tym stylu, co nie będzie irytujące, głupie i nielogiczne, graniczy z cudem.
Po pierwszym roku w akademii magii Ryiah, jako jedna z niewielu, dostała się na praktyki we frakcji boju. Przez kolejne cztery lata ma uczyć się magii bitewnej pod okiem nauczyciela, który jej nienawidzi.
Szczerze mówiąc, bardzo się zdziwiłam, kiedy odkryłam, że autorka postanowiła upchnąć w „Adeptce” wszystkie cztery lata nauki. To sprawia, że tak naprawdę na każdy rok przypada po kilka wydarzeń i jakieś zmiany w relacji z postaciami. Nie ma tu za dużo fabuły, nawet jednowątkowej, jedynie przemy naprzód, aż do zakończenia nauki przez bohaterów. Naprawdę trzyma się to w całości tylko przez relację z Darrenem i większość wydarzeń związanych z treningami magów ma doprowadzić do jakichś zmian w tej materii. Jest w tym pewien schemat, za każdym razem autorka opisuje: pozorowaną bitwę, bal na przesilenie zimowe i ceremonię przyznania szat uczniom piątego roku. Pomiędzy tymi wydarzeniami pojawiają się jakieś wątki z buntownikami i dodatkowymi misjami. Na chwilę wywiązuje się też trójkąt między Rhy, Darrenem i jednym ze starszych uczniów. Mimo tego wszystkiego, „Adeptkę” czytało mi się bardzo dobrze. Chociaż autorka skleiła to wszystko na bazie romansu, nie było to nachalne ani zbyt wyeksponowane. Mimo że między kolejnymi wydarzeniami były wielkie przeskoki czasowe, Carter najpierw skupiała się na opisaniu akcji, a wszystkie dramy między Rhy, a chłopakami wynikały właśnie z ich zadań lub kwestii, które wyjaśniły się dopiero na końcu. Dlatego ten romans trwa praktycznie cały czas, ale nie jest wywalony na pierwszy plan. Zakończenie nie zaskoczyło, były tylko dwie opcje i nie spodziewałam się jakichś większych zawirowań. Mimo tej przewidywalności, rozwiązaniaz jakich skorzystała autorka były dość interesujące, a przy tym zdecydowała się na jedno z nich, kiedy już byłam pewna tego drugiego.
W tym tomie autorka opisuje trochę więcej Jeraru oraz sąsiadujących z nim państw, a przy tym delikatnie zaczepia o politykę. Przyznaję się, że sprawdziłam, o czym mają być kolejne tomy i w „Adeptce” szukałam wskazówek odnośnie tego, co ma się wydarzyć, ale na razie mogę tylko oczekiwać, że wątek z buntownikami zostanie bardziej rozbudowany. Zastanawia mnie też, jak będzie wyglądało kandydowanie o tytuł Czarnego Maga. Nie wiem, czy mam tu coś jeszcze do powiedzenia. „Adeptka” składa się głównie z tego, co opisałam powyżej, a reszta byłaby spoilerami. Mogę jeszcze dodać, że Darren w tej części kojarzył mi się z Gideonem z „Trylogii Czasu”, co chwila zmieniał zdanie, miał jakieś dziwne humorki i w ogóle nigdy nie byłam pewna, czego on właściwie chce. No ale mimo tej prostoty, naprawdę mogę polecić zarówno „Pierwszy rok”, jak i „Adeptkę”, jeżeli od czasu do czasu potrzebujecie lżejszej lektury.

1