Ariana | Blogger | X X X X

niedziela, 28 października 2018

Na Odyna! 9 z dziewięciu światów, Rick Riordan



Seria: Magnus Chase i bogowie Asgardu
Tytuł: 9 z dziewięciu światów
Autor: Rick Riordan
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 173
Ocena: 10/10
Opis: JAK DOBRZE ZNASZ DZIEWIĘĆ ŚWIATÓW NORDYCKICH?
 Czy nie mylą ci się te wszystkie „heimy”?… Ich rozróżnienie ułatwi ten zbiór niesamowitych opowieści – każda rozgrywa się w innym świecie i jest opowiedziana przez inną postać z cyklu „Magnus Chase i Bogowie Asgardu”. Nawet jeśli ci to nie rozjaśni w głowie, przynajmniej dowiesz się, jak Alex uratował Amira z opałów, w których główną rolę odegrały spodnie, jak Samira ukradła olbrzymowi harfę, a Mallory nauczyła smoka obrzucać innych obelgami – iprzeżyjesz z bohaterami wiele fantastycznych przygód. Tylko uważaj na Thora, który truchta przez wszystkie dziewięć światów, ciągnąc za sobą smugę smrodu…

„Czasem jesteś toporem, a czasem odciętą głową.”


Na świecie jest kilka rzeczy pewnych: podatki, koty szalejące dokładnie o 3 w nocy, toruńska starówka zawalona wycieczkami i to, że jeśli Riordan napisze coś ze swoich mitologicznych uniwersów, ja na pewno ten twór dorwę. Nawet sobie nie wyobrażacie jaki odlot zaliczyłam, kiedy wydawca napisał do mnie z tą propozycją. Dostać wujka Ricka do recenzji? Przecież to jak skoczyć poczwórnego Axla!
„9 z dziewięciu światów” to zbiór krótkich opowiadań o postaciach z „Magnusa Chase'a”. Nasze drogie Mango gdzieś wcięło, a wszyscy jego przyjaciele po kolei pakują się w jakieś kłopoty. Razem z mieszkańcami dziewiętnastego piętra oraz resztą ekipy zwiedzimy wszystkie dziewięć światów. W ramach wycieczki zapraszamy też na: wysłuchiwanie wyzwisk wiewiórki, pogawędki ze smokiem, użeranie się z olbrzymami i przymiarkę najniebezpieczniejszych spodni wszechświata. Prosimy uważać na jednego dzikiego boga piorunów, istnieje ryzyko stratowania nieostrożnych śmiertelników oraz ujrzenia Thora w skórzanych spodenkach.
Rozdziały nie są zbyt długie, przeczytanie całej książki zajmie wam najwyżej kilka godzin. Riordan tym razem postawił na rozrywkę. Nie znajdziecie tu nic odkrywczego. Postacie nie są jakoś szczególnie rozwijane, nie ma też jakichś nowych wątków czy wielkich odkryć. Ta książka miała za zadanie w prosty, przyjemny i nieoklepany sposób przedstawić kawałek mitologii nordyckiej. To autorowi się udało. W każdym opowiadaniu zawarł charakterystykę jednego ze światów i pewne mityczne postacie. Przy tym nie jest to taki nudnawy przewodnik w stylu „a po lewej mają państwo Helheim, siedzibę bogini Hel, bla, bla, bla...”. Każde z opowiadań ma swoją fabułę i główną postać. Historie nie są zbyt skomplikowane, ale w tej książce nie chodziło o wielkie zwroty akcji i doprowadzanie czytelnika do ataku serca. Dla kogoś, kto w ogóle nie odnajduje się w mitologii nordyckiej, będzie to łatwy i przyjemny sposób na poznanie kilku faktów. Dla fana-wyjadacza, który zna na pamięć wszystkich bogów i jest w stanie wymienić ich alfabetycznie, czytając imiona od tyłu, będzie to lekki umilacz czasu.
Osobiście bardzo lubię styl, w jakim Riordan przedstawia wszystkie światy. Urzekło mnie to już w „Percym Jacksonie” i tak zostało. Ten autor ma po prostu dar do przekazywania wiedzy w prosty ale nie głupisposób. Chyba każdy jego fan jest w stanie bez problemu przedstawić mitologię grecką z najróżniejszymi szczegółami. Poza tym odnoszę wrażenie że sam Riordan po prostu podjął się misji edukowania młodzieży w tym zakresie i wychodzi mu to wręcz genialnie. Dlaczego? Ponieważ potrafi do każdego aspektu, który chce przedstawić, napisać świetną historię. Choćby była to najprostsza fabuła, Rick zrobi to w taki sposób, że aż będzie chciało się czytać. Połączył przyjemne z pożytecznym, a raczej sprawił, żeby pożyteczne stało się przyjemne. Wszędzie znajdzie się miejsce na jakiś humorystyczny dodatek, a dzięki temu pewne fakty jeszcze lepiej zapadną w pamięć. Poważnie, jeżeli skojarzycie daną informację z czymś dziwnym lub zabawnym, jest spora szansa, że będziecie ją lepiej pamiętać. Ja na przykład nigdy nie zapomnę „czy zwierzęta planują przyszłość” dzięki pewnemu cwanemu szympansowi.
Czy polecam? Jako wieloletnia fanka Riordana – oczywiście! Jeżeli tylko jesteście odbiorcami młodzieżówek (nieważne, ile macie lat) lub szukacie czegoś, co zachęci do czytania a przy okazji czegoś nauczy wasze rodzeństwo czy potomstwo, Rick Riordan jest dla was. Nawet samo „9 z dziewięciu światów” jako szybki przewodnik po mitologii nordyckiej się nada. Chociaż polecałabym najpierw poznać główną serię. Raczej nie muszę mówić, że jeśli kochacie „Magnusa Chase'a” nie ma potrzeby się zastanawiać. No i na koniec muszę wspomnieć o przepięknej oprawie graficznej. Sama okładka jest przepiękna, a w środku znajdziecie dodatkowe grafiki z postaciami i mitycznymi światami. Uwielbiam takie dodatki. Podobno treść jest najważniejsza, ale według mnie pięknie wydane książki, zaopatrzone w dobre ilustracje mają jeszcze więcej uroku.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria książki.


1

środa, 24 października 2018

Maszynowe sny, czarne światła: Spektrum, Martyna Raduchowska


„Nie każcie mi już niczym więcej być.”

Seria: Czarne Światła
Tytuł: Spektrum
Autor: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 414
Ocena: 10/10
Opis: Technologia rozdarła to miasto na pół. Wydawało się, że ostatnie granice ludzkich możliwości zostały zniesione. W powszechnym użyciu są androidy – prawie doskonałe kopie człowieka. Wyposażone w sztuczną inteligencję, niesamowicie szybkie, zdolne do błyskawicznej regeneracji, są o wiele bardziej wytrzymałe niż ich pierwowzór. I o wiele bardziej niebezpieczne. Ludzie dzięki wszczepom i implantom mogą upgrade’ować swoje ciało i umysł niczym postaci z gier komputerowych. Ci, których na nie stać, bogacą się jeszcze bardziej. Biedni spadają na samo dno drabiny społecznej. Szansą dla wykluczonych jest reinforsyna. Geniusz w pigułce, dostępny na każdą kieszeń. Gdy zapada decyzja o wycofaniu jej ze sprzedaży, atak na siedzibę jej producenta jest nieunikniony. Magazyny pustoszeją w jednej chwili. Reinforsyna zalewa ulice falą neurochemicznego szaleństwa. B-Day. Dzień Buntu. Dzień, który zmienił Jareda Quinna w nafaszerowanego elektroniką cyborga. On sam niewiele z niego pamięta. Tylko Maya, jego replikantka, wie, co naprawdę się wtedy wydarzyło. Bo wszystko zaczęło się właśnie od niej.

„Nie taką mnie stworzono. Nie jestem posłuszna i wcale nie chcę być.”


Czasami chcę poznać jakąś historię z perspektywy innych postaci. Często jest tak, że chodzi o moich ulubionych bohaterów i po prostu czuję potrzebę, żeby dowiedzieć się, jak te wydarzenia wyglądały z ich perspektywy. Mało który autor to robi. Wtedy przychodzi Martyna Raduchowska, która niewinnie ucięła książkę, kiedy miało się najwięcej pytań. Boom, to teraz przerabiamy to z tej drugiej perspektywy! Umieracie, żeby poznać rozwiązanie tej fabuły? Aha, bawcie się dobrze. Powinnam się pogniewać, tylko jakoś tak nie potrafię.
Po „Spektrum” spodziewałam się wiele. Kto jest mordercą? O co chodziło z tymi sercami? Co się odpieprza z tymi psionikami? Najpierw uznałam, że rozpoczęcie od B-Day z perspektywy May to takie wprowadzenie. No tak, chyba do trzeciego tomu. W tej części Raduchowska przedstawia, co się działo po drugiej stronie Muru przed przybyciem tam Reda. A jest o czym pisać. Zaufajcie mi, do tej pory nic nie wiedzieliście. Nie mówię tylko o rzekomej zdradzie Mai, ale o całym buncie czy tym, jak wygląda rzeczywistość w Dark Horizon. Już pomijam wszystkie intrygi, zawirowania i motywacje wszelkich postaci, bo „Spektrum” jest nimi naładowane po brzegi. Może część rozdziałów wydawała mi się niezbyt potrzebna, taki interesujący dodatek, ale nic ponadto, ale całościowo to było potrzebne. Bez poznania wydarzeń z perspektywy Mai i zetknięcia się z „tą drugą stroną”, kontynuacja mogłaby okazać się dość ciężka w zrozumieniu. No ale żeby książka była dobra, nie wystarczy jej dobry powód do zaistnienia.
Chyba już nie muszę wspominać, że Martyna Raduchowska robi tu zarąbistą robotę jako kryminolog i psycholog. Podtrzymuję to, co pisałam o „Łzach Mai” – świetne wykorzystanie wiedzy, a przy tym napisane w nieskomplikowany, przystępny i przyjemny sposób. Po prostu czuje się, że autorka zna się na tym, co pisze. Momentami któraś postać coś tłumaczyła, a na mnie spływało takie oświecenie, że teraz wszystko ma sens i w ogóle wow, przecież to tak musiało być. Nie było żadnego samozwańczego imperatywu „bo tak i koniec”. Autorka co jakiś czas podsuwała fałszywe wątki, które też wydawały się wiarygodne, mieszała, ile się dało. Robiła to tak umiejętnie, że jakby na którejś stronie napisała, że nazywam się Frenandez Santino, jestem hodowcą gąbek w Argentynie i uwielbiam lukrecję, mogłabym uwierzyć. Wszystko wydawało się w miarę sensowne, dopóki nie pojawił się jakiś zwrot, który czemuś zaprzeczał. „Spektrum” to jedne wielkie śledztwo, tylko nie do końca wiadomo, co się próbuje wyjaśnić. Ciągle podejrzani i cały sens sprawy się zmieniają, choć tak naprawdę jest to jedna wielka całość. Nagle grube ryby okazują się tylko pionkami i tak ciągle za kimś stoi ktoś. Raduchowska przy okazji nie stara się udziwniać, żeby na siłę zabłysnąć. Ostatecznie rozwiązania są tak proste, że nie jest się w stanie nawet ich rozważyć. Na przykład taka Misty – jak teraz o niej myślę, to było oczywiste, ale sama nigdy bym na to nie wpadła. Powstaje taka siatka logicznych połączeń, o których po prostu się zapomina przez pewne relacje między postaciami czy drobne szczegóły. To naprawdę nieźle rozegrana fabuła.
Ciężko mi określić jak bardzo pokochałam narrację Mai. W pierwszym tomie nieźle mnie zaskoczyła, ale w tym była po prostu niesamowita. Choćby dla niej warto przeczytać „Spektrum”. Wydaje mi się bardziej ludzka niż niektórzy ludzie. Oczarowała mnie swoim postrzeganiem świata i sposobem bycia. Nie raz, nie dwa było mi tak potwornie źle z jej powodu. Została genialnie napisana, bardzo wyraziście i wyjątkowo oddziałuje na emocje czytelnika. Ciężko mi wybrać jakiś jeden fragment, który dobrze ją odda. „Spektrum” w większości skupia się na niej, na tym, jak przystosowuje się do nowych warunków i próbuje zrozumieć, co właściwie wydarzyło się podczas B-Day i jak to ukształtowało świat, a w tym ją samą. Jej relacja z Redem do pewnego momentu uderzała w mój czuły punkt, na jakimś poziomie kojarzyli mi się z Anakinem i Ahsoką. Ich interakcje, jakiekolwiek, obserwuje się z wielką przyjemnością i satysfakcją. Przez Mayę, ale nie tylko, Raduchowska też pogrywa z czytelnikiem na poziomie jego moralności. W sumie od początku tej serii autorka toczy wewnętrzną dyskusję o tym, gdzie kończy się człowieczeństwo i jak rozpatrywać ten problem, kiedy spaja się element ludzki z technologią. W „Spektrum” jest na ten wątek naprawdę wielki nacisk, ale to tylko sprawia, że ta książka jest tak dobra, piękna, a przy tym niepokojąca i wzbudza ogromne poczucie niesprawiedliwości. Poza May przewinęło się wiele postaci, nowych jak i tych już znanych czytelnikowi, a każda knuje coś swojego. Mogę wam tylko poradzić, żeby ufać swoim przeczuciom. Czasem lepiej zaufać pierwszemu wrażeniu.
To jest ten moment, kiedy zaczynam domagać się kontynuacji. Nie wiem, czemu czytanie tych książek ma taki schemat: uważam, że przeczytam to w kilka dni, ale albo jestem zmęczona, albo coś trzeba zrobić, nie mam czasu, mam siłę tylko na Netflixa, minęły dwa tygodnie, czas się ogarnąć! No nie wiem, ale na koniec pragnę więcej. Poważnie? Tak zakończyć? Trzeba być wyjątkowo złym człowiekiem, żeby zrzucić fabularną bombę i uciec. W pełni rozumiem, że to musi być wielka satysfakcja, ale czemu to ja muszę cierpieć? Chcę być w końcu po tej drugiej stronie. A wy łapcie za „Spektrum” i nadrabiajcie „Łzy Mai”, jeżeli jeszcze ich nie czytaliście! Bo nie chcę sama, jedna, jedyna ogłaszać, że Martyna Raduchowska to jedna z najlepszych polskich pisarek fantastyki.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros.
0

piątek, 5 października 2018

Polecajkowa Piwnica #1

Wiecie co? Te wakacje jednak źle na mnie działają. Nagle mam milion planów: tutaj czytać, tam powtórzyć serial, zacząć kolejny, znaleźć górę fanficków i fanartów, napisać coś swojego, bla, bla, bla. Zaraz się wystrzelę w kosmos, bo przygoda! (Nie, nie chce mi się.) W tym wszystkim pomyślałam, że mogłabym trochę podręczyć czytelników blogaska! Nie samymi recenzjami żyję. Tak naprawdę to wolę pisać bardziej rozbudowane czy urozmaicone rzeczy, ale to wymaga więcej pracy i w ogóle pisanie jest męczące. Dlatego dzisiaj jakoś to połączymy. Zachciało mi się stworzyć serię, w której dzielę się z Wami moimi ulubionymi rzeczami. Nie tylko książkami, o nie! Bo tak też zakładam, że blog o samych książkach to za mało. Gotowi na pierwszą przejażdżkę w świat chaosu i pierdolca? Nie ma żadnej konkretnej tematyki, ale zachęcam do czytania. Kto wie, może znajdziecie coś dla siebie?

Star Wars: The Clone Wars (2008)



Całkiem niedawno ukazała się tu recenzja „Ahsoki” i tam już trochę pomajaczyłam o tej animacji. To właśnie dzięki Wojnom Klonów zaczęłam stawiać pierwsze świadome kroki w popkulturze. Zaczęło się to zupełnym przypadkiem, kuzyn uparł się, że w tym konkretnym momencie oglądamy Cartoon Network, a ja z braku innego zajęcia obejrzałam razem z nim jakąś dziwną animację o jakichś dziwnych postaciach z kolorowymi mieczami. Padło na odcinek z wirusem błękitnego cienia, a że od dzieciaka uwielbiałam wszelkie biologiczno-patologiczne wątki, to wzięłam i się zakochałam. Poza tym była tam też Ahsoka, która po prostu mnie zainteresowała. Nadrobiłam wszystkie odcinki w internecie, film pilotażowy mam na płycie, a potem było wyczekiwanie na kolejne sezony.
O czym to właściwie jest? W większości o przygodach Golden Trio z Odległej Galaktyki. Wojny Klonów trwają, rycerze Jedi wraz z armią Republiki Galaktycznej walczą z Sojuszem Separatystów. Po drodze znajdzie się wiele awaryjnych lądowań, trochę zniszczonych kosmicznych flot, przekonamy się, że wszechświat i Moc mają jeszcze wiele nieodkrytych sekretów, a wojna wcale nie jest taka czarno-biała, jak mogłoby się wydawać. Poznamy, jak naprawdę wyglądało kształtowanie się Imperium, jaka była droga do upadku Jedi i wiele innych aspektów, na które w filmach nie znalazło się miejsca. Anakin chociaż raz przestanie być irytującym emo-romantykiem rodem z gimnazjum, w dodatku stworzy przepiękną więź ze swoją uczennicą. (Rycerzyk i Smark to jedno z lepszych brootp i nikt nie zmieni mojego zdania.) Nie ma tu jednej, spójnej fabuły. Bywa, że pojedynczy odcinek to opowieść sama w sobie, chociaż twórcy stawiali głównie na mini serie po 2-5 odcinków. Czasem na pierwszy plan wpadną łowcy nagród czy kosmiczni piraci.
Początkowo może wydawać się to taką głupią bajeczką dla dzieci, ale na (nie)ostatnich odcinkach jest się wgniecionym w fotel, a potem aż chce się wrzeszczeć. Kiedy wracam do tej animacji, często dociera do mnie coś, co dawniej przeoczyłam. Nadal zachwycam się tymi samymi aspektami, ale dochodzą do nich kolejne, trochę szerzej pojmuję pewne wątki. Wielokrotnie zastanawiałam się, jak ta historia mogłaby się potoczyć, gdyby zmienić pewne wydarzenia. Dalej jestem w pełni przekonana, że gdyby storyline Ahsoki potoczyło się inaczej, Anakin nie dałby się ściągnąć na Ciemną Stronę. Nie mogę się doczekać 7 sezonu – jego zapowiedź to taka moja gwiazdka z nieba. I tak między nami: to całkiem dobry sposób, żeby zacząć przygodę z Gwiezdnymi Wojnami. Stara Trylogia jest już trochę nie na czasie – przyjemnie się ją ogląda, ale teraz odbiorca wymaga czegoś trochę innego. Nowa Trylogia – no cóż, pierwsze dwie części ogląda się bardziej ironicznie niż na poważnie, Zemsta Sithów jest dobra, ale Anakin nadal jest wyjątkowo upierdliwy w odbiorze. Wojny Klonów oferują nam lepiej napisane postacie, szersze przedstawienie uniwersum i mnóstwo interesujących historii.

Percy Jackson i bogowie olimpijscy


Pierwsza mitologiczna seria Ricka Riordana – jak dziwnie mi przyznać, że zaczęłam od ekranizacji i za pierwszym razem nie czytałam „Złodzieja Pioruna”. Byłam młoda i głupia! Jednak też zawsze kochałam mitologię. Jako ten klasowy leniwiec w piątej klasie zrobiłam małą rewolucję i zaczęłam się udzielać, bo omawialiśmy właśnie mity greckie. Tylko, że w szkole to jest kilka lekcji, a potem dalej pałujemy Sienkiewicza, Mickiewicza i inną gramatykę. Chciałam więcej, a wujek Rick spadł mi z nieba. Jakbyście mnie kiedykolwiek złapali, choćby w środku nocy, po imprezie Vogule Poland, ja i tak powiem, że Percy bije na głowę Pottera. Koniec, nie ma dyskusji.
Percy Jackson to dzieciak jak każdy inny, niezbyt popularny, trochę problematyczny, ma ADHD i dysleksję. Może w przedszkolu udusił węża czy dwa, ale kto by się tym przejmował? Pewnego dnia dowiaduje się, że starożytni Grecy mieli rację i tam w górze urzędują bogowie tacy jak Zeus, Apollo czy Atena, w dodatku czasem lubią wpaść do świata śmiertelników i spłodzić „kilku” herosów. Percy jest jednym z nich i zanim zdąży się dobrze zorientować, co właściwie wydarzyło się w jego życiu, będzie musiał ruszyć na pełną potworów i wściekłych bóstw misję. Najpierw odnalezienie Pioruna Zeusa, potem ratowanie Obozu Herosów, aż do starcia z armią tytanów. Po drodze natknie się na wiele mitycznych zawirowań, uwolni kilku piratów, zostanie świnką morską i pochłonie tony niebieskiego jedzenia. W większości dobrze wspominam bohaterów, nie raz coś mnie w środku zabolało z ich winy. Niektórymi cytatami mogę rzucać po polsku i angielsku. Rioradan w dobry, a przy tym zabawny sposób przedstawia mity starożytnych Greków. To przystępna i zapadająca w pamięć wersja tego, czego uczono nas w podstawówce oraz wiele ponad to. Kto by pomyślał, że Hades ma dość marudnych pracowników, Cerberowi ktoś po prostu zrobił czarny PR, a Apollo układa tragiczne haiku?
To wyjątkowo urocza seria. Może nie jakaś ambitna literatura, ale Riordan zrobił kawał dobrej roboty i stworzył jedną z bardziej kultowych serii dla młodszych czytelników. Muszę też mu oddać, że pisze w takim stylu, że nawet po tych ośmiu (wow!) latach mogę go czytać i nie czuję, że to już nie jest moja kategoria wiekowa.

Yuri on Ice



Dwa pierwsze twory były ze mną od dawna, więc na koniec będzie powiew świeżości. Może zacznijmy od tego, że prawie w ogóle nie oglądam anime. Nie lubię, często kreska mnie odrzuca, nie przepadam za dość ekspresywnym dubbingiem w wykonaniu japończyków, przesadzonymi pomysłami i tak dalej. Do YoI byłam dość sceptycznie nastawiona, bo sportowe anime to już w ogóle inna bajka. (Free!!! się nie liczy, jak to jest o pływaniu to moje studia są o coachingu.) Tylko po kolei wszyscy ludzie, których choć trochę kojarzyłam się tym zachwycali, jak spora część Internetu. Najczęściej taki hype mnie zniechęca, ale tutaj stwierdziłam, że jak moi znajomi tak pokochali animowanych łyżwiarzy, to warto spojrzeć, co to takiego.
Dobra, to jest drama, a nie sportowe anime. Yuuri, Yuri i Victor to królowie dramy, a reszta postaci im w tym dorównuje. Jednak może poudawajmy przez chwilę, że chodzi o łyżwiarstwo. Yuuri Katsuki jest łyżwiarzem figurowym, tylko dość mocno zawalił ostatni sezon i postanowił sobie odpuścić tę imprezę. Jednak wszystko się zmienia, kiedy do sieci trafia nagranie, jak nasz Japończyk jedzie program łyżwiarskiej legendy – Victora Nikiforova. Pomyślicie „i co z tego”? No cóż, Vitya dochodzi do wniosku, że ta azjatycka klucha to jego inspiracja, rzuca wszystko i leci do Japonii, bo tak sobie postanowił zostać trenerem Katsukiego. Zapomniał tylko, że w Rosji zostawił Wściekłego Kociaka aka Yuriego Plisieckiego, któremu obiecał ułożyć program na jego debiut w seniorskich zawodach. Tym sposobem mamy już dwóch dzikich, ruskich łyżwiarzy w Japonii. Co z tego wyniknie? Błyszczące wdzianka, potrawka wieprzowa, dzikie kombinacje skoków i wiele innych. Przy okazji w ostatnich odcinkach pojawia się plot twist, tańce na rurze i niezłe groźby przy skakaniu poczwórnego Salchowa.
Czemu? Co we mnie wstąpiło? No lubię dramę, Plisiecki został moim pysiem, a łyżwiarstwo figurowe okazało się bardzo ładne. To prawdziwe jest nawet piękniejsze, wiecie, grube rozkminy czy ten łyżwiarz na serio ma aż tak dobry tyłek czy to jakiś push-up. Chociaż w dużej mierze wymieniam Yuri on Ice ze względu na mnie. Po pierwsze: dało nowe życie moim włosom. Przekonałam się do ścięcia ich na Plisieckiego i nagle przestały się kruszyć. Po drugie: zostałam najgorszą figurówką pod słońcem! Tak pokochałam łyżwiarzy, że sama postanowiłam się czegoś nauczyć. Może jest to koślawe, może mój piruet wygląda jakbym chciała umrzeć, może łyżwy figurowe to niewdzięczne twory próbujące zabić moje stopy, ale nie ma dla mnie lepszego zajęcia. No i po dwóch latach od obejrzenia YoI przymierzam się do mojego własnego Salchowa, tylko żebym nie zapominała skoczyć... Chyba głupszej motywacji nie znajdziecie, ale ja lubię popełniać głupoty. No spójrzcie na moje posty! ♥

0

niedziela, 30 września 2018

Jak (nie)zostać magiem: Pierwszy rok, Rachel E. Carter


„Jak myślisz, ile razy możesz zginąć, zanim naprawdę oszalejesz?”


Seria: Czarny Mag
Tytuł: Pierwszy Rok
Autor: Rachel E. Carter
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 364
Ocena: 7/10
Opis: Rudowłosa piętnastolatka Ryiah (zwana Ry) i jej brat bliźniak Alexander mają jedno marzenie: zostać magami. Realizacja tego celu się przybliża, gdy zostają przyjęci do Akademii Magii. Okazuje się jednak, że kandydatów na adeptów jest wielu, zaś rodzeństwo wyróżnia się na tle rówieśników niskim pochodzeniem, brakami w wiedzy i niedostatkiem siły fizycznej. Wywodzący się z arystokratycznego rodu książę Darren i jego przyjaciółka Priscilla szczególnie dają odczuć rodzeństwu, gdzie jest ich miejsce. Ry odstaje od grupy tak wyraźnie, że padają nawet sugestie, iż powinna zrezygnować. Dziewczyna jednak się nie poddaje, potajemnie przesiaduje w bibliotece, ćwiczy walkę wręcz z córką rycerza Ellą. Nieoczekiwanie z pomocą Ry przychodzi jej dotychczasowy wróg, Darren. Chłopak zaczyna okazywać jej swoją sympatię. Czy to podstęp? Czy Ry uda się zdać egzaminy i kontynuować naukę w wymarzonej szkole? Opowieść o Ryiah i Alexie, młodych adeptach Akademii Magii, to pierwsza część trzytomowej sagi Czarny Mag.

„Ludzie, którzy mówią ci to, co chcesz usłyszeć są najbardziej niebezpiecznymi wrogami.”


Ostatnio mam taki czas, że wszystko mnie ściąga w stronę fanficków. Wszystko przez Ahsokę. Teraz jakimś dziwnym trafem wpadła mi w ręce książka, która przypomniała mi te złote czasy. I to od dobrej strony! Skusiłam się na „Pierwszy rok” chyba ze względu na totalną głupotę. Brat głównej bohaterki nazywa się Alexander. Koniec. To był mój powód. Reszta zabrzmiała dla mnie jak taka typowa młodzieżowa fantastyka i stwierdziłam: dobra, Lucy, weź, zobacz. Nie powiem, żebym podjęła złą decyzję.
Ryiah pochodzi z niezbyt zamożnej rodziny, jednak ma wielkie ambicje. Pragnie zostać magiem bojowym. Po tym jak jej brat bliźniak odkrywa, że posiada magię, wspólnie wybierają się do Akademii. Ry jeszcze nie potrafi wydobyć z siebie mocy, ale wierzy, że ma potencjał, by przetrwać próbny rok. Jednak szaty maga są tylko dla najlepszych, a ona niczym się nie wyróżnia na tle setki innych uczniów. Nauka w Akademii wydaje się ponad ludzkie siły, a mistrzowie zrobią wszystko, żeby odesłać jak najwięcej nowicjuszy do domu.
Szczerze przyznam, że ta książka dobrze mi zrobiła. Jest dość jednowątkowa, autorka skupia się głównie na przedstawieniu pierwszego roku Ry w Akademii. Nie ma tu wielu intryg, końców świata czy wojen wiszących nad królestwem. No i jest książę. Chociaż tak naprawdę wszystkie wydarzenia wpisują się w taką szkolną rzeczywistość. Jednak ta konkretna placówka jest wymagająca na wszystkich poziomach, od zadań domowych po ćwiczenia fizyczne i magiczne. Ja przy „Czarnym magu” po prostu odpoczywałam i dobrze się bawiłam. Tylko tu pojawia się pewna kwestia...
To fanfic. Nie w takim konkretnym znaczeniu, po prostu ta książka prezentuje styl, który pojawia się w dobrej twórczości fanowskiej. Jest jak te wszystkie opowiadania z Pottera, które czyta się po prostu dla rozrywki. No i nie da się ukryć, że podczas czytania cały czas w mojej głowie bzyczał taki cichy głos. Podpowiadał mi, że to musiało się urodzić na Draco i Ginny połączonej z Hermioną. Nie mam pojęcia, jak naprawdę było, ale to się czuje. Różnica polega na tym, że Darren nie jest taką konkretną kalką Malfoy'a, działa to bardziej na zasadzie pewnych podobieństw. Muszę też autorce oddać, że nie jest to tak nachalne. „Pierwszy rok” nie daje tu zbyt wiele romansu – i dobrze. Na takim poziomie, na jakim to jest, ciężko by było coś tu zawalić. Jestem wielką przeciwniczką tych wszystkich romansideł z Dracze i nie zdzierżyłabym, gdyby coś takiego wybijało się na pierwszy plan. W efekcie po prostu wędrujemy z główną bohaterką przez kolejne miesiące w Akademii, a gdzieś z boku kręci się Darren. Wiadomo, o co chodzi, ale pani Carter jakimś sprytnym sposobem przedstawia to tak, że czytelnik nawet chce trochę więcej. Schematyczne, fanfickowate, ale na swój sposób dobre. Tak się prezentuje „Pierwszy rok”.
Ciężko tu mówić o jakiejś wybitności. Nie ma wielkich zwrotów akcji, cała książka jest dość przewidywalna i napisana dość przeciętnie. Tylko też mam wrażenie, że autorka się z tym nie kryje, a po prostu przedstawia swoją historię najlepiej jak umie. Nie ma bezsensownego bełkotania, dłużących się opisów czy dialogów, grafomańskich scen między Ry a Darrenem. Carter nie chce nam tu przedstawić najsłuszniejszego, najpiękniejszego romansu w dziejach, niczego nie próbuje nam wmawiać. To jest jej zaleta. Kilka razy powinęła jej się noga. Podczas egzaminów ta przydługa rozmowa Ry i Darrena była po prostu głupia. Kto, idąc na egzamin decydujący o jego marzeniach, zatrzymuje się, żeby pogadać z innym uczniem? Ona mogła to załatwić później. Nie da się też ukryć, że postacie są bardzo schematyczne, a sama Ryiah to taka Mary Sue. Ale tutaj też coś mi każe powiedzieć, że nie było to aż tak złe. Jednak były momenty, w których nasza bohaterka dostawała po tyłku, na wszystko musiała sobie zapracować, a jak już jej się udawało albo jak była przedstawiana pozytywnie nie było w tym przesady. Bo jasne, można było zrobić z niej maga wszech czasów, dać jej wypasioną moc i tylko wrzucić w odpowiednim momencie, jak cały świat uświadamia sobie, że jest najlepsza. Ale autorka tego nie zrobiła! Na koniec ma się to poczucie, że dobra, to musiało się tak skończyć, ale nie było to zrobione po łebkach, żeby tylko pokazać czyjąś zajebistość. Ma się świadomość, że jednak Ryiah musiała się na to napracować i nadal nie jest kimś wybitnym.
Przyznaję, że trochę dałam się złapać w pułapkę. Darren. No książę, jak książę. Taki niby rozpieszczony dzieciak, który ma wielkie ego i jeszcze większą grupę adoratorek, a do tego jeszcze utalentowany. Oczywiście, kilka razy pokaże lepszą twarz i wcale nie jest taki zły, jak sądzą pozostali bohaterowie. Tylko że książę ma pewien urok i jestem dość ciekawa jego relacji rodzinnych. Mam nadzieję, że to zostanie pociągnięte w kolejnych tomach. Poza tym bardzo potrzebowałam czegoś, przy czym po prostu będę czytać bez większego wysilania mózgu. W ogólnej ocenie „Pierwszy rok” jest średni, ale też chcę zaznaczyć, że świetnie sprawdzi się do odpoczynku. Jest wiele genialnych książek, jasne, ale czasami to przytłacza i w tym momencie można wyciągnąć takiego „Czarnego Maga” i na chwilę odpocząć. Przy okazji nie będziecie mieli rozbuchanego romansu, wychwalanych pod niebiosa głównych bohaterek i nietrzymającej się kupy fabuły. Odnoszę wrażenie, że większość „guilty pleasure” właśnie tak wygląda, a nie o to w tym chodzi. Jeżeli macie dość tego typu „fantasy” romansideł, ale też chcecie coś naprawdę lekkiego, „Pierwszy rok” będzie wręcz idealny. Czyta się go wyjątkowo szybko i nie ma się poczucia, że mózg ucieka ci uszami. Na dodatek nawet chce się sięgnąć po kontynuację.
Na zakończenie: chwała Uroborosowi za zmianę okładki! Przepraszam, ale ta zagraniczna jest tragiczna! Przy tej polskiej grafik odwalił kawał dobrej roboty. W dodatku wersja recenzencka zyskała ozdobę w postaci nazwiska recenzenta na okładce. Naprawdę wyjątkowo miło mi się zrobiło, jak po otworzeniu paczki zobaczyłam, że ja tam jestem.
PS Jak już zaczęłam od Alexa – no był i w sumie miło czasem było go zobaczyć, ale ja tak po prostu poleciałam na imię.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros.
2

czwartek, 27 września 2018

Być złotą rybką wśród rekinów: Alan Cole nie jest tchórzem, Eric Bell


„Wolę mieć pod górkę, będąc sobą, niż z górki będąc kimś innym.”


Tytuł: Alan Cole nie jest tchórzem
Autor: Eric Bell
Wydawnictwo: YA
Ilość stron: 318
Ocena: 7/10
Opis: Przezabawna i przejmująca opowieść o dorastaniu, coming oucie i na pozór normalnej rodzinie. Któż tego nie zna? W szkole Alan Cole robi wszystko, żeby nie zniknąć w tłumie, przede wszystkim spędza mnóstwo czasu ze swoimi przyjaciółmi Zackiem i Madison. Ale w domu… W domu Alan jest tak cicho, jak tylko się da. Stara się nie podpaść bardzo surowemu ojcu, który ledwo tłumi coraz większą agresję, unika brata Nathana, który właściwie się nad nim znęca. Nie ma oparcia w matce, przeżywającej od dłuższego czasu załamanie. Pewnego dnia Nathan zmusza Alana do podjęcia wyzwania. Każdego dnia przez tydzień będzie musiał wykonać pewne niezwykle trudne zadanie. Jeśli Alan przegra, Nathan zdradzi jego sekret: Alan jest gejem i na dodatek podoba mu się kolega z klasy. Co zrobi chłopak? Jak długo wytrzyma szantaż starszego brata i czy wreszcie przeciwstawi się ojcu?


„Podejrzewam, że zazwyczaj rzeczy, które trzeba zrobić, nie są tymi, które chce się zrobić.”


Alan Cole to zwykły uczeń szkoły średniej. Niewyróżniający się z tłumu, spokojny, utalentowany plastycznie. Jednak ma pewien sekret: jest gejem, w dodatku podkochuje się w jednym z popularniejszych chłopaków z rocznika. Nikt również nie wie, jak wygląda rodzinne życie Alana. Ojciec: wymagający, surowy, nieznoszący sprzeciwu. Starszy brat: agresywny, pełen nienawiści do Alana. Matka: stłumiona przez męża, nie potrafiąca się sprzeciwić. Pewnego dnia Nathan odkrywa orientację seksualną jego młodszego brata i postanawia wykorzystać to przeciwko Alanowi. Tworzy listę zadań niemożliwych do wykonania, ten z braci, który wykona ich więcej, będzie mógł zdradzić sekret drugiego.
Przyznam, że odkąd zobaczyłam zapowiedź „Alan Cole nie jest tchórzem” chciałam to przeczytać. Po rekomendacjach i opisie okładkowym uznałam, że może to być coś w stylu „Simon oraz inni Homo Sapiens”. Wiecie, taka zabawna, urocza i słodka książka, która czytelnika po prostu rozpuści. Nie. Ta książka była dobijająca! Nie w złym sensie. Tak emocjonalnie dobijająca. Nie popłaczecie nad nią. Poczujecie się tak emocjonalnie i życiowo źle, że nie będziecie wiedzieć co ze sobą zrobić.
Można na początku pomyśleć, że to taka niewinna młodzieżówka o tematyce LGBT. Alanowi głównie chodzi o to, żeby jego sekret się nie wydał. Tylko nie to dostaje tutaj najwięcej czasu. Dla mnie to była historia pokazująca, jak na ludzi wpływa przemoc, zarówno ta fizyczna jak i psychiczna. Tej drugiej było więcej i uważam, że to lepiej. Potrzeba książek, które dobrze przedstawią ten problem, bo niestety, o wiele łatwiej nam go olać niż pobicie. Zarówno Alan, jak i jego brat, i matka są tutaj ofiarami, ale każde reaguje zupełnie inaczej. Nathana nie jestem w stanie w ogóle polubić. Mogę rozumieć czemu się taki stał, ale kiedy przypominam sobie, jak wyżywał się na Alanie, coś się we mnie gotuje. To nie były typowe spięcia między rodzeństwem czy durne żarty. Nathan wyrobił naprawdę wiele form znęcania się. Posuwał się do upokarzania nie tylko swojego brata, ale też jego znajomych. On chciał po prostu zniszczyć Alana. Zakończenie daje tu trochę nadziei, ale nadal nie mogę znaleźć w tej postaci czegokolwiek, co mogłabym polubić. Teraz spróbujcie sobie wyobrazić, co muszę czuć wobec ich ojca. Ten człowiek to po prostu potwór. Jego rodzina bała się go na tyle, że musieli się pilnować w najdrobniejszych czynnościach, żeby się mu nie narazić. Nie interesowało go w ogóle, czym zajmują się jego dzieci, ignorował ich potencjał i kazał kłamać, w czym mieliby być dobrzy, żeby tylko dobrze wypaść przed współpracownikami. Na każdym kroku sugerował, że są beznadziejni, wykorzystywał wszystkie okazje do wbicia szpili. W tym momencie naprawdę nie interesuje mnie to, czemu taki się stał. Nic nie usprawiedliwia niszczenia wszystkich członków swojej rodziny. Tak po prostu. Przez większość czasu nie miał on nawet w tym żadnego celu! Doprowadził do tego, że podczas obiadu bano się upuścić widelec.
Pod względem pozostałych postaci mam pewien problem. Alan i jego rówieśnicy mają dwanaście lat. No i dobra, w tym wieku można mieć jakieś pojęcie, co się lubi, a co nie. Problem polega na tym, że poza jednym wyjątkiem wydają mi się zbyt dojrzali. Gdybym nie wiedziała, w jakim wieku są, dałabym im ze dwa lata więcej. Poza Zackiem, on zachowywał się za to zbyt dziecinnie. Nie było to w żaden sposób usprawiedliwione, poza tym ten chłopak przez większość czasu był tak oderwany od rzeczywistości, że ja już dawno zabrałabym go na jakieś badania. Trochę nie ogarniałam, jak on sobie radzi w zwykłej szkole. To nic złego, tylko że było to bez żadnego kontekstu. Poza tym fragmenty z nim były bardzo upierdliwe. Za dużo gadania o czymś zupełnie bezsensownym, aż chciałam mu zakleić usta. Pozytywnym zaskoczeniem okazał się Alan. Już pomijając fakt, że wszyscy wydają się zbyt dojrzali jak na te dwanaście lat, on był całkiem przyjemny w odbiorze. Taki uroczy dzieciak, z którym czuje się pewną więź. Był bardzo autentyczny i naprawdę trzymałam za niego kciuki aż do końca.
Sama historia okazała się dość prosta, ale nie banalna. Chętnie czytałam o kolejnych wydarzeniach i czasem sama się zastanawiałam nad rozwiązaniami pewnych problemów. Na koniec na pewno byłam zaskoczona. Ciężko mi określić czy to było dobre zakończenie, chociaż wolę sobie dopowiadać, że coś się zmieniło, że Alan będzie miał lepsze życie niż dotychczas. Czytało się to bardzo przyjemnie, chociaż nie było takiego efektu „wow”. Taka lekka młodzieżówka, która przy okazji daje do myślenia. Na pewno warto ją przeczytać, mimo że nie jest jakaś wybitna. Nieważne czy to nasza kategoria wiekowa czy nie, po prostu dobrze będzie poznać historię Alana.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu YA.

0

wtorek, 11 września 2018

Tak trzeba pisać postacie: Ahsoka, E. K. Johnston

„Skoro nie jesteś Jedi... to kim w takim razie jesteś, Ahsoko Tano?”


Tytuł: Ahsoka
Autor: E. K. Johnston
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 318
Ocena: 10/10
Opis: Ahsoka Tano, niegdyś lojalna padawanka Anakina Skywalkera, chce spędzić resztę życia w służbie zakonowi Jedi. Niestety, bolesna zdrada sprawia, że opuszcza jego szeregi i postanawia kroczyć własną ścieżką. Mimo to Anakin i inni Jedi zawsze będą na nią czekać, gotowi ją przyjąć, gdyby potrzebowała ich pomocy lub gdyby to oni potrzebowali jej.
Wówczas władzę w galaktyce obejmuje Imperator, a Jedi zostają bezlitośnie wymordowani z jego rozkazu. Zdana na samą siebie Ahsoka wątpi, czy kiedykolwiek jeszcze zdoła znaleźć sobie miejsce we wszechświecie. Zaszywa się na niepozornym rolniczym księżycu i zaprzyjaźnia się z dziewczyną imieniem Kaeden. Zamierza tu wieść skromny, spokojny żywot... Okazuje się jednak, że nie zdoła uciec ani przed przeszłością, ani przed Imperium. Gdy na księżycu zjawia się imperialny okupant, Ahsoka musi wybrać: kryć się czy stanąć do walki, nawet jeśli oznacza to konieczność ujawnienia własnej tożsamości. Ta decyzja zmieni życie wszystkich jej bliskich... i przyniesie galaktyce nową nadzieję.

„Kiedy wreszcie do ciebie dotrze, że jesteś teraz zdana sama na siebie? Ich już nie ma. Nie ma! Są martwi. zostałaś tylko ty.”


Ja tak na wstępie dodam: drodzy fani wszelkich StarWarsów, jeśli przypadkiem tu trafiliście, bądźcie świadomi, że po drugiej stronie nie siedzi żaden poważny znawca popkultury. Jestem tylko samozwańczą, amatorką - recenzentką, która po prostu tak, a nie inaczej wpadła w „Gwiezdne Wojny”. Niezbyt interesuje mnie tu "wiele poważne" dyskutowanie o tym, czy się znam na tym świecie, czy ta lub inna postać ma prawo bytu. To nie jest sprawa życia i śmierci, ja po prostu chcę się cieszyć tym, co lubię. Miejcie trochę high groundu i uspokójcie swoje zbolałe dupska! ♥
Są takie postacie, które raz się pokocha i z czasem ta miłość jedynie rozkwita. Wiecie, niektórzy lecą na takiego Draco czy innego Snape'a (wtf, what is wrong with you, people?), czasem jest to jakiś błyszczący krwiopijca czy półkrwi syrenek zażerający się niebieskim żarciem. Ja mam Ahsokę.
Where is Ahsoka?
Who is Ahsoka?
Why is Ahsoka?
Ahsoka Tano, czyli jak wywołać burzę w fandomie „Star Wars”, zanim stało się to powszechne. Było mi dane poznać ją jakieś dziewięć lat temu, zanim w ogóle poznałam Chłopca, Który Przeżył czy innego Percy'ego Jacksona. No i jako dwunastoletni stwór dałam się wciągnąć w „Wojny Klonów”, w ogóle w całe „Gwiezdne Wojny” właśnie przez Ahsokę. Sama dokładnie nie wiem czemu, ale tak mi już zostało. Moje ukochane „dziecko” dorastało razem ze mną, ewoluowało, przeżyło kilka tragicznych fanfików – niczego nie żałuję, przy najgorszych fanfikach poznaje się najlepszych ludzi. Ostatni, jak na tamten czas, sezon Wojen Klonów był takim ciosem prosto w serce. Bo oglądałam to równo z premierami, z polskimi napisami (w tym wypadku dubbing ssie), a było z tym trochę kombinowania. Najpierw nie wierzyłam w to zakończenie, potem je opłakiwałam, bo to w żadnym wypadku nie było coś, na co moja ukochana postać zasłużyła. Najzabawniejsze jest to, że dopiero kilka lat później jestem w stanie złożyć pełniejszy obraz tej postaci, a i tak wszędzie mam jakieś miejsca na dopowiedzenia.
Teraz... No cóż, niby powstało „Rebles”, niby ona tam jest, ale potwornie trudno było mi się w to wgryźć. To nie była dokładnie ta sama Ahsoka, a po obejrzeniu jednego sezonu główny bohater i styl animacji potwornie mnie irytowały. Potrzebowałam czegoś więcej, żeby się za to zabrać i teraz mogę powiedzieć „Hello darkness, my old friend”. Tylko jeszcze nowy sezon „Wojen Klonów”, bo stał się cud. Ale najważniejsze jest co innego. Po przejęciu „Star Wars” przez Disney'a powstała książka w całości o Ahsoce. Najwspanialszy prezent dla takiego świra, jak ja. Trochę to trwało zanim pojawiła się po polsku, ale w końcu jest! Jak zobaczyłam w empiku te kilka egzemplarzy „Ahsoki”, szybko stwierdziłam, że nie liczy się stan konta. Ona tam była, czekała na mnie, przecież nie mogłam jej zostawić. Po tych wszystkich latach...
Wow, to był naprawdę długi wstęp, ale o tej książce nie da się pisać w oderwaniu od całej reszty. „Ahsoka” jest genialnym dopełnieniem historii tej postaci, a autorce świetnie udało się uchwycić jej charakter. W końcu to nie byle kto, a padawanka Anakina Skywalkera, gdyby całe „Gwiezdne Wojny” miały potoczyć się inaczej, to Ahsoka na pewno miałaby w tym znaczącą rolę. Można tu postawić naprawdę wiele teorii, jakby to mogło się potoczyć, gdyby odgórnie nie było ustalone, że Anakin zostaje Vaderem, a Senat... znaczy się Imperator Plapatine przejmuje władzę. Gdyby tylko została w Zakonie Jedi, największy złodupiec w galaktyce miałby o jedną przeszkodę więcej do ściągnięcia Skywalkera na Ciemną Stronę. Ja przez tę książkę wracam do wszelkich fanowskich teorii. No i nie da się zignorować, że Ahsoka miała też swój udział w kształtowaniu się Rebelii i walce z Imperium, co tutaj jest jednym z ważniejszych wątków. W ogóle uwielbiam to wypełnianie luki między „Zemstą Sithów” a „Nową Nadzieją”, gdzie na razie to było jak „no powstała sobie Rebelia... O, patrzcie! Luke Skywalker!”. Nie, teraz postacie z Nowej Trylogii dochodzą do głosu i realnie przedstawia się ich wpływ na losy Odległej Galaktyki po Rozkazie 66.
Nie lubię się zbyt mocno z książkami z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”, w większości wydawały mi się bardzo toporne, ciężko się je czytało. „Ahsoka” okazała się kompletnym zaskoczeniem w tej materii. Była wyjątkowo przyjemna w odbiorze, ani trochę mnie nie zmęczyła. To ten typ książki, która po prostu przepływa i zanim się obejrzysz, jesteś na końcu. Ubolewam, że była tak krótka, chociaż nie była w żadnym wypadku niepełna.
„Ahsoka” skupia się... No na Ahsoce, ale nie do końca w takim sensie, w jakim oczekiwałam. Sądziłam, że bardziej będzie skupiać się po prostu na jej życiu po opuszczeniu Jedi. Tak o, jak padawanka Tano przeżyła okres pomiędzy „Wojnami Klonów” a „Rebeliantami”. Jednak okazało się to dużo bardziej złożone. Jeżeli chodzi o przedział czasowy, jest on dość krótki i skupia się głównie na inwazji Imperium na Raadę. Nie brakuje tu akcji, ale nie ona jest najważniejsza. Czytelnik ma poznać samą Ahsokę, a książka skupia się głównie na jej dojrzewaniu do pewnych decyzji i pogodzeniu się ze swoją przeszłością. Pomiędzy rozdziałami pojawiają się też wspomnienia powiązane albo z pewnymi wydarzeniami, albo przedstawiające samą Ahsokę, nawet, jeśli nie są to jej wspomnienia. Wyjątkowo spodobał mi się fragment z Anakinem, chwilę przed pojawieniem się jego przyszłej uczennicy. Nie przepadam za nim jakoś specjalnie, ale uwielbiam relację tej dwójki i każdy fragment przedstawiający, jak się ona kształtowała, to miód na moją duszę. Właściwa fabuła nie była czymś odkrywczym, ale bardzo dobrze wkomponowała się w samą historię. Takie przedstawienie, jak Imperium najeżdża kolejną społeczność, by wykorzystać ją do własnych celów. Rolnicy chcą stawiać opór, ale ani trochę się na tym nie znają i to jest moment, w którym nasza bohaterka musi kolejny raz stanąć do walki. Chociaż jest już zmęczona wojną i starała się przed nią ukryć.
Sama Ahsoka, bo przecież to o nią tu chodzi, sprawiła, że pokochałam ją jeszcze mocniej. Autorka poruszyła tu kwestie, które były dość oczywiste, ale raczej nikt się nad nimi nie zastanawiał podczas oglądania serialu. No wiecie, jednak branie udziału w galaktycznej w wojnie w wieku czternastu lat raczej nie jest czymś, nad czym od tak przechodzi się do codzienności. Tak samo, jak porzucenie całego swojego życia, kiedy nigdy nawet się nie zastanawiało, jakby miało ono wyglądać w innym wydaniu. A potem znowu wciągają cię w jakiś konflikt. Wszyscy ludzie, których się znało, znikają z mapy wszechświata, a ty musisz wiać przed władającym całą galaktyką Imperium. Nie zazdroszczę. Na początku Ahsoka chce jedynie pozostać w ukryciu, próbuje się pogodzić z wydarzeniami z ostatnich lat, odrzuca to, co mogłoby ją łączyć z Jedi. To całkiem zrozumiałe z wielu powodów, jak na przykład to, że za samo używanie Mocy, Imperium wyśle za tobą pościg. Były takie momenty, że aż mnie coś w środku ściskało i chciałam krzyczeć, że ona zasłużyła na coś lepszego. Czasami zaś uderzała mnie taka przyjemna nostalgia i po prostu rozpływałam się ze szczęścia. W sumie ciężko się nie zgodzić, że Anakin i Obi-Wan okazali się dla niej kimś w rodzaju rodziców. Tutaj naprawdę ciężko byłoby mówić o samej relacji mistrz – uczeń. Nie zabrakło też miejsca dla Rexa czy mistrza Plo. Autorka nawet przemyciła historię, jak to się stało, że mała Ahsoka trafiła do Zakonu Jedi. Jednak poza tymi drobnymi rzeczami, które tak kocham, jest też główny sens tej historii. Jak już wspominałam, na początku Ahsoka jedynie chce się ukryć w jakimś ciemnym końcu galaktyki, z dala od Imperium, jednak nie jest jej to dane. Unika jak może kolejnych konfliktów, a one i tak ją znajdują. Podświadomie jednak nie potrafi zerwać ze swoją przeszłością, świetnie to widać w momencie, w którym orientuje się, że zbiera części składające się na miecz świetlny. Powoli kończą jej się miejsca, w które może uciec, a galaktyka już nie jest miejscem przyjaznym dla Jedi, nawet jeżeli ona się już za jedną z nich nie uważa. Powoli dochodzimy do momentu, w którym Ahsoka przekonuje się, że nie jest w stanie wymazać ze swojego życia tego, kim była. Małymi krokami zaczyna coraz bardziej angażować się w rebelię, chociaż nie jest to jeszcze Rebelia. Robi wszystko sama, przekonana, że na świecie nie ma już nikogo, kto mógłby ją wesprzeć, ale tak się nie da. Padawanka Tano powoli staje się Fulcrum.
Naprawdę nie mam tu żadnych zarzutów. „Ahsoka” jest tym, co najbardziej lubię w książkach. Po prostu dostałam swoją ukochaną postać i przez większość czasu zajmujemy się jej życiem, charakterem, poznajemy jej perspektywę na całe uniwersum i obserwujemy, jak radzi sobie z pewnymi zdarzeniami. Na nowo zbudziła we mnie tego wariata, co tylko tworzyłby inne wersje całej historii i eksperymentował ze zmianami. W tym momencie raczej nikt już nie powinien się obrażać o jej obecność w kanonie. Ta książka świetnie uzasadnia obecność Ahsoki we wszechświecie. No i bardzo dobrze się to czyta. To była czysta przyjemność.

„I'm at your service, Master Kenobi, but I'm afraid I've actually been assigned to Master Skywalker.”
0