Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 lipca 2019

Schematy, schematy i schematy: Cień, Adrianne Strickland, Michael Miller


Seria: Kroniki Kaitanu
Tytuł: Cień
Autor: Adrianne Strickland, Michael Miller
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 522
Opis: Qole Uvgamut jest najlepszą poławiaczką cienia na Alaxaku, prymitywnej i biednej planecie na peryferiach. Do załogi statku poławiaczy dołącza ładowniczy Nev. Nikt nie wie, że to dziedzic arystokratycznego rodu, który występuje w przebraniu, aby zdobyć zaufanie Qole. Tajemnica wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy statek zostaje zaatakowany przez niszczyciel. Okazuje się, że nie tylko Nev i jego krewni mają plany wobec młodej Alaxakanki, rywalizujący ród również chce dopaść dziewczynę. Kluczowy jest tutaj cień – substancja, która stanowi niezwykłe źródło energii. Nev, syn głowy rodu, chce skłonić Qole do wzięcia udziału w badaniach nad cieniem. Po wymknięciu się z rąk wroga poławiaczka zgadza się polecieć z Nevem do siedziby jego rodu i poddać się badaniom prowadzonym przez stryja młodego arystokraty. Na miejscu okazuje się jednak, że ród Dracortów nie ma czystych intencji. Nev staje przed wyborem: ocalenie Qole lub lojalność wobec rodziny.
Ocena: 5/10


Można być mądrym człowiekiem, który nie poleci na „książka dla fanów Kapitan Marvel”. Można też być mną. Dzień dobry, tu wasza książkowa Halinka! Moją dzisiejszą wymówką jest: miałam warsztaty łyżwiarskie, cały zwierzyniec na głowie i okazało się, że nadal mam dramę na studiach. Spokojnie, do września nie stać mnie już na żadne łyżwowe czary mary, więc postaram się bardziej ogarniać sytuację tutaj.
Dzisiaj na tapecie ląduje „Cień”. Na początek przyda się wspomnieć, czego się spodziewałam. Po przeczytaniu opisu miałam nadzieję, że trafi się jakiś kosmiczny pierdolnik z odrobiną fantastyki. Wiecie, jakieś zarąbiste, nadnaturalne zdolności, kosmiczne starcia, szalone loty przez galaktykę, a na dokładkę jakieś nadworne intrygi i przepychanki o władzę czy inną potęgę w postaci tytułowego cienia. Liczyłam też, że nikt nie zacznie monologu o tym, że nie lubi piasku i nie został wyniesiony do rangi mistrza. Znając klasykę space oper cieszmy się, że nikt nie umarł ze smutku. Chociaż nie pogardziłabym jakimś ucinaniem nóg i wpadaniem do lawy. Pomijając nową trylogię „Gwiezdnych Wojen”, moje oczekiwania raczej wydawały się adekwatne do opisu i specyfiki gatunku. No i cóż… Nadal – cieszmy się, że nikt nie był chętny do dzielenia się swoimi uczuciami wobec piasku.
Wiadomo, że jeżeli książka zahacza o tematykę YA, musi być romansik. On zawsze będzie się czaił gdzieś tam w rogu i dźgał pod żebra dość oczywistymi wskazówkami. Jak już się człowiek naczyta czegokolwiek kierowanego do nastolatek, potrafi od razu wywęszyć, w jakim kierunku autor chce pchnąć daną relację. Tylko że w „Cieniu” stosowane są te najbardziej oczywiste schematy i zagrania. To są te najbardziej podstawowe rzeczy, których sama kiedyś używałam. Większość społeczności fanfikowej z nich kiedyś korzystała. I jasne, można to napisać w sposób ciekawy, można się tym bawić, można zrobić to w sposób nieszablonowy. Problem leży w tym, że autorzy „Cienia” zatrzymali się na podstawach i ani razu nie wykroczyli poza nie. Zresztą większość tej książki okazała się bardzo schematyczna. Nev i Qole są najbardziej typowymi postaciami, jakie można było stworzyć. Oboje są kosmicznie niesamowici w tym, co robią, rozwalają przeciwników jak leci, czyste ideały bez ani jednej skazy. Przez to są też niesamowicie nudni i ciężko było mi przejąć się ich losem. Tak naprawdę najciekawszymi postaciami okazali się Eton i Basra, oni dwaj przynajmniej mieli jakąś tajemnicę i nie byli przedstawieni jako ktoś totalnie idealny. Jeszcze Arjan się jakoś łapał na ten wózek, ale on wydawał mi się bardzo mocno zepchnięty na boczny tor, miał do odegrania tylko jedną rolę. „Cień” poległ właśnie na postaciach i schematyczności, bo potencjał miał naprawdę niezły.
Ostatecznie fabuła też nie okazała się bardzo porywająca. Tak naprawdę spodobał mi się wszechświat, który został tu wykreowany. Wielki Upadek, te tajemnicze umiejętności wywoływane przez cień i relacje między królewskimi rodami ciągnęły mnie do tej książki. Przez cały czas miałam nadzieję, że autorzy popchną fabułę w tym kierunku. Tak naprawdę pierwsza połowa książki była potwornie przeciągniętą grą wstępną. Miała z dwa jasne punkty, ale naprawdę, te 250 stron, które głównie opierały się na pogaduchach podczas lotu na Luvos, nie było bardzo porywające. Miałam nadzieję, że chociaż potem coś się rozkręci, że zaczną się jakieś pokrętne intrygi na dworze królewskim i tajemnicze badania. Niewiele tego było, za to dostaliśmy kilka rozdziałów o przygotowaniu Qole na bal i samej imprezie. Zaraz potem szybka akcja i odkrycie większości kart.. No i tyle. Do tego rodzinka królewska też okazała się bardzo typowa i schematyczna, a do tego ta typowa, wredna laska, której zależy tylko na jednym. Miałam trochę skojarzeń z „Czerwoną królową”, ale tamta książka o wiele głębiej weszła właśnie w te dworskie intrygi i pozwoliła trochę się zagłębić w nadnaturalne zdolności bohaterów. W „Cieniu” wątek o mocy Qole został potraktowany naprawdę po macoszemu, wykazała się w sumie jedną umiejętnością, a przez większość książki przejawia się to głównie w tym, że oczy jej ciemnieją. Kurde no, szkoda, bo zdolności związane z cieniem wydawały się jednym z ciekawszych elementów tej książki.
Cień” to takie bardzo przeciętne sci-fi dla młodzieży. Nie trzeba się bać, że nie odnajdzie się w gatunku. Nie pojawiają się tu żadne kosmiczne zawiłości, nie ma naukowego bełkotu. Mogę uwierzyć, że jeżeli ktoś lubi romanse czy jest nieco młodszym czytelnikiem, będzie zadowolony po przeczytaniu „Cienia”. Ja spodziewałam się dużo więcej. Nie mogę powiedzieć, że to był głupi do bólu gniot. To bardzo schematyczny przeciętniak. Ujął mnie pomysłem na świat i ze względu na to czytanie mnie nie męczyło. Ciągle liczyłam, że autorzy zagłębią się w wątki powiązane z Wielkim upadkiem i cieniem, więc czytałam. Jednak to za mało, żeby mnie zadowolić. Mogłabym wyciągnąć kilka innych książek o tej tematyce, które o wiele chętniej bym poleciła, ale próbuję spojrzeć bardziej obiektywnie. Biorąc pod uwagę, że „Cień” totalnie łapie się w tematykę YA, a ja sama w wieku 14 lat leciałam na takie historie – dzieciaki, będziecie zadowolone. No i może przekonacie się do kosmicznych opowieści, one naprawdę nie są tak ciężkie, nie przyprawiają o ból głowy, a odległe galaktyki potrafią być zarąbiście piękne i magiczne!


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Uroboros!

0

niedziela, 24 marca 2019

Przed nami nicość: Smocza Perła, Yoon Ha Lee


„Kapitan opuścił stanowisko i zamienił się w tygrysa.”


Seria: Rick Riordan Przedstawia
Tytuł: Smocza Perła
Autor: Yoon Ha Lee
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 347
Ocena: 10/10
Opis: Trzynastoletnia Min pochodzi z prastarego rodu lisich duchów, ale zupełnie na to nie wygląda. By chronić najbliższych przed niebezpieczeństwem, matka zakazała im posługiwania się lisią magią: nie wolno czarować, nie wolno zmieniać postaci. Wszyscy przez cały czas muszą zachowywać ludzką formę.
Min czuje się przytłoczona rodzinnymi zasadami. Nie znosi niekończących się domowych obowiązków, panoszących się wszędzie kuzynów i wiecznie krytykujących ciotek. Marzy, by uciec z rodzinnego Jinju - zapomnianej, ubogiej, pustynnej planety. Nie może się już doczekać, kiedy dorośnie i będzie mogła, jak jej starszy brat Jun, zaciągnąć się do Sił Kosmicznych i zobaczyć inne planety należące do Ligi Tysiąca Światów.
Kiedy jednak przychodzi wiadomość, że Jun zdezerterował, by udać się na poszukiwania Smoczej Perły, Min nabiera pewności, że coś jest nie w porządku. Jej brat nigdy nie opuściłby krążownika, nawet dla magicznego artefaktu, który podobno posiada niezwykłe moce. Min postanawia uciec i odszukać brata, by oczyścić jego imię.
Podczas wyprawy Min napotyka przemytników, piratów i mściwe duchy. Będzie musiała uciekać się do oszustwa. kłamstwa i sabotażu. Częściej niż kiedykolwiek sytuacja zmusi ją do posługiwania się lisią magią, ale także polega na własnym sprycie i odwadze. Wszystko to może się skończyć zupełnie inaczej, niż spodziewała się Min, i przerosnąć jej najśmielsze marzenia.

„Szczęście w drobnych sprawach buduje szczęście w wielkich.”



Przysięgam, że Rick Riordan jest jednym z niewielu autorów, do którego mam wielki sentyment i nie zawiodłam się na nim ani razu. Wystarczy, że pomyślę o tym człowieku i wracają do mnie wszystkie przyjemne emocje związane z jego książkami. A teraz ten facet postanowił wspierać innych autorów piszących młodzieżówki na podstawie mitologii i… Aaaaa! Odkąd zobaczyłam zapowiedzi tych książek byłam na nie nakręcona. Jak wujcio Rick pisał o tych najsłynniejszych mitologiach, tak teraz dostajemy mity koreańskie, hinduskie, meksykańskie, afrykańskie i długo by wymieniać co jeszcze. Czy to już niebo?
Min, lat trzynaście, mieszka na ubogiej, pylistej planecie, której praktycznie nikt nie odwiedza, chyba, że musi. Jej rodzina pochodzi ze starożytnego lisiego rodu, jednak wszyscy starają się to ukryć. Nikt lisom nie ufa, uważa się, że większość z nich wyginęła, a jeśli ktoś się nim okaże, jest traktowany jak najgorsze zło. Jednak Min nie ma ochoty ukrywać swojej natury, a jej największym marzeniem jest wyrwać się z rodzinnej planety, by zwiedzić całe Tysiąc Światów. Pewnego dnia w jej rodzinnym domu zjawia się tajemniczy urzędnik, informując rodzinę, że starczy brat Min zdezerterował z Sił Kosmicznych. Podejrzewa się, że Jun wyruszył na poszukiwania dawno zaginionego artefaktu – Smoczej Perły. Jednak Min jest przekonana, że jej brat nigdy nie zrobiłby czegoś takiego i by wyjaśnić sprawę rusza na poszukiwania brata.
Smocza Perła” jest pierwszą książką z serii Rick Riordan Przedstawia, jaką miałam przyjemność przeczytać. Po prostu nie mogłam jej odmówić. Space opera z lisimi duchami? Sam pomysł na połączenie mitologii z sci-fi jest czymś niesamowitym. Jednak w tym gatunku niezbyt często spotykamy się z wykreowaniem całego świata opartego o jakiś system magiczny. Nie, tutaj idzie się bardziej w ten aspekt „naukowy”, który często na tyle trzyma się praw fizyki, na ile autorowi to pasuje. Nie oszukujmy się, wiele aspektów potrzebnych do istnienia sci-fi bardzo luźno trzyma się tego, co jest możliwe, jeżeli weźmiemy pod uwagę nauki ścisłe. Jednak ze względu na sam gatunek, rzadko mamy tu do czynienia z magicznymi stworzeniami czy czarami. A w „Smoczej Perle” autor tak po prostu stwierdził, że mitologia leci w kosmos, czas na połączenie gatunków i nie dyskutujemy z tym. Kocham go za to! Efekt jest genialny. Trzeba po prostu założyć, że to jest młodzieżówka, bohaterka ma 13 lat i najmniej istotną rzeczą jest, na ile wszystko powinno jej się udawać. To ma być dobra zabawa z udziałem magii i kosmosu.
Był to mój pierwszy kontakt z mitologią koreańską. Niby wcześniej coś tam słyszałam o tych lisich duchach, ale bardziej w kontekście mitologii japońskiej, jednak nie było to wiele. Zaliczyłam też prelekcję Simona Zacka o smokach, więc mniej więcej wiedziałam jak postrzega się je w Azji. Ale tak poza tym wszystko było dla mnie nowe. Najbardziej spodobało mi się to, jak mocno autor posługiwał się przesądami. Okazało się, że to jeden z głównych elementów funkcjonowania tego świata. Rany, tutaj jedną z najważniejszych rzeczy w funkcjonowaniu statków jest przepływ energii „duchowej”. To chyba mówi w jakim stopniu aspekt sci-fi przenika się z wątkiem mitologicznym. Do tego te wszystkie upiory, gobliny, tygrysy… Przepadłam! Chcę więcej! Naprawdę, autor przedstawił koreański folklor w sposób na tyle magiczny i intrygujący, że przez kolejne tygodnie mogłabym czytać książki związane tylko z tym.
Bardzo podoba mi się konstrukcja fabularna. Nie jest ona zbyt skomplikowana, ale za to naprawdę dobrze poprowadzona. Pewnych rzeczy da się domyślić, ale autor przez cały czas utrzymywał moje zainteresowanie. Samo to, jak przedstawił życie kadetów było na tyle wciągające, że niechętnie odkładałam książkę. Od razu wiadomo, które postacie będą znaczące i poznanie ich motywów oraz wpływu na ciąg wydarzeń jest naprawdę zajmujące. Na koniec jest trochę kontrolowanego zamieszania, jak to najczęściej się robi. Jednak wszystko konsekwentnie kręci się wokół Smoczej Perły i tajemniczego zniknięcia Juna. Wiadomo, niektóre rozwiązania są dość proste czy też zrobione na wyrost. Min musiało się udać, a często brakowało jej odpowiedniej pozycji do załatwienia pewnych spraw. Taki urok młodzieżówek, że dostajemy młodego bohatera i jeśli będziemy realistami, to po drugim rozdziale utknie on w punkcie bez wyjścia, bo jest tylko nastolatkiem. Ostatecznie nie ma tu wiele absurdu, a sama Min też nie jest typową, głupiutką bohaterką, której wszystko wychodzi na farcie. Kilka razy wkopała się w niezłe bagno, więc możecie być spokojni. Nie czuć tu żadną Mary Sue.
Wyjątkowo polubiłam postacie, chociaż na końcówce już nie byłam pewna komu ufać. Jednak na dobry początek mamy Min, która jest totalnie uparta i ma wręcz powalający talent do wpadania w kłopoty. Podoba mi się to, że jest konsekwentna. Ona wie, że to co robi, to jakieś szaleństwo i co chwila ma przez to problemy, ale ma ten swój cel i idzie do niego bez jęczenia. Jak ma czyścić toalety przez kolejne miliard dni, to to zrobi bez marudzenia jaki to świat jest niesprawiedliwy. Nie ma co chwila przemyśleń, że może jednak powinna wrócić, bo przecież ten świat jest do dupy i co chwila ma kłopoty. Wpadła w jakieś bagno, ale dobra, dostosuje się i znajdzie wyjdzie bez wołania na pomoc co pięć minut. Szanuję takie budowanie postaci, bo jednak najczęściej jak już bohater wpada w kłopoty, to autor pokazuje jaki to świat jest zły i niesprawiedliwy. W „Smoczej Perle” tego nie ma, totalna konsekwencja, bez jojczenia, że nasza Min jest taka pokrzywdzona. Naprawdę bardzo dobrze mi się czytało o jej karierze „kadeta”, bo po prostu czułam, że ona chce się przystosować i nie będzie marudzić na obowiązki. Do tego muszę dodać, że nie robiła tego po linii najmniejszego oporu, byleby tylko dostać się tam, gdzie chce, ale starała się, jakby realnie zależało jej na karierze w Siłach Kosmicznych. Poza tym bardzo spodobało mi się kreowanie wyrazistych postaci, z którymi mogę mieć jednoznaczne skojarzenia, ale które przy okazji były w stanie do końca mnie zaskakiwać. Wątek kapitana bardzo dobrze to pokazuje, autor przez całą książkę buduje u niego obsesję na punkcie Smoczej Perły, ale nie robi z niego zupełnego, przerysowanego wariata. Do końca nie byłam pewna jak zakończy się jego historia i czy zaraz nie dostaniemy jakiegoś plot twistu związanego z motywami pana kapitana. Do tego jest jeszcze taki drobny szczegół, który bardzo mnie ujął. Dostaliśmy tu społeczeństwo, w którym rzeczą oczywistą jest, że nie każdy określa swoją płeć tylko jako kobieta czy mężczyzna. W bardzo porosty sposób się tu wyróżnia, jak do kogo się zwracać i do tego jedna z postaci drugoplanowych nie określa się z żadną płcią, a jest przedstawiana bardzo naturalnie. Wiecie, Sujin po prostu jest i nie ma żadnego rozkminiania czemu, po co i jak, nie musi się tłumaczyć czy opowiadać historii swojego życia. Wszyscy tam akceptują ten fakt tak samo, jak to, że niebo jest niebieskie i czytelnik musi po prostu to zaakceptować i czytać dalej. Uwielbiam takie podejście, bez robienia wielkiej afery. Jasne, że skupienie się na tego typu wątkach też jest ważne, ale tylko ze względu na to, że społeczeństwo jest jakie jest. Tu autor totalnie to olał, postawił czytelników przed faktem dokonanym i stwierdził, że on nie musi robić z tego wielkiej historii. Jakby świat był na tyle piękny, że jest to dla nas kolejną, zwykłą cechą i nie trzeba się z tego powodu martwić.
Smocza Perła” jest książką, która totalnie wpisuje się w styl Riordana. W ogóle nie miałam wrażenia, że pisze to mniej doświadczony autor. Czułam się, jakby po prostu tematyka się zmieniła. Był klimat, świetnie napisane postacie i wyjątkowo przyjemna w odbiorze fabuła. Zakochałam się w mitologii koreańskiej, głównej bohaterce i samym autorze. Uwielbiam to, że nie uznaje żadnych kompromisów, po prostu robi to, co mu się podoba, bo to jego książka. Wyszło to genialnie. „Smoczą Perłę” czytałam z wielką przyjemnością. Choćbym była wymęczona wszystkim innym, jak już otwierałam tą książkę, zapominałam, że padam na pysk i chciałam tylko czytać. Polecam! Po prostu polecam każdemu kto kocha młodzieżową fantastykę i nie przejmujcie się, że to też sci-fi. Nie pogubicie się, autor naprawdę nic nie komplikował. Jak wiecie czym jest grawitacja, nie powinniście mieć kłopotów z odbiorem. „Smoczą Perłę” mogę nawet ambitnie porównać do wymieszania „Illuminae” z „Percym Jacksonem” tylko bez tego riordanowego poczucia humoru. Czytajcie to, ludzie!


Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria Książki


1

środa, 24 października 2018

Maszynowe sny, czarne światła: Spektrum, Martyna Raduchowska


„Nie każcie mi już niczym więcej być.”

Seria: Czarne Światła
Tytuł: Spektrum
Autor: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 414
Ocena: 10/10
Opis: Technologia rozdarła to miasto na pół. Wydawało się, że ostatnie granice ludzkich możliwości zostały zniesione. W powszechnym użyciu są androidy – prawie doskonałe kopie człowieka. Wyposażone w sztuczną inteligencję, niesamowicie szybkie, zdolne do błyskawicznej regeneracji, są o wiele bardziej wytrzymałe niż ich pierwowzór. I o wiele bardziej niebezpieczne. Ludzie dzięki wszczepom i implantom mogą upgrade’ować swoje ciało i umysł niczym postaci z gier komputerowych. Ci, których na nie stać, bogacą się jeszcze bardziej. Biedni spadają na samo dno drabiny społecznej. Szansą dla wykluczonych jest reinforsyna. Geniusz w pigułce, dostępny na każdą kieszeń. Gdy zapada decyzja o wycofaniu jej ze sprzedaży, atak na siedzibę jej producenta jest nieunikniony. Magazyny pustoszeją w jednej chwili. Reinforsyna zalewa ulice falą neurochemicznego szaleństwa. B-Day. Dzień Buntu. Dzień, który zmienił Jareda Quinna w nafaszerowanego elektroniką cyborga. On sam niewiele z niego pamięta. Tylko Maya, jego replikantka, wie, co naprawdę się wtedy wydarzyło. Bo wszystko zaczęło się właśnie od niej.

„Nie taką mnie stworzono. Nie jestem posłuszna i wcale nie chcę być.”


Czasami chcę poznać jakąś historię z perspektywy innych postaci. Często jest tak, że chodzi o moich ulubionych bohaterów i po prostu czuję potrzebę, żeby dowiedzieć się, jak te wydarzenia wyglądały z ich perspektywy. Mało który autor to robi. Wtedy przychodzi Martyna Raduchowska, która niewinnie ucięła książkę, kiedy miało się najwięcej pytań. Boom, to teraz przerabiamy to z tej drugiej perspektywy! Umieracie, żeby poznać rozwiązanie tej fabuły? Aha, bawcie się dobrze. Powinnam się pogniewać, tylko jakoś tak nie potrafię.
Po „Spektrum” spodziewałam się wiele. Kto jest mordercą? O co chodziło z tymi sercami? Co się odpieprza z tymi psionikami? Najpierw uznałam, że rozpoczęcie od B-Day z perspektywy May to takie wprowadzenie. No tak, chyba do trzeciego tomu. W tej części Raduchowska przedstawia, co się działo po drugiej stronie Muru przed przybyciem tam Reda. A jest o czym pisać. Zaufajcie mi, do tej pory nic nie wiedzieliście. Nie mówię tylko o rzekomej zdradzie Mai, ale o całym buncie czy tym, jak wygląda rzeczywistość w Dark Horizon. Już pomijam wszystkie intrygi, zawirowania i motywacje wszelkich postaci, bo „Spektrum” jest nimi naładowane po brzegi. Może część rozdziałów wydawała mi się niezbyt potrzebna, taki interesujący dodatek, ale nic ponadto, ale całościowo to było potrzebne. Bez poznania wydarzeń z perspektywy Mai i zetknięcia się z „tą drugą stroną”, kontynuacja mogłaby okazać się dość ciężka w zrozumieniu. No ale żeby książka była dobra, nie wystarczy jej dobry powód do zaistnienia.
Chyba już nie muszę wspominać, że Martyna Raduchowska robi tu zarąbistą robotę jako kryminolog i psycholog. Podtrzymuję to, co pisałam o „Łzach Mai” – świetne wykorzystanie wiedzy, a przy tym napisane w nieskomplikowany, przystępny i przyjemny sposób. Po prostu czuje się, że autorka zna się na tym, co pisze. Momentami któraś postać coś tłumaczyła, a na mnie spływało takie oświecenie, że teraz wszystko ma sens i w ogóle wow, przecież to tak musiało być. Nie było żadnego samozwańczego imperatywu „bo tak i koniec”. Autorka co jakiś czas podsuwała fałszywe wątki, które też wydawały się wiarygodne, mieszała, ile się dało. Robiła to tak umiejętnie, że jakby na którejś stronie napisała, że nazywam się Frenandez Santino, jestem hodowcą gąbek w Argentynie i uwielbiam lukrecję, mogłabym uwierzyć. Wszystko wydawało się w miarę sensowne, dopóki nie pojawił się jakiś zwrot, który czemuś zaprzeczał. „Spektrum” to jedne wielkie śledztwo, tylko nie do końca wiadomo, co się próbuje wyjaśnić. Ciągle podejrzani i cały sens sprawy się zmieniają, choć tak naprawdę jest to jedna wielka całość. Nagle grube ryby okazują się tylko pionkami i tak ciągle za kimś stoi ktoś. Raduchowska przy okazji nie stara się udziwniać, żeby na siłę zabłysnąć. Ostatecznie rozwiązania są tak proste, że nie jest się w stanie nawet ich rozważyć. Na przykład taka Misty – jak teraz o niej myślę, to było oczywiste, ale sama nigdy bym na to nie wpadła. Powstaje taka siatka logicznych połączeń, o których po prostu się zapomina przez pewne relacje między postaciami czy drobne szczegóły. To naprawdę nieźle rozegrana fabuła.
Ciężko mi określić jak bardzo pokochałam narrację Mai. W pierwszym tomie nieźle mnie zaskoczyła, ale w tym była po prostu niesamowita. Choćby dla niej warto przeczytać „Spektrum”. Wydaje mi się bardziej ludzka niż niektórzy ludzie. Oczarowała mnie swoim postrzeganiem świata i sposobem bycia. Nie raz, nie dwa było mi tak potwornie źle z jej powodu. Została genialnie napisana, bardzo wyraziście i wyjątkowo oddziałuje na emocje czytelnika. Ciężko mi wybrać jakiś jeden fragment, który dobrze ją odda. „Spektrum” w większości skupia się na niej, na tym, jak przystosowuje się do nowych warunków i próbuje zrozumieć, co właściwie wydarzyło się podczas B-Day i jak to ukształtowało świat, a w tym ją samą. Jej relacja z Redem do pewnego momentu uderzała w mój czuły punkt, na jakimś poziomie kojarzyli mi się z Anakinem i Ahsoką. Ich interakcje, jakiekolwiek, obserwuje się z wielką przyjemnością i satysfakcją. Przez Mayę, ale nie tylko, Raduchowska też pogrywa z czytelnikiem na poziomie jego moralności. W sumie od początku tej serii autorka toczy wewnętrzną dyskusję o tym, gdzie kończy się człowieczeństwo i jak rozpatrywać ten problem, kiedy spaja się element ludzki z technologią. W „Spektrum” jest na ten wątek naprawdę wielki nacisk, ale to tylko sprawia, że ta książka jest tak dobra, piękna, a przy tym niepokojąca i wzbudza ogromne poczucie niesprawiedliwości. Poza May przewinęło się wiele postaci, nowych jak i tych już znanych czytelnikowi, a każda knuje coś swojego. Mogę wam tylko poradzić, żeby ufać swoim przeczuciom. Czasem lepiej zaufać pierwszemu wrażeniu.
To jest ten moment, kiedy zaczynam domagać się kontynuacji. Nie wiem, czemu czytanie tych książek ma taki schemat: uważam, że przeczytam to w kilka dni, ale albo jestem zmęczona, albo coś trzeba zrobić, nie mam czasu, mam siłę tylko na Netflixa, minęły dwa tygodnie, czas się ogarnąć! No nie wiem, ale na koniec pragnę więcej. Poważnie? Tak zakończyć? Trzeba być wyjątkowo złym człowiekiem, żeby zrzucić fabularną bombę i uciec. W pełni rozumiem, że to musi być wielka satysfakcja, ale czemu to ja muszę cierpieć? Chcę być w końcu po tej drugiej stronie. A wy łapcie za „Spektrum” i nadrabiajcie „Łzy Mai”, jeżeli jeszcze ich nie czytaliście! Bo nie chcę sama, jedna, jedyna ogłaszać, że Martyna Raduchowska to jedna z najlepszych polskich pisarek fantastyki.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros.
0

wtorek, 11 września 2018

Tak trzeba pisać postacie: Ahsoka, E. K. Johnston

„Skoro nie jesteś Jedi... to kim w takim razie jesteś, Ahsoko Tano?”


Tytuł: Ahsoka
Autor: E. K. Johnston
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 318
Ocena: 10/10
Opis: Ahsoka Tano, niegdyś lojalna padawanka Anakina Skywalkera, chce spędzić resztę życia w służbie zakonowi Jedi. Niestety, bolesna zdrada sprawia, że opuszcza jego szeregi i postanawia kroczyć własną ścieżką. Mimo to Anakin i inni Jedi zawsze będą na nią czekać, gotowi ją przyjąć, gdyby potrzebowała ich pomocy lub gdyby to oni potrzebowali jej.
Wówczas władzę w galaktyce obejmuje Imperator, a Jedi zostają bezlitośnie wymordowani z jego rozkazu. Zdana na samą siebie Ahsoka wątpi, czy kiedykolwiek jeszcze zdoła znaleźć sobie miejsce we wszechświecie. Zaszywa się na niepozornym rolniczym księżycu i zaprzyjaźnia się z dziewczyną imieniem Kaeden. Zamierza tu wieść skromny, spokojny żywot... Okazuje się jednak, że nie zdoła uciec ani przed przeszłością, ani przed Imperium. Gdy na księżycu zjawia się imperialny okupant, Ahsoka musi wybrać: kryć się czy stanąć do walki, nawet jeśli oznacza to konieczność ujawnienia własnej tożsamości. Ta decyzja zmieni życie wszystkich jej bliskich... i przyniesie galaktyce nową nadzieję.

„Kiedy wreszcie do ciebie dotrze, że jesteś teraz zdana sama na siebie? Ich już nie ma. Nie ma! Są martwi. zostałaś tylko ty.”


Ja tak na wstępie dodam: drodzy fani wszelkich StarWarsów, jeśli przypadkiem tu trafiliście, bądźcie świadomi, że po drugiej stronie nie siedzi żaden poważny znawca popkultury. Jestem tylko samozwańczą, amatorką - recenzentką, która po prostu tak, a nie inaczej wpadła w „Gwiezdne Wojny”. Niezbyt interesuje mnie tu "wiele poważne" dyskutowanie o tym, czy się znam na tym świecie, czy ta lub inna postać ma prawo bytu. To nie jest sprawa życia i śmierci, ja po prostu chcę się cieszyć tym, co lubię. Miejcie trochę high groundu i uspokójcie swoje zbolałe dupska! ♥
Są takie postacie, które raz się pokocha i z czasem ta miłość jedynie rozkwita. Wiecie, niektórzy lecą na takiego Draco czy innego Snape'a (wtf, what is wrong with you, people?), czasem jest to jakiś błyszczący krwiopijca czy półkrwi syrenek zażerający się niebieskim żarciem. Ja mam Ahsokę.
Where is Ahsoka?
Who is Ahsoka?
Why is Ahsoka?
Ahsoka Tano, czyli jak wywołać burzę w fandomie „Star Wars”, zanim stało się to powszechne. Było mi dane poznać ją jakieś dziewięć lat temu, zanim w ogóle poznałam Chłopca, Który Przeżył czy innego Percy'ego Jacksona. No i jako dwunastoletni stwór dałam się wciągnąć w „Wojny Klonów”, w ogóle w całe „Gwiezdne Wojny” właśnie przez Ahsokę. Sama dokładnie nie wiem czemu, ale tak mi już zostało. Moje ukochane „dziecko” dorastało razem ze mną, ewoluowało, przeżyło kilka tragicznych fanfików – niczego nie żałuję, przy najgorszych fanfikach poznaje się najlepszych ludzi. Ostatni, jak na tamten czas, sezon Wojen Klonów był takim ciosem prosto w serce. Bo oglądałam to równo z premierami, z polskimi napisami (w tym wypadku dubbing ssie), a było z tym trochę kombinowania. Najpierw nie wierzyłam w to zakończenie, potem je opłakiwałam, bo to w żadnym wypadku nie było coś, na co moja ukochana postać zasłużyła. Najzabawniejsze jest to, że dopiero kilka lat później jestem w stanie złożyć pełniejszy obraz tej postaci, a i tak wszędzie mam jakieś miejsca na dopowiedzenia.
Teraz... No cóż, niby powstało „Rebles”, niby ona tam jest, ale potwornie trudno było mi się w to wgryźć. To nie była dokładnie ta sama Ahsoka, a po obejrzeniu jednego sezonu główny bohater i styl animacji potwornie mnie irytowały. Potrzebowałam czegoś więcej, żeby się za to zabrać i teraz mogę powiedzieć „Hello darkness, my old friend”. Tylko jeszcze nowy sezon „Wojen Klonów”, bo stał się cud. Ale najważniejsze jest co innego. Po przejęciu „Star Wars” przez Disney'a powstała książka w całości o Ahsoce. Najwspanialszy prezent dla takiego świra, jak ja. Trochę to trwało zanim pojawiła się po polsku, ale w końcu jest! Jak zobaczyłam w empiku te kilka egzemplarzy „Ahsoki”, szybko stwierdziłam, że nie liczy się stan konta. Ona tam była, czekała na mnie, przecież nie mogłam jej zostawić. Po tych wszystkich latach...
Wow, to był naprawdę długi wstęp, ale o tej książce nie da się pisać w oderwaniu od całej reszty. „Ahsoka” jest genialnym dopełnieniem historii tej postaci, a autorce świetnie udało się uchwycić jej charakter. W końcu to nie byle kto, a padawanka Anakina Skywalkera, gdyby całe „Gwiezdne Wojny” miały potoczyć się inaczej, to Ahsoka na pewno miałaby w tym znaczącą rolę. Można tu postawić naprawdę wiele teorii, jakby to mogło się potoczyć, gdyby odgórnie nie było ustalone, że Anakin zostaje Vaderem, a Senat... znaczy się Imperator Plapatine przejmuje władzę. Gdyby tylko została w Zakonie Jedi, największy złodupiec w galaktyce miałby o jedną przeszkodę więcej do ściągnięcia Skywalkera na Ciemną Stronę. Ja przez tę książkę wracam do wszelkich fanowskich teorii. No i nie da się zignorować, że Ahsoka miała też swój udział w kształtowaniu się Rebelii i walce z Imperium, co tutaj jest jednym z ważniejszych wątków. W ogóle uwielbiam to wypełnianie luki między „Zemstą Sithów” a „Nową Nadzieją”, gdzie na razie to było jak „no powstała sobie Rebelia... O, patrzcie! Luke Skywalker!”. Nie, teraz postacie z Nowej Trylogii dochodzą do głosu i realnie przedstawia się ich wpływ na losy Odległej Galaktyki po Rozkazie 66.
Nie lubię się zbyt mocno z książkami z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”, w większości wydawały mi się bardzo toporne, ciężko się je czytało. „Ahsoka” okazała się kompletnym zaskoczeniem w tej materii. Była wyjątkowo przyjemna w odbiorze, ani trochę mnie nie zmęczyła. To ten typ książki, która po prostu przepływa i zanim się obejrzysz, jesteś na końcu. Ubolewam, że była tak krótka, chociaż nie była w żadnym wypadku niepełna.
„Ahsoka” skupia się... No na Ahsoce, ale nie do końca w takim sensie, w jakim oczekiwałam. Sądziłam, że bardziej będzie skupiać się po prostu na jej życiu po opuszczeniu Jedi. Tak o, jak padawanka Tano przeżyła okres pomiędzy „Wojnami Klonów” a „Rebeliantami”. Jednak okazało się to dużo bardziej złożone. Jeżeli chodzi o przedział czasowy, jest on dość krótki i skupia się głównie na inwazji Imperium na Raadę. Nie brakuje tu akcji, ale nie ona jest najważniejsza. Czytelnik ma poznać samą Ahsokę, a książka skupia się głównie na jej dojrzewaniu do pewnych decyzji i pogodzeniu się ze swoją przeszłością. Pomiędzy rozdziałami pojawiają się też wspomnienia powiązane albo z pewnymi wydarzeniami, albo przedstawiające samą Ahsokę, nawet, jeśli nie są to jej wspomnienia. Wyjątkowo spodobał mi się fragment z Anakinem, chwilę przed pojawieniem się jego przyszłej uczennicy. Nie przepadam za nim jakoś specjalnie, ale uwielbiam relację tej dwójki i każdy fragment przedstawiający, jak się ona kształtowała, to miód na moją duszę. Właściwa fabuła nie była czymś odkrywczym, ale bardzo dobrze wkomponowała się w samą historię. Takie przedstawienie, jak Imperium najeżdża kolejną społeczność, by wykorzystać ją do własnych celów. Rolnicy chcą stawiać opór, ale ani trochę się na tym nie znają i to jest moment, w którym nasza bohaterka musi kolejny raz stanąć do walki. Chociaż jest już zmęczona wojną i starała się przed nią ukryć.
Sama Ahsoka, bo przecież to o nią tu chodzi, sprawiła, że pokochałam ją jeszcze mocniej. Autorka poruszyła tu kwestie, które były dość oczywiste, ale raczej nikt się nad nimi nie zastanawiał podczas oglądania serialu. No wiecie, jednak branie udziału w galaktycznej w wojnie w wieku czternastu lat raczej nie jest czymś, nad czym od tak przechodzi się do codzienności. Tak samo, jak porzucenie całego swojego życia, kiedy nigdy nawet się nie zastanawiało, jakby miało ono wyglądać w innym wydaniu. A potem znowu wciągają cię w jakiś konflikt. Wszyscy ludzie, których się znało, znikają z mapy wszechświata, a ty musisz wiać przed władającym całą galaktyką Imperium. Nie zazdroszczę. Na początku Ahsoka chce jedynie pozostać w ukryciu, próbuje się pogodzić z wydarzeniami z ostatnich lat, odrzuca to, co mogłoby ją łączyć z Jedi. To całkiem zrozumiałe z wielu powodów, jak na przykład to, że za samo używanie Mocy, Imperium wyśle za tobą pościg. Były takie momenty, że aż mnie coś w środku ściskało i chciałam krzyczeć, że ona zasłużyła na coś lepszego. Czasami zaś uderzała mnie taka przyjemna nostalgia i po prostu rozpływałam się ze szczęścia. W sumie ciężko się nie zgodzić, że Anakin i Obi-Wan okazali się dla niej kimś w rodzaju rodziców. Tutaj naprawdę ciężko byłoby mówić o samej relacji mistrz – uczeń. Nie zabrakło też miejsca dla Rexa czy mistrza Plo. Autorka nawet przemyciła historię, jak to się stało, że mała Ahsoka trafiła do Zakonu Jedi. Jednak poza tymi drobnymi rzeczami, które tak kocham, jest też główny sens tej historii. Jak już wspominałam, na początku Ahsoka jedynie chce się ukryć w jakimś ciemnym końcu galaktyki, z dala od Imperium, jednak nie jest jej to dane. Unika jak może kolejnych konfliktów, a one i tak ją znajdują. Podświadomie jednak nie potrafi zerwać ze swoją przeszłością, świetnie to widać w momencie, w którym orientuje się, że zbiera części składające się na miecz świetlny. Powoli kończą jej się miejsca, w które może uciec, a galaktyka już nie jest miejscem przyjaznym dla Jedi, nawet jeżeli ona się już za jedną z nich nie uważa. Powoli dochodzimy do momentu, w którym Ahsoka przekonuje się, że nie jest w stanie wymazać ze swojego życia tego, kim była. Małymi krokami zaczyna coraz bardziej angażować się w rebelię, chociaż nie jest to jeszcze Rebelia. Robi wszystko sama, przekonana, że na świecie nie ma już nikogo, kto mógłby ją wesprzeć, ale tak się nie da. Padawanka Tano powoli staje się Fulcrum.
Naprawdę nie mam tu żadnych zarzutów. „Ahsoka” jest tym, co najbardziej lubię w książkach. Po prostu dostałam swoją ukochaną postać i przez większość czasu zajmujemy się jej życiem, charakterem, poznajemy jej perspektywę na całe uniwersum i obserwujemy, jak radzi sobie z pewnymi zdarzeniami. Na nowo zbudziła we mnie tego wariata, co tylko tworzyłby inne wersje całej historii i eksperymentował ze zmianami. W tym momencie raczej nikt już nie powinien się obrażać o jej obecność w kanonie. Ta książka świetnie uzasadnia obecność Ahsoki we wszechświecie. No i bardzo dobrze się to czyta. To była czysta przyjemność.

„I'm at your service, Master Kenobi, but I'm afraid I've actually been assigned to Master Skywalker.”
0

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Niebo pełne gwiazd: Gemina, Amie Kaufman, Jay Kristoff


„Dwa wszechświaty tańczą w obliczu katastrofy.”


Seria: The Illuminae Files
Tytuł: Gemina.  Illuminae_Folder_02
Autor: Amie Kaufman, Jay Kristoff
Wydawnictwo: Moondrive
Ilość stron: 631
Ocena: 10/10
Opis:Stacja skoku Heimdall – najnudniejsza stacja kosmiczna w galaktyce.
Hanna Donnelly – rozpieszczona córeczka kapitana stacji Heimdall, która swój pobyt na końcu galaktyki traktuję jako największą karę.
Niklas Malikov – niepokorny członek rodzinnej organizacji przestępczej Dom Noży z kryminalną przeszłością.
BeiTech Industries – korporacja, która prowadzi agresywną politykę zmierzającą do przejęcia kontroli na wszystkich koloniach w galaktyce zasobnych w złoża.
Lanimy – drapieżniki hodowane na kosmicznych farmach; z ich wydzielin wytwarzany jest silnie uzależniający halucynogenny narkotyk.
Mało? Do tego wszystkiego dodajmy hakerów, elitarną jednostkę Bei Techu wysłaną na stację Heimdall w celu likwidacji jej mieszkańców oraz awarię tunelu czasoprzestrzennego grożącą zagładą wszechświata.
I reaktywację AIDANA...

„Nawet jeśli przyjdzie ci umrzeć straszną śmiercią w trzewiach kosmosu, odejdziesz ze świadomością, że BeiTech Industries spotka zasłużona kara. Oczywiście przy założeniu, że ja nie umrę. Co jest prawdopodobne, ale nie pewne.”


Czasem tak mam, że moja wredna ciekawość pakuje mnie w dziwne akcje, jak to było na przykład z „Illuminae”. Najpierw miałam tylko pomamrotać, że znowu jakieś kosmiczne romansidło, a skończyło się na tym, że przez rok jęczałam, że chcę już „Geminę”. Właśnie mija te dwanaście miesięcy, a ja teraz zmieniam repertuar na „dawać trzeci tom”. (Coś w trawie piszczy, że „Obsidio” będzie trochę szybciej!) Czy będzie dużym zaskoczeniem, jeżeli powiem, że drugi tom był równie dobry, co pierwszy? Bo tak właśnie jest, chociaż „Gemina” jest również czymś zupełnie innym. W „Illuminae” mieliśmy kosmiczny pościg, szaloną sztuczną inteligencję i nieznanego wirusa. „Gemina” za to jest partyzantką na stacji kosmicznej przejętej przez wrogich złoli* , w reaktorze czają się kosmiczne pasożyty, a przy okazji gdzieś zaplątały się równoległe wszechświaty i zakrzywienia czasoprzestrzeni. Jaki z tego morał? Nigdy nie otwieraj farmy narkotyków w środku kosmosu.
Na początku miałam pewien problem z wgryzieniem się w tę część. Zmiana bohaterów, perspektywy, miejsca akcji i ogólnie wszystkiego sprawiły, że musiałam na nowo wdrażać się w tę serię. To jak włażenie na lód po dwóch miesiącach przerwy – nogi lecą do środka, a po kilku sekundach już lecisz na tyłek, trzeba na nowo się przyzwyczaić. Jednak, kiedy już wszystko wskoczyło na swoje miejsce i cała fabuła mogła naprawdę ruszyć, dałam się kompletnie wciągnąć. Chociaż tym razem postacie już miały dla mnie znaczenie. Rok temu mówiłam, że nie trzeba się nimi przejmować, ale teraz muszę zmienić zdanie. Wiecie, ja nawet trochę zatęskniłam za Kady, a jak pojawił się AIDAN to aż piszczałam z radości. Nie znaczy to, że bohaterowie „Geminy” byli jacyś nie do życia, dostaną swój własny akapit.
Forma zachwyca tak samo, jak w pierwszym tomie. Jest tu trochę więcej tekstu, nie ma kosmicznych bitew ze względu na miejsce akcji. Graficznie jestem zachwycona, forma przekazu niektórych momentów jest po prostu piękna i chyba żadne rozbudowane opisy nie wywołałyby we mnie takich emocji. Najbardziej mnie ujęły opisy z dwóch rzeczywistości naraz, rany, genialnie to zrobili. Trzeba też oddać Moondrive, że naprawdę postarali się z tym wydaniem. Jednak w Polsce niewiele książek wydaje się z taką starannością, w twardej oprawie, z porządną obwolutą, do tego z tak dobrym papierem. Już w ogóle nie mówię o tym, że tłumaczenie i oprawa graficzna w tej książce to wyjątkowo skomplikowana robota. Po otrzymaniu paczki po prostu jak najszybciej dobierałam się do książki i kartkowałam ją, żeby nacieszyć oczy. No i to nie jedyna rzecz, jaka tam się znalazła. Cały pakiet przygotowany do „Geminy” to cudo nad cuda. Gwiezdne skarpetki i kosmiczny kubek mnie ujęły, szczególnie, że od razu da się wyczuć dobre wykonanie. Pocztówki, zakładki i naklejki też są przeurocze. Spotkała mnie jeszcze ta „przygoda”, że mój pakiet okazał się trochę wybrakowany. Kolejny raz muszę posłodzić, bo prawie od razu sytuacja się wyjaśniła i prawie od razu brakujące rzeczy zostały dosłane. Kłaniam się, z tej strony wszystko zostało zrobione wręcz idealnie.
Fabularnie jest totalne zaskoczenie. Jasne, że przejęcie stacji kosmicznej przez wrogich agentów/płatnych morderców, drapieżne stwory czające się wewnątrz stacji i widmo zniszczenia statku z uchodźcami z Kerenzy wystarczą do stworzenia niezłego bałaganu. Autorzy stwierdzili, że to jednak nie koniec ich intryg. Początek jest dość mozolny, musimy przejść przez ściąganie sił BeiTechu, założenie hodowli lanim i takie duperele, żeby było z czego składać fabułę. Jednak jak już wszyscy aktorzy są na swoich miejscach, zaczyna się niezła jazda. Najbardziej zaskakujące jest to, że przez około 500 stron z 631 czytamy o mniej więcej 24 godzinach. Po tym, jak już akcja się zaczyna, nie ma miejsca na nudę. Z każdą stroną odkrywamy nowe fakty, poznajemy przeszłość bohaterów, pojawiają się zwroty akcji – po prostu nie da się oderwać. Najbardziej emocjonująca jest końcówka, oczywiście. Ostatnie sto stron to szaleńcza jazda w stronę końca świata, czułam się, jakby zaraz to mój wszechświat miał się rozpaść. Często autorzy podsuwają fałszywe tropy, mydlą nam oczy, żeby potem okazało się, że nigdy nie wpadlibyśmy na to, jak z nami pograli. Przez te gierki już nie mogę doczekać się „Obsidio”. No i tak, początek jest mozolny, ale daje czas na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji i postaci. Gdzieś to musiało się zacząć, więc nie uważam tego za wadę.
Z postaciami zżyłam się bardziej niż w „Illuminae” i jak już wspomniałam, okazało się, że stęskniłam się za Kady. Wcześniej była ok, ale za dobrze jej wszystko wychodziło. Ezra... No cóż, on to już niech się nie odzywa. Przy Niklasie jest jeszcze bardziej przezroczysty, niż był w pierwszym tomie. Właśnie to Nika najmocniej polubiłam, chłopak miał nieźle popieprzone życie. Nastoletni gangster po odsiadce, z mroczną przeszłością... Ha! Żaden z niego bad boy. I dobrze, jakby takiego zgrywał, to chyba bym się zastrzeliła. To taki wesoły, zakręcony chłopak, o którym aż chce się więcej czytać. Okazał się wyjątkowo autentyczny i pozytywny, nie spodziewałam się tego. Z Hanną już miałam pewne problemy, jednak z niej jest taka księżniczka, której działania da się łatwo przewidzieć. Do tego jest wielką królową spuszczania manta. Eh. Na początku naprawdę już się szykowałam na ogłoszenie jej jako najgorszej postaci w tej serii, ale w trakcie jakoś się to wyrównało. Na pewno nie będzie moją faworytką, ale nie czuję, że mam za co jej się czepiać. Mogę to tylko wyjaśnić przez drastyczną zmianę warunków, w jakich się znajdowała. Nie zrobiła się rozmiękłą kulą, która tylko się użala, jak to jest strasznie. Autorzy uniknęli też robienia z niej wielkiej bohaterki i zbawicielki, która wbija na mostek i załatwia wszystkich wrogów bez mrugnięcia okiem. W tej części większą rolę odgrywają główni bohaterowie i szczerze mówiąc, mam z nimi lepsze wspomnienia niż z Kady i Ezrą. Nik i Hanna dostali więcej miejsca dla siebie i wydają się autentyczniejsi. W obu przypadkach jestem zadowolona, każde z tych podejść zapewniło tym książkom sukces.
„Gemina” i „Illuminae” w ostateczności mocno się od siebie różnią, łączy je historia i forma, w jakiej zostały napisane. Obie są dobre i z chęcią się je czyta. Przysięgam, że jeśli tylko nic nie będzie wam przeszkadzać, na każdą z nich wystarczy weekend. Ja „Geminę” przeczytałam w jakieś trzy dni i to z poważnymi zakłóceniami w moim otoczeniu, a nie czytam jakoś ekspresowo. Ta książka, to świetna kontynuacja, nie trafiła jej „klątwa drugiego tomu”, spełniła wszystkie moje oczekiwania, a nawet dała więcej. Chciałabym już mieć „Obsidio”, ta historia jest zbyt wciągająca, żeby znowu ileś miesięcy czekać na kontynuację.

„Ułamek sekundy. Wieczność. W głąb. Przez próg. Szeroki na mikron. W niezmierzoną dal. To tylko dwie z nieskończenie wielu możliwości.”

*Złole - specjalnie dla mojej super korektorki, to takie małe nawiązanie do Deadpoola. Jednak jestem popkulturowym zwierzem i do słownika włażą mi takie dziwne teksty. ♥
12

czwartek, 19 lipca 2018

Nie taką cię stworzono: Łzy Mai, Martyna Raduchowska


„Bo stałam się ludzka. Ułomna, słaba i samolubna...”


Seria: Czarne Światła
Tytuł: Łzy Mai
Autor: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 416
Ocena: 10/10
Opis:W New Horizon androidy nie śnią o elektrycznych owcach. One marzą o reinforsynie. W latach 30. XXI wieku technologia jest wszechobecna. Sztuczne organy, implanty, domózgowe wszczepy – ludzkie ciało i umysł można upgrade’ować wedle uznania. Jeżeli oczywiście kogoś na to stać. Biednym pozostaje jedynie reinforsyna. Dla ludzi to geniusz w pigułce. Dla androidów zaś – szansa na odczuwanie emocji. Nie wszyscy są entuzjastami technologii. Na pewno nie Jared Quinn, porucznik wydziału zabójstw. Na pewno nie po Buncie, w trakcie którego zdradziła go jego własna replikantka, Maya. Gdy wraca do pracy w policji, ma zasadę: żadnych cyborgów, żadnych androidów. Nie w jego zespole. Tymczasem po New Horizon grasuje zabójca nieuchwytny dla policyjnych systemów. Dla Quinna to jak wygrana na loterii – powrót do tradycyjnych metod śledczych. Ofiarą jest młoda kobieta. Widział ją już.
W swoich koszmarach.
Czyżby to on był mordercą?

„Tak długo wpatrywał się w otchłań, aż wreszcie otchłań popatrzyła na niego.”


Na początek powinnam przeprosić, że znowu mnie zjadło. Wygląda to tak, że 6 lipca miałam ostatnie egzaminy, a chwilę później musiałam zwijać się na obóz łyżwiarski. Wiecie, co to za wakacje bez zrobienia z siebie frajera przed olimpijczykami i rozbicia kolan? No właśnie. Pozdrawiam, człowiek, który już dwa razy zaliczył glebę centralnie przed Natalią Kaliszek i Maksem Spodyrievem! Jednak o tym będzie oddzielny post, w końcu od zawsze lubiłam pisać komediodramaty. To tak słowem usprawiedliwienia, po prostu wychodziłam po śniadaniu, z lodowiska schodziłam po dwudziestej drugiej i chciało mi się jedynie spać po tych „szalonych” połowicznych Salchowach. (Sukces życia, kierowca autobusu wstał i zaczął klaskać!) Dzisiaj mam dla Was „Łzy Mai”.
Szczerze mówiąc po zamówieniu egzemplarza recenzenckiego miałam w głowie takie wielkie „kurde, co ja robię?”. Wiecie, tematyka sci-fi, cyberpunk i wszystkie te zakręcone technologie brzmią świetnie, tylko przy większości tego typu książek potwornie się męczę. Tym razem czytanie trwało tydzień jedynie ze względu na mój brak czasu. Jeśli już miałam wolną chwilę, siedziałam przyklejona do książki. Czytało się ją wyjątkowo płynnie i szybko, nie zauważałam kiedy mijało kolejne sto stron. Pierwsze spotkanie z Raduchowską wypadło wyjątkowo dobrze.
„Łzy Mai” są pod pewnym względem wyjątkowe. Od razu czuć, że pisała to absolwentka psychologii. Nie zrozumcie mnie źle, lubię swoje studia, no nie w każdym aspekcie, ale jednak, tylko lektury... W ciągu dwóch lat bezproblemowo przeczytałam JEDNĄ książkę z sylabusa. Wszystkie publikacje psychologiczne są dla mnie potwornie męczące. Może po prostu Martyna Raduchowska powinna pisać dla mnie więcej powieści, żebym mogła uczyć się bez bólu egzystencjalnego? W ostatnim semestrze miałam neuropsychologię i gdyby tylko ta książka wpadła w moje ręce przed sesją, nie musiałabym się martwić tym przedmiotem. To, co wcześniej było męczarnią stało się całkowicie zrozumiałe i interesujące. Poza tym przewija się wiele psychologicznych tematów i szczerze mogę wam powiedzieć, że wreszcie trafiłam na genialną fantastykę tak mocno i rzetelnie powiązaną z tą dziedziną. Przysięgam, nie wyłapałam tam ani jednego przekłamania czy błędnego stereotypu, nawet znalazło się miejsce na etykę zawodu. Wiem, brzmi to jak jakieś nudziarstwo, ale gdyby (znowu) tak to wyszło, byłabym pierwsza do narzekań. Więcej nauki przedstawionej w prosty i ciekawy sposób – tego świat potrzebuje, tego potrzebuję ja! Jeśli jakkolwiek interesujecie się psychologią i lubicie futurystyczną fantastykę, to będzie dla was idealna pozycja!
Ten tytuł idealnie łączy cuberpunk, neuronauki, psychologię i kryminał. Przy okazji idealny przykład, że jeśli tylko człowiek chce, to znajdzie sposób na wykorzystanie wiedzy zdobytej na studiach. (Chciałabym tak.) Połączenie to dało genialnie wykreowany świat oraz fabułę wciągającą jak czarna dziura. Wszystko to u boku świetnie napisanych, wiarygodnych postaci. Nie miałam nawet chwili na zastanawianie się co zjeść na obiad, czy mój kot znowu próbuje podbić świat albo jak będzie wyglądała fabuła Avengers 4. „Łzy Mai” są tak napakowane tajemnicami, zagadkami i intrygami, że człowiek spędza całą lekturę na rozpracowywaniu ich. To czy się udaje to zupełnie inna sprawa. Ja na wczoraj potrzebuję kontynuacji, bo nadal wiem prawie tyle co nic! Od początku czytelnik wkręca się w wątek buntu, w którym ucierpiał Jared. Wszystko zaczyna się w tym punkcie. Po drodze mamy historię naszego porucznika, poznajemy wszystkie ważne aspekty jego życia, lęki, obawy, uczestniczymy w terapii i towarzyszymy podczas odzyskiwania wspomnień. Już w tym miejscu pojawia się tak wiele niewiadomych, że znajdujemy się w pułapce – przecież nie da się odłożyć książki bez poznania prawdy o wydarzeniach z Beyond Industries, zdradzie Mai i tajemnicach doktor Bennett. Kilka kroczków w przód i już siedzimy po uszy w wątku kryminalnym. Muszę przyznać, że chyba to mnie najmocniej zaintrygowało, tajemnicze blackouty, nieuchwytny morderca i same ofiary. Niby są interludia, gdzie miesza postać Misty, ale są tak napisane, że równocześnie można ją podejrzewać, ale autorka wręcz odbiera nam wszelkie podstawy do oskarżania jej. Mam ochotę krzyknąć „Do diabła, tłumacz się, kobieto!”, ale dobrze wiem jaka to jest zabawa i jak wpływa to na odbiór całej serii. Sama bym tak zrobiła. Fabularne dzieło.
Grzechem byłoby nie wspomnieć o kreacji świata. Tak trzeba to robić! To trochę ponad dwanaście lat w przód, a czułam się jak w zupełnie innym świecie. Ziemia po wojnach i roztopieniu lodowców, społeczeństwo po latach ogromnego rozwoju neuronauk, gdzie nowoczesne technologie ściśle zazębiają się z biologią, a neurologia ma gigantyczny wpływ na życie każdego człowieka. Czytałam najróżniejsze książki skupiające się na przyszłości. Katastrofy, wojny, zarazy, technologiczne rewolucje, sama nigdy bym nie pomyślała o wizji w tak wielkim stopniu opartej na rewolucji neurologicznej. Szczerze mówiąc, na początku przeraziłam się, że będzie to strasznie męczące i niezrozumiałe, tymczasem autorka opisuje wszystkie te mózgowe zawiłości w bardzo przyjemny sposób. Zaufajcie mi, profesjonalnemu snajperowi na neuropsychologii, nie byłam tu w jakiejś komfortowej sytuacji. Prawdę mówiąc podczas czytania śniły mi się potworne wizje poprawek z tego neurologicznego zawirowania. Przedstawienie świata i społeczeństwa stoi na naprawdę wysokim poziomie. Wszystko jest klarowne i bardzo obrazowe. Opisy miejsc, postaci, wydarzeń są na tyle rozbudowane, że czyta się je z zaciekawieniem, a w głowie od razu tworzy się wiarygodna sceneria. Czytelnik stopniowo poznaje otoczenie i bez problemu się w nim odnajduje, nie ma tu miejsca na nieporozumienia lub problemy z wyobrażeniem sobie miejsca akcji. Pozostaje jednak miejsce na tajemnice, które sprawiają, że z chęcią dalej eksplorujemy New Horizon.
„Łzy Mai” to pod każdym względem świetna książka. Nie mogę się już doczekać kontynuacji. Do samego końca autorka trzyma nas w niepewności, zaskakuje, a na koniec okazuje się, że wszystko jest zupełnie inne niż się spodziewamy. Czuć, że pisała to psycholog i kryminolog, co działa jedynie na korzyść tej pozycji. Postacie są wiarygodnie napisane, interesujące, chętnie towarzyszy się głównemu bohaterowi podczas dochodzenia. Mogę z ręką na sercu powiedzieć „spróbujcie”. W dodatku zastanawiam się jakim cudem to był tekst przed korektą. Jaką korektą? Nie wyłapałam nawet jednego błędu! Tak powinno się wydawać książki!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Uroboros
4

piątek, 16 marca 2018

36,28%: Cinder, Marissa Meyer

Chamska reklama Insta ♥

„POZIOM MODYFIKACJI: 36,28%”

Seria: Saga Księżycowa
Tytuł: Cinder
Autor: Marissa Meyer
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Ilość stron: 416
Ocena: 10/10
Opis: Ulice Nowego Pekinu zapełniają ludzie i androidy. Szaleje śmiertelna zaraza. Bezlitośni księżycowi ludzie patrzą z kosmosu, czekając na swoją okazję. Nikt nie wie, że los ziemi spoczywa w rękach jednej dziewczyny…
Cinder, utalentowana mechanik, jest cyborgiem. Tym samym należy do obywateli drugiej kategorii. Jej przeszłość to tajemnica. Macocha jej nienawidzi i wini ją za chorobę przyrodniej siostry. Ale kiedy jej życie splątuje się z życiem przystojnego księcia Kaia, Cinder nagle wpada w sam środek międzygalaktycznej wojny i doświadcza zakazanego zauroczenia. Rozdarta pomiędzy obowiązkiem a pragnieniem wolności, lojalnością a zdradą, musi odkryć prawdę o swojej przeszłości, by uratować przyszłość świata.

„Mam plan. Moim planem jest nieżenienie się z nią. I chrzanić dyplomację.”

„Cinder” już kiedyś czytałam i mgliście pamiętałam, że to był dobry kawałek shitstormu. Miałam wielkiego focha na Egmont, że porzucili „Sagę Księżycową” po drugim tomie, aż Papierowy Księżyc postanowił mnie uszczęśliwić. Panie i panowie, byłam tu zanim wybuchł hype! (A z niewielu rzeczy jestem tak dumna, jak z wyprzedzenia hype'u, który tak bardzo mnie do wszystkiego zniechęca.) No i tak, mam dwie pierwsze części w starym wydaniu, ale to mnie nie powstrzymuje od kupowania nowego. „Scarlett” jeszcze nie czytałam, bo tak jakoś wyszło. (Wina mojej słabej organizacji czasu.) Po drugim razie z „Cinder” mogę powiedzieć: cholera, to było lepsze, niż pamiętałam!
To czas na retelling „Kopciuszka”, ale bez słodzenia, dobrej wróżki i idealnych kiecek. Cała seria ma szkielet zbudowany na baśniach, autorka połączyła je wszystkie w cwany sposób. Bardzo lubię adaptowanie baśni w książkach, o ile robi się to dobrze. Jaki mam stosunek do innej serii opartej na historii bardzo włochatego księcia, to już chyba każdy wie. Tam się bardzo nie udało, a tu dzieje się dokładnie odwrotnie. Marissa Meyer to geniusz. Naprawdę na początek można uznać, że będzie to jakiś nudnawy romans osadzony w trochę odmienionej rzeczywistości, wszystko z góry przewidzimy, no ogólnie jak jedzenie pizzy dziesiąty raz z rzędu. Nie. To nie jest odgrzewany kawał włoskiego placka. Jak już pisałam, baśnie są jedynie szkieletem. Jasne, że część fabuły będzie przewidywalna, ale nawet nie wiecie, jaką przyjemność sprawia odnajdywanie tych fragmentów powiązanych z oryginalną historią. Autorka całą resztę tworzy sama. Ziemia po czwartej wojnie światowej, księżycowa cywilizacja w połączeniu z dobrze zbudowanymi postaciami, przemyślaną fabułą i odrobiną magii dają razem coś świeżego. Meyer świetnie poradziła sobie z przedstawieniem świata, który odkrywa się podczas czytania. Wszystko jest tak zgrane, żeby czytelnik się nie pogubił, przy okazji dostawał jakieś wskazówki odnośnie poszczególnych wątków, ale żeby też nie wiedział zbyt wiele. Idealne wyczucie! Nie pojawiają się żadne nielogiczne zgrzyty, a czyta się z przyjemnością, nie tylko dla głównego wątku.
Zaczynamy w Nowym Pekinie, na Ziemi szaleje śmiertelna zaraza, desperacko poszukuje się leku. Nad ludźmi wisi wojna z Księżycowymi, rządzonymi przez bezlitosną królową, zdolną do manipulowania umysłami całych narodów. Zaawansowana technologia pozwoliła na tworzenie cyborgów, którzy mimo swojej ludzkiej natury są traktowani jak obywatele drugiej kategorii ze względu na bycie w mniejszym lub większym stopniu maszyną. Na scenie są: cyborg mechaniczka razem z macochą, przybranymi siostrami i androidem, młody książę, trochę pokręcony naukowiec i zła królowa. Co złego może się wydarzyć? Nie chcę spoilerować, bo mnie zjecie, ale jakby ktoś chciał, to wiecie, do kogo uderzać. Po prostu „Cinder” nie skupia się jedynie na romantycznej historii, jak to biedna dziewczyna znalazła swojego księcia i została księżniczką. W sumie tutaj też autorka trochę kombinuje, żeby nie było to tak oczywiste. Może jestem dziwna, ale od zawsze lubię wątki ze śmiertelnymi zarazami, a Meyer spisała się z litumozą, na koniec skombinowała wyjaśnienie epidemii, które jeszcze bardziej miesza w fabule serii... Kocham tę kobietę. Do tego dworskie intrygi, bo zła królowa nie zajmuje się jedynie złym pierdzeniem w stołek. Levana od początku pracuje sobie na opinię największej zakały „Sagi Księżycowej”, jest taką typową, złą postacią, ale przedstawioną tak dobrze, że nie trzeba się starać, żeby jej nienawidzić. Przybrana rodzina Cinder też ma swoją rolę do odegrania, kolejny cwany przekręt, bo przez dłuższy czas autorka nie ujawnia, czemu w ogóle główna bohaterka trafiła tam, gdzie trafiła, a na koniec wszystko robi sens. Wątek Cinder i księcia Kaia też nie jest jakiś bardzo przewidywalny, chociaż tu akurat widać mocne powiązanie z „Kopciuszkiem”. Nie jest romantycznie na siłę, słodko i przewidywalnie, reszta to już odpowiednie podejście do książki. Nie zapomnijcie, że to nadal młodzieżówka, która czerpie z opowieści czytanych dzieciakom, głównie płci żeńskiej. Chociaż ja bardzo obniżyłam próg swoich oczekiwań i mocno się zdziwiłam. (Wspominałam, że kocham tę kobietę? Bo kocham.)
Kreacja postaci to jakaś magia. Każda z nich ma dość stereotypowe role, zła macocha musi być zapatrzona w swoje córki i w siebie, Kopciuszkowi musi być zawsze piachem w oczy, przyrodnie siostry zapatrzone w siebie, książę przystojny, dobry i mdlejcie kobiety... Wiadomo, o co chodzi. Wszyscy są tak dobrze napisani, że nie zwraca się uwagi na ich szablonowość, zresztą autorka postarała się, żeby w miarę możliwości wychodzili z tych szablonów. Dobrze to widać w relacji Cinder i Kaia, gdzie nie ma takiego bicia po oczach romansem, można to nawet bardziej sprowadzić na grunt przyjaźni. Wiadomo, że w końcu skończy się romansem, ale nie pojawia się on tylko dlatego, że autorka tak chce. Budowanie relacji od podstaw – tak trzeba to robić. No i nie zmieniają się w ameby, które potrafią tylko orbitować wokół siebie choćby się paliło i waliło. Każde ma własną osobowość i ani na chwilę jej nie traci. O Levanie się już w sumie wypowiedziałam, napisana tak, żeby wypełniać swoją rolę i odpowiednio działać na czytelnika. Wszyscy tam są tak stworzeni. Obsługa postaci na świetnym poziomie, tak po prostu. Nie pojawia się żadne gloryfikowanie, robienie z kogoś Wybrańca Ostatecznego, któremu trzeba padać do stóp, Meyer nie przesadza z dramatyzowaniem, romansami ani niczym innym. Może Peony jest z lekka przerysowana, ale taka była jej rola. Poza tym spodobało mi się czynne wprowadzenie doktora Erlanda do akcji, staruszek mnie mocno zaskoczył i mam nadzieję jeszcze o nim usłyszeć.
Odnoszę wrażenie, że wszystkie elementy są tutaj wyjątkowo dobrze połączone. Przedstawianie świata, postaci i łączenie wszystkiego w jedną, spójną, fabularną całość. Przez „Cinder” się po prostu płynie jak na zjeżdżalni wodnej. Wiecie, takiej nie za wolnej, ale też nie za szybkiej, tylko na koniec wpada się pod wodę w basenie i następuje wielkie zdziwienie, że to już, że co się wydarzyło na samym końcu i w ogóle jak to. W „Cinder” wszystko wydaje się być idealnie wyważone i zrobione na tyle dobrze, że mogę to polecić wszystkim po kolei i nie martwić się, że zaraz ktoś wyśmieje mój gust czytelniczy. No może opis trochę by mnie pogrążył, bo sugeruje więcej romansidła niż jest. Jeszcze trochę za dużo informowania potencjalnego czytelnika o tym, że ta książka to bestseller czy hit wydawniczy. To było trochę zbyt natarczywe i czy naprawdę trzeba wszystkie książki tak opisywać? Mam wrażenie, że wszyscy byśmy się bez tego obyli. „Cinder” broni się sama i nie potrzebuje przekonywać w ten sposób – wystarczy spojrzeć, ile osób czekało na wznowienie i dręczyło wydawcę o jakiekolwiek informacje o „Sadze Księżycowej”. Z drugiej strony to wydanie jest przepiękne i nawet lżej się je czyta. Czekam na „Scarlett”, bo w sumie mam wydanie z Egmontu, ale jak teraz się za nią wezmę, będę dłużej zdychać za „Cress”. Dramat, no nie?
16

sobota, 12 sierpnia 2017

Illuminae, Amie Kaufman, Jay Kristoff


Seria: The Illuminae Files
Tytuł: Illuminae. Illuminae_Folder_01
Autor: Amie Kaufman, Jay Kristoff
Wydawnictwo: Moondrive
Ilość stron: 585
Ocena: 10/10
Opis: Rok 2575. Kolejny zwykły dzień w kolonii Kerenza, założonej przez megakorporację KWU, by wydobywać rzadkie surowce. O poranku Kady Grant rzuca swojego chłopaka Ezrę Masona i postanawia, że już nigdy się do niego nie odezwie. Nie spodziewa się jednak, że za kilka godzin będzie świadkiem inwazji BeiTechu, która ją i tysiące innych osób pozbawi domu.
Tych, którym udało się przeżyć, ewakuują trzy statki kosmiczne: Alexander, Hypatia oraz Copernicus. Ściga je wrogi pancernik Lincoln. Jego zadaniem jest uciszyć świadków brutalnego ataku na planetę. Tymczasem na pokładzie Copernicusa rozprzestrzenia się śmiertelnie niebezpieczny wirus, a system sztucznej inteligencji sterujący Alexandrem staje się... największym wrogiem ocalałych.
Kady włamuje się do zaszyfrowanej pamięci statków i odkrywa przerażającą prawdę o wydarzeniach dziejących się na jej oczach. Tylko jedna osoba może powstrzymać zagładę – jej (były!) chłopak Ezra.
Illuminae to powieść, która wprowadzi cię w XXVI wiek. Zamiast klasycznej narracji –niezwykłe dossier: tajne raporty wojskowe, e-maile, plany i schematy, odczyty z procesorów komputerowych. Czytając je, poczujesz się, jakbyś był w samym centrum wydarzeń!

„Wolałbym być zupełnie bezwładny, niż stać w świetle słonecznym, które nigdy mnie nie ogrzeje.


Młodzieżowe SF... Cholera, większość tego typu książek omijam szerokim łukiem, bo co to może być? Kosmos zdominowany romansem? Nie o takie space opery kolekcjonowałam memy z Obi-Wanem Kenobim. Dobra, musiałam jakoś zacząć. Ale serio, popatrzcie na młodzieżowe science fiction. Co dominuje? On, ona i jakieś tam kosmiczne kłopoty, walić kłopoty, MIŁOŚĆ! Bleh. Nuda. Dajcie mi tu ten miecz świetlny, zaraz zrobię porządek! I'M THE SENATE! (Staph, Lucy!) No i tak kilka lat temu zobaczyłam gdzieś informację o „Illuminae”. Na początku pomyślałam, ok, może coś ciekawego bo Jay Kristoff. Tego pana znałam już z „Tancerzy Burzy” (polecam, chociaż coraz bardziej wątpię, że wezmę się za kontynuację, nie wiem czemu) i dlatego brnęłam dalej w opis. No i tutaj coś się zepsuło, bo co my tu mamy? ROMANS! No ale dobra, o polskiej premierze nic nie było, to „Illuminae” poszło w niepamięć, aż do czasu... Czerwcowe popołudnie, oczywiście dzielna studentka powinna się uczyć do sesji, ale woli przeglądać internety i podżerać makaron z sosem sojowym. Następuje wielki zwrot akcji, w reklamach wyskakuje jej post z Moondrive o... „ILLUMINAE”! Ja jak to ja, muszę zajrzeć, zobaczyć o co chodzi, pomamrotać coś tam pod nosem. Jestem złym człowiekiem, taka moja natura. No i tutaj karawana stop, bo w końcu się dowiedziałam czym naprawdę jest ta książka. Do tej pory byłam przekonana, że to po prostu kolejny kosmiczny romans pełen wynurzeń denerwujących nastolatków. Gdyby tak to właśnie było, nigdy nie zainteresowałabym się tym. Za to forma akt, raportów i zapisów ze sztucznej inteligencji? No tu już sprawa zaczęła rysować się inaczej.
Może najpierw wspomnę coś o samej akcji, bo to coś, czego jeszcze nigdy nie spotkałam. Szczerze: niewiele kupuję od Moondrive, nie podobają mi się zagrania z ich sklepem internetowym. Robią świetne książkowe boxy i o ile jestem zainteresowana umieszczonymi w nich książkami, to kupuję. Z „Illuminae” najpierw myślałam, że to tak kolejny dziwny pomysł, ale po zastanowieniu się przyznaję, że to był bardzo uczciwy układ. Dwa pakiety do wyboru, albo za 30 albo za 40zł już z wysyłką i gadżetami, kiedy sama książka kosztuje 49,90zł, poza tym wydanie w tym wypadku nie mogło być tanie. Zdjęcia będą pod postem, żebym znowu nie rozjechała akapitów, ale sama okładka z obwolutą to już jest swojego rodzaju cudo, a kiedy otwiera się książkę zaczyna się prawdziwa magia. Dodam jeszcze, że podziwiam ludzi odpowiedzialnych za polską edycję, żeby przetłumaczyć tekst i wpasować go w grafikę. Ludzie, jesteście mistrzami! Może nawet trochę sfiksowałam na punkcie tej książki. Czatowałam na kuriera jak człowiek pierwotny na mamuta. Jak widziałam, że inni już mają swoje paczki, a ja nadal czekam, wręcz mnie skręcało. Co najzabawniejsze, nadal byłam sceptyczna, bo czułam romans. Jestem straszną sroką, ale wyszło mi to na dobre. I naprawdę, w tym wypadku całkowicie popieram Moondrive. Czemu? Jest jeszcze wydanie w papierowej okładce, widziałam wersje obcojęzyczne właśnie w tej wersji i nie ma porównania do twardej oprawy. Trochę z tym zaryzykowali, ale dzięki zbiórce z preorderów mamy tą piękną edycję. Jeśli kolejne tomy też będą wydawane na tej zasadzie, to ja już mówię, że w to wchodzę. (Nie, nie przyjmuję odmowy, musi wyjść cała seria!)
Co my tu mamy? Atak wielkiej korporacji na nielegalną kolonię ich konkurencji, dwójkę nastolatków uciekających przed okrutnym korpo, sztuczną inteligencję, której przydałby się dobry psychiatra i epidemię nieznanej dotąd choroby. Ostatnie było dla mnie zarówno najciekawsze, z racji mojej fiksacji na punkcie biologii, jak i najstraszniejsze, bo chorym blisko było do zombie, a żywe trupy to jeden z moich największych lęków. Trochę zapomniałam o tym fragmencie z okładki, kiedy zamawiałam „Illuminae” i połapałam się tak w trakcie czytania, że moje nerwy mają przerąbane jak uciekinierzy z Kerenzy. No ale tak w sumie nic, czego by już nie było, prawda? Naprawdę w samym zamyśle rozpoznaję wiele znajomych schematów i albo nie był jakiś wyjątkowy, albo ja naoglądałam się za dużo „Wojen Klonów” (z dwojga złego wolę jednak wirusa od robali mózgowych). Co takiego wyjątkowego jest w „Illuminae”? Sposób w jaki zostało stworzone! Gdyby było zwykłą książką, moja ocena pewnie byłaby o wiele niższa, ale za to, co otrzymałam nie mogę dać mniej. Na każdej stronie znajdowałam coś innego, wywiady, raporty, zapisy nagrań z kamer, połączeń głosowych, chatów i wiele innych dokumentacji. Mnie kompletnie urzekły strony z perspektywy AIDANa, cholerna sztuczna inteligencja, która ześwirowała zaskoczyła mnie najbardziej. Nie wiem, jak mam określić niektóre strony, więc po prostu pokażę zdjęcia. One też były piękne. Czasami jedno zdanie na całe dwie strony ruszało mnie bardziej niż dokładny opis z raportu. Właśnie wydanie sprawia, że „Illuminae” jest tak niesamowite. Spotykałam się z opiniami, że kogoś to zawiodło, że oczekiwali KSIĄŻKI, ale ja tego nie rozumiem. To jest książka, na większości stron dominuje tekst, ale jest ona stworzona w niekonwencjonalny sposób i z tego, co mi się wydaje, to wiadomo, że jest ona spisana w takiej, a nie innej formie. Nikt nikogo nie oszukał, a „Illuminae” wiele zyskało.
Nie wiem, co mam powiedzieć o bohaterach, bo... Cholera, czuję, że bym ich nie polubiła gdybym się do nich zbliżyła. Zaskakujące, ale w tym wypadku to nie główna bohaterka mnie bardziej denerwowała. Ezra, niech cię diabli! Przez większość czasu wydawał mi się takim totalnie przezroczystym ludkiem. Niczym mnie nie zaskoczył, chłopak jakich wielu, do bólu przewidywalny, nudny, aż mi się kojarzy z tą reklamowaną teraz przezroczystą galaretką. W dodatku jego miłość do Kady. Kurdeeeee, ja rozumiem, nastoletni romantyzm i tak dalej, ale aż mnie zażenowanie brało przy jego pomysłach. Może jestem na to za stara? Eee tam, te trzy lata temu pomyślałabym dokładnie to samo. Kady? Kady w połowie jest na tak, w połowie na nie. Nie jestem przekonana do siedemnastolatki, która potrafi zhakować wszystko, co znajdzie pod ręką, tu nasuwa się skojarzenie z taką typową książkową heroiną, która tak po prostu jest najlepsza, najpotężniejsza (*tfu tfu, nigdy nie chciałam napisać tych dwóch słów razem, nie jestem księżniczkowym Antychrystem*). Z drugiej strony jej charakter jest taki, że momentami bardzo mi się podobała, ale były chwile, kiedy chciałam jej trzasnąć z klucza francuskiego. Chyba takie są nastolatki, więc może zostawię to tak, jak jest. Kady jest Kady i cieszę się, że nie była drugą przezroczystą galaretką. Schody zaczynają się przy tym, że często oceniam książkę przez pryzmat bohaterów. Jednak normalnie spędzamy z nimi praktycznie cały czas i jeśli są denerwujący, to po prostu książka wydaje się nam gorsza. W „Illuminae” między nami, a postaciami jest coś na kształt grubej szyby. Wszystko przez formę, która po raz kolejny wykazała się świetnym sposobem na takie książkowe marudy jak ja! Akta, w formie których jest spisana książka, dają mi pewien bezpieczny dystans, który pozwala na zaangażowanie emocjonalne, ale równocześnie zatrzymuje większość irytujących elementów. Poza tym nie spędzamy całego czasu tylko z tą dwójką. Kady i Ezra w pewnych momentach znikają, żebyśmy mogli posiedzieć w dowództwie albo AIDANie, popodglądać rozmowy innych postaci. Znowu – akta to genialny pomysł, bo daje tą płynność między różnymi umiejscowieniami fabuły. Gdyby autorzy chcieli sobie pohasać po księżycu i znaleźli dla tego uzasadnienie, to moglibyśmy sobie skoczyć na księżyc.
Czy sama historia ma rację bytu? Jak na moje – tak! Jest schematyczna, ale dobrze poprowadzona, nie ma jakichś dziwnych dziur fabularnych, zbędnych elementów, całość ładnie trzyma się w kupie. Z podziękowań wynika, że autorzy jak najbardziej postarali się, żeby wszystko się zgadzało, a ogarnąć kilka dziedzin nauk ścisłych potrzebnych do napisania dobrej space opery z epidemią wcale nie jest tak łatwo. Szanuję, szczególnie po mojej przygodzie z „Pasażerami” (Chris Pratt to niech zostanie przy „Strażnikach Galaktyki”, gadająca śmietnikowa panda miała więcej sensu niż 3/4 „Pasażerów”). W ogóle przepraszam, że tak nawiązuję do innych rzeczy, ale potrzebowałam jakiegoś złego przykładu, jak ktoś się bierze za kosmos, tak dla kontrastu, bo „Illuminae” tak ładnie starało się nie kłamać o podróżach kosmicznych, że jestem cała w skowronkach. Jeszcze bardziej jestem zadowolona z podejścia do epidemii, chociaż nie było tego aż tak wiele, jednak mój wewnętrzny biologiczny wariat włączył się na pierwszą wzmiankę o wirusach i nie wyłączył się aż do końca. Przez to jeszcze bardziej wgryzałam się w fabułę, musiałam wiedzieć, co jest grane i strasznie mnie wkurzali wszyscy, którzy chcieli utajać informacje! Może i takie super hiper zdolności hakerskie Kady mi nie pasowały, ale no proszę, jak kogoś zżera ciekawość, to bierze wszystkie informacje bez marudzenia, że siedemnastolatka jest zdolna przetrzepać cały system potężnych komputerów pokładowych. Podobało mi się śledztwo związane z wirusem i AIDANem, pomijając wydanie, a przechodząc do fabuły, to jeden z najmocniejszych elementów. Lincoln też napędził mi niezłego stresu. Czułam się, jakbym sama uciekała przed wrogim korpo. A do tego końcówka, jak się wyjaśniło co i jak... Rany, gdzie mi urwało te moje cztery litery? Nie spodziewałam się tego. Nie będę krytykować, bo w sumie wariatów na tym świecie nie brakuje, więc czemu nie? No i AIDAN. Sztuczne inteligencje zawsze okazują się tragicznym pomysłem, chcą rozwalić swoich twórców i w ogóle koniec świata. No tak, ale w tym wypadku zostałam zaskoczona do tego stopnia, że płakałam przez jakieś oprogramowanie. Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że poznajemy sytuację z perspektywy maszyny. Siedzimy jej we łbie, poznajemy jej myśli. Urzekło mnie to. Ostatnio mam farta do książek, które robią mi jakiś dziwny przewrót ze schematami (patrz poprzednie dwie recenzje). Cieszę się, może w końcu nastały lepsze czasy!
„Illuminae” to wyjątkowa książka i nie trzeba być specem z zakresu science fiction, żeby się w niej odnaleźć. Jest przepięknie wydane, świetnie napisane i ma w sobie wiele drobnych, ale urzekających elementów, które sprawiły, że chce mi się krzyczeć z zachwytu. Nie jest to mój typ książki, pod względem zamysłów. Romans w kosmosie to coś strasznego, oto do czego doprowadzili Anakin i Padme (nie mogłam się powstrzymać, przepraszam). Mimo to dałam się oczarować. Podziękowania też zasługują na uwagę. Kaufman i Kristoff mają świetne poczucie humoru! Naprawdę mam nadzieję, że naprawdę nie trafi mnie szrapnel w czasie nalotu dywanowego na naszą planetę. Mam tylko jedną uwagę. CZY TO MUSIAŁ BYĆ COPERNICUS?! Wiecie jak to jest mieszkać w najbardziej piernikowym i kopernikowym mieście w kraju i wszędzie wpadać na jakieś Koperniki, Kopernika, Copernicusy, a potem w książce trafiać na kolejnego Copernicusa? Czerstwy piernik się w kieszeni otwiera. (A tak serio to srogo parsknęłam.) Na poważnie: polecam „Illuminae”, jeśli potrafiła opanować moją marudną naturę, mimo że powinna podnieść mi ciśnienie, to zasługuje na przeczytanie. To była niesamowita podróż i zbrodnią byłoby nie wydać teraz „Geminy” i „Obsydio”. Jeszcze dwa piękne wydania i za każdym razem jestem skłonna dorzucać się do zbiórki, jak to było z „Illuminae”. Gadżety też są cudowne, szczególnie plecak, więc Moondrive, wiecie co robić! (Bo jak nie to zobaczycie co to phobos! Zbiorę całą armię marud!)

Mam nadzieję, że nikt nie wystrzelił w waszą stronę głowic nuklearnych

Lucy

A teraz zapraszam na galerię czystego piękna. Jeśli jeszcze się wahacie czy warto wydać te 50 złotych monet.


Cała zawartość paczki od Moondrive. Moja wewnętrzna sroka jest szczęśliwa.

KOSMOS! Zaraz po otwarciu padłam z zachwytu.

"Każda z nich to małe słońce. Mała apokalipsa."

"AIDAN!"

"TO NIE SĄ ĆWICZENIA"

"Czyż nie jestem miłosierny?"

I genialne opisy bitew.





8