Ariana | Blogger | X X X X

sobota, 12 października 2019

Jakieś duże te jaszczury: Twierdza Tytonu, Magdalena Pioruńska



Tytuł: Twierdza Tytonu
Autor: Magdalena Pioruńska
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 550
Opis: Cała Europa znajduje się pod władzą totalitarnego cesarstwa rządzonego przez Brytanika. Ekscentryczna nastolatka Livia Reeves nie zamierza podporządkować się zasadom panującym w Spin School, uczelni, do której państwo wysłało ją na studia. Doprowadzi to do wielu zabawnych scen, ale też do ważnych konfrontacji, do których bohaterka będzie musiała stanąć. Poszczególne zdarzenia prowadzą wychowywaną przez starszą kuzynkę dziewczynę do odkrywania kolejnych sekretów dotyczących jej pochodzenia. Tymczasem po upadku Twierdzy Kimerydu Tyrs Mollina, jego rodzeństwo i afrykańscy poplecznicy zawiązują istotne sojusze międzynarodowe i szykują się, by zadać cesarstwu decydujący cios. Z różnych perspektyw, oczyma poszczególnych bohaterów, obserwujemy kolejne zaskakujące wydarzenia.


Chciałam tu jakoś nawiązać do tego gagu, że Awięc jest jaszczurem, ale zadzwonili do mnie ze statku matki… Znaczy się reptilianie nie istnieją. Ziemia jest kulista. No i zaszczepcie swoje dzieci. Oh shit, mają folię aluminiową, cały misterny plan padł. Przerwać misję!
Może mi uwierzycie, że całe dwa miesiące nic nie czytałam, bo zajęłam się robotą dla kosmicznych jaszczurów? Wiecie, dolewałam siusiaczanu do szczepionek i pilnowałam, żeby nikt nie dotarł do krawędzi Ziemi. Serio! A potem poczytałam o takich większych jaszczurach i do tego ludzio-jaszczurach. Także wiecie, Magda to żadnej fantastyki nie pisze, może nie wie, ale to totalna literatura faktu i gady są wśród nas!
Dobra, koniec mojego osobistego koncertu żenady, będzie recenzja. Totalnie czekałam na „Twierdzę Tytonu”, więc chyba jeszcze większy przypał, że jak już ją dostałam w łapy, odechciało mi się czytania. Życie jest nobelom i takie tam, a ja najwidoczniej musiałam zrobić sobie wolne od tego typu rozrywek. Jednak już jestem i mam nadzieję, że ta niechęć już mi przeszła, a tak na dobry powrót opowiem wam, jak to znowu miałam zbyt wysokie oczekiwania. „Twierdzą Kimerydu” byłam przecież totalnie zachwycona i naprawdę nie mogłam doczekać się kontynuacji. Byłam święcie przekonana, że „Twierdza Tytonu” będzie równie dobra. Okazała się niestety... średnia. To jest chyba ta słynna klątwa drugiego tomu. Bo jestem na sto procent przekonana, że Magda Pioruńska chciała, żeby to wyszło jak najlepiej i starała się, dowody mam choćby w naszej konwersacji na Instagramie! Problem polega na tym, że przesadziła w tych staraniach i zaszkodziło to samej książce.
Mój problem zaczął się już na początku. Livia jest największą bolączką tej książki. Rozdziałów z jej perspektywy nie byłam w stanie czytać bez odczuwania bólu istnienia. Musiałam się pilnować, żeby przed nimi nie kończyć, bo wtedy kilka razy mniej chciało mi się wracać do czytania. Wiadomo, ona jest inna niż wszystkie, taka zbuntowana, musi ponaginać wszystkie zasady, w każdej sytuacji jest „ponad to” i tak dalej, i tak dalej. Wiecie już, o jaki typ postaci chodzi, nie? No właśnie. Jest do tego tak przekonana o własnej zajebistości, jakby już obroniła dwa doktoraty, wygrała całe Igrzyska Olimpijskie i odebrała piątego Oscara. Jej interakcje z innymi postaciami są nacechowane właśnie takimi postawami jak powyżej, aż się dziwię, że po pierwszym rozdziale nikt jej nie urwał łba. Przy tym wydaje się cholernie niedojrzała. Jej wypowiedzi kojarzą mi się z rozpieszczoną siedmiolatką z tą różnicą, że Livia często nawiązuje do (uwaga, najśmieszniejszy żart świata) s e k s u. Powinna mieć na czole wypisane „haha ruchańsko”. No i żeby to jeszcze było jakkolwiek umieszczone w kontekście, ale nie, ona randomowo strzela czymś w stylu „Golisz cipkę?”. Do teraz nie załapałam, co to miało na celu. W ogóle jej rozdziały są potwornie chaotyczne, często nie wiedziałam, o co w nich chodziło, treści w nich było naprawdę mało i szczerze mówiąc, jej historia mogłaby zostać przedstawiona bez udziału samej zainteresowanej. Wystarczyłoby przedstawić relacje z nią z perspektywy Patricka i jak to on odkrywa, kim Livia jest w całej tej historii.
O pozostałych postaciach mogę wypowiedzieć się o wiele przyjemniej. Oczywiście najlepiej czytało mi się o Tanielu, Tyrsie i Tycjanie. Przy nich czułam klimat z poprzedniego tomu i naprawdę z przyjemnością poznawałam ich historię. Tutaj znowu muszę pochwalić Magdę za to, jak świetnie przedstawia relacje między tymi chłopakami, a nawet i między raptorami. Mogłabym przeczytać całą książkę o nich, nawet bez większej fabuły, niech po prostu sobie raptorzą w Afryce! I tak jak Livia zupełnie mi nie podeszła, tak Patricka i Terrę pokochałam tak totalnie. Obaj są bardzo dobrze napisani, ich charaktery nie są tak chaotyczne, a ich motywy po prostu da się zrozumieć. Do tego nawiązali między sobą naprawdę przyjemną w odbiorze relację. Totalnie żałuję, że ta książka nie skupiła się głównie na Terrze, bo biorąc pod uwagę końcowy plot twist, byłby z tego o wiele ciekawszy materiał! A Pati świetnie by się nadał jako ta postać z wewnątrz, która dałaby czytelnikowi obraz europejskiej arystokracji. Ci dwaj mieli naprawdę wielki potencjał i trzymam kciuki, żeby w kolejnej części był on lepiej wykorzystany. Muszę też dodać, że przydałaby się rozpiska postaci. Biorąc pod uwagę, że już w „Twierdzy Kimerydu” narobiło się trochę podwójnych tożsamości, można się nieźle pogubić, kto kim tu jest. Ja na przykład miałam na początku straszny problem, żeby połączyć Cerę z Anną. Naprawdę, na przyszłość proszę o jakiś diagram z postaciami i ich powiązaniami w takim stanie, w jakim zastajemy je na początku książki. W tym wypadku to bardzo ułatwi życie.
Jednak to nie tylko wina Livii, że „Twierdza Tytonu” okazała się bardzo średnia. Fabuła też była chaotyczna, chociaż ciężko mi nawet stwierdzić, czy była tam jedna konkretna linia fabularna. Biorąc pod uwagę zakończenie, to tak naprawdę było 550 stron gry wstępnej do tego, co naprawdę ma zacząć się dziać. Naprawdę, „Twierdza Tytonu” wydaje mi się bardzo przydługim wstępem do kolejnej części i niezbyt rozumiem, czemu w ogóle musiało to zająć aż tak wiele stron i to w takiej formie. Gdyby ta książka była głównie z perspektywy Terry, a jeden z plot twistów po prostu nie byłby plot twistem, to miałoby ręce i nogi. W takiej formie mamy za dużo wątków pobocznych, które strasznie mącą i utrudniają odbiór, wydają się zbędne albo niewykorzystane, bo zamiast mieć jakieś znaczenie, po prostu są i znikają. Przez sporą część książki naprawdę nie wiedziałam, o czym ja właściwie czytam, a spójne wydawały się jedynie rozdziały osadzone w Kimerydzie. Te w Europie to była zbieranina jakichś scenek, czasem nawet interesujących, ale często po prostu zbędnych. Wolałabym wywalić kilka scen z Patrickiem i Livią (sorry Pati), a mieć jasno wytłumaczoną sytuację polityczną. Bo to też jest problem, że każda z postaci wspomina coś o dworze cesarza, ale przez większość czasu ciężko w ogóle ogarnąć, co się tam właściwie dzieje, a jednak w perspektywie książki wydaje się to dość istotne. Strasznie mnie to drażniło, że od samego początku rzuca się, że Brytanik i Sin coś tam, a ja zupełnie nie wiem, o co chodzi w tej sytuacji. Dowiedziałam się gdzieś po połowie książki. W takiej formie, pierwsze 250 stron (jak nie więcej) było wyrwane z kontekstu. Mogę się najwyżej domyślać, że autorka nie chciała się zdradzić z kilkoma faktami, ale tak bardzo tego pilnowała, że zrobiła z czytelnika dziecko we mgle. Starczy mi, że nasza sytuacja polityczna to totalny chaos, nie chcę się tak czuć też w trakcie czytania. Przepraszam, ale większość fabuły jest do luftu. Nie można dosłownie wszystkiego trzymać w tajemnicy, bo robi się straszny bałagan i okazuje się, że większość tekstu jest o niczym. Do teraz nie łapię po co w ogóle był wprowadzony wątek z uniwersytetem. Na początku sądziłam, że po prostu książka będzie mocno powiązana ze szkolnymi realiami, skoro praktycznie cały pierwszy rozdział był właśnie o tym. No ale zupełnie tak nie było. Uniwerek był sobie dla bycia. Tak samo turniej. Nawet widziałam, jakie były zamysły dla niektórych wątków, ale odnoszę wrażenie, że w trakcie pisania autorce zmieniły się plany i pourywała to, co nie pasowało do nowego planu.
Twierdza Tytonu” jest bardzo chaotyczna i osobiście bardzo się zawiodłam po tym, jak zakochałam się w „Twierdzy Kimerydu”. Te książki reprezentują dwa zupełnie inne poziomy. Gdyby „Twierdza Tytonu” była pierwszą częścią, nie skusiłabym się na kolejne. Niestety. W tej sytuacji mam nadzieję, że trzeci tom będzie lepszy. Magda, tak ode mnie z serca – wydaje mi się, że naprawdę chciałaś aż za bardzo. Nie musisz mieć dziesięciu wielkich zwrotów akcji i trzymać wszystkiego w tajemnicy, żeby zaskoczyć czytelnika. Główne bohaterki nie muszą być totalnie silne i niezależne aż do bólu, nawet Capitan Marvel potrzebuje, żeby czasem flerken zeżarł jakichś złodupców. No i darujmy sobie tyle nawiązań do erotyki, bo wychodzi to dość nienaturalnie, jeżeli kogoś szokuje „cipka”, to prawdopodobnie przedwczoraj pierwszy raz zobaczył dział o układzie rozrodczym w podręczniku od biolki. Poza tym błagam Cię, kobieto! Daj mi więcej relacji między postaciami, wiesz, tak jak w pierwszej części! To były chyba najcudowniejsze fragmenty!


Za książkę dziękuję Magdzie Pioruńskiej. Proszę, nie bij, że tyle to trwało! :c
0

środa, 18 września 2019

"Przestańcie, świnie!": Grzesznica, Petra Hammesfahr

Tytuł: Grzesznica
Tytuł oryginału: Die Sünderin
Autor: Petra Hammesfahr
Tłumaczenie: Barbara Tarnas
Data premiery: 31 stycznia 2018 (pierwsze wydanie: 2004)
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 429
Szerokość grzbietu: 2,8cm
Krótka ocena: Sieć kłamstw, a pomiędzy nimi niespodziewane ziarenka prawdy, układające się w niesamowitą (w pewnym stopniu brutalną) historię. Niesamowita, wciągnęła mnie na całą noc.

Czasami wydaje nam się, że nie ma innego wyjścia niż samobójstwo. Życie wydaje się zbyt ciężkie, nic się nie układa, dopada nas depresja. Takie myśli pojawiły się również w głowie Cory Bender. Dwudziestokilkulatka wiodła ustabilizowane, znośne życie u boku miłego mężczyzny i ukochanego synka. Co mogło wskazywać, że i ona rozważa zakończenie swojego istnienia? Kiedy, chcąc spełnić swoje zamiary, udaje się z rodziną na plażę, zamiast - według planu - pójść popływać i ostatecznie pójść na dno, młoda kobieta rzuca się z nożem na nieznajomego mężczyznę, który z przyjaciółmi również wybrał się tego nieszczęsnego popołudnia na plażę. Co skłoniło pozornie spełnioną matkę i żonę do morderstwa? Czy to szaleństwo popchnęło ją do zbrodni? A może prawda jest o wiele bardziej skomplikowana, a kłamstwa czające się na każdym kroku mają w sobie tylko jej drobne skrawki?

Wierzcie lub nie, ale ta książka to jeden z najlepszych przypadków, jaki wydarzył się w moim życiu. Dzięki wypełnieniu jakiejś ankiety na stronie wydawnictwa Znak, dorwałam ją za marne grosze, a kilka dni temu - wiedząc, że czeka mnie kolejka w przychodni - chwyciłam ją i wrzuciłam do torby, bo była akurat jakimś cudem na wierzchu. Przyprawiła mnie o zawroty głowy, małą depresję i pogrzebała moje plany na bycie superdetektywem - nie przewidziałam, jak to wszystko ostatecznie się rozwiąże.

Wciąga od pierwszych stron. Już w pierwszym zdaniu zostaje nam oznajmione, że Cora postanowiła umrzeć. Z każdym kolejnym zdaniem chcemy wiedzieć jedynie więcej i więcej. Akcja rozwija się dość szybko, ale - o dziwo - ładnie trzyma napięcie, nie dając czytelnikowi wielu chwil oddech. Większość książki toczy się wokół wyjaśnienia tego zaskakującego wyskoku - młoda kobieta rzuca się znienacka na nieznajomego mężczyznę. I wbrew oczekiwaniom Cory przesłuchanie ciągnie się długo, a prawda jest z niej stopniowo, powoli wyciągana... ale spokojnie, nie będę Wam tu spojlerować!

Ciekawym zabiegiem jest tu sposób narracji: książka pisana jest narracją trzecioosobową i pierwszoosobową, które dość płynnie przeplatają się w rozdziałach. Tworzy to nieco chaotyczną mieszankę, ale moim zdaniem, pozwala bardziej wczuć się w sytuację Cory. Daje poczucie, jakby weszło się do nie do końca zdrowego umysłu. Wspomnienia są wymieszane z teraźniejszością i zmyślonymi zeznaniami Cory. Daje to niesamowitą mieszankę i daje przysłowiowego kopa, by - nieudolnie! - bawić się w detektywa wraz z policjantem Rudolfem Grovianem (którego, nawet nie wiem kiedy, pokochałam).

I właśnie teraz pozwolę sobie przejść do bohaterów. Skoro dopiero co wspomniałam o Grovianie (zwanym często po prostu szefem), pozwolę sobie na kilka słów uwielbienia. Jeśli w policji pracowaliby tylko równie co on zaangażowani funkcjonariusze, świat stałby się naprawdę piękniejszy. Jego oddanie sprawie, dążenie do odkrycia prawdy i wytrwałość są godne podziwu. Przy tym jest w jakiś sposób ciepłym, przyjemnym mężczyzną i mimowolnie zapałałam do niego ogromną sympatią, mimo że nie od samego początku budził we mnie takie odczucia. Cora z kolei jest jedną z niewielu żeńskich bohaterek, których nie mam ochoty zdzielić przez łeb. Jest interesująca, jej historia pogmatwana, a sama kobieta po ciężkiej szkole życia okazuje się twardą, cwaną babką. Błagam, więcej tak dobrze wykreowanych bohaterek w książkach! Nie wiem, czy tylko ja stale trafiam na takie rozlazłe mumy, czy rzeczywiście w literaturze tak bardzo brakuje tych twardych babek...
Wracając do bohaterów, w Grzesznicy znajdziemy mnóstwo innych pobocznych bohaterów, do których nie mamy nawet za bardzo okazji się przywiązać. I tak na przykład adwokat Cory według mnie mógłby być lepiej nakreślony, trochę mi go tam brakowało. Mamy też kilkoro bohaterów, którzy z pewnością zapadną czytelnikom w pamięć nieco bardziej, ale by uniknąć większych spojlerów, nie będę się o nich rozpisywać. No ale nadal nie mogę przestać myśleć z nutą niechęci o matce Cory i ciepło wspominać Grit Adigar czy marzyć sobie nieśmiało o Johnnym Guitarze...

Bez dwóch zdań, mogę z czystym sumieniem polecić tę książkę - ciekawa, wciągająca historia, tajemnice z przeszłości i niebanalni bohaterowie to coś, czym wyróżnia się Grzesznica. Wy bierzcie się za książkę, a ja tymczasem sprawdzę, że serial - dostępny na Netflixie! - jest równie dobry.
0

wtorek, 30 lipca 2019

Schematy, schematy i schematy: Cień, Adrianne Strickland, Michael Miller


Seria: Kroniki Kaitanu
Tytuł: Cień
Autor: Adrianne Strickland, Michael Miller
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 522
Opis: Qole Uvgamut jest najlepszą poławiaczką cienia na Alaxaku, prymitywnej i biednej planecie na peryferiach. Do załogi statku poławiaczy dołącza ładowniczy Nev. Nikt nie wie, że to dziedzic arystokratycznego rodu, który występuje w przebraniu, aby zdobyć zaufanie Qole. Tajemnica wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy statek zostaje zaatakowany przez niszczyciel. Okazuje się, że nie tylko Nev i jego krewni mają plany wobec młodej Alaxakanki, rywalizujący ród również chce dopaść dziewczynę. Kluczowy jest tutaj cień – substancja, która stanowi niezwykłe źródło energii. Nev, syn głowy rodu, chce skłonić Qole do wzięcia udziału w badaniach nad cieniem. Po wymknięciu się z rąk wroga poławiaczka zgadza się polecieć z Nevem do siedziby jego rodu i poddać się badaniom prowadzonym przez stryja młodego arystokraty. Na miejscu okazuje się jednak, że ród Dracortów nie ma czystych intencji. Nev staje przed wyborem: ocalenie Qole lub lojalność wobec rodziny.
Ocena: 5/10


Można być mądrym człowiekiem, który nie poleci na „książka dla fanów Kapitan Marvel”. Można też być mną. Dzień dobry, tu wasza książkowa Halinka! Moją dzisiejszą wymówką jest: miałam warsztaty łyżwiarskie, cały zwierzyniec na głowie i okazało się, że nadal mam dramę na studiach. Spokojnie, do września nie stać mnie już na żadne łyżwowe czary mary, więc postaram się bardziej ogarniać sytuację tutaj.
Dzisiaj na tapecie ląduje „Cień”. Na początek przyda się wspomnieć, czego się spodziewałam. Po przeczytaniu opisu miałam nadzieję, że trafi się jakiś kosmiczny pierdolnik z odrobiną fantastyki. Wiecie, jakieś zarąbiste, nadnaturalne zdolności, kosmiczne starcia, szalone loty przez galaktykę, a na dokładkę jakieś nadworne intrygi i przepychanki o władzę czy inną potęgę w postaci tytułowego cienia. Liczyłam też, że nikt nie zacznie monologu o tym, że nie lubi piasku i nie został wyniesiony do rangi mistrza. Znając klasykę space oper cieszmy się, że nikt nie umarł ze smutku. Chociaż nie pogardziłabym jakimś ucinaniem nóg i wpadaniem do lawy. Pomijając nową trylogię „Gwiezdnych Wojen”, moje oczekiwania raczej wydawały się adekwatne do opisu i specyfiki gatunku. No i cóż… Nadal – cieszmy się, że nikt nie był chętny do dzielenia się swoimi uczuciami wobec piasku.
Wiadomo, że jeżeli książka zahacza o tematykę YA, musi być romansik. On zawsze będzie się czaił gdzieś tam w rogu i dźgał pod żebra dość oczywistymi wskazówkami. Jak już się człowiek naczyta czegokolwiek kierowanego do nastolatek, potrafi od razu wywęszyć, w jakim kierunku autor chce pchnąć daną relację. Tylko że w „Cieniu” stosowane są te najbardziej oczywiste schematy i zagrania. To są te najbardziej podstawowe rzeczy, których sama kiedyś używałam. Większość społeczności fanfikowej z nich kiedyś korzystała. I jasne, można to napisać w sposób ciekawy, można się tym bawić, można zrobić to w sposób nieszablonowy. Problem leży w tym, że autorzy „Cienia” zatrzymali się na podstawach i ani razu nie wykroczyli poza nie. Zresztą większość tej książki okazała się bardzo schematyczna. Nev i Qole są najbardziej typowymi postaciami, jakie można było stworzyć. Oboje są kosmicznie niesamowici w tym, co robią, rozwalają przeciwników jak leci, czyste ideały bez ani jednej skazy. Przez to są też niesamowicie nudni i ciężko było mi przejąć się ich losem. Tak naprawdę najciekawszymi postaciami okazali się Eton i Basra, oni dwaj przynajmniej mieli jakąś tajemnicę i nie byli przedstawieni jako ktoś totalnie idealny. Jeszcze Arjan się jakoś łapał na ten wózek, ale on wydawał mi się bardzo mocno zepchnięty na boczny tor, miał do odegrania tylko jedną rolę. „Cień” poległ właśnie na postaciach i schematyczności, bo potencjał miał naprawdę niezły.
Ostatecznie fabuła też nie okazała się bardzo porywająca. Tak naprawdę spodobał mi się wszechświat, który został tu wykreowany. Wielki Upadek, te tajemnicze umiejętności wywoływane przez cień i relacje między królewskimi rodami ciągnęły mnie do tej książki. Przez cały czas miałam nadzieję, że autorzy popchną fabułę w tym kierunku. Tak naprawdę pierwsza połowa książki była potwornie przeciągniętą grą wstępną. Miała z dwa jasne punkty, ale naprawdę, te 250 stron, które głównie opierały się na pogaduchach podczas lotu na Luvos, nie było bardzo porywające. Miałam nadzieję, że chociaż potem coś się rozkręci, że zaczną się jakieś pokrętne intrygi na dworze królewskim i tajemnicze badania. Niewiele tego było, za to dostaliśmy kilka rozdziałów o przygotowaniu Qole na bal i samej imprezie. Zaraz potem szybka akcja i odkrycie większości kart.. No i tyle. Do tego rodzinka królewska też okazała się bardzo typowa i schematyczna, a do tego ta typowa, wredna laska, której zależy tylko na jednym. Miałam trochę skojarzeń z „Czerwoną królową”, ale tamta książka o wiele głębiej weszła właśnie w te dworskie intrygi i pozwoliła trochę się zagłębić w nadnaturalne zdolności bohaterów. W „Cieniu” wątek o mocy Qole został potraktowany naprawdę po macoszemu, wykazała się w sumie jedną umiejętnością, a przez większość książki przejawia się to głównie w tym, że oczy jej ciemnieją. Kurde no, szkoda, bo zdolności związane z cieniem wydawały się jednym z ciekawszych elementów tej książki.
Cień” to takie bardzo przeciętne sci-fi dla młodzieży. Nie trzeba się bać, że nie odnajdzie się w gatunku. Nie pojawiają się tu żadne kosmiczne zawiłości, nie ma naukowego bełkotu. Mogę uwierzyć, że jeżeli ktoś lubi romanse czy jest nieco młodszym czytelnikiem, będzie zadowolony po przeczytaniu „Cienia”. Ja spodziewałam się dużo więcej. Nie mogę powiedzieć, że to był głupi do bólu gniot. To bardzo schematyczny przeciętniak. Ujął mnie pomysłem na świat i ze względu na to czytanie mnie nie męczyło. Ciągle liczyłam, że autorzy zagłębią się w wątki powiązane z Wielkim upadkiem i cieniem, więc czytałam. Jednak to za mało, żeby mnie zadowolić. Mogłabym wyciągnąć kilka innych książek o tej tematyce, które o wiele chętniej bym poleciła, ale próbuję spojrzeć bardziej obiektywnie. Biorąc pod uwagę, że „Cień” totalnie łapie się w tematykę YA, a ja sama w wieku 14 lat leciałam na takie historie – dzieciaki, będziecie zadowolone. No i może przekonacie się do kosmicznych opowieści, one naprawdę nie są tak ciężkie, nie przyprawiają o ból głowy, a odległe galaktyki potrafią być zarąbiście piękne i magiczne!


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Uroboros!

0

poniedziałek, 8 lipca 2019

Życie uczuciowe wywern: Królestwo popiołów, Sarah J. Maas



„Narodzi się bezimienny, który zapłaci cenę.”



Seria: Szklany Tron
Tytuł: Królestwo popiołów
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: Część I - 735; Część II - 511
Opis: Ostatnia nadzieja wszystkich, którzy marzą o wolności, tli się na Północy, gdzie Terrasen dzielnie stawia czoła hordom Morath. Tam, gdzie w pierwszej linii szaleje Aedion na czele Zguby. Tam, dokąd zmierzają Aelin, Chaol i Rowan, wiodąc nieoczekiwanych sprzymierzeńców. Tam, dokąd odwraca głowę Manon Czarnodzioba, szykująca plan zjednoczenia wiedźm.
Na mroźnej Północy splotą się nici przeznaczenia. Ale czy pod murami dumnego Orynthu niezwykła intryga Aelin Ashryver Biały Cierń Galathynius znajdzie rozwiązanie?
Czy mimo zimnych wichrów, morza krwi i powszechnego przerażenia zakwitnie miłość i nastanie pokój?
Ocena:

  • Fabuła: 5,5/10  – Sama linia fabularna skupiająca się na walce z Erawanem, Kluczach Wyrda i głównych wątkach całej serii była dobra, ale cała reszta kuleje.
  • Postacie 7,5/10  – To dla Doriana i wiedźm, powinni dostać złotą gwiazdkę!
  • Wykonanie: 4/10  – Zbyt rozwleczone, rozbite, tej książce przydałby się porządny remont.
  • Wydanie 10/10  – Trzeba być szalonym, żeby wydać 1300 stron w miękkiej okładce. Chałwa i chwała za podział tego kloca!
  • Logika i spójność: 5/10  – Mam wrażenie, że Maas trochę zapomniała, jak budowała historię Aelin w poprzednich częściach. Poza tym zaliczyła kilka srogich wpadek i szykujcie się na omówienie spoilerowe, mam dla Was worek złota!
  • Romans: 2/10  – Nie oszukujmy się, Maas ostatnio bardzo zboczyła w tym kierunku. Jednak oparcie życia uczuciowego głównie o podniecanie się sobą nawzajem, strzelanie fochów rodem z romansów na Wattpadzie i kilka słabo napisanych scen erotycznych, to nie to. Poza tym na początku serii autorka prawie wcale nie skupiała uwagi na romansie, za co ją lubiłam. Upsi.
  • Życie uczuciowe wywern: kocham te jaszczury, dajcie im żyć w szczęściu i wąchać kwiatki.


„Bądźcie mostem, bądźcie światłem w czasach, gdy żelazo zacznie się topić, a kwiaty będą rosły na polach zbroczonych krwią.”



Dzień dobry, Internecie. Przeżyłam szósty semestr studiów, mogę Was znowu dręczyć, yay! A jak wracać, to z przytupem. Moi drodzy, dzisiaj na tapecie ląduje długo wyczekiwane zakończenie „Szklanego Tronu”. Pięć lat  spędziłam z tą serią, zdążyłam zmienić szkołę, zdać matury, przeżyć trzy lata studiów i wymyślić sobie zostanie łyżwiarką. To dość długo, a jeszcze kurier zgubił się po drodze aż dwa razy, więc zamiast w kwietniu, dostałam te książki w czerwcu. Pomyślicie: „O rany, pewnie doczekać się nie mogłaś, co? W końcu tak chwaliłaś poprzednią część”. No cóż, zauważyłam, że w pewnym momencie zaczęłam mieć klapki na oczach i z góry uznawałam, że kolejna część tej serii musi być super zajebista, bo to „Szklany Tron”. Niestety, Sarah J. Maas, taki odstęp między obiema częściami dał mi sporo czasu na przemyślenia, zauważenie pewnych rzeczy, a moja przygoda z „Dworem mgieł i furii” dała mi kopa do zwracania uwagi na wiele szczegółów. Także kochani, zapraszam do zabawy, jestem przygotowana jak nigdy!
Do końca liczyłam, że ta książka jednak okaże się dobra, uda jej się złapać za moje serducho i pożegnam się z panią Maas w miarę zadowolona. Naprawdę byłam zakochana w tej serii, ale od pierwszej części wiele się zmieniło i nie wydaje mi się, że na lepsze. Jednak nadal jest taka mała cząstka mnie, która chce myśleć pozytywnie, dlatego zamiast dawać ocenę za całokształt, spróbuję jakoś to porozdzielać. Nie potrafię zebrać do kupy tego, czego tu doświadczyłam, bo były dobre rzeczy, ale były też te tragiczne i nie uważam, żeby ocenienie wszystkiego razem było fair. Przy okazji czaję się też na napisanie jakiegoś spoilerowego omówienia, bo wyłapałam tam kilka kwiatków, które koniecznie chcę obgadać.
Wyobraźcie sobie, że całe „Królestwo popiołów” zajęło około 1300 stron i totalnie popieram decyzję wydawcy o podzieleniu tego na dwie części. Ta pierwsza to i tak wielki kloc, i zwyczajnie okropnie się go czytało, szczególnie, że nie chciałam złamać grzbietu, taki książkowy crossfit. Jednak co najważniejsze – ta książka mogła być o wiele krótsza! Czy jest redaktor na sali? Potrzebujemy tu porządnego ogarnięcia tekstu! Zaufajcie mi, nie dramatyzuję. Tutaj jest wiele do poprawy. Jeżeli chodzi o tę nieszczęsną długość – mamy tu gigantyczny przerost treści. Wiele rozdziałów z pierwszej części mogłoby nie istnieć, nijak nie wpływały na fabułę. Sporo było też treści, które zwyczajnie były zbędne, niektóre rozdziały wystarczyło streścić w kilku akapitach, ale… No właśnie, ale! Wtedy Maas nie upchałaby tam tyle nastolatkowej dramy, związkowych zawirowań i zbędnych opisów interakcji między bohaterami. Wow, powiedziałam to, a ja przecież zawsze doceniam sceny rozmów, ploteczek i przedstawiania relacji między postaciami. Tylko tutaj to polega głównie na rozkminianiu, że „no kocham go/ją, ale bla bla bla”, powtarzaniu po raz dziesiąty, że ktoś na kogoś ma focha, a reszta to zdecydowanie za długie opisy lecenia w ślinę i tragicznie napisanej gry wstępnej. Przysięgam, wolałabym przez resztę życia wysłuchiwać haiku Apolla niż przeczytać kolejną scenę erotyczną czy w ogóle romantyczną, napisaną przez panią Maas. Pozwolę sobie zacytować jeden fragment: 
Rowan wbił się w nią potężnym pchnięciem i jednocześnie wgryzł się w jej szyję. Jęczała z każdym pchnięciem jego bioder. Same rozmiary jego męskości dostarczały jej rozkoszy, którą nie była w stanie się nacieszyć. Przeorała paznokciami jego muskularne plecy. Potem jej dłonie zeszły niżej, by mogła poczuć każde potężne pchnięcie.
Po pierwsze – samo przepisywanie tego dało mi ciarki żenady i w ogóle mam wrażenie, że każda męska postać w tej książce ma te same wymiary i wszyscy uprawiają seks dokładnie w ten sam sposób. Po drugie – te POTĘŻNE pchnięcia skojarzyły mi się z pewnym memem i od tego czasu nie jestem w stanie tego czytać bez podśmiewania się jak debil. Wy już wiecie o co chodzi, pozwólcie, że wstawianie memów zostawię na ten drugi post. Ostatecznie jest jeszcze jeden temat, który sprawia, że cała ta książka mocno się przeciąga. Dobra, to spoiler z „Wieży Świtu”, przynajmniej tak się dowiedziałam na Instagramie, więc nie spalcie mnie żywcem. Otóż jedna z bohaterek zaciążyła. Idealny moment, nie? Mamy tu gigantyczną wojnę z demonicznym królem, dramę z bogami i w ogóle wszyscy umrą. Na pewno czytelnicy będą super wciągnięci ciążowymi perypetami jednej pary. Mam wrażenie, że ten wątek pojawił się tylko w jednym celu: by co chwila mogło paść, że jak to super cudownie, że ktoś będzie miał dziecko i to największy skarb na świecie, sratatata, ewentualnie trzeba wspomnieć, że „Ojezu, w ciąży jesteś, weź odpocznij, uważaj na siebie, to takie trudne, ciężkie, ale z ciebie bohaterka”. Moja mała teoria jest taka, że komuś tu rzuciło się na głowę posiadanie dziecka, jednak nie jest to istotne. Ważne jest to, że ten wątek jest jak pyton znad Wisły  ot, temat byleby zająć kawałek czasu czytelnika, bo a nóż widelec się zainteresuje. Zupełnie niepotrzebne dla fabuły, wprowadzone ot tak, by o tym popisać i nic więcej. No i naprawdę – to najgorszy czas na robienie sobie dziecka. Wiem, życie nie jest idealne, ale autorka ma władzę nad tekstem i zrobiła w tym momencie coś totalnie bezcelowego, a ja czuję, że zmarnowała kawałek mojego czasu. Ostatecznie, nie musiało to być 1300 stron, tu naprawdę było sporo zbędnego materiału do wycięcia. Kolejna drama na bookstagramie, której mogliśmy uniknąć. Gdzie wysłać mój rachunek za popcorn?
Wołałam redaktora, nie? Bo naprawdę problemy tu zaczynają się od samej konstrukcji tekstu. Fabuła tej części jest poszatkowana, nierówna i sama potrafi wybić czytelnika z rytmu. Mamy tu od groma postaci i niezły burdel, ale kawałek tego bajzlu można było ogarnąć. Wiadomo, Aelin porwała Maeve, jej ukochany pantofel leci jej na ratunek, Manon chce zjednoczyć wiedźmy, a Dorian musi odnaleźć ostatni Klucz Wyrda. No ok, to musiało się dziać, ale pojawia się jeszcze jeden element. O tak, kochani, Maas w tym momencie wysłała armię Erawana na Terrasen. Znowu: czy autorka mogłaby przemyśleć swoje decyzje? Tak tylko sugeruję, że to ona tu rządzi, więc mogłaby trochę zapanować nad tym wszystkim. Nasz główny złol poza podbijaniem kontynentu miał też inne zajęcia, jak na przykład te cholerne Klucze Wyrda. Zresztą już w „Imperium Burz” miał zarąbistą armię i mógł sobie rozwalić królestwo naszej heroiny. Chociaż o samym Erawanie będzie dalej. Prawda jest taka, że Maas mogła odwlec atak na Terrasen, żeby nie ciągnął się przez większość tej książki. Jednak zrobiła, jak zrobiła i strasznie to rozbiło konstrukcję „Królestwa popiołów”. Mi to wręcz na nerwy działało, bo z jednej strony ciągnie nam się ta bitwa i do pewnego momentu naprawdę była ona emocjonująca, ale co chwila przerywały ją rozdziały skupiające się na Aelin i Dorianie. To okropnie przeszkadza, nie pozwala się na niczym skupić. Najbardziej irytujące były momenty, kiedy już zaczynałam się przejmować, w pewnym momencie wręcz się popłakałam, a w kolejnym rozdziale… O tak, przechodzimy do tej reszty fabuły i mamy grę wstępną między jakąś parką. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! To naprawdę powinno zostać odesłane do poprawek. Do tego te początkowe rozdziały z Terrasenu mogły być streszczone, bo nic nie wnosiły, poza tym że Aedion miał focha na Lysandrę a ludzie wierni Aelin mieli spinę z starymi lordami, co wiemy już z „Imperium burz”. Konstrukcja tej książki po prostu mi się nie klei i potwornie wpłynęła na jej odbiór. Kojarzy mi się z tym, jak Maas dała Feyre wszystkie możliwe opcje, chyba po prostu nie mogła się zdecydować, co robić i ogarnąć priorytetów, więc wyszło, co wyszło.
Najbardziej dobija mnie to, że już mam wrażenie, że nieźle się pastwię nad tą książką, a z tyłu głowy mam to poczucie, że przez kilka lat naprawdę kochałam tę serię. Zaufajcie mi, wyciągałam z niej tyle dobrego, ile potrafiłam. Momentami nawet czułam, że dany fragment był napisany tak, jakby to była któraś z trzech pierwszych części. Raz się rozkleiłam i przyznaję, że moje serce nadal należy do Trzynastki, kocham te wiedźmy, były jedną z najlepszych rzeczy w „Królestwie popiołów”. Cały ich wątek, poza romansem Manon i Doriana, był świetny. Nawet doceniłam romans, ludzie! Życie uczuciowe wywern okazało się wyjątkowo porywające! Tajemnicą też nie jest, że kocham Doriana, upatrzyłam go sobie już w „Szklanym Tronie” – magiczny chłopiec z życiową dramą to coś, na co zawsze się złapię. Naprawdę, bez tego romansowania z Manon, jego wątek był świetny. Szkoda tylko, że wszystko musiało skończyć się na Terrasenie, bo chciałabym, żeby Maas pokazała, co się stało z życiem innych postaci. Chociaż nadal lepsze to, niż sequel. Nie dręczmy już tej serii. I naprawdę przyznaję, dałam się złapać nostalgii. Momenty, w których pojawiało się więcej magii, mistycyzmu i nawiązań do tych pogmatwanych tajemnic z przeszłości Erilei były naprawdę wciągające.
Co ja mogę powiedzieć o fabule? Naprawdę potrzebowałaby ona wielkiego remontu, bo jest porozciągana na wszelkie możliwe strony, a jej konstrukcja praktycznie nie istnieje. Jednak, jeżeli wywali się wszystko to, co tak niemożliwie przeciąga całą książkę i spróbuje się spojrzeć na każdy z trzech głównych wątków oddzielnie, to mogło wyjść z tego coś dobrego. Maas naprodukowała tu postaci, każdej chciała dać oddzielne zadanie i to jest największą tragedią „Królestwa popiołów”. Nadal widzę tu potencjał, ale autorka chciała zbyt wiele. Jeżeli najpierw fabuła skupiłaby się na odbiciu Aelin, zjednoczeniu wiedźm i Kluczach Wyrda, a potem dopiero przeszłoby to w ostateczną bitwę, miałoby to ręce i nogi. W takiej formie, jaką otrzymaliśmy, każdy wątek walczy o uwagę z pozostałymi i ciężko wkręcić się w tę książkę tak na poważnie. Poza tym rodzi się wiele nieścisłości. Mam wrażenie, że Maas zapomniała opisać jeden z wątków i wcisnęła go na sam koniec, co przy okazji sprawiło, że Aelin z lekka wychodzi na dzbana, niepotrzebnie poświęciła część wojska. Z tą sceną mam konkretny problem, ale dzisiaj jest bez spoilerów, zainteresowanych zapraszam na kolejny post.
tej książce kuleje sporo rzeczy. Kolejny problem – przez te 1300 stron, większość rozdziałów jest napisana tak podniosłym tonem, jakby właśnie rozgrywała się ta ostateczna walka, gdzie mamy wszystko albo nic. To powinno być zarezerwowane na naprawdę ważne momenty, a zostało mocno nadużyte. Przez to miałam po prostu dość i nie potrafiłam poczuć tej książki. Od pewnego progu, po prostu przestałam to czuć. Mam wrażenie, że powstała tu klątwa ostatniego tomu, autorka za bardzo poczuła się do zrobienia tego na jakimś super zajebistym poziomie i mocno przesadziła. Do tego doszło jeszcze nadużywanie pewnych zwrotów i pełnych nazwisk. Naprawdę, jeszcze raz zobaczę „Nazywała się tak i tak” albo jakieś inne „Nie będzie się bać”, a oszaleję. „Królestwo popiołów” mogłabym porównać do baroku – to gigantyczna przesada.
Muszę jeszcze zająć się postaciami, bo tutaj też wyczyniają się wielkie cyrki. Większe niż ego samej Aelin. Zaczynając od naszej głównej bohaterki – w tej części jest ona bardzo niespójną postacią i to nawet nie do końca jej wina. Maas najpierw pisze o niej jedno, a za ileś rozdziałów robi coś dokładnie odwrotnego. Było to strasznie zamotane, ale jedna rzecz gryzie mnie w tym najmocniej – stosunek Aelin do Terrasenu. Z poprzednich części zrozumiałam, że po tym, co wydarzyło się w jej dzieciństwie, ona wyparła z siebie fakt bycia następczynią tronu. Dziewczyna tylko cudem się wyratowała z totalnej masakry i oddaję jej to, że wiele przeszła. W „Dziedzictwie Ognia” odnosiłam wrażenie, że była zupełnie odcięta od swojej przeszłości i do tej pory ten temat był dość klarowny – nie winimy Aelin za to, że wszystko się posypało, bo była dzieciakiem i przeżyła niezłą traumę, ona też jest tego świadomaWydawało mi się, że na tym polegał cały jej wątek w trzecim tomie, miała zaakceptować te wydarzenia i swoje pochodzenie. Jednak „Królestwo popiołów” traktuje to wręcz jak zmazę na jej honorze, a sama Aelin wiecznie dręczy się jakimś wielkim długiem wobec Terrasenu, jakby wszystko było jej winą. Nie, nie, nie! Mogę jej nie lubić jako postaci, ale damn, nie! Dzieciak lat 10 po takich wydarzeniach musiał mieć nieźle namieszane w głowie, a ona od razu została wciągnięta do gildii zabójców, która gromadziła niezłych popaprańców, stamtąd później trafiła prosto do niewoli. Tu nie ma żadnej winy i żadnego długu, nie chcę nawet o tym słuchać! Reszta – niech jej będzie, ale sama Aelin jest postacią mocno przesadzoną, nic nowego. Poza tym odniosłam wrażenie, że nie znam postaci, o których czytam. Większość z nich wydawała się obca, nie pasowali mi do tych osób, które zapamiętałam z poprzednich tomów. Większość z nich zachowywała się jak niedojrzałe dzieciaki. Aedion i Lysnadra zajmowali się głównie dramą między nimi, Elide i Lorcan tak samo, miałam tego serdecznie dość. Wiecznie tylko fochy, fukanie na siebie, a potem przemyślenia w stylu „kocham, NO ALE”. To jest ostatnia część serii, którą pokochałam za bycie interesującą fantastyką, nie przyszłam tu dla dram w związkach. Nasi wojownicy fae, którzy mają kilkaset lat też zachowują się jak dzieciaki. Miałam wrażenie, że ledwo odkryli swoje moce i słabo je kontrolują, bo większość ich emocji była przedstawiona za pomocą jakiegoś przejawu ich magii. Kiepsko to wypadło. No a Rowan jest wielkim pantoflem, który stracił większość charakteru na rzecz uwielbiania Aelin. Jeszcze Dorian i wiedźmy jako tako się trzymali, o tym już pisałam. Szczerze kocham Trzynastkę i trzymałam kciuki za ich sprawę do samego końca. A nasz młody król, jako jeden z niewielu tu zebranych, potrafił się rozliczyć ze swoją przeszłością we w miarę spójny sposób. Mamy jeszcze nasz zły duet: Maeve i Erawan. Mogli być interesujący, ta pierwsza nawet miała takie przebłyski, że angażowałam się w jej historię, ale okazała się kolejnym zawodem. Do teraz nie bardzo łapię, czego ona chciała od życia i po co w ogóle się wmieszała w tę dramę, raz mówiła „A”, raz „B” i Maas nie określiła co dokładnie ją motywowało. Za to Erawan to w ogóle zmarnowany potencjał. Kojarzy mi się z Voldemortem – seria potrzebowała głównego złego, to dostała. Tylko jego motywacje są takie jakieś nieokreślone, niby czegoś tam chce, ale nie wchodzimy w to głębiej, ma być po prostu zły i straszny. Nie wiem, co więcej mogłabym napisać. Po poprzednich tomach potrafiłam się rozwodzić nad każdą postacią do bólu, a „Królestwo popiołów” postawiło między mną a nimi grubą ścianę. Nie ujęli mnie jakoś mocno, poza jedną czy dwiema scenami. Do tego Maas naprawdę jest przewidywalna i po tych wszystkich latach, kiedy co chwila martwiłam się, że kogoś mi zamorduje, nie zrobiła prawie nic, co by mnie mocno poruszyło. Jest dosłownie jeden wyjątek i to wszystko, reszta losów bohaterów okazała się bardzo przewidywalna.
Zawiodłam się tak potężnie jak Rowan pchał Aelin. Mam jeszcze kilka elementów, których chcę się przyczepić, ale naprawdę wolałabym nie zostać zjedzoną za spoilery. „Królestwo popiołów” miało kilka przyjemnych czy przejmujących momentów, ale mocno ucierpiało na tym, jak zostało przeciągnięte. Wiele rzeczy byłoby w nim do poprawy, a sama Maas za mocno poczuła się do pisania wielkiego zakończenia, więc mamy tu przesyt zarówno w formie jak i treści. Mocno stęskniłam się za tym, jak ta seria wyglądała na początku, kiedy kochałam wszystkie postacie i przeżywałam z nimi każdą dramę. Te dobre momenty nadal powstrzymują mnie przed ocenianiem „Królestwa popiołów” jednoznacznie negatywnie. Podchodziłam do tej książki głównie z myślą, że chcę poznać zakończenie całej historii. Jeżeli polubiliście poprzednie części, to i tak przeczytacie ten tom. Pozwólcie sobie zakończyć tę historię, chociażby dla wiedźm i Doriana, oni na to zasługują. Osobiście kończę przygodę z książkami pani Maas, chcę pamiętać te dobre rzeczy. Muszę jeszcze do końca przegadać moje problemy z tą częścią, zrobiłam naprawdę piękne notatki. Może gdybym miała w tej chwili te 16 lat, byłabym zadowolona, może gdybym nie przerobiła wcześniej wielu innych książek z tego gatunku, może gdybym sama od iluś lat nie bawiła się w pisanie… Poprzednie części były lepsze, a nie chcę tą recenzją skreślać całej serii. Także moi kochani, decydujcie, czy jesteście na to gotowi. Osobiście twierdzę, że po przeczytaniu pięciu poprzednich części, ciężko jest nie złapać też za tą. Poza tym, hej, ja się świetnie bawiłam urządzając pojedynek między sympatią do tej serii, a rzeczywistością.


Bardzo dziękuję wydawnictwu Uroboros za możliwość przeczytania "Królestwa popiołów", za przesłanie ebooka, kiedy kurier nie potrafił do mnie dotrzeć, a w ogóle to osoba prowadząca waszą stronę na Facebooku to bohater. Serio, odpowiadać na te wszystkie komentarze obrażonych fanów z takim spokojem – chcę wiedzieć u którego Jedi się szkoliłeś!

3

niedziela, 24 marca 2019

Przed nami nicość: Smocza Perła, Yoon Ha Lee


„Kapitan opuścił stanowisko i zamienił się w tygrysa.”


Seria: Rick Riordan Przedstawia
Tytuł: Smocza Perła
Autor: Yoon Ha Lee
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 347
Ocena: 10/10
Opis: Trzynastoletnia Min pochodzi z prastarego rodu lisich duchów, ale zupełnie na to nie wygląda. By chronić najbliższych przed niebezpieczeństwem, matka zakazała im posługiwania się lisią magią: nie wolno czarować, nie wolno zmieniać postaci. Wszyscy przez cały czas muszą zachowywać ludzką formę.
Min czuje się przytłoczona rodzinnymi zasadami. Nie znosi niekończących się domowych obowiązków, panoszących się wszędzie kuzynów i wiecznie krytykujących ciotek. Marzy, by uciec z rodzinnego Jinju - zapomnianej, ubogiej, pustynnej planety. Nie może się już doczekać, kiedy dorośnie i będzie mogła, jak jej starszy brat Jun, zaciągnąć się do Sił Kosmicznych i zobaczyć inne planety należące do Ligi Tysiąca Światów.
Kiedy jednak przychodzi wiadomość, że Jun zdezerterował, by udać się na poszukiwania Smoczej Perły, Min nabiera pewności, że coś jest nie w porządku. Jej brat nigdy nie opuściłby krążownika, nawet dla magicznego artefaktu, który podobno posiada niezwykłe moce. Min postanawia uciec i odszukać brata, by oczyścić jego imię.
Podczas wyprawy Min napotyka przemytników, piratów i mściwe duchy. Będzie musiała uciekać się do oszustwa. kłamstwa i sabotażu. Częściej niż kiedykolwiek sytuacja zmusi ją do posługiwania się lisią magią, ale także polega na własnym sprycie i odwadze. Wszystko to może się skończyć zupełnie inaczej, niż spodziewała się Min, i przerosnąć jej najśmielsze marzenia.

„Szczęście w drobnych sprawach buduje szczęście w wielkich.”



Przysięgam, że Rick Riordan jest jednym z niewielu autorów, do którego mam wielki sentyment i nie zawiodłam się na nim ani razu. Wystarczy, że pomyślę o tym człowieku i wracają do mnie wszystkie przyjemne emocje związane z jego książkami. A teraz ten facet postanowił wspierać innych autorów piszących młodzieżówki na podstawie mitologii i… Aaaaa! Odkąd zobaczyłam zapowiedzi tych książek byłam na nie nakręcona. Jak wujcio Rick pisał o tych najsłynniejszych mitologiach, tak teraz dostajemy mity koreańskie, hinduskie, meksykańskie, afrykańskie i długo by wymieniać co jeszcze. Czy to już niebo?
Min, lat trzynaście, mieszka na ubogiej, pylistej planecie, której praktycznie nikt nie odwiedza, chyba, że musi. Jej rodzina pochodzi ze starożytnego lisiego rodu, jednak wszyscy starają się to ukryć. Nikt lisom nie ufa, uważa się, że większość z nich wyginęła, a jeśli ktoś się nim okaże, jest traktowany jak najgorsze zło. Jednak Min nie ma ochoty ukrywać swojej natury, a jej największym marzeniem jest wyrwać się z rodzinnej planety, by zwiedzić całe Tysiąc Światów. Pewnego dnia w jej rodzinnym domu zjawia się tajemniczy urzędnik, informując rodzinę, że starczy brat Min zdezerterował z Sił Kosmicznych. Podejrzewa się, że Jun wyruszył na poszukiwania dawno zaginionego artefaktu – Smoczej Perły. Jednak Min jest przekonana, że jej brat nigdy nie zrobiłby czegoś takiego i by wyjaśnić sprawę rusza na poszukiwania brata.
Smocza Perła” jest pierwszą książką z serii Rick Riordan Przedstawia, jaką miałam przyjemność przeczytać. Po prostu nie mogłam jej odmówić. Space opera z lisimi duchami? Sam pomysł na połączenie mitologii z sci-fi jest czymś niesamowitym. Jednak w tym gatunku niezbyt często spotykamy się z wykreowaniem całego świata opartego o jakiś system magiczny. Nie, tutaj idzie się bardziej w ten aspekt „naukowy”, który często na tyle trzyma się praw fizyki, na ile autorowi to pasuje. Nie oszukujmy się, wiele aspektów potrzebnych do istnienia sci-fi bardzo luźno trzyma się tego, co jest możliwe, jeżeli weźmiemy pod uwagę nauki ścisłe. Jednak ze względu na sam gatunek, rzadko mamy tu do czynienia z magicznymi stworzeniami czy czarami. A w „Smoczej Perle” autor tak po prostu stwierdził, że mitologia leci w kosmos, czas na połączenie gatunków i nie dyskutujemy z tym. Kocham go za to! Efekt jest genialny. Trzeba po prostu założyć, że to jest młodzieżówka, bohaterka ma 13 lat i najmniej istotną rzeczą jest, na ile wszystko powinno jej się udawać. To ma być dobra zabawa z udziałem magii i kosmosu.
Był to mój pierwszy kontakt z mitologią koreańską. Niby wcześniej coś tam słyszałam o tych lisich duchach, ale bardziej w kontekście mitologii japońskiej, jednak nie było to wiele. Zaliczyłam też prelekcję Simona Zacka o smokach, więc mniej więcej wiedziałam jak postrzega się je w Azji. Ale tak poza tym wszystko było dla mnie nowe. Najbardziej spodobało mi się to, jak mocno autor posługiwał się przesądami. Okazało się, że to jeden z głównych elementów funkcjonowania tego świata. Rany, tutaj jedną z najważniejszych rzeczy w funkcjonowaniu statków jest przepływ energii „duchowej”. To chyba mówi w jakim stopniu aspekt sci-fi przenika się z wątkiem mitologicznym. Do tego te wszystkie upiory, gobliny, tygrysy… Przepadłam! Chcę więcej! Naprawdę, autor przedstawił koreański folklor w sposób na tyle magiczny i intrygujący, że przez kolejne tygodnie mogłabym czytać książki związane tylko z tym.
Bardzo podoba mi się konstrukcja fabularna. Nie jest ona zbyt skomplikowana, ale za to naprawdę dobrze poprowadzona. Pewnych rzeczy da się domyślić, ale autor przez cały czas utrzymywał moje zainteresowanie. Samo to, jak przedstawił życie kadetów było na tyle wciągające, że niechętnie odkładałam książkę. Od razu wiadomo, które postacie będą znaczące i poznanie ich motywów oraz wpływu na ciąg wydarzeń jest naprawdę zajmujące. Na koniec jest trochę kontrolowanego zamieszania, jak to najczęściej się robi. Jednak wszystko konsekwentnie kręci się wokół Smoczej Perły i tajemniczego zniknięcia Juna. Wiadomo, niektóre rozwiązania są dość proste czy też zrobione na wyrost. Min musiało się udać, a często brakowało jej odpowiedniej pozycji do załatwienia pewnych spraw. Taki urok młodzieżówek, że dostajemy młodego bohatera i jeśli będziemy realistami, to po drugim rozdziale utknie on w punkcie bez wyjścia, bo jest tylko nastolatkiem. Ostatecznie nie ma tu wiele absurdu, a sama Min też nie jest typową, głupiutką bohaterką, której wszystko wychodzi na farcie. Kilka razy wkopała się w niezłe bagno, więc możecie być spokojni. Nie czuć tu żadną Mary Sue.
Wyjątkowo polubiłam postacie, chociaż na końcówce już nie byłam pewna komu ufać. Jednak na dobry początek mamy Min, która jest totalnie uparta i ma wręcz powalający talent do wpadania w kłopoty. Podoba mi się to, że jest konsekwentna. Ona wie, że to co robi, to jakieś szaleństwo i co chwila ma przez to problemy, ale ma ten swój cel i idzie do niego bez jęczenia. Jak ma czyścić toalety przez kolejne miliard dni, to to zrobi bez marudzenia jaki to świat jest niesprawiedliwy. Nie ma co chwila przemyśleń, że może jednak powinna wrócić, bo przecież ten świat jest do dupy i co chwila ma kłopoty. Wpadła w jakieś bagno, ale dobra, dostosuje się i znajdzie wyjdzie bez wołania na pomoc co pięć minut. Szanuję takie budowanie postaci, bo jednak najczęściej jak już bohater wpada w kłopoty, to autor pokazuje jaki to świat jest zły i niesprawiedliwy. W „Smoczej Perle” tego nie ma, totalna konsekwencja, bez jojczenia, że nasza Min jest taka pokrzywdzona. Naprawdę bardzo dobrze mi się czytało o jej karierze „kadeta”, bo po prostu czułam, że ona chce się przystosować i nie będzie marudzić na obowiązki. Do tego muszę dodać, że nie robiła tego po linii najmniejszego oporu, byleby tylko dostać się tam, gdzie chce, ale starała się, jakby realnie zależało jej na karierze w Siłach Kosmicznych. Poza tym bardzo spodobało mi się kreowanie wyrazistych postaci, z którymi mogę mieć jednoznaczne skojarzenia, ale które przy okazji były w stanie do końca mnie zaskakiwać. Wątek kapitana bardzo dobrze to pokazuje, autor przez całą książkę buduje u niego obsesję na punkcie Smoczej Perły, ale nie robi z niego zupełnego, przerysowanego wariata. Do końca nie byłam pewna jak zakończy się jego historia i czy zaraz nie dostaniemy jakiegoś plot twistu związanego z motywami pana kapitana. Do tego jest jeszcze taki drobny szczegół, który bardzo mnie ujął. Dostaliśmy tu społeczeństwo, w którym rzeczą oczywistą jest, że nie każdy określa swoją płeć tylko jako kobieta czy mężczyzna. W bardzo porosty sposób się tu wyróżnia, jak do kogo się zwracać i do tego jedna z postaci drugoplanowych nie określa się z żadną płcią, a jest przedstawiana bardzo naturalnie. Wiecie, Sujin po prostu jest i nie ma żadnego rozkminiania czemu, po co i jak, nie musi się tłumaczyć czy opowiadać historii swojego życia. Wszyscy tam akceptują ten fakt tak samo, jak to, że niebo jest niebieskie i czytelnik musi po prostu to zaakceptować i czytać dalej. Uwielbiam takie podejście, bez robienia wielkiej afery. Jasne, że skupienie się na tego typu wątkach też jest ważne, ale tylko ze względu na to, że społeczeństwo jest jakie jest. Tu autor totalnie to olał, postawił czytelników przed faktem dokonanym i stwierdził, że on nie musi robić z tego wielkiej historii. Jakby świat był na tyle piękny, że jest to dla nas kolejną, zwykłą cechą i nie trzeba się z tego powodu martwić.
Smocza Perła” jest książką, która totalnie wpisuje się w styl Riordana. W ogóle nie miałam wrażenia, że pisze to mniej doświadczony autor. Czułam się, jakby po prostu tematyka się zmieniła. Był klimat, świetnie napisane postacie i wyjątkowo przyjemna w odbiorze fabuła. Zakochałam się w mitologii koreańskiej, głównej bohaterce i samym autorze. Uwielbiam to, że nie uznaje żadnych kompromisów, po prostu robi to, co mu się podoba, bo to jego książka. Wyszło to genialnie. „Smoczą Perłę” czytałam z wielką przyjemnością. Choćbym była wymęczona wszystkim innym, jak już otwierałam tą książkę, zapominałam, że padam na pysk i chciałam tylko czytać. Polecam! Po prostu polecam każdemu kto kocha młodzieżową fantastykę i nie przejmujcie się, że to też sci-fi. Nie pogubicie się, autor naprawdę nic nie komplikował. Jak wiecie czym jest grawitacja, nie powinniście mieć kłopotów z odbiorem. „Smoczą Perłę” mogę nawet ambitnie porównać do wymieszania „Illuminae” z „Percym Jacksonem” tylko bez tego riordanowego poczucia humoru. Czytajcie to, ludzie!


Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria Książki


1

środa, 20 marca 2019

Miało być klimatycznie: Cienie Nowego Orleanu, Maciej Lewandowski


„Odkąd demony nie są zapraszane, przychodzą same.”

Tytuł: Cienie Nowego Orleanu
Autor: Maciej Lewandowski
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 350
Ocena: 4/10
Opis: John Raymond Legrasse, doświadczony nowoorleański policjant, podczas policyjnego nalotu na przemytników trafia do dziupli handlarzy żywym towarem. Znajduje tam makabrycznie okaleczone zwłoki młodej kobiety. Tropy prowadzą do niewyjaśnionej sprawy z przeszłości, rytualnego mordu dokonanego przez tajemniczą sektę. Zamordowanej dziewczynie wyryto na skórze tajemnicze znaki oraz zdarto płat skóry z pleców. Odsunięty od sprawy Legrasse prowadzi własne śledztwo. Podążając śladem handlarzy żywym towarem, dociera do zakładu fotograficznego, w którym znajduje nagrania brutalnych gwałtów i tortur czarnoskórych kobiet. Kolejny ślad prowadzi do Kaznodziei, przywódcy sekty przywołującej demony…


Jak ja się zawiodłam! Rany, tak bardzo chciałabym napisać, że ta książka była klimatyczna, magiczna i tak dalej, i tak dalej, móc polecić kolejnego polskiego autora, ale nie! Męczyłam się z nią ponad tydzień, chociaż ma tylko 350 stron. Po przeczytaniu „Cieni Nowego Orleanu” nie mam pojęcia, jak mogłabym ją określić poza „nuda” i „fabuła się zgubiła”. I to jest najgorsze! Bo nawet nie było tu nic, co by mnie tak gigantycznie zirytowało, że miałabym już jakiś szkielet na recenzję. Po tej książce zostało mi jedno wielkie NIC. Trzy dni zbierałam się, żeby zacząć pisać tę recenzję, bo zupełnie nie mam pojęcia, jak to ugryźć. Nie mam ochoty do tego wracać, nie mam pojęcia, co właściwie przeczytałam  problemy pierwszego świata.
Tak szczerze, wybrałam do recenzji „Cienie Nowego Orleanu”, bo w materiałach przesłanych przez wydawnictwo zapowiadały się naprawdę dobrze. Nowy Orlean to kolejne miasto dookoła którego dałoby się stworzyć niesamowicie magiczny klimat, do tego miała być mitologia Cthulhu, dodajmy do tego voodoo. Ogólnie: okultyzm, ogrom czarnej magii, demonów, nastrój wręcz idealny. Główny bohater też wydawał się interesujący – racjonalista, który już wcześniej zetknął się z demonicznym kultem. Opis sugeruje, że facet jeszcze nie przetrawił tych wydarzeń i wracają do niego jako koszmary. Od razu ma się nadzieję, że to będzie ten świetny wątek, w którym dostaniemy trochę takiej przyziemnej psychologii i zabawy tym, że on nie wierzy w tę czarna magię, ale w końcu będzie musiał to zmienić. To jest genialna podstawa! Nie wyszło to jednak ani trochę.
Próbowałam dawać tej książce szanse. Przez pierwsze 150 stron jeszcze liczyłam, że zaraz wyklaruje się jakaś jedna linia fabularna, za którą da się podążać i poukładać na niej wydarzenia. Miałam nadzieję, że skończą się zbędne opisy i przeciąganie, a zacznie się jakaś akcja, pojawi się więcej magii i tego całego kultu. Tylko że do samego końca nic takiego nie dostałam! Ostatni rozdział jeszcze nabrał jakiegoś mniej męczącego tempa i klimatu, ale to, co się tam wydarzyło… Mam wrażenie, że autor, zaczynając to pisać, nie miał pojęcia, jak w ogóle chce książkę zakończyć i jak ta oś fabularna ma się ukształtować. Jest kilka rozdziałów, w których niby coś się wyjaśnia i każdy z nich wygląda, jakby pisarz dopiero na to wpadł i chciał wykorzystać. I to mogły być zakończenia, ale zostawał jeden mały kawałek, który pozwalał to ciągnąć dalej i wyszło z tego takie nijakie coś. Ta historia po prostu mi się nie klei i wszelkie te rozwiązania wydają się takie płaskie i nijak powiązane z wydarzeniami. Bo tak naprawdę nie ma żadnych tropów czy powiązań między jednym wydarzeniem a kolejnym. Po prostu pan porucznik wpada do różnych osób popytać o sprawę, aż w końcu ktoś mówi: „ej, ja to od tego XYZ załatwiłem” i BAM, XYZ NALEŻY DO KULTU. No ktoś musiał, super. Ale to jest takie wyciąganie jakiegoś rozwiązania, bo trzeba.
Najbardziej zmęczył mnie styl, w jakim ta książka jest napisana. Opis „Cieni Nowego Orleanu” sugeruje, że będzie to książka klimatyczna i można założyć, że autor choć w pewnym stopniu jest zainteresowany tym miastem. No super, tylko to objawia się tym, że w najróżniejszych momentach dostajemy całe akapity na temat jakiejś dzielnicy. Musi być jak najbardziej opisowo, coby pokazać, że zrobiło się risercz, a najlepiej dorzucić do tego jeszcze trudne słownictwo. Fragmenty te nie wnoszą nic, nijak odnoszą się do tego, co aktualnie robi bohater i po prostu nie chce się ich czytać. Z opisami bójek jest podobnie, czasami postacie napieprzają się przez trzy strony i człowiek już ma dość. No ile można czytać o tym, jak ktoś ustawił gardę i gdzie się komu przypieprzyło? Przepraszam, ale to nie jest interesujące w aż takim stopniu. Po dwóch akapitach po prostu uciekało całe napięcie i ja miałam tego zwyczajnie dosyć. Do tego momentami autor tworzy zdania tak długie, że ciężko jest zrozumieć, co się przeczytało. A momentami wręcz jedno zdanie zupełnie nie zgadza się z poprzednim. Przez to wszystko całkiem spora część „Cieni Nowego Orleanu” zlewała mi się w takie jedno „bla bla bla”, już nie miałam siły na szukanie sensu w zdaniach i nawet najmniejsze zainteresowanie się opisami. Byłoby choć odrobinę lepiej, gdyby zamiast opisywać każdą mijaną dzielnicę, bardziej skupić się na mitologii i czarnej magii. Dać więcej klimatu w miejscach, w których się ona pojawiała, zamiast tylko dodawać, że „cuchnęło czarną magią”. Po tej książce nie mam ani trochę większego pojęcia o voodoo czy Cthulhu. Mało tego, ja nawet nie do końca wiem, jak wyglądał przedstawiony tu kult, poza tym że na pewno wierzyli w kolesia-krakena tak uwielbianego w popkulturze. Gdyby autor chociaż trochę bardziej skupił się na tym aspekcie, dodał trochę tej demonicznej magii w odpowiednich miejscach i napisał kilka wydarzeń z perspektywy tych wyznawców, powstałby odpowiedni klimat. Tymczasem wiemy, że tacy ludzie są, czarna magia też w sumie istnieje, ale prawie się nie pojawiała, były jakieś wydarzenia na bagnach i ludzie w to zamieszani lubią mordować czarne dziewczyny. Przez resztę czasu łazimy z panem porucznikiem przesłuchiwać ludzi, czytamy o architekturze i mieszkańcach poszczególnych dzielnic, no i tłuczemy temat prohibicji i porno. I nie twierdzę, że te tematy nie mogły być ciekawe, ale ta książka nie tak się zapowiadała i styl, w jakim jest to napisane po prostu męczy niemiłosiernie. No i gdyby płacili mi za każdym razem, jak jakaś postać posika się ze strachu… Dosłownie każdy, kto się tam przeraził to robił! To nie jest jedyna reakcja fizyczna na strach! Nie każdy reaguje tak samo! Naprawdę, skoro to jest rzecz, z którą kojarzy mi się ta książka, było jej za dużo i jest to zwyczajnie niewiarygodne, żeby wszyscy, jak leci, sikali z przerażenia. W ogóle mam wrażenie, że odnośnie różnych rzeczy autor miał określony zestaw opisów i tylko ich w tym temacie używał. Bez problemu dałoby się dobrać inne przymiotniki i dodać trochę różnorodności, no ale wszyscy sikają ze strachu i kawa zawsze ma posmak mułu.
Może chociaż postacie jakoś się bronią? No cóż… Pan porucznik zapowiadał się obiecująco, jako koleś, z którym mamy śledzić te wydarzenia, ale… ALE! To, że on nadal ma pewien uraz po wydarzeniach na bagnach czy też kolejnych, które działy się później, pojawia się tylko w jednym kontekście. Jakim? „No przeżył to i to, straszna rzecz, a śniadanie było smaczne.” Jedno zdanie i koniec. Nie ma to żadnego wpływu na zachowania naszego bohatera, na jego relacje czy choćby poglądy. Nic, po prostu sobie było i minęło. To tak nie działa. Ludzie tak nie działają. Tak to można skwitować stłuczenie szklanki czy wpadnięcie na nielubianego profesora na uniwerku. Ten jego sceptycyzm odnośnie rzeczy nadnaturalnych też przedstawia się w taki sposób i całkowicie nie ma wpływu na fabułę. W dodatku autor przedstawiając go musi robić to w taki totalnie „brudny” sposób. Wiecie, to ten stary gliniarz, który będzie się lał po mordach, pił gorzałę i klął, ile wlezie. Nie kupuję tego. Ta postać jest nijaka. Poza tym autor, jak już wspomina o postaciach, to określa je: narodowością, pełnym imieniem i nazwiskiem albo samym nazwiskiem. Czułam się trochę jak w jakimś korpo, gdzie trzeba trzymać dystans. Jeszcze jedna taka głupia sprawa – zastanawiam się, kto normalny pije przed jakąkolwiek akcją policyjną czy też samozwańczą, podczas której wszyscy będą się lać i strzelać. To jest zwyczajnie głupie! Nie wiem, czy to miało nadać naszym bohaterom więcej męskości czy czego, ale jest po prostu głupie i żaden rozsądny człowiek by tak nie zrobił. Nie wiem, może nie czuję klimatu lat 20., ale picie alkoholu nie wydaje mi się ich jedyną cechą. A tu to trochę tak wygląda.
Naprawdę, starałam się szukać pozytywów w tej książce i jestem równie zawiedziona, co po „Wilczej Godzinie”. W ogóle te książki wydają się mi mieć wiele wspólnego i rozczarowały mnie w podobny sposób. Muszę autorowi oddać to, że jak już budował napięcie, nagle przestawał się rozdrabniać i były to fragmenty, które czytałam z przyjemnością. Niestety, ta gorsza część mocno przeważyła. Nie jestem w stanie polecić „Cieni Nowego Orleanu”. Tobyło potwornie nudne i nijakie, przekazu też nie znalazłam, za to trafiłam na trochę głupot. Chociaż przyznaję, książka nie irytowała mnie, nie wzbudzała we mnie nienawiści czy złości. Nie wiem, może po prostu totalnie nie pasuje mi styl autora, jednak ten jeszcze byłabym w stanie znieść, gdyby było tu więcej właściwych treści i opis byłby adekwatny. Bo nadzieje były wielkie, a wyszło trochę jak „Niesamowity Hulk” (tak, taki film istnieje i zalicza się do MCU).

Za książkę dziękuję wydawnictwu Uroboros

1