Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seria. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2021

Milion uniwersów wzajemnie nieświadomych swojego istnienia: Zorza polarna, Philip Pullman

 


Seria: Mroczne Materie
Tytuł: Zorza Polarna
Autor: Philip Pullman
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 396
Ocena: 10/10
Opis: „Bez tego dziecka wszyscy zginiemy”.
W „Zorzy Polarnej” poznajemy Lyrę Belacquę, sierotę z równoległego świata, w którym nauka, teologia i magia splatają się ze sobą. Lyra i jej dajmon w zwierzęcej postaci mieszkają – na wpół dzicy i beztroscy – wśród akademików oksfordzkiego Kolegium Jordana. Kiedy Lyra wyruszy na poszukiwanie uprowadzonego przyjaciela, odkryje złowieszczą intrygę, w której główną rolę odkrywają porwane dzieci, a jej wyprawa przeobrazi się w pogoń za zrozumieniem tajemniczego zjawiska zwanego „Prochem”. Los zawiedzie ją na skute lodem ziemie Arktyki, gdzie władzę sprawują klany wiedźm, a niedźwiedzie polarne toczą wojny. Niezwykła podróż Lyry będzie miała poważne konsekwencje wykraczające daleko poza granice świata, który zamieszkuje.


„Właśnie otarłem się o dziesięć milionów innych wszechświatów i nawet tego nie zauważyłem”


No ten, trochę mnie tu nie było, bo trochę też nie miałam weny na czytanie, życie jest nobelom i inne takie. Dlatego też wyobraźcie sobie, jak zajebista albo zła musiała być Zorza polarna, że coś tutaj piszę. (Spoiler: była, kurła, zajebista.)

Moja historia z Mrocznymi materiami jest dość chaotyczna. Bo kiedyś próbowali je zekranizować i nawet obejrzałam Złoty kompas. Zapamiętałam z tego głównie niedźwiedzie polarne, dajmony, tytułowy kompas i Tą Złą Babę. Potem odkryłam, że to jest seria książek, ale były tak trudno dostępne, że nie chciało mi się w to bawić. Tak sobie zleciało ileś lat, gdzieś tam wiedziałam, że to istnieje, ale niespecjalnie się interesowałam tematem. W końcu okazało się, że będzie drugie podejście do ekranizacji, tym razem w formie serialu. Na HBO Go. Nie miałam HBO Go. Jednak serial oznaczał mniej więcej tyle, że jest szansa na wznowienie tej serii w polskim wydaniu. Tym sposobem w moje łapy wpadła Zorza polarna… I luj, bo jestem bułą, ciągle zajmowałam się czymś innym i tak czekała sobie na przeczytanie. Później dzięki ludzkiej wspaniałomyślności dostałam dostęp do HBO Go, obejrzałam pierwszy sezon, chwilę później drugi, stwierdziłam, że to jest zajebiste, dokupiłam pozostałe dwie części i tym sposobem znalazłam się tutaj. Bo Mroczne materie są cudowne i muszę o tym trochę pogadać.

Historia zaczyna się w równoległym świecie, w którym ludzie są związani z przyjmującymi postać zwierząt dajmonami, kościół pod postacią Magisterium sprawuje władzę, wszelka nauka jest ściśle związana z teologią, a na północy żyją pancerne niedźwiedzie (które nawet gadają i wykształciły własną kulturę). Istnieje też równoległy do naszego Oxford, w którym niewinny, dziecięcy żywot prowadzą Lyra i jej dajmon. Do czasu aż w ich życiu nie pojawi się pani Coulter, a tajemniczy Pożeracze nie porwą najlepszego przyjaciela Lyry.

W pierwszej kolejności muszę powiedzieć o światotwórstwie, bo to było tak doskonałe, że już podczas oglądania serialu przeglądałam angielską wiki na temat Mrocznych Materii, żeby dostać jeszcze więcej tej magii. Świat Lyry jest na tyle podobny do naszego, a równocześnie tak różny, że czułam się jak dzieciak, który odkrywa otaczającą go rzeczywistość i jest w niej absolutnie zakochany. Nie potrafię określić, w jakiej epoce została osadzona akcja. Próbowałam, ale kiedy już myślałam, że to jest to, pojawiał się jakiś szczegół, który kompletnie nie pasował. Musiałam sobie powiedzieć, że no debilu, ten świat po prostu rozwijał się w innym kierunku niż nasz, zaakceptuj to. Koncepcja dajmonów, które są odzwierciedleniem ludzkich charakterów i emocji, kupiła mnie całkowicie, szczególnie przez wszelkie puchate i pierzaste formy Pantalaimona (wcale nie sprawdzam pisowni w książce). To, jak dajmony i ludzie obchodzą się ze sobą, co im wolno, a co jest kompletnym tabu, jak dajmony Asriela i i Marisy zachowywały się wobec siebie w ostatnim rozdziale... to wszystko było tak dobre, że poczułam się trochę jakbym wychowywała się w tym świecie od dziecka. Tak samo było z pancernymi niedźwiedziami czy czarownicami. Nadal nie wiem wiele o tym świecie i trzeba mi więcej, ale jest tak opisany, że czuję się jakby był mój. To jest moje (kolejne już) bagno, adoptowałam je i koniec.

Motyw multiwersum też przemówił prosto do mojego serducha. W momencie, w którym zobaczyłam miasto odbite w zorzy polarnej byłam kupiona. Rany, ja już po czołówce serialu zostałam przekonana, że to będzie genialny wątek. Przekonało mnie to tak bardzo, że wykopałam wszelkie spoilery do całej serii, żeby lepiej zrozumieć, jak autor to sobie wymyślił. A mimo to, czytając Zorzę polarną” byłam na nowo oczarowana tym pomysłem. Zresztą nie pierwszy raz lecę na podróże między wymiarami, po prostu Odcienie Magii dorobiły się teraz rodzeństwa. (Przy okazji: to też są cudowne książki, którym potrzeba więcej atencji!) Bez spoilerów, ale ostatnie rozdziały tej książki to było coś równocześnie strasznego, smutnego, tajemniczego i tak kosmicznie magicznego.

Poza tym w Zorzy polarnej” jest tak wiele niesamowitych rzeczy, że momentami czułam się, jakbym trzymała w rękach cały kosmos. Jest wątek Magisterium, kościoła trzymającego całą władzę, rozporządzającego nauką, który ukarze cię za herezję, jeżeli twoje odkrycia będą się gryzły z ich doktryną. I pewnie to też wpływ serialu, w którym ten wątek był mocniej rozbudowany, może to też wina przeczytania WSZYSTKICH spoilerów, ale widzę w tym piękną krytykę Kościoła. Naprawdę ciekawy moment sobie wybrałam na poznawanie się z tą serią. Jest też tajemniczy Proch, którego dorośli się boją, w którym Kościół widzi dowód na istnienie grzechu pierworodnego i który jest właściwym napędem całej fabuły. Tu też mogę się zachwycać, jak autor wziął pewne naukowe zagadnienie, połączył je z religią i wyszło coś absolutnie genialnego. Może też jestem trochę stronnicza, bo sama lubię wyciągnąć jakiś drobny fragment czegoś i obudować do tego całą historię. (Może i mam gdzieś na dnie szuflady dziwne notatki o wszelakiej alchemii od czasów starożytnych po Crowleya i jakieś dziwne pomysły na fabuły. Może…)

Świat Mrocznych materii jest piękny. A wiecie, co jeszcze jest piękne? Postacie. Philip Pullman to moje mieć ciastko i zjeść ciastko. Mam genialny świat i postacie, które są tak zajebiście napisane, że gdybym mogła, niektóre bym zaprosiła na herbatkę, a innym wywaliła lepę na pysk. Lyra i Pantalaimon okazali się genialnymi przewodnikami po tym świecie. Nie wiedziałam, że tak bardzo potrzebowałam opisu dziecięcych wojen gangów. Lyra to absolutnie dziki dzieciak i mam nadzieję, że się nigdy nie zmieni, bo kocham tę chaotyczną energię, jej stawianie na swoim i ciekawość świata. Pan za to zaskoczył mnie swoim stosunkiem do Lyry. Na samym początku sądziłam, że dajmon powinien być zawsze posłuszny człowiekowi, zgadzać się z nim i tak dalej. Ale Pan potrafił się postawić, kiedy wiedział, że Lyra się myli albo waha przed zrobieniem czegoś, rzucał kąśliwe uwagi i tego typu rzeczy. Gdyby był bardziej sarkastyczny i zrobiony z cienia, pomyślałabym, że Pan Życzliwy przelazł z Nibynocy do Zorzy polarnej. Chyba mam słabość do gadających zwierząt uczepionych głównych bohaterek.

Ale trzeba też porozmawiać o Tej Złej Babie. Marisa god damn Coulter. To jest ten typ postaci, której się nienawidzi do tego stopnia, że podziwia się autora za napisanie jej. Mam tyle pytań odnośnie tej kobiety, tyle teorii, a ona cały czas dokłada kolejne. Wydawało mi się, że w serialu już widziałam z jej strony wszystko, ale rany, w książkach jest jeszcze większą jędzą. I to jest w niej na swój sposób fascynujące, jak ją widzę, zastanawiam się, co tym razem ta baba odwali. Za każdym razem czuję, że powinnam być zaskoczona, ale już sobie przyjęłam, że to jedna z najgorszych person w tym uniwersum. No jest jeszcze jedna postać, ale spoilery, spoilery…

Pullman każdą pojawiającą się postać przedstawia w sposób po prostu fascynujący. Niektórzy mają tajemnice, inni  tak wyrazisty charakter, że z miejsca się w nich zakochujesz albo zaczynasz ich nienawidzić. Lee Scorsby czy Iorek Byrnison są dla mnie po prostu ikonami tej książki. Pani Coulter prawie od razu weszła do mojej topki najbardziej jędzowatych charakterów. Lyra daje mi podobną energię co Percy Jackson, tylko jest jeszcze bardziej chaotyczna i kocham ją za to. Lord Asriel załatwił mi taki zwrot fabularny, że no kurde go mać. W wiedźmach się po prostu zakochałam i oby było ich jak najwięcej w kolejnych częściach.

Raczej widać, że jestem kompletnie, bez pamięci zakochana w Zorzy polarnej” i w ogóle w Mrocznych materiach. Ta książka była tak niesamowita, magiczna i pokrętna, że nie rozumiem, jak mogła wcześniej nie zaistnieć w naszej popkulturze i w ogóle jakim prawem ktokolwiek kiedyś stwierdził, że nie warto robić dodruków. Naprawdę rzadko wydaje mi się, że mogłabym dany tytuł polecić każdemu bez wyrzutów sumienia. Często przy tych książkach, które sama kocham całym serduchem, mam poczucie, że nie każdemu mogę je zaproponować, bo gdzieś jest jakieś „ale”. Tutaj nie ma żadnego „ale”, po prostu przeczytajcie/obejrzyjcie, ta seria to coś pięknego. Samą czołówkę serialu mogłabym oglądać w zapętleniu. A przy czytaniu bardzo polecam włączyć sobie serialowy soundtrack, bo to też jest absolutna magia.


0

środa, 29 kwietnia 2020

Tak wiele stracić i tak wiele zyskać: Narodziny Królów, C. S. Pacat



Seria: Zniewolony książę
Tytuł: Narodziny królów
Autor: C.S. Pacat
Wydawnictwo: Studio JG
Ilość stron: 387
Ocena: 10/10
Opis: Gdy szokująca prawda wychodzi na jaw, Damen zmuszony jest stanąć przed Laurentem jako następca tronu Akielos, a zarazem mężczyzna, który zabił jego ukochanego brata. Czy książę Vere zdoła przekonać się do zawarcia sojuszu z kimś, kogo od lat nienawidził i pragnął jego śmierci?
Tymczasem wojska regenta zmierzają na południe, gdzie swoje siły gromadzi również Kastor. To właśnie stolica Akielos stanie się areną, na której rozstrzygną się losy obydwu królestw. Czy Damen i Laurent zdołają odsunąć na bok prywatne urazy, zjednoczyć wrogie sobie armie i pokonać uzurpatorów, którzy odebrali im trony? Żaden z nich nawet nie podejrzewa, jak daleko sięga intryga regenta i jakie odkrycia czekają u kresu tej wyprawy...

„Pewnie nigdy byś nie przypuszczał, że książę może zazdrościć niewolnikowi.


Ta książka była tak dobra, że nawet nie wiem, jak zacząć. Mam ochotę trochę sobie pokrzyczeć. Jeżeli w poprzednich częściach się zakochałam, to na moje odczucia względem tej trzeba znaleźć jakieś nowe określenie. Jeszcze nigdy tak szybko nie zaczęłam szukać fanficów. Piszę tę recenzję dosłownie dzień po przeczytaniu i jestem już tak stęskniona za Damenem i Laurentem, że rozważam sprzedaż nerki, żeby móc sobie zamówić zbiór opowiadań. Naprawdę, jest niewielu autorów, którzy potrafią mnie tak mocno związać ze swoimi postaciami. C. S. Pacat udało się to po mistrzowsku. „Narodziny królów” były po prostu idealne.
(Mały przerywnik, właśnie zauważyłam, że mam w pokoju pająka i zaczyna, się martwić, że zje mi twarz jak pójdę spać. Żegnaj okrutny świecie.)
Dobra, kochani moi, nie oszukujmy się. Nie mogę opowiedzieć o fabule bez spoilerowania poprzednich części, więc hm, jeśli zastanawiacie się, czy „Zniewolony książę” jest dla was, tutaj macie linki do recenzji poprzednich części:

Fabuła zaczyna się dokładnie tam, gdzie się zakończyła w poprzedniej części. Do Ravenel przybywa akieloński oddział pod dowództwem starego przyjaciela Damena. Powoli wszyscy się dowiadują, że jest on księciem Damianosem, w powietrzu wisi drama między nim a Laurentem. Jednak mimo wszystko książęta łączą swoje siły, żeby odzyskać panowanie nad Vere i Akielos. To jest dosłownie cała fabuła, jeżeli mam omijać spoilery. Damen i Laurent muszą ogarnąć, co się między nimi dzieje, przy swoich ludziach zachowywać się jak darzący się szacunkiem władcy i odebrać władzę Kastorowi oraz Regentowi.  Proste jak budowa cepa, nie? No kurde, nie z Laurentem i jego wujem. W tej części ich intrygi robią się jeszcze bardziej pokręcone i niebezpieczne. Zakładam też, że jeżeli ktoś dociera do trzeciego tomu tej serii, jest już totalnie wciągnięty w relacje między książętami. To jest równie ważny wątek, a w „Narodzinach królów” jest tego więcej niż w dwóch poprzednich częściach. Tym sposobem Pacat zrobiła naprawdę wciągającą książkę, mając tak naprawdę dwa wątki. Jasne, pojawia się kilka pobocznych linii fabularnych, ale one są bardzo ściśle połączone z główną osią historii.
Narodziny królów” są jedną z takich książek, która praktycznie cały czas gra na emocjach czytelnika. Nie potrafiłam jej czytać spokojnie: albo panikowałam nad losem książąt lub ich związkiem, albo się nad nimi rozpływałam. Ze względu na to, że większość tekstu jest napisana z perspektywy Damena, mogę go obwiniać o to, że razem z nim zakochałam się w Laurencie. Ja dosłownie przeżywałam to, jakby nastąpiło jakieś połączenie naszych umysłów. Muszę przyznać, że nie często zżywam się aż tak mocno z historią, ale jak już to się dzieje, nie ma siły, żeby książka mi się nie spodobała. Przynajmniej do tej pory się tak nie zdarzyło. Bardzo spodobała mi się dynamika między książętami w tej części. Jak obaj na swój sposób radzili sobie z tym, co już wydarzyło się między nimi, co do siebie czuli i rolami, w jakich teraz się znaleźli. Na początku to była tak mocna mieszanka miłości i nienawiści, że spodziewałam się po nich obu wszystkiego. Było mi równocześnie przykro, ale też nie mogłam przestać się rozpływać nad tym, jak Laurent potrafił po cichu wbijać szpilę Damenowi, udając przy tym, że stosunki między nimi są całkowicie w porządku, bo tego wymagała sytuacja. W ogóle Laurent sprawiał, że co dwie strony musiałam przerwać, żeby pozachwycać się tym, co akurat zrobił. To były naprawdę różne rzeczy. Czasem chodziło o to, że był niesamowicie uroczy i kochany, czasem zaskakiwał mnie swoim tekstem albo jakąś cwaną intrygą, on w tej części przekroczył tyle granic, że po prostu nie mogę. Nawet opowiedział o przygodzie w burdelu! Albo zaliczył przypał z jednym ze swoich cwanych planów, ale zrobił to w tak genialny sposób, że do teraz nie wierzę, że to się wydarzyło. Gdyby człowiek mógł wybuchnąć z nadmiaru emocji, już nie pisałabym tej recenzji, a jeszcze nie zaczęłam o zakończeniu… Po pierwsze, to powinno być jeszcze co najmniej 20 stron, którymi mogłabym się nacieszyć, bo koniec nastąpił w momencie, gdzie kończyła się fabuła, ale nie moje potrzeby na więcej Damena i Laurenta! Ostatnie rozdziały kilka razy wprawiły mnie w stan przedzawałowy. Pacat tak sobie obmyśliła całą fabułę, że mogła tam rzucać seriami plot twistów. Mało tego, na ostatnie strony walnęła jeszcze symboliką i tak się zabawiła przeszłością książąt, że prawie się rozpuściłam nad tym, jakie to było idealne pod względem literackim. Dość proste, ale i d e a l n e! Dlatego też naprawdę powinien tam być epilog, który pozwoliłby mi na uspokojenie emocji. Jak mogę podsumować w jakiś sposób swoje uczucia to hm… Kojarzycie tą scenę z pierwszego Shreka, jak Shrek i Osioł pojawiają się w Duloc? Wiecie, kiedy trafiają na tą budkę ze śpiewającymi lalkami i Osioł krzyczy, że on chce jeszcze raz? Po „Narodzinach królów” jestem osłem. A w ogóle to ta scena ma super przeróbkę w Halloweenowym dodatku do Shreka, kiedy nasz ukochany ogr z baśniową ekipą wpadają do opuszczonego Duloc. Polecam.
Kończę już o tym, jaka jestem emocjonalnie rozjechana. Są jeszcze dwie ważne rzeczy, o których muszę tu napisać. W pierwszej kolejności – kontrowersje. Odkąd „Zniewolony książę” został wydany po polsku, już ileś razy czytałam, że autorka pochwala, a nawet fetyszyzuje niewolnictwo i pedofilię. Bo przedstawiła to w książce. Bo w przedstawionym świecie jest na to społeczne przyzwolenie. Przepraszam, ale nauczcie się czytać ludzie. Jak ktoś miał wątpliwości to „Narodziny królów” są moim dowodem, że jest inaczej. Od samego początku łatwo jest wyczytać, że główni bohaterowie (których przecież czytelnicy mają darzyć sympatią i są głównym środkiem przekazu w tekście) nie pochwalają tego. No Damen musi trochę przeorganizować swoje poglądy, co też jest ważne i cieszę się, że zostało to pokazane w całej serii. Autorka opisuje te rzeczy jako mniej lub bardziej akceptowane przez społeczeństwo Vere i Akielos, ale przy okazji robi to w taki sposób, żeby czytelnik mógł odczuć, że wcale nie jest to dobre, a tym bardziej pochwalane czy gloryfikowane. Czy naprawdę lepiej byłoby traktować ludzi jak idiotów i przy tych fragmentach dopisywać, że oj oj, pamiętajcie, że to jest złe? Naprawdę? O wiele lepszy przekaz uzyskuje się przy zastosowaniu odpowiedniej stylistyki czy odczuć bohaterów, z którymi „spędzamy” większość książki. Lepiej odczuć na sobie ten dyskomfort niż przeczytać coś, co i tak wiemy. Naprawdę cieszę się, że Pacat wprowadziła te wątki, ja w niewielu książkach popularnych zetknęłam się z podobnymi przekazami, chyba jeszcze mało który autor nie próbował sprawić, żebym czuła się źle podczas czytania. Nie w takim sensie, że sama książka była okropna, ale żebym czuła psychiczny dyskomfort. Odnośnie pedofilii, hej, pamiętacie, kto to robi? Regent, ten totalnie najgorszy człowiek w całej serii, który i tak wzbudza w czytelnikach niechęć, a jego zamiłowanie do młodych chłopców jedynie mocniej wpływa na ten obraz. I jest w tym jeszcze jedna ważna rzecz [SPOILER] Regent również wykorzystywał w ten sposób Laurenta. Ogólnie wychodzi to na jaw dopiero w 3 tomie; ja domyśliłam się po pierwszym przez pewne wzorce zachowań Laurenta. Kiedy już się wie, zauważa się, jak wielki wpływ miało to na kształtowanie się jego osobowości i jak wiele zachowań księcia wynika właśnie z tego. Dobrze rozumiem, czemu to się pojawiło w tej serii, a również bez takiego przedstawienia Regenta wydawałoby się to trochę mniej trzymać kupy. [KONIEC SPOILERA] Jeżeli zaś chodzi o niewolnictwo, to należy zwrócić uwagę na dwie ważne rzeczy. Cała seria jest mocno wzorowana na starożytnych społeczeństwach Rzymu i Grecji (głównie Akielos), w których niewolnictwo było czymś na porządku dziennym. Bez tego wątku cała fabuła nie miałaby większego sensu - w końcu Damen został wysłany do Vere jako niewolnik. Od samego początku „Zniewolonego księcia” Pacat nam pokazuje, jak tytułowy książę coraz bardziej zauważa, jak niesprawiedliwy i zły jest to system. Laurent od samego początku nim gardzi. Do tego [SPOILER] w „Narodzinach królów” obaj otwarcie rozmawiają o zniesieniu niewolnictwa po odzyskaniu władzy. [KONIEC SPOILERA] Ludzie, proszę, czytajcie ze zrozumieniem! Literatura popularna to nadal pewna forma sztuki, którą należy umieć interpretować. Wiecie, jakie to by było toporne, gdyby autorka pisała o wszystkim wprost? Wyobraźcie sobie, ile tekstu nagle wyleciałoby z książki. Już nie mówiąc o tym, że o wiele większy wpływ na czytelnika wywrze to, że sam zauważy, jakie coś jest złe.
Drugą kwestią jest erotyka, bo wydaje mi się, że ludzie dalej myślą, że to jednak książka o gejowskim seksie. W pierwszym tomie tak została przedstawiona kultura Vere, więc to cały czas pojawiało się gdzieś w tle. W drugiej części verańscy żołnierze często do tego nawiązywali, bo to nadal była ich kultura, no i pojawiło się kilka scen. W „Narodzinach królów” ograniczyło się to jeszcze bardziej. Znowu było kilka fragmentów między Damenem i Laurentem, raz na jakiś czas jakieś teksty, przez większość czasu autorka skupiała się na fabule i relacjach między postaciami. Poza tym nie będę udawać, że nie podobało mi się, że ta erotyka się pojawia. Cokolwiek, nie jestem idealnym czytelnikiem, a tym bardziej recenzentką (tą to jestem tragiczną). Pacat po prostu potrafi napisać to dobrze, bez żadnego dziwnego rozpadania się na kawałki, podwijania palców, świętego Barnaby i tak dalej. Nie robi o tym całych rozdziałów, kiedy fabuła czeka, nie rozwleka się zbytnio. Nigdzie nie lata czyjś niemożliwie wielki interes. Ta kobieta potrafi pisać erotykę ze smakiem, bez zbędnych opisów, które wywołują głębokie zażenowanie i ból istnienia. Nie ma potrzeby przedstawienia kogoś jako najwspanialszego faceta we wszechświecie, żeby fanki mdlały i się rozpływały. Ona po prostu potrafi to pisać i nie daje się zbyt mocno ponosić fantazji, więc nie jest to też totalnie odrealnione. Nie, żebym miała jakieś doświadczenie, ja tylko czytam fanficki. I tak, patrzę na ciebie, Maas! Do dzisiaj mnie lekko wzdryga po Dworach!
Dobra, mam nadzieję, że napisałam wszystko, co chciałam. Jak nie, to najwyżej walnę kolejny post, bo o tej serii to ja mogę pieprzyć, ile wlezie. No i jeszcze czekają mnie opowiadania, niech tylko znajdzie się jakiś wolny pieniądz. Mogę tylko dodać, że pijany Laurent był czymś równie stresującym, co cudownym. Za to Makedon po kilku głębszych stał się tym wujkiem, który wszystkim opowiada, jacy są super wspaniali. Kocham! Po tym już naprawdę powinniście wiedzieć, czy chcecie to czytać, czy też nie. Ja od siebie mogę z całego serducha polecić, jeżeli tylko tematyka was nie odstrasza! Osobiście mogłabym jeszcze przeczytać całą książkę o tym, jak Damen i Laurent sobie żyją, bez większych intryg i dram. Pacat pisze tak dobrze, że mam ochotę przeczytać całą serię jeszcze raz dla samej przyjemności czytania i z tęsknoty za książątkami. (Borze, mam pierdylion książek do przeczytania, ale naprawdę to rozważam.)


0

wtorek, 3 marca 2020

Książę i niewolnik wchodzą do burdelu... Książęcy Gambit, C.S. Pacat


„Piękna twarz, przebiegły umysł i bezwzględna natura.


Seria: Zniewolony książę
Tytuł: Książęcy gambit
Autor: C.S. Pacat
Wydawnictwo: Studio JG
Ilość stron: 427
Ocena: 10/10
Opis:Nad Vere i Akielos zawisło widmo wojny. W obliczu nadchodzącego zagrożenia Laurent zostaje wysłany na granicę, aby ustabilizować napiętą sytuację. Młody książę postanawia zabrać ze sobą również Damena, który w wyprawie upatruje szansy na powrót do ojczyzny. Za sprawą decyzji regenta prócz paru zaufanych przybocznych towarzyszyć im będzie oddział złożony z osobników najgorszego sortu. Niezdyscyplinowana hałastra, pełna podżegaczy i awanturników, niechybnie zwiastuje druzgocącą klęskę. Czy uda się stworzyć z nich skuteczną drużynę, zanim przyjdzie im stawić czoła śmiertelnym intrygom i zasadzkom, jakie na następcę tronu przygotował regent?
Damen i Laurent będą musieli walczyć ramię w ramię, aby przeżyć i uratować swoje królestwa. Jednak im bardziej się do siebie zbliżą, tym cięższym brzemieniem staną się sekrety, które przed sobą skrywają. Jakie mają szanse, by uniknąć śmierci, skoro nikomu nie mogą ufać, a nic nie jest takie, jakim się wydaje?

„Doskonale wiem, jak to jest pragnąć kogoś zabić i czekać.

Zniewolony książę” zachwycił mnie kompletnie i nie mogłam się doczekać kontynuacji. Pokochałam Damena i Laurenta, styl autorki wyjątkowo przypadł mi do gustu i włączyło mi się wymuszanie spoilerów, bo nie wytrzymam czekania pół roku na kolejną część. „Książęcy gambit” podziałał na mnie jeszcze gorzej, bo chyba bym umarła, gdybym nie sprawdziła kilku rzeczy. Ta seria powinna zostać wydana od razu w całości, ze wszystkimi dodatkami i opowiadaniami. Chcę trzeci tom. To zakończenie zrobiło mi wyrwę w dupie. Laurent, kocham cię, pij ze mną kompot!
Zacznijmy od tego, jak obie części się różnią. BARDZO! Bo wiecie, na początku zaczyna się od tej dramy, że Damen jest zdradzony i trafia do niewoli, no i w sumie pierwszy tom mógłby być bardzo nudny, gdyby autorka nie potrafiła pisać. Jednak przez większość „Zniewolonego księcia” Pacat przedstawia królewski dwór Vere i wszystkie ich zwyczaje (którymi w większości się gardzi). Laurent jest wiecznie obrażonym dupkiem (kocham go), Damen kombinuje jak uciec i łazi prawie nago, a przy okazji jest wątek o niewolnictwie i jakieś polityczne kombinatorstwo. Na szczęście autorka potrafi pisać i podbiła moje serducho. Potem jest „Książęcy gambit” i *chwila na wyguglowanie słowa „gambit”*. Dobra, Wikipedia coś tam mówi o rozgrywkach szachowych, no i w sumie trochę to pasuje. Laurent razem z Damenem zostają wysłani do służby na granicę Vere z Akielos, do towarzystwa dostają oddział złożony z najgorszych ludzi pod słońcem. Robi się trochę bardziej militarnie, a przy tym przez całą książkę Laurent bawi się z wujem w ich pokręcone, potencjalnie śmiertelnie gierki. To powoduje, że co chwila pojawiają się zamachy, ucieczki po dachach, polowania na posłańców i wiele innych przygód. Damen bierze czynny udział w tej kampanii. Choć nadal jest niewolnikiem księcia, dostaje tu o wiele więcej swobody i gdyby nie on, to to wszystko padłoby, zanim oddział dotarłby do drugiego postoju. Czuje się tutaj, że szykuje się walka o koronę, przy okazji wychodzi wiele brudów z przeszłości książąt. Nie ma tu pięknych sypialni, jedwabnych strojów i wystawnych uczt jak w „Zniewolonym księciu” i chyba to tak mocno zmienia charakter tego tomu. Jednak nie czułam, żeby to nie była ta sama seria, Pacat zaczyna dokładnie w tym momencie, w którym skończyła i płynnie przechodzi między obiema częściami.
Uwielbiam postacie w tej serii. Autorka bardzo starannie je buduje i za ich pomocą mami czytelnika. Nawet nie próbowałam odgadywać, kto i jaką rolę odegra, bo autorka lubi odkrywać karty dosłownie w ostatniej chwili. Nie dotyczy to Damena i Laurenta. Ci dwaj mimo swoich tajemnic są bardzo szczerzy. Może nie da się odgadnąć, co Laurentowi roi się w głowie, jednak wobec niego trudno było mi mieć wątpliwości. Nie chodzi mi tu o jego posunięcia, bo cała fabuła tej książki opiera się na jego pokręconych planach i sojuszach, o których byśmy nawet nie pomyśleli. Jednak czuję, że udało mi się go rozgryźć jako człowieka i w tym temacie doskonale rozumiałam jego zachowania. No ale ja sama odgadłam pewien plot twist z 3 tomu. Uwielbiam jego złożoność, humorzasty charakter i to, jak potrafi przystosowywać się do sytuacji – a to powoduje, że niektóre sceny po prostu powalają. Damen nie zmienia się zbytnio, ale za to ewoluuje jego stosunek do Laurenta – kocham to, jak ogarnia, że chyba coś się zmieniło i zaczyna zachowywać się, jakby nie miał pojęcia, jak się obchodzić z innymi ludźmi. Jest w tym kosmicznie kochany. W ogóle relacja tej dwójki i wszelkie interakcje między nimi są piękne i to jest mój największy powód do kochania „Zniewolonego księcia”. Przy okazji Damen nieco zmienia swój stosunek do Vere, a przynajmniej do pewnych spraw związanych z tym państwem. Przez to ma też trochę dylematów, w które wkręciłam się, jakby to były moje problemy. Przy okazji udało mi się znienawidzić kogoś nowego, ale nie będę spoilerować. Po prostu… Łeb urwać to za mało. Szkoda, bo ta postać zapowiadała się naprawdę dobrze.
Może ktoś zastanawia się co z erotyką? Przecież to tym zasłynął „Zniewolony książę”… Może raczej tym, że nagle ludzi zabolało, że autorka tak swobodnie pisze o erotyce. W pierwszym tomie wszystko było w pewnym stopniu zseksualizowane(?), ale w jego recenzji pisałam, że sama autorka nie opisuje tego pozytywnie, a raczej chce wzbudzić w czytelniku oburzenie. No i tak, potrafi pisać erotykę bez wywoływania we mnie gigantycznego zażenowania. Nie to co większość autorów fantastyki, którzy postanowili wrzucić jakiś „hehe, seksik” między rozdziały. W „Książęcym gambicie” jest tego dużo mniej, chociaż nie mówię, że temat znika. Oddalenie się od dworu i zagrywki polityczne sprawiają, że nie zostaje za dużo miejsca na tego typu atrakcje, poza tym w tym tomie autorka nakierowuje naszą uwagę głównie na Damena i Laurenta. Ten drugi wydaje się wręcz aseksualny, więc siłą rzeczy skupiamy się na innych aspektach. Jednak co najmniej dwa razy pojawiają się nieco dłuższe fragmenty nakierowane właśnie na erotykę. Pacat, pisząc je, pozwoliła sobie na więcej niż w „Zniewolonym księciu” i naprawdę nie ma na co narzekać. Nie przepadam za takimi wstawkami w książkach, ale w tej konkretnej nie raziło mnie to, nie wydawało się zrobione na siłę, autorka naprawdę potrafi pisać takie sceny i nie były one przeciągnięte czy przegięte. Doceniam też fakt, że nikt nie wspominał o podwijaniu palców u stóp. Przyznaję, na jedną z tych scen nawet czekałam, no ale zależało mi, żeby między tymi postaciami doszło do czegokolwiek.
Raczej nie muszę dodawać więcej fabularnych rozważań, Laurent i Regent zapewniają tu kombinatorstwo na mistrzowskim poziomie. W dodatku każdy ma takie układy, że wszelkie zwroty akcji wyjaśniają się dopiero, jak ktoś wyraźnie wskaże, która strona na tym zyskała. Kocham to! Zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło i zrobiłabym wszystko, żeby dostać już trzeci tom. Spoilery wszystkiego nie opiszą, a tu jest o czym pisać.
Zakładam, że nie muszę dodawać, że tematyka tej serii jest specyficzna i nie każdemu będzie odpowiadać. Kurde, to jest drugi tom, jeżeli przeczytaliście pierwszy i nie dopadło was święte oburzenie, to nie musicie się już martwić. Już po samym opisie „Zniewolonego księcia” można sobie ocenić, czy to książka, którą możecie przeczytać bez zgrzytania zębami. Jeżeli tak – polecam! Według mnie „Książęcy gambit” dostarcza o wiele więcej rozrywki, a sama relacja między głównymi bohaterami jest na tyle ciekawa, że ciężko się oderwać od czytania.

0

niedziela, 10 listopada 2019

Książęta i magowie: Kandydatka, Rachel E. Carter



Seria: Czarny Mag
Tytuł: Kandydatka
Autor: Rachel E. Carter
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 412
Opis: Dwudziestoletnia Ryiah jest czarną maginią frakcji bojowej, ale nie jest Czarnym Magiem. Jeszcze. Niemal od zawsze pragnęła zdobyć legendarną szatę, jednak tylko tego jednego roku będzie mogła wziąć udział w prestiżowym – i jedynym w swoim rodzaju – turnieju dla magów… Szkoda, że będzie musiała wystąpić przeciwko pewnemu księciu – temu, którego dotąd jeszcze nigdy nie pokonała. Nabór kandydatów wreszcie nadchodzi. Zwycięzca otrzymuje szaty, ale w królestwie czyha coś mrocznego. Wrogie królestwa otaczają ojczyznę Ryiah. Pora zawrzeć sojusz. Niestety dla Ryiah to dopiero początek. Bo największy wróg mieszka w samym pałacu.

„Ponieważ chłopak ze światem u swych stóp tak naprawdę na nic nigdy sobie nie zasłużył.”


Nie jestem dzisiaj zbyt kreatywna. Wstępów nie będzie, zapraszam na recenzję „Kandydatki”.
Trzecia część serii Czarnego Maga opowiada głównie o tym, co działo się zarówno przed, jak i po naborze kandydatów do rady magii. W końcu Darren oświadczył się Ry, jednak ta niedługo po zakończeniu nauki w akademii wyjeżdża na służbę w Ferren’s Keep. Po roku ma na stałe zamieszkać w pałacu jako żona księcia. W tym czasie też stara się jak najlepiej przygotować na nabór kandydatów do starcia o tytuł Czarnego Maga. Równocześnie Jerar stara się przygotować do wojny z Caltothem. W międzyczasie wyjdzie na jaw trochę dworskich intryg, a buntownicy dorzucą się do ogólnego zamieszania.
Główną osią „Kandydatki” jest, oczywiście, relacja Ry i Darrena. Po dwóch poprzednich częściach raczej ciężko spodziewać się czegoś innego. Podtrzymuję moją opinię o pozostałych tomach, to jest taka przyjemna seria, którą można poczytać dla czystego relaksu. Jest wiele oczywistych wątków, postacie zachowują się w dość przewidywalny sposób znany już z niejednej książki o podobnej tematyce, a autorka nie bawi się w ukrywanie swoich zamiarów. To nie ma być superambitna książka z milionem plot twistów. Jednak ta prostota nadal jest mocną stroną tej serii. Przy tym wszystkim, postacie nie zachowują się w sposób głupi, autorka nie traktuje czytelnika, jakby ten nie miał rozumu, a wszystkie wydarzenia są odpowiednio umotywowane.
Mimo całej tej prostoty, ten tom potrafił mnie zaskoczyć. Nie spodziewałam się znaleźć tu jakichś większych dworskich intryg. Wcześniej wszystko wydawało się dość jednoznaczne: kto jest zły, kto dobry (może poza Darrenem), sądziłam, że wiem, czego po kim się spodziewać. W „Kandydatce” autorka powoli zaczynała przełamywać ten schemat. Zresztą udało jej się uśpić moją czujność i na koniec dałam się zaskoczyć. Nawet jeżeli większość tych wątków w końcu dawała przewidzieć jak się zakończą, bardzo przyjemnie się o tym czytało i odkrywało, jak do tego doszło. Pod koniec zostało kilka nierozwiązanych linii fabularnych i nawet nie potrafię stwierdzić, jak się one potoczą. W poprzednich częściach jednak nie było takich zakończeń, więc teraz jeszcze bardziej chciałabym już dorwać czwarty tom. Zaskoczyło mnie też to, że wątek Ry i Darrena nie zdominował tej książki. Jako główna para w serii, która mocno opiera się na romansie, byli bardzo nieinwazyjni. Obyło się bez gorących wyznań miłości co dziesięć stron, umierania z tęsknoty i przydługich opisów pocałunków. Mieli między sobą kilka dram, ale autorka już nie raz udowodniła, że potrafi pisać takie stereotypowe wątki na tyle dobrze, że czytelnik nieświadomie się w nie angażuje i zaczyna je przeżywać.
Nie mogę powiedzieć, że wszystko było idealne. Nie czuję się jakoś mocno związana z konkretnymi postaciami z tej serii. Większość ma swoją rolę do odegrania i tyle. Jednak Ry momentami trochę odbijało. Za bardzo się obrażała w sumie o nic, kręciła nosem na nawiązywanie kontaktów z innymi postaciami poza książętami. Trochę jej charakter rozjechał się z tym, co poznaliśmy w poprzednich częściach. No i popełniła grzech numer jeden w tematyce przeżywania swoich uczuć. Co chwila „rozpadała się na kawałki”. Serio, w Kandydatce miałam wrażenie, że jeszcze raz rzuci tym tekstem i zostanie z niej tylko kupka pyłu jak po pstryknięciu Thanosa. Z drugiej strony muszę pochwalić kreację Darrena i Blayne’a. Pamiętając, jak to było z książętami w „Czerwonej Królowej”, do samego końca nie potrafiłam zaufać żadnemu z nich. Jak jeden mówił „A”, a drugi „B”, stwierdzałam, że coś tu nie gra i zaraz się okaże, że jest na odwrót. Kiedy zaczynali grać inaczej, myślałam, że to kolejna przykrywka i jednak było tak, jak wcześniej. Książęca paranoja, ale w takim dobrym znaczeniu. Spodobało mi się też to, że autorka poświęciła trochę czasu na przedstawienie ich przeszłości i zbudowanie relacji. Dzięki temu obaj nabrali więcej kolorów, bo do tej pory Darren był po prostu mrocznym księciem, który chce dobrze, a Blayne był jego starszym, złym bratem. Teraz nawet mogę ich tak trochę kochać.
Bardzo spodobał mi się też sam nabór kandydatów. Może ten wątek nie zajął wyjątkowo dużo miejsca, jak sugeruje tytuł i opis okładkowy, ale był wyjątkowo dobrze zaplanowany i opisany. Oczywiście autorka skupiła się głównie na magach bojowych, jednak pozostałe dwie frakcje też dostały swoje kilka minut i udało się tam wpleść trochę fabuły. Same bitwy o szatę Czarnego Maga były świetnie napisane. Potrafiły nieźle podnieść ciśnienie i momentami nawet moje przekonanie, że autorka pozwoli Ry wygrać, gdzieś sobie uciekało i nabierałam wątpliwości.
Ostatecznie „Kandydatka” kilka razy mnie zaskoczyła i w tym wypadku nie chodziło o to, z jaką lekkością i przyjemnością się ją czytało. Może styl autorki nie zmienił się jakoś wybitnie, nadal jest prosty, nie ma rozbudowanych opisówi jakichś niesamowitych dialogów, ale zaczęła rozwijać fabułę i bawić się wątkami. Przez to „Kandydatkę” czytało się jeszcze lepiej i naprawdę nie mogę się doczekać ostatniej części! Poza tym, ta seria nadal jest lekka i przyjemna, nie zarzuca milionami wątków ani kilometrowymi opisami. Byłam w stanie ją czytać po przetyraniu mnie na lodowisku, gdzie po takich atrakcjach moje zdolności umysłowe ograniczają się do kreskówek, grania w pokemony i rozważania wad i zalet drzemki. Nie jest to wybitna książka, nie mogę jej dać 10/10, ale ciężko jej odmówić zalet. Czasem każdy potrzebuje takiej czystej, prostej rozrywki.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Uroboros.
1

poniedziałek, 8 lipca 2019

Życie uczuciowe wywern: Królestwo popiołów, Sarah J. Maas



„Narodzi się bezimienny, który zapłaci cenę.”



Seria: Szklany Tron
Tytuł: Królestwo popiołów
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: Część I - 735; Część II - 511
Opis: Ostatnia nadzieja wszystkich, którzy marzą o wolności, tli się na Północy, gdzie Terrasen dzielnie stawia czoła hordom Morath. Tam, gdzie w pierwszej linii szaleje Aedion na czele Zguby. Tam, dokąd zmierzają Aelin, Chaol i Rowan, wiodąc nieoczekiwanych sprzymierzeńców. Tam, dokąd odwraca głowę Manon Czarnodzioba, szykująca plan zjednoczenia wiedźm.
Na mroźnej Północy splotą się nici przeznaczenia. Ale czy pod murami dumnego Orynthu niezwykła intryga Aelin Ashryver Biały Cierń Galathynius znajdzie rozwiązanie?
Czy mimo zimnych wichrów, morza krwi i powszechnego przerażenia zakwitnie miłość i nastanie pokój?
Ocena:

  • Fabuła: 5,5/10  – Sama linia fabularna skupiająca się na walce z Erawanem, Kluczach Wyrda i głównych wątkach całej serii była dobra, ale cała reszta kuleje.
  • Postacie 7,5/10  – To dla Doriana i wiedźm, powinni dostać złotą gwiazdkę!
  • Wykonanie: 4/10  – Zbyt rozwleczone, rozbite, tej książce przydałby się porządny remont.
  • Wydanie 10/10  – Trzeba być szalonym, żeby wydać 1300 stron w miękkiej okładce. Chałwa i chwała za podział tego kloca!
  • Logika i spójność: 5/10  – Mam wrażenie, że Maas trochę zapomniała, jak budowała historię Aelin w poprzednich częściach. Poza tym zaliczyła kilka srogich wpadek i szykujcie się na omówienie spoilerowe, mam dla Was worek złota!
  • Romans: 2/10  – Nie oszukujmy się, Maas ostatnio bardzo zboczyła w tym kierunku. Jednak oparcie życia uczuciowego głównie o podniecanie się sobą nawzajem, strzelanie fochów rodem z romansów na Wattpadzie i kilka słabo napisanych scen erotycznych, to nie to. Poza tym na początku serii autorka prawie wcale nie skupiała uwagi na romansie, za co ją lubiłam. Upsi.
  • Życie uczuciowe wywern: kocham te jaszczury, dajcie im żyć w szczęściu i wąchać kwiatki.


„Bądźcie mostem, bądźcie światłem w czasach, gdy żelazo zacznie się topić, a kwiaty będą rosły na polach zbroczonych krwią.”



Dzień dobry, Internecie. Przeżyłam szósty semestr studiów, mogę Was znowu dręczyć, yay! A jak wracać, to z przytupem. Moi drodzy, dzisiaj na tapecie ląduje długo wyczekiwane zakończenie „Szklanego Tronu”. Pięć lat  spędziłam z tą serią, zdążyłam zmienić szkołę, zdać matury, przeżyć trzy lata studiów i wymyślić sobie zostanie łyżwiarką. To dość długo, a jeszcze kurier zgubił się po drodze aż dwa razy, więc zamiast w kwietniu, dostałam te książki w czerwcu. Pomyślicie: „O rany, pewnie doczekać się nie mogłaś, co? W końcu tak chwaliłaś poprzednią część”. No cóż, zauważyłam, że w pewnym momencie zaczęłam mieć klapki na oczach i z góry uznawałam, że kolejna część tej serii musi być super zajebista, bo to „Szklany Tron”. Niestety, Sarah J. Maas, taki odstęp między obiema częściami dał mi sporo czasu na przemyślenia, zauważenie pewnych rzeczy, a moja przygoda z „Dworem mgieł i furii” dała mi kopa do zwracania uwagi na wiele szczegółów. Także kochani, zapraszam do zabawy, jestem przygotowana jak nigdy!
Do końca liczyłam, że ta książka jednak okaże się dobra, uda jej się złapać za moje serducho i pożegnam się z panią Maas w miarę zadowolona. Naprawdę byłam zakochana w tej serii, ale od pierwszej części wiele się zmieniło i nie wydaje mi się, że na lepsze. Jednak nadal jest taka mała cząstka mnie, która chce myśleć pozytywnie, dlatego zamiast dawać ocenę za całokształt, spróbuję jakoś to porozdzielać. Nie potrafię zebrać do kupy tego, czego tu doświadczyłam, bo były dobre rzeczy, ale były też te tragiczne i nie uważam, żeby ocenienie wszystkiego razem było fair. Przy okazji czaję się też na napisanie jakiegoś spoilerowego omówienia, bo wyłapałam tam kilka kwiatków, które koniecznie chcę obgadać.
Wyobraźcie sobie, że całe „Królestwo popiołów” zajęło około 1300 stron i totalnie popieram decyzję wydawcy o podzieleniu tego na dwie części. Ta pierwsza to i tak wielki kloc, i zwyczajnie okropnie się go czytało, szczególnie, że nie chciałam złamać grzbietu, taki książkowy crossfit. Jednak co najważniejsze – ta książka mogła być o wiele krótsza! Czy jest redaktor na sali? Potrzebujemy tu porządnego ogarnięcia tekstu! Zaufajcie mi, nie dramatyzuję. Tutaj jest wiele do poprawy. Jeżeli chodzi o tę nieszczęsną długość – mamy tu gigantyczny przerost treści. Wiele rozdziałów z pierwszej części mogłoby nie istnieć, nijak nie wpływały na fabułę. Sporo było też treści, które zwyczajnie były zbędne, niektóre rozdziały wystarczyło streścić w kilku akapitach, ale… No właśnie, ale! Wtedy Maas nie upchałaby tam tyle nastolatkowej dramy, związkowych zawirowań i zbędnych opisów interakcji między bohaterami. Wow, powiedziałam to, a ja przecież zawsze doceniam sceny rozmów, ploteczek i przedstawiania relacji między postaciami. Tylko tutaj to polega głównie na rozkminianiu, że „no kocham go/ją, ale bla bla bla”, powtarzaniu po raz dziesiąty, że ktoś na kogoś ma focha, a reszta to zdecydowanie za długie opisy lecenia w ślinę i tragicznie napisanej gry wstępnej. Przysięgam, wolałabym przez resztę życia wysłuchiwać haiku Apolla niż przeczytać kolejną scenę erotyczną czy w ogóle romantyczną, napisaną przez panią Maas. Pozwolę sobie zacytować jeden fragment: 
Rowan wbił się w nią potężnym pchnięciem i jednocześnie wgryzł się w jej szyję. Jęczała z każdym pchnięciem jego bioder. Same rozmiary jego męskości dostarczały jej rozkoszy, którą nie była w stanie się nacieszyć. Przeorała paznokciami jego muskularne plecy. Potem jej dłonie zeszły niżej, by mogła poczuć każde potężne pchnięcie.
Po pierwsze – samo przepisywanie tego dało mi ciarki żenady i w ogóle mam wrażenie, że każda męska postać w tej książce ma te same wymiary i wszyscy uprawiają seks dokładnie w ten sam sposób. Po drugie – te POTĘŻNE pchnięcia skojarzyły mi się z pewnym memem i od tego czasu nie jestem w stanie tego czytać bez podśmiewania się jak debil. Wy już wiecie o co chodzi, pozwólcie, że wstawianie memów zostawię na ten drugi post. Ostatecznie jest jeszcze jeden temat, który sprawia, że cała ta książka mocno się przeciąga. Dobra, to spoiler z „Wieży Świtu”, przynajmniej tak się dowiedziałam na Instagramie, więc nie spalcie mnie żywcem. Otóż jedna z bohaterek zaciążyła. Idealny moment, nie? Mamy tu gigantyczną wojnę z demonicznym królem, dramę z bogami i w ogóle wszyscy umrą. Na pewno czytelnicy będą super wciągnięci ciążowymi perypetami jednej pary. Mam wrażenie, że ten wątek pojawił się tylko w jednym celu: by co chwila mogło paść, że jak to super cudownie, że ktoś będzie miał dziecko i to największy skarb na świecie, sratatata, ewentualnie trzeba wspomnieć, że „Ojezu, w ciąży jesteś, weź odpocznij, uważaj na siebie, to takie trudne, ciężkie, ale z ciebie bohaterka”. Moja mała teoria jest taka, że komuś tu rzuciło się na głowę posiadanie dziecka, jednak nie jest to istotne. Ważne jest to, że ten wątek jest jak pyton znad Wisły  ot, temat byleby zająć kawałek czasu czytelnika, bo a nóż widelec się zainteresuje. Zupełnie niepotrzebne dla fabuły, wprowadzone ot tak, by o tym popisać i nic więcej. No i naprawdę – to najgorszy czas na robienie sobie dziecka. Wiem, życie nie jest idealne, ale autorka ma władzę nad tekstem i zrobiła w tym momencie coś totalnie bezcelowego, a ja czuję, że zmarnowała kawałek mojego czasu. Ostatecznie, nie musiało to być 1300 stron, tu naprawdę było sporo zbędnego materiału do wycięcia. Kolejna drama na bookstagramie, której mogliśmy uniknąć. Gdzie wysłać mój rachunek za popcorn?
Wołałam redaktora, nie? Bo naprawdę problemy tu zaczynają się od samej konstrukcji tekstu. Fabuła tej części jest poszatkowana, nierówna i sama potrafi wybić czytelnika z rytmu. Mamy tu od groma postaci i niezły burdel, ale kawałek tego bajzlu można było ogarnąć. Wiadomo, Aelin porwała Maeve, jej ukochany pantofel leci jej na ratunek, Manon chce zjednoczyć wiedźmy, a Dorian musi odnaleźć ostatni Klucz Wyrda. No ok, to musiało się dziać, ale pojawia się jeszcze jeden element. O tak, kochani, Maas w tym momencie wysłała armię Erawana na Terrasen. Znowu: czy autorka mogłaby przemyśleć swoje decyzje? Tak tylko sugeruję, że to ona tu rządzi, więc mogłaby trochę zapanować nad tym wszystkim. Nasz główny złol poza podbijaniem kontynentu miał też inne zajęcia, jak na przykład te cholerne Klucze Wyrda. Zresztą już w „Imperium Burz” miał zarąbistą armię i mógł sobie rozwalić królestwo naszej heroiny. Chociaż o samym Erawanie będzie dalej. Prawda jest taka, że Maas mogła odwlec atak na Terrasen, żeby nie ciągnął się przez większość tej książki. Jednak zrobiła, jak zrobiła i strasznie to rozbiło konstrukcję „Królestwa popiołów”. Mi to wręcz na nerwy działało, bo z jednej strony ciągnie nam się ta bitwa i do pewnego momentu naprawdę była ona emocjonująca, ale co chwila przerywały ją rozdziały skupiające się na Aelin i Dorianie. To okropnie przeszkadza, nie pozwala się na niczym skupić. Najbardziej irytujące były momenty, kiedy już zaczynałam się przejmować, w pewnym momencie wręcz się popłakałam, a w kolejnym rozdziale… O tak, przechodzimy do tej reszty fabuły i mamy grę wstępną między jakąś parką. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! To naprawdę powinno zostać odesłane do poprawek. Do tego te początkowe rozdziały z Terrasenu mogły być streszczone, bo nic nie wnosiły, poza tym że Aedion miał focha na Lysandrę a ludzie wierni Aelin mieli spinę z starymi lordami, co wiemy już z „Imperium burz”. Konstrukcja tej książki po prostu mi się nie klei i potwornie wpłynęła na jej odbiór. Kojarzy mi się z tym, jak Maas dała Feyre wszystkie możliwe opcje, chyba po prostu nie mogła się zdecydować, co robić i ogarnąć priorytetów, więc wyszło, co wyszło.
Najbardziej dobija mnie to, że już mam wrażenie, że nieźle się pastwię nad tą książką, a z tyłu głowy mam to poczucie, że przez kilka lat naprawdę kochałam tę serię. Zaufajcie mi, wyciągałam z niej tyle dobrego, ile potrafiłam. Momentami nawet czułam, że dany fragment był napisany tak, jakby to była któraś z trzech pierwszych części. Raz się rozkleiłam i przyznaję, że moje serce nadal należy do Trzynastki, kocham te wiedźmy, były jedną z najlepszych rzeczy w „Królestwie popiołów”. Cały ich wątek, poza romansem Manon i Doriana, był świetny. Nawet doceniłam romans, ludzie! Życie uczuciowe wywern okazało się wyjątkowo porywające! Tajemnicą też nie jest, że kocham Doriana, upatrzyłam go sobie już w „Szklanym Tronie” – magiczny chłopiec z życiową dramą to coś, na co zawsze się złapię. Naprawdę, bez tego romansowania z Manon, jego wątek był świetny. Szkoda tylko, że wszystko musiało skończyć się na Terrasenie, bo chciałabym, żeby Maas pokazała, co się stało z życiem innych postaci. Chociaż nadal lepsze to, niż sequel. Nie dręczmy już tej serii. I naprawdę przyznaję, dałam się złapać nostalgii. Momenty, w których pojawiało się więcej magii, mistycyzmu i nawiązań do tych pogmatwanych tajemnic z przeszłości Erilei były naprawdę wciągające.
Co ja mogę powiedzieć o fabule? Naprawdę potrzebowałaby ona wielkiego remontu, bo jest porozciągana na wszelkie możliwe strony, a jej konstrukcja praktycznie nie istnieje. Jednak, jeżeli wywali się wszystko to, co tak niemożliwie przeciąga całą książkę i spróbuje się spojrzeć na każdy z trzech głównych wątków oddzielnie, to mogło wyjść z tego coś dobrego. Maas naprodukowała tu postaci, każdej chciała dać oddzielne zadanie i to jest największą tragedią „Królestwa popiołów”. Nadal widzę tu potencjał, ale autorka chciała zbyt wiele. Jeżeli najpierw fabuła skupiłaby się na odbiciu Aelin, zjednoczeniu wiedźm i Kluczach Wyrda, a potem dopiero przeszłoby to w ostateczną bitwę, miałoby to ręce i nogi. W takiej formie, jaką otrzymaliśmy, każdy wątek walczy o uwagę z pozostałymi i ciężko wkręcić się w tę książkę tak na poważnie. Poza tym rodzi się wiele nieścisłości. Mam wrażenie, że Maas zapomniała opisać jeden z wątków i wcisnęła go na sam koniec, co przy okazji sprawiło, że Aelin z lekka wychodzi na dzbana, niepotrzebnie poświęciła część wojska. Z tą sceną mam konkretny problem, ale dzisiaj jest bez spoilerów, zainteresowanych zapraszam na kolejny post.
tej książce kuleje sporo rzeczy. Kolejny problem – przez te 1300 stron, większość rozdziałów jest napisana tak podniosłym tonem, jakby właśnie rozgrywała się ta ostateczna walka, gdzie mamy wszystko albo nic. To powinno być zarezerwowane na naprawdę ważne momenty, a zostało mocno nadużyte. Przez to miałam po prostu dość i nie potrafiłam poczuć tej książki. Od pewnego progu, po prostu przestałam to czuć. Mam wrażenie, że powstała tu klątwa ostatniego tomu, autorka za bardzo poczuła się do zrobienia tego na jakimś super zajebistym poziomie i mocno przesadziła. Do tego doszło jeszcze nadużywanie pewnych zwrotów i pełnych nazwisk. Naprawdę, jeszcze raz zobaczę „Nazywała się tak i tak” albo jakieś inne „Nie będzie się bać”, a oszaleję. „Królestwo popiołów” mogłabym porównać do baroku – to gigantyczna przesada.
Muszę jeszcze zająć się postaciami, bo tutaj też wyczyniają się wielkie cyrki. Większe niż ego samej Aelin. Zaczynając od naszej głównej bohaterki – w tej części jest ona bardzo niespójną postacią i to nawet nie do końca jej wina. Maas najpierw pisze o niej jedno, a za ileś rozdziałów robi coś dokładnie odwrotnego. Było to strasznie zamotane, ale jedna rzecz gryzie mnie w tym najmocniej – stosunek Aelin do Terrasenu. Z poprzednich części zrozumiałam, że po tym, co wydarzyło się w jej dzieciństwie, ona wyparła z siebie fakt bycia następczynią tronu. Dziewczyna tylko cudem się wyratowała z totalnej masakry i oddaję jej to, że wiele przeszła. W „Dziedzictwie Ognia” odnosiłam wrażenie, że była zupełnie odcięta od swojej przeszłości i do tej pory ten temat był dość klarowny – nie winimy Aelin za to, że wszystko się posypało, bo była dzieciakiem i przeżyła niezłą traumę, ona też jest tego świadomaWydawało mi się, że na tym polegał cały jej wątek w trzecim tomie, miała zaakceptować te wydarzenia i swoje pochodzenie. Jednak „Królestwo popiołów” traktuje to wręcz jak zmazę na jej honorze, a sama Aelin wiecznie dręczy się jakimś wielkim długiem wobec Terrasenu, jakby wszystko było jej winą. Nie, nie, nie! Mogę jej nie lubić jako postaci, ale damn, nie! Dzieciak lat 10 po takich wydarzeniach musiał mieć nieźle namieszane w głowie, a ona od razu została wciągnięta do gildii zabójców, która gromadziła niezłych popaprańców, stamtąd później trafiła prosto do niewoli. Tu nie ma żadnej winy i żadnego długu, nie chcę nawet o tym słuchać! Reszta – niech jej będzie, ale sama Aelin jest postacią mocno przesadzoną, nic nowego. Poza tym odniosłam wrażenie, że nie znam postaci, o których czytam. Większość z nich wydawała się obca, nie pasowali mi do tych osób, które zapamiętałam z poprzednich tomów. Większość z nich zachowywała się jak niedojrzałe dzieciaki. Aedion i Lysnadra zajmowali się głównie dramą między nimi, Elide i Lorcan tak samo, miałam tego serdecznie dość. Wiecznie tylko fochy, fukanie na siebie, a potem przemyślenia w stylu „kocham, NO ALE”. To jest ostatnia część serii, którą pokochałam za bycie interesującą fantastyką, nie przyszłam tu dla dram w związkach. Nasi wojownicy fae, którzy mają kilkaset lat też zachowują się jak dzieciaki. Miałam wrażenie, że ledwo odkryli swoje moce i słabo je kontrolują, bo większość ich emocji była przedstawiona za pomocą jakiegoś przejawu ich magii. Kiepsko to wypadło. No a Rowan jest wielkim pantoflem, który stracił większość charakteru na rzecz uwielbiania Aelin. Jeszcze Dorian i wiedźmy jako tako się trzymali, o tym już pisałam. Szczerze kocham Trzynastkę i trzymałam kciuki za ich sprawę do samego końca. A nasz młody król, jako jeden z niewielu tu zebranych, potrafił się rozliczyć ze swoją przeszłością we w miarę spójny sposób. Mamy jeszcze nasz zły duet: Maeve i Erawan. Mogli być interesujący, ta pierwsza nawet miała takie przebłyski, że angażowałam się w jej historię, ale okazała się kolejnym zawodem. Do teraz nie bardzo łapię, czego ona chciała od życia i po co w ogóle się wmieszała w tę dramę, raz mówiła „A”, raz „B” i Maas nie określiła co dokładnie ją motywowało. Za to Erawan to w ogóle zmarnowany potencjał. Kojarzy mi się z Voldemortem – seria potrzebowała głównego złego, to dostała. Tylko jego motywacje są takie jakieś nieokreślone, niby czegoś tam chce, ale nie wchodzimy w to głębiej, ma być po prostu zły i straszny. Nie wiem, co więcej mogłabym napisać. Po poprzednich tomach potrafiłam się rozwodzić nad każdą postacią do bólu, a „Królestwo popiołów” postawiło między mną a nimi grubą ścianę. Nie ujęli mnie jakoś mocno, poza jedną czy dwiema scenami. Do tego Maas naprawdę jest przewidywalna i po tych wszystkich latach, kiedy co chwila martwiłam się, że kogoś mi zamorduje, nie zrobiła prawie nic, co by mnie mocno poruszyło. Jest dosłownie jeden wyjątek i to wszystko, reszta losów bohaterów okazała się bardzo przewidywalna.
Zawiodłam się tak potężnie jak Rowan pchał Aelin. Mam jeszcze kilka elementów, których chcę się przyczepić, ale naprawdę wolałabym nie zostać zjedzoną za spoilery. „Królestwo popiołów” miało kilka przyjemnych czy przejmujących momentów, ale mocno ucierpiało na tym, jak zostało przeciągnięte. Wiele rzeczy byłoby w nim do poprawy, a sama Maas za mocno poczuła się do pisania wielkiego zakończenia, więc mamy tu przesyt zarówno w formie jak i treści. Mocno stęskniłam się za tym, jak ta seria wyglądała na początku, kiedy kochałam wszystkie postacie i przeżywałam z nimi każdą dramę. Te dobre momenty nadal powstrzymują mnie przed ocenianiem „Królestwa popiołów” jednoznacznie negatywnie. Podchodziłam do tej książki głównie z myślą, że chcę poznać zakończenie całej historii. Jeżeli polubiliście poprzednie części, to i tak przeczytacie ten tom. Pozwólcie sobie zakończyć tę historię, chociażby dla wiedźm i Doriana, oni na to zasługują. Osobiście kończę przygodę z książkami pani Maas, chcę pamiętać te dobre rzeczy. Muszę jeszcze do końca przegadać moje problemy z tą częścią, zrobiłam naprawdę piękne notatki. Może gdybym miała w tej chwili te 16 lat, byłabym zadowolona, może gdybym nie przerobiła wcześniej wielu innych książek z tego gatunku, może gdybym sama od iluś lat nie bawiła się w pisanie… Poprzednie części były lepsze, a nie chcę tą recenzją skreślać całej serii. Także moi kochani, decydujcie, czy jesteście na to gotowi. Osobiście twierdzę, że po przeczytaniu pięciu poprzednich części, ciężko jest nie złapać też za tą. Poza tym, hej, ja się świetnie bawiłam urządzając pojedynek między sympatią do tej serii, a rzeczywistością.


Bardzo dziękuję wydawnictwu Uroboros za możliwość przeczytania "Królestwa popiołów", za przesłanie ebooka, kiedy kurier nie potrafił do mnie dotrzeć, a w ogóle to osoba prowadząca waszą stronę na Facebooku to bohater. Serio, odpowiadać na te wszystkie komentarze obrażonych fanów z takim spokojem – chcę wiedzieć u którego Jedi się szkoliłeś!

3