Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban fantasy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lipca 2020

Magnus znowu to zrobił: The Red Scrolls of Magic/Czerwone Zwoje Magii, Cassandra Clare, Wesley Chu



„Why is it supposed to be romantic to point out stars?”


Seria: The eldest curses/Najstarsze klątwy
Tytuł: The Red Scrolls of Magic/Czerwone Zwoje Magii
Autor: Cassandra Clare, Wesley Chu
Wydawnictwo: Simon&Schuster/We need YA
Ilość stron: ENG: 350/PL: 472
Ocena: ENG: 10/10, kocham to totalnie miłością największą i dałabym więcej, gdybym mogła!
PL: Nawet nie potrafię tego wyrazić, było źle, to wydanie wpada na moją osobistą listę dramatów 2020.
Opis: Jedyne, o czym marzył Magnus Bane, to podróż po Europie z Alekiem Lightwoodem – Nocnym Łowcą, który wbrew przeciwnościom losu w końcu został jego chłopakiem. Jednak gdy tylko para zadomawia się w Paryżu, przybywa stary przyjaciel z wiadomościami o sławiącym demona kulcie zwanym Szkarłatną Ręką. Kult został lata temu założony przez Magnusa dla żartu, teraz pod nowym przywództwem dąży do wywołania chaosu na całym świecie. Magnus i Alec wyruszają w pogoń po Europie, aby wyśledzić Szkarłatną Rękę i ich nieuchwytnego nowego przywódcę, zanim zgrupowanie spowoduje więcej szkód. Magnus i Alec będą musieli zaufać sobie bardziej niż kiedykolwiek – nawet jeśli oznacza to ujawnienie tajemnic, które chcieli zatrzymać tylko dla siebie. (Po angielsku było w sumie tak samo, a ja jestem leniem.)

„Magnus wondered if he would ever get used to being surprised by Alec Lightwood. He hoped not.”



Gdyby z pięć lat temu ktoś mi powiedział, że Cassandra Clare wyda książkę, której głównymi bohaterami będą Magnus Bane i Alec Lightwood, a fabuła będzie skupiać się na tym, że Magnus narobił przypału, że będzie to osadzone podczas ich wakacji pomiędzy „Miastem szkła” i „Miastem upadłych aniołów”, byłabym chodzącą kulką szczęścia. Kiedy około dwa lata temu okazało się, że będzie o nich cała seria… No cóż, stałam się szczęśliwą bułą, bo Magnus i Alec są najpiękniejszymi postaciami, jakie było mi dane poznać, wyżej jest już jedynie moja najukochańsza Ahsoka. Wiecie, uwielbiam ich na tyle, że przełamałam się i kupiłam książkę, zamiast rozbijać cały swój pieniądz na łyżwy. Mało tego, w końcu przeczytałam coś po angielsku tak w całości, od początku do końca. Warto było, a angielski wcale nie był taki straszny.
Szczerze mówiąc, uważam, że „The Red Scrolls of Magic” to nie jest książka, od której można zacząć czytać Clare. Nie i koniec. Weźcie sobie każdą inną serię, ale ta się po prostu nie nada. Mogę to delikatnie porównać do „Avengers: Endgame” – żeby się tym w pełni cieszyć, musisz znać przynajmniej „Dary Anioła”, bo nie ogarniesz, o czym oni gadają, nie poczujesz tego klimatu, pospoilerujesz sobie nie dość, że DA to jeszcze „Diabelskie Maszyny”. Clare w tym wypadku zakłada, że znasz przynajmniej rodzeństwo Aleca, wiesz, o czym były pierwsze trzy części „Darów Anioła” i nie potrzebujesz, żeby ktoś ci po kolei tłumaczył mechanikę świata przedstawionego. Poza tym jest tam tyle easter eggów, że bez znajomości uniwersum stracisz sporo zabawy. „The Red Scrolls of Magic” to książka dla fanów Nocnych Łowców. (Dlatego też kompletnie nie rozumiem, jak polski wydawca mógł powysyłać egzemplarze recenzenckie ludziom ze swojej listy bez pytania, czy są zainteresowani. I dowiedziałam się tego bezpośrednio od jednej recenzentki, żeby nie było, że sieję ferment.)
Fabuła jest podsumowaniem całego żywota Wysokiego Czarownika Brooklynu. Magnus, znowu to zrobiłeś! Nasi bohaterowie wyjeżdżają na romantyczne wakacje – żeby bliżej się poznać i sprawdzić, czy ich związek ma jakąś przyszłość – jednak szybko zostają one przerwane. Okazuje się, że Magnus wiele lat wcześniej dla żartu założył kult czczący Wielkiego Demona. Wiadomo, czarownik był pijany, a głównym założeniem sekty było robienie głupich żartów i hedonizm. Niestety, coś się zmieniło i w chwili obecnej jego wyznawcy mordują przyziemnych i faerie, wzywają demony, no nie są najgrzeczniejszymi obywatelami. Sam Magnus o tym nie pamięta i jest szczerze zdziwiony, kiedy okazuje się, że jest oskarżony o bycie ich przywódcą. Ogólnie rzecz ujmując przypał, trzeba opanować sytuację, żeby rada czarowników i Clave ukrócili żywota naszego ulubionego czarownika. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam, o czym ta książka będzie, prawie spadłam z krzesła. Kto inny, jak nie Magnus, mógł po pijaku i dla żartu założyć demoniczny kult? Już wtedy wiedziałam, że mam nową ulubioną książkę z tego uniwersum. No i się nie pomyliłam.
The Red Scrolls of Magic” spełnia wszystkie moje oczekiwania. Jestem w stanie przyjmować Magnusa i Aleca we wszelkich ilościach, a Clare wybrała sobie jeden z ciekawszych momentów ich związku. Dopiero zaczęli być ze sobą tak na poważnie i oboje z lekka nie ogarniają, jak się do siebie odnosić. Alec jak zwykle jest trochę nieogarnięty, nie ma pojęcia, co robi i czegoś by chciał, ale nie wie jak, wydaje mu się, że nie jest wystarczająco dobry, a potem nagle mówi coś kompletnie kochanego i aż chce się go wytulić. Nieważne, że jest świetnie wytrenowanym zabójcą demonów. To jak z kotami, niby taki perfekcyjny drapieżnik, ale ciężko się nie rozpływać, jaką jest puchatą kuleczką. Magnus też ma swoje wątpliwości, bo kto to widział umawiać się z Nocnym Łowcą, jak to zawsze są najwredniejsze, chodzące ideały, gotowe wsadzić cię za kratki za jeden mały pentagram, a Bane w ogóle z większością dzieci anioła ma raczej chłodne stosunki. To nie ma szans się udać. Tylko przy okazji bardzo chce, żeby to się udało. Alec i jego niewinność rozwalają wszelkie stereotypy, a wszyscy jego znajomi Magnusa zastanawiają się, czy aby na pewno nasz czarownik jest przy zdrowych zmysłach. Dochodzi do tego całe dramatyzowanie na temat jego pochodzenia, że odwalił kompletną głupotę z tym kultem, a że nasz czarownik ma dobre serducho to czuje się potwornie winny całej sytuacji. Ci dwaj przez całą książkę motają się między sobą, są trochę zakochanymi idiotami, trochę słodkimi bułami i tworzy to mieszankę idealną. Każda ich rozmowa jest jak miód na moje serce. Do tego Clare zaczyna układać między nimi dramę, przez którą w kolejnych częściach „Darów Anioła” co chwilę łamią mi serce. Wiecie, że Magnus nie opowiada Alecowi o swojej przeszłości, nie chce powiedzieć, kto był jego ojcem, strach Aleca przed nieśmiertelnością Magnusa… Wybornie się o tym czytało, nieważne, jak bardzo by mnie to bolało, uwielbiam takie rzeczy i obserwowanie początku tego bałaganu było czymś niesamowitym. Teraz wiem, jak się czuje kot sprawdzający, kiedy szklanka spadnie ze stołu. Jednak to nie tylko to, Clare nawrzucała tu trochę szczegółów, na które nigdzie indziej nie znalazło się miejsca, a były mi potrzebne do szczęścia. Na przykład poza naszą ulubioną parką pojawiają się Helen i Aline, które zawsze były gdzieś na boku i wiedziało się o nich głównie tyle, że są razem. Miały kilka akcji w „Królowej mroku i powietrza”, w których złapały mnie za serducho, ale nadal było tego mało. Tym razem dostały trochę więcej czasu antenowego (?) i kurde, kocham je! Szczególnie Aline, ta dziewczyna jest wspaniała, jak gada prosto z mostu, o co jej chodzi i ciężko jej jakkolwiek przeszkodzić jak już coś postanowi. Helen może nie dało się od razu lubić, bo przepraszam bardzo, ale wróg Magnusa jest moim wrogiem, ale trudno też było jej nie wybaczyć.
W wersji oryginalnej styl Clare naprawdę nie różnił się zbytnio od tego, co znałam z tłumaczeń Maga, a raczej to polskie wydania dobrze odzwierciedlały tekst po angielsku. Od razu poczułam znajomy klimat i aż chciało czytać się dalej. Wcześniej trochę się bałam ruszać książki po angielsku, bo jednak wymaga to trochę więcej skupienia i nadal nie ogarniam części słówek, więc bałam się, jak będzie z rozumieniem tekstu. No i tak, momentami nie wiedziałam, co to za dziwne słowo, ale sporo dało się wyciągać z kontekstu i nie przeszkadzało mi to. Poza tym doceniłam te ich duże wydania. Tekst jest jakoś tak przyjemniej sformatowany, samo czytanie mniej męczyło mi oczy i szło zaskakująco szybko. Chociaż to też może być zasługa autorki, bo „The Red Scrolls of Magic” naprawdę potrafi wciągnąć i gdyby nie moje granie w trzeciego Wiedźmina i przeżywanie nowych odcinków „The Clone Wars”, skończyłabym to w kilka dni. W sumie sporą część przeczytałam po prostu na raz.
Teraz wyobraźcie sobie, że tą część piszę dwa miesiące później. Po części dlatego, że wpadłam w wir pisania fanfików o Ahsoce, ale muszę przyznać, że też chętniej zajmowałam się innymi sprawami niż czytaniem. Bo było mi, kurde, przykro. Błagam was, czytajcie tę książkę w oryginale!
Kiedy dowiedziałam się, że to nie Mag a We need YA wyda „The Red Scrolls of Magic” w Polsce, poczułam lekki niepokój. Nie miałam wcześniej zbyt wiele do czynienia z tym wydawnictwem. Czytałam od nich, chociaż wtedy jeszcze działających pod Czwartą Stroną, „Okrutną pieśń” i do dzisiaj zastanawiam się, czy ta książka w oryginale by mi się spodobała. Kupowałam ją w przedpremierze i pierwsze wydanie chyba korektora nie widziało na oczy. Błędy były nawet tego kalibru, że wypowiedzi bohaterów lądowały w narracji i jedynie nagła zmiana płci mnie uświadamiała, że coś jest nie tak. Do tego już wcześniej słyszałam, że ich tłumaczenia Adama Silvery okropnie spłaszczają tekst i zabierają z niego cały klimat. Jednak starałam się być optymistyczna. Kurde, dostali książkę, na którą czekało pół fandomu, bo to w końcu Malec. Clare jest jedną z większych autorek młodzieżówek i mamy w Polsce już 15 książek jej autorstwa. Dlatego chciałam wierzyć, że się do tego przyłożą i zadbają o to, żeby fani nie poczuli zmiany wydawcy. Teraz czuję się mniej więcej, jak tego pamiętnego razu, kiedy źle wyliczyłam moment hamowania na łyżwach i zderzyłam się z bandą. Jedyną różnicą jest to, że nie mam wielkiego siniaka na samym środku czoła.
Chciałabym tu zaznaczyć, że naprawdę nie chcę wyżywać się na tłumaczu. O ile dobrze wystalkowałam, to była pierwsza książka, jaką tłumaczył i ostatecznie to wydawca decydował o jego zatrudnieniu [i w sumie ostatecznej akceptacji tłumaczenia i wydaniu – Cup zwróciła uwagę, a to ważne, więc zostawiam] . Ja też za jakiś czas pójdę do pierwszej pracy po ukończeniu studiów i mogę mieć tylko nadzieję, że się nie wyrżnę na samym starcie. Jeżeli kogoś należy winić, to tych ludzi na górze, którzy taki tekst zaakceptowali. Przepraszam bardzo, ale tłumaczenie i korekta tutaj kuleją i zepsuły mi całą radość z czytania. To jest dramat, cytując słynnego stawonoga. Odniosłam wrażenie, że wydawca postanowił kompletnie zignorować wszystkie inne książki Clare i tłumaczenia, które już znaliśmy z Maga, a wręcz zrobić wszystko na odwrót. Szczerze mówiąc, jako fanka Nocnych Łowców, czuję się jakby ktoś po prostu pokazał mi środkowy palec.
Gdybym miała przytaczać tu wszystkie błędy, jakie znalazłam w „Czerwonych Zwojach Magii” to siedziałabym nad tym tekstem cały dzień. Dlatego pozwólcie, że zalinkuję swojego Instagrama, tam w zapisanych stories jest większość kwiatków, jakie udało mi się znaleźć (o tu relacja z czytania). Jednak nie odmówię sobie przytoczenia pewnych przykładów. Jak na przykład stwierdzenia, że Tessa „uwielbiała” Nocnych Łowców. W oryginale było „loved”. Mowa o Tessie, kurde, ktoś właśnie totalnie olał całe „Diabelskie Maszyny” i relacje między Tessą, Willem i Jemem. Kto czytał, wie, jak łamali serducho. Kurde, przepłakałam całą „Mechaniczną księżniczkę” właśnie przez nich, to nie było „uwielbiała”, nie w tym kontekście. Co jeszcze? Nagle w Sali Anioła pojawiły się portrety! Nie wiem skąd, w oryginale nie było nic o portretach, no ale cóż… Okazuje się też, że Magnus rzucił na Clary zaklęcie pozwalające jej odzyskać pamięć, ale to tylko w polskiej wersji dzieją się takie cuda. Przypominam tylko – zaklęcia nie dało się zdjąć ani przywrócić od tak pamięci, Fray sobie wszystko przypominała z czasem, jak to zaklęcie słabło. Padło też stwierdzenie, że Alec walczył w Powstaniu. Szkoda tylko, że Alec miał wtedy 2 lata, a po angielsku w tym miejscu było „war”. Tak poza tym, Miecz Anioła nagle został Śmiertelnym Mieczem. Super, nie ma to jak dosłowne tłumaczenie i olanie nazw własnych z 15 innych książek. Raphael, wiecie, ten wampir latynoskiego pochodzenia, został Rafaelem. Subtelna różnica? Może, ale Raphael właśnie brzmi latynosko i tak powinno zostać, Rafael uderza w bardziej włoskie tony. Po co w ogóle zmieniać zapis czyjegoś imienia, skoro nijak nie przeszkadza to w tłumaczeniu? Jeszcze co do naszego wampira, to okazało się też, że leci na Magnusa! Poważnie, myślałam, że się opluję, kiedy to przeczytałam. Przy okazji, Raphael był aseksualny i aromantyczny, gratuluję, właśnie zignorowaliście jego orientację. Po angielsku mieliśmy „I forgot you have no interest in Magnus”, kiedy po polsku nagle było „Zapomniałem, że nie lecisz na Magnusa”. Są jeszcze takie rzeczy jak dziwne akcje z odmianą przez przypadki. Idris czasami był odmieniany, innym razem nie, Isabelle, która zawsze pozostawała w tej jednej formie, nagle dostała odmianę, Edom w ogóle nie był odmieniany („w Edom” brzmi po prostu strasznie), a za to Gard już zostało odmienione, chociaż nigdy nie było. Czy to są błędy czy nie, no przepraszam, byłam przyzwyczajona do pewnych form i w te zmian brzmiały po prostu krzywo.
Oczywiście trafiły się też błędy niezwiązane z kanonem. Zaczynając z grubej rury: Magnus w oryginale miał przydomek The Great Poison, po polsku zmieniło się to na Wielkiego Beja i jest to tak bardzo bezsensowne, że ja nie mogę! Po angielsku była to gra słów, zarówno great jak i Magnus znaczą wielki, a poison i Bane to trucizna. To była po prostu gra słów. Wielki Bej znaczy tyle, co nic i do tego brzmi źle. Chyba ktoś próbował nawiązać do nazwiska Magnusa w kosmicznie łopatologiczny sposób. Jakby nie można było zrobić Wielkiego Truciciela i tadam, kryzys zażegnany. Ewentualnie na odpowiedniej stronie zrobić przypis z tłumaczeniem obu członów nazwiska Magnusa. Już taka sytuacja miała miejsce z Churchem w „Królowej mroku i powietrza”, po prostu zrobiono przypis, że church znaczy kościół i wszyscy szczęśliwi. Ostatecznie się zdenerwowałam, jak doszło do momentu, w którym Magnus sam mówi, że jego przydomek to gra słów, bo to jego imię i nazwisko. Po polsku nie ma to najmniejszego sensu! Pojawił się też taki dziwny wygibas językowy jak „Ich związek trwał niedługo”. Wystarczyło zamiast „niedługo” napisać „krótko”. Na samym początku jest, że spali w hotelu, kiedy od początku nocowali w paryskim apartamencie Magnusa, który pojawia się chyba rozdział później. Tessa poza „uwielbianiem Nocnych Łowców” wykazała się też „olimpijskim spokojem”. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego sformułowania i aż rozesłałam to do znajomych, którzy też sądzili, że to jakiś błąd. Dopiero jedna osoba na Instagramie napisała mi, że takie sformułowanie istnieje naprawdę. I tu zapytam, czy nie byłoby bardziej zrozumiałe napisanie, że po prostu była spokojna? Albo użycie „stoickiego spokoju”? To jest młodzieżówka, a nie tekst dla językoznawców, fajnie by było nie dostawać zawieszenia systemu podczas czytania. Były momenty, w których kompletnie zmieniało się znaczenie danego zdania. Na przykład ojciec Aleca w rozmowie z nim używa słowa „men” i definitywnie chodzi tam o mężczyzn, szczególnie biorąc pod uwagę dalszą część jego wypowiedzi, która odnosi się do homoseksualizmu. Po polsku „men” zostało przetłumaczone na „człowiek”, co jest totalnie bezsensowne, tym bardziej, że Robert miał w tym momencie na myśli Magnusa i już określił go jako Podziemnego. Poza tym rodzeństwo Aleca umawiało się zarówno z ludźmi jak i z Podziemnymi i nigdy nie mieli z tego tytułu problemów, w tej rozmowie chodziło głównie o bycie w związku z innym mężczyzną. Ktoś też nie przetłumaczył słowa „party”. Powiedzcie mi, czy ktoś w przedziale wiekowym 15 – 25 w ogóle u nas używa słowa „party” jako synonimu „impreza”? Bo brzmi to trochę jak taka próba wpasowania się w „młodzieżowy slang” i zakończyła się ona taką samą porażką, jak wszystkie inne. Błagam, nie róbcie tego. Mogę jeszcze wymienić epickie wywalenie się na zrozumieniu tytułu serii. Po angielsku mamy „The eldest curses”, seria po polsku nazywa się „Najstarsze klątwy”. Do tego momentu było wszystko okej. Po czym Magnus w książce został nazwany jako „eldest curse” co było wręcz oczywistym wyjaśnieniem tytułu serii. W naszym wydaniu został „najstarszą plagą”. To jest ten moment, kiedy zaczynam się śmiać z bezsilności.
Mam jeszcze dwie bolączki, które powodowały, że non stop zgrzytałam zębami podczas czytania. Zwą się one „młody łowca” i „Łowca”. Te dwa określenia pojawiały się tak często, że gdybym dostawała złotówkę, za każde znalezienie ich w tekście, stać by mnie było na wycieczkę do Czech połączoną ze sterylizacją i tygodniowym balowaniem w imię wolności od widma posiadania bombelka. (Przysięgam to kiedyś zrobić.) Może zacznę od „młodego łowcy”, bo taki oto przydomek nagminnie otrzymywał Alec. Widziałam to dosłownie co chwila i za każdym razem czułam się trochę, jak Anakin na widok piasku. No nie, po prostu, kurde, nie. To było tak niezgrabne jak określanie postaci w opowiadaniach na wattpadzie jako „czarnowłosa” czy „niebieskooki”. Tylko jeszcze gorzej, bo to zostało opublikowane w książce. Naprawdę, Alec zostawał co chwila „młodym łowcą”, jakby nie dało się go wymienić z nazwiska czy z perspektywy Magnusa określić go „jego chłopakiem”. Często były to zdania, które nawet nie potrzebowały doprecyzowania, o kogo chodzi, bo to po prostu wynikało z kontekstu i każdy by się domyślił, że chodzi właśnie o Aleca Lightwooda, słodką bułę i najbardziej uroczego zabójcę demonów na tej planecie. Co do „Łowcy” to pojawiał się często jako zamiennik „Nocnego Łowcy”. Jest tylko jeden problem, „Nocny Łowca” to nazwa własna, wiecie? Bez pierwszego członu wydawało się to łyse, a do tego też pojawiało się non stop. Istnieją inne określenia na naszych ulubionych pogromców demonów, na przykład Nefilim, Dzieci Anioła. Momentami wystarczyło określić ich narodowością i zamiast „Łowcy z rzymskiego Instytutu” dać „Włosi”. Często nie trzeba było tego dookreślania ich, bo w samym kontekście zdania chodziło o nich, czyli taki sam przypadek jak z „młodym łowcą”. Błagam, niech nikt nie robi tego więcej, może jeszcze byłoby to znośne, gdyby nie pojawiało się co akapit. Niech też nikt mi nie mówi, że to tylko po to, żeby unikać powtórzeń, bo czasami to były właśnie te straszne powtórzenia, zresztą inne też wyłapałam. A moim skromnym zdaniem, człowieka znającego się na tyle, na ile pisze głupie opowiadania, zbyt mocno boimy się powtórzeń. Czasem lepiej już walnąć dwa razy to samo słowo w zbyt krótkim odstępie niż stworzyć językowego potwora, byleby tylko trzymać się świętych zasad. (Cup pewnie na tym momencie sprawdzania ma mnie kompletnie dość i mamrocze coś, że jednak mogłabym te powtórzonka opanować XD Love u! [it’s not that bad this time] ← To ona sama napisała, ja nie zmuszałam!)
Chętnie jeszcze zrobię osobisty rant na to, jak wydawca mówił wszystkim naokoło, że „Czerwone Zwoje Magii” można czytać bez znajomości reszty książek Clare. Ja rozumiem, że marketing przede wszystkim, ale tu nasuwa się jeden komentarz: X D. Wszystko w teorii można czytać bez znajomości reszty uniwersum. Mogę sobie wyciągnąć „Dom Hadesa” bez czytania reszty „Olimpijskich herosów” albo obejrzeć „The rise of Skywalker” jako pierwszy film z „Gwiezdnych Wojen” (dobra, to w sumie można, bo ten film to totalny chaos czy się zna SW, czy nie), nikt wam nie broni zobaczyć „Endgame” bez znajomości MCU. Pytanie tylko, ile z tego zrozumiecie? Jak dobrze będziecie się bawić? Ile sobie zaspoilerujecie z innych części? „Najstarsze klątwy” to nowa seria, tak, ale osadzona dokładnie w środku „Darów Anioła”. Pojawiają się w niej postaci z innych książek, które spoilerują chociażby „Diabelskie Maszyny”. Wiecie, co było jednym z moich największych pytań podczas premiery „Miasta niebiańskiego ognia”? Tożsamość ojca Magnusa, którą tu macie podaną w pierwszej połowie książki. No ale cóż, patrząc po treści, nawet ludzie odpowiedzialni za wydanie „Czerwonych Zwojów Magii” nie orientują się w uniwersum, więc może po prostu nie wiedzieli. Wypadałoby, ale kto by się przejmował. Przecież to tylko książka, której wyczekiwali fani. Ta o jednej z ulubionych par w uniwersum Nocnych Łowców. Kto by się przejmował?
Wiem, tupię tu nogą, warczę i w ogóle denerwuję się jak dzieciak, ale prawda jest taka, że jestem po prostu zła na to, jak zostaliśmy potraktowani. Czuję się, jakby wydawca wziął tę książkę tylko ze względu na jej popularność, żeby się bardziej wybić (i tak też wyglądały ich reklamy), a wszystko pod płaszczykiem takiej przychylności dla czytelnika. Tak, daliście nam błyszczącą okładkę, a przy okazji tekst z wręcz śmiesznymi błędami, ignorując wszystkie poprzednie książki Clare. Chętnie wymienię tę okładkę na dobrze zredagowaną wersj. A jeżeli dalej chcecie olewać pozostałe książki Cassie, nieważne z jakiego powodu, to pamiętajcie, że drugi tom dzieje się pomiędzy „Darami Anioła”, a „Mrocznymi Intrygami”, dodając do tego dwa zbiory opowiadań, bo w „The Lost Book of White” pojawia się Max. Będziecie mieli o wiele więcej okazji do popełnienia błędów. Mi w tej chwili jest najzwyczajniej w świecie przykro, Magnus i Alec zasługiwali na coś lepszego, a tym bardziej czytelnicy. Ja sobie poradzę, chętnie wesprę autorkę czytając jej książki po angielsku, ale są też osoby, które nie znają tego języka na takim poziomie (chociaż mówię wam, skoro ja dałam radę, to nie był to skomplikowany tekst) albo nie są w stanie wydać 70 złotych na jedną książkę. I dlatego też trzymam kciuki, że to Mag wynegocjował prawa do „Chain of gold”. Ostatecznie, oryginałThe Red Scrolls of Magic” był wspaniały i polecam go każdemu, wydanie polskie co najwyżej przyczyniło się do mojego ekspresowego przejścia trzeciego Wiedźmina.
I dopisuję ten akapit kilka dni później, już bez poprawek, bo jestem nieogarem. Pisząc wszystko wyżej tak się zajęłam tymi błędami, że zapomniałam o jednej ważnej rzeczy. To nie było tak, że całych „Czerwonych Zwojów Magii” nie dało się czytać. Były momenty, kiedy tekst był nawet przyjemny w odbiorze. Tylko te minusy przeważyły, zbyt mocno mnie drażniły i nawet kiedy nie było żadnych większych błędów, co chwila pojawiał się ten nieszczęsny „młody łowca”. Po porządnych poprawkach to mogło być dobre. Także za tłumacza trzymam kciuki, żeby kolejne zlecenia szły lepiej i miały dobrą korektę. Upraszam też, żeby nie znęcać się nad tym człowiekiem, bo nie on jeden był odpowiedzialny za ostateczną wersję tekstu.

PS Zanim ktoś się na mnie rzuci, że sama piszę na poziomie pantofelka, podpowiem tylko tyle: nie trzeba być piekarzem, żeby ocenić smak chleba. Nie muszę skakać Lutza, żeby zauważyć, że był najechany na złej krawędzi. I nie muszę być Magdą Gessler, żeby wiedzieć, że zupa smakuje jak pomyje po praniu bielizny bawarskiego himalaisty.
PS2 Polecam granie w Wiedźmina, skoro już się pojawił jako bohater trzecioplanowy. Może partyjka Gwinta?

0

poniedziałek, 4 marca 2019

W środy będziemy składać Szatanowi kota w ofierze: Pozłacane Wilki, Roshani Chokshi


„Jakby kiedyś umiał latać, ale niebo się z niego otrząsnęło, pozostawiając mu jedynie wspomnienie skrzydeł.”



Tytuł: Pozłacane wilki
Autor: Roshani Chokshi
Wydawnictwo: Galeria książki
Ilość stron: 428
Ocena: 10/10
Opis: Paryż, rok 1889 – świat stoi u progu nowej ery, ery przemysłu i elektryczności, a zorganizowana w stolicy Francji Wystawa Światowa tchnęła nowe życie w ulice miasta i wydobyła na światło dzienne stare sekrety. W tej metropolii nikt nie śledzi tajemnic tak bacznie jak poszukiwacz skarbów i zamożny hotelarz Séverin Montagnet-Alarie. Kiedy zwraca się do niego o pomoc potężna organizacja, Zakon Babel, Séverin otrzymuje propozycję dostępu do skarbu, który uważał za stracony – do należnego mu dziedzictwa. Aby jednak odnaleźć poszukiwany przez Zakon starożytny artefakt, Séverin będzie potrzebował pomocy specjalistów: matematyczki z długiem do spłacenia, historyka, który nie może wrócić do domu, tancerki o ponurej przeszłości i kogoś, kto jest mu bratem, choć nie łączą ich więzy krwi, i kto chyba za bardzo troszczy się i niepokoi.
W poszukiwaniach artefaktu w mrocznym, pełnym luksusu świecie Paryża Séverinowi i jego towarzyszom przydadzą się ich spryt i wiedza. To, co znajdą, może odmienić świat – pod warunkiem że uda im się pozostać przy życiu.

„Kiedy byliśmy dziećmi, myślałem, że dorośniemy i zostaniemy królami albo kimś w tym rodzaju. Że będziemy mieli całe królestwo, które podzielimy między siebie.”


Książka z akcją osadzoną w Paryżu – świetnie! Biorę! Będzie klimat! Aha, a potem co dwie strony było „jak to, do cholery, się czyta?!” i „przeczytam wszystkie niezrozumiałe sylaby jako »ż« i ujdzie”. Dzień dobry, u mnie wszystko po staremu!
Pozłacane wilki” wzięłam na tapetę, bo chyba mało mi wrażeń w życiu i nie ma to jak kilka deadline’ów naraz. Nawet trochę się bałam, że nie wzięłam żadnej fantastyki, bo opis okładkowy nie sugerował niczego magicznego. Nie ma to jak przygoda! Wróciłam z niej trochę poturbowana. Roshani Chokshi to zła kobieta! A do tego fantastyka rąbnęła mnie w twarz już na pierwszych stronach – kocham takie zaskoczenia.
Po pierwsze bardzo ważna rzecz: „Pozłacane wilki” to fuzja „Szóstki wron”* i „Kruczych chłopców”. Mamy tu prawie niewykonalny włam, którego ma dokonać grupa młodych ludzi, a każde z nich ma swoje prywatne motywacje. No i te postacie są tak cudowne, związane ze sobą tak pokręconymi więzami, że ciężko było mi nie pomyśleć o Gansey’u i jego magicznej ekipie. W dodatku pojawia się wykorzystanie mitów i legend, które są kluczowe dla fabuły, więc autorka mocno złapała za serducho i raczej szybko nie puści. Chociaż to nadal zła kobieta i ostatnich rozdziałów za nic jej nie wybaczę.
Pamiętacie historię o Wieży Babel? Wyobraźcie sobie, że po jej zburzeniu Bóg rozrzuciłby jej fragmenty po świecie. Dałoby to niektórym ludziom zdolności związane z formowaniem materii lub umysłu. Severin oraz jego ekipa z hotelu Eden zajmują się szeroko pojętym pozyskiwaniem starożytnych artefaktów należących do Zakonu Babel lub z nim powiązanych. Po jednym z takich pozyskań zostaje on przyłapany przez przyjaciela z dzieciństwa, który składa mu pewną ofertę. Za wykonanie niemożliwego zadania, którym jest kradzież rzadkiego artefaktu, Severin mógłby odzyskać prawa do dziedzictwa, które odebrano mu lata temu.
Do „Pozłacanych wilków” podeszłam z pewnym dystansem. Uznałam, że będą kolejną młodzieżówką, która może być dobra lub zła, ale nie wywoła u mnie jakiegoś większego szału. Wpływ na to miały też opinie o samej autorce. Zanim w ogóle usłyszałam o „Pozłacanych wilkach” naczytałam się, że Roshani Chokshi pisze raczej przeciętnie i nie wzbudza wielkich zachwytów. Nie miałam wygórowanych oczekiwań i po kilku rozdziałach wzięło mnie z zaskoczenia. Nagle okazało się, że kocham co najmniej połowę bohaterów, a przy tym powyłaziły wątki z jakimiś tajemnymi zakonami, magicznymi artefaktami i… Czy mogę prosić o więcej?
Fabuła jest podobna do tego, co mamy w „Szóstce wron”. Kto czytał, ten powinien zrozumieć. Mamy pewną grupę wyrzutków z wielkimi marzeniami. Każde z nich ma swoje tajemnice lub mroczną przeszłość, z którą prędzej czy później będą musieli się zmierzyć. Mają też marzenia, których spełnienie wcale nie jest łatwe. Ich zadaniem jest wykradzenie pewnego cennego przedmiotu ze ściśle strzeżonego miejsca, a żeby tego dokonać będą potrzebowali wszystkich talentów, jakie posiadają i całkiem sporo szczęścia. Jednak potem dzieją się jakieś dzikie plot twisty i okazuje się, że autorka przygotowała tu trochę grubszą akcję. Wiecie, nowy porządek świata, nawiedzona sekta pragnąca boskiej mocy i temu podobne atrakcje. Niewinnie uznałam, że nie wykorzysta tego w takim stopniu, skoro to pierwsza część w serii, a na jakieś 100 stron przed końcem zaczęły się dziać dziwne rzeczy. 80 stron później zrobiła to samo i… Halo? Policja? Czy takie zagrania są dozwolone? To zakończenie miało być piękne i kochane. Ona zrobiła to, co tacy Riordan, Clare czy Kristoff – rozwaliła wszelkie moje oczekiwania, zamordowała wszelkie szanse na szczęśliwe zakończenie i stwierdziła, że było za lekko, więc dowali jeszcze czymś! Szanuję, zrobiłabym to samo.
Bardzo spodobał mi się pomysł na zmieszanie różnych wierzeń i kultur, podłożenie pod wszystko jakiejś legendy – w tym wypadku o Wieży Babel – dodanie do tego tajnych organizacji i magicznych mocy. Czasami to uruchomiało we mnie myślenie spiskowe, a raczej przypominanie sobie różnych teorii, które próbowałam dopasować do fabuły. Świetnie się przy tym bawiłam, uwielbiam, kiedy książka uruchamia we mnie takiego kombinatora. Kocham wszelkie crossovery, powiązania między kulturami i sama nie raz kombinowałam z takimi pomysłami. Poza tym czytelniczo wychowywałam się na książkach Riordana, więc wszelkie odniesienia do najróżniejszych mitologii wywoływały u mnie zaciesz. Kocham nawiązania, które rozpoznaję po najdrobniejszych szczegółach. To sprawiło, że „Pozłacane wilki” były dla mnie jeszcze przyjemniejsze w odbiorze, jak i miały swój tajemniczy klimat.
Wspomniałam już, że ta książka przypomina mi też o „Kruczych chłopcach”, którzy słyną głównie z tego, że mamy piękne postacie, kochające się nawzajem w cudowny sposób i wystarczy, że pomyśli się o więziach między nimi, żeby popaść w zachwyt. „Pozłacane wilki” wypadają na tym polu prawie tak samo genialnie! Chyba nie ma postaci pierwszoplanowej, której bym nie pokochała! Dosłownie na nikogo nie mogę powiedzieć złego słowa! Po pierwsze ujęły mnie relacje między nimi. To, jak Severin troszczy się o wszystkich, jak wyglądają ich przyjaźnie, szczególnie ta między nim a Tristanem – chciałabym uściskać ich obu. Sposób w jaki te relacje ewoluują, szczególnie znajomość między Enrique, a Zofią i Hypnosem. To jest tak dobrze napisane, a przy tym tak niewinne, kiedy oni wszyscy nie bardzo wiedzą czy mają się lubić, czy nie. Zresztą sam Hypnos ujął mnie swoją niewinnością, kiedy spodziewałam się, że będzie wyrachowanym dupkiem. W dodatku przejawia pewne skłonności, które w książkach uwielbiam – głośno dopomina się o wino, bo bez niego nie da się rozwiązać kryzysu! Nawiązując do „Darów Anioła” – Magnus byłby dumny! No i zachwyca się pięknymi chłopcami, więc mamy ze sobą coś wspólnego. Poza Hypnosem upodobałam też sobie Tristana – to ten najbardziej niewinny klusek, który ma największy potencjał do znajdowania się na granicy śmierci, więc wszyscy go niańczą. Do tego ma dziwnego zwierzaka, którego kocha ponad wszystko i jak zaczyna się czepiać, ciężko brać go na poważnie, bo robi się jeszcze bardziej uroczy! Jest Zofia zamknięta w swoim naukowym świecie. Ta dziewczyna w ogóle nie ma pojęcia o interakcjach z innymi ludźmi, a jest w tym tak niewinna, że wszelkie sceny z nią robią się zabawne i kochane. Laila od razu miała fory, bo wprowadziła nawiązania do kultury hinduskiej, a ta tematyka nie jest zbyt często spotykana i przez to jeszcze bardziej magiczna. No i jej wątek jest wyjątkowo interesujący, ale nie mogę nic zdradzić. Jest też Enrique, czyli młody historyk zafiksowany na punkcie symboli. To jest ten sarkastyczny element, który stwierdzi, że pewnie wszyscy zginą, ale tak w sumie to może wziąć w tym udział. No i jak dostaje jakieś zadanie związane z odczytywaniem symboli i grzebaniem w archiwach, zmienia się w kochanego nerda. Na koniec mamy Severina, który jest dla wszystkich takim centrum wszechświata dla innych postaci. To on ich sprowadził do Edenu i wkręcił w swoją sprawę, a przy tym dał im dom i opiekę. Moja skromna opinia jest taka, że bierze na siebie za dużo i naprawdę chciałabym, żeby ktoś go trochę odciążył. Może przez większą część książki nie czuje się tego, ale na koniec naprawdę chciałam go uściskać i zabrać od niego całą odpowiedzialność. W ogóle to chętnie zaopiekowałabym się nimi wszystkimi.
Muszę przyznać, że od dawna tyle razy nie nawiązywałam do moich ulubionych autorów, ale nie potrafiłam inaczej. Ta książka wywoływała u mnie tak samo pozytywne wrażenia, po prostu jest dość młoda, więc mam już do czego porównywać. „Pozłacane wilki” nie są odkrywcze, jeżeli patrzeć na rozwiązania stosowane przez autorkę, ale to coś normalnego – trudno byłoby uzyskać całkowitą oryginalność, tak naprawdę wszystkie książki opierają się na schematach. Autorka za to zachwyca swoim pomysłem na świat, a przedstawia go w absolutnie magiczny sposób. Do tego postacie, z którymi poznajemy tą historię, sprawiają, że ciężko odkleić się od tej pozycji. Ja nie potrafiłam ich tak zostawić samym sobie, przez co przerywałam czytanie dopiero w momencie, w którym po prostu nie mogłam skupić się na tekście, bo byłam zbyt śpiąca. W ogóle jestem zaskoczona, jak bardzo pozytywne wrażenie wywarła na mnie ta książka. Przed chwilą uświadomiłam sobie, że chyba do niczego się nie przyczepiłam i nawet zaczęłam się zastanawiać, czy dałoby się coś takiego znaleźć… Ostatecznie muszę stwierdzić, że to kompletnie niedopuszczalne, żeby tak często wspominać w książce o słodyczach – ja przez to robiłam się głodna! No i francuski… Kompletnie nie wiem, jak czytać ten język i wychodzą z tego jakieś abominacje. Także polecam wam „Pozłacane wilki” bardzo mocno i z całego serca, ale ostrzegam, że na koniec będziecie mieli takie „PANI AUTORKO, PRZEPRASZAM, ŻE CO?!”. No, ale nie będę spoilerować.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria Książki

*Przysięgam, że w końcu wrzucę recenzję „Szóstki Wron”! Była gotowa już w styczniu :’)

PS Nie wiem czy to zmieni wasze życie, ale pisanie recenzji o godzinie 1 w nocy z podkładem w postaci Lady GaGi, Britney Spears i wszelkich hitów mojego dzieciństwa, to rzecz piękna. Mogłabym tak zawsze.
0

sobota, 3 marca 2018

Potwory przejmują miasto: Okrutna Pieśń, Victoria Schwab

„Sunaj, Sunaj, czarnooki, pieśń zanuci, porwie duszę”

Seria: Światy Verity
Tytuł: Okrutna Pieśń
Autor: Victoria Schwab
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Ilość stron:453
Ocena: 7/10
Opis: Kate Harker i August Flynn są następcami przywódców podzielonego miasta – miasta, gdzie z przemocy zaczęły rodzić się prawdziwe potwory. Kate chciałaby dorównywać bezwzględnością ojcu, który pozwala potworom wałęsać się po ulicach, a ludziom każe płacić za ochronę. August chciałby być człowiekiem, mieć dobre serce i odgrywać większą rolę w obronie niewinnych przed potworami – niestety sam jest jednym z nich. Może ukraść duszę, wygrywając pieśń na swoich skrzypcach. Jednak Kate odkrywa jego tajemnicę…

„Monstra, monstra, małe, duże...”

O Victorii Schwab już trochę było: „Odcienie Magii”, czyli jak skutecznie mnie zabić (kilka razy). Ciężko, żebym nie wyczekiwała jej kolejnych książek, żebym nie miała pewnych oczekiwań, żebym się nie nakręcała na każdą informację o planach wydawniczych tej autorki... No wiadomo, jak to jest. Tylko, że strasznie bałam się tej książki i z oczekiwaniami musiałam połączyć takie ciche uspokajanie się, żeby nie wyobrażać sobie cudów na kiju. Zrozumcie, po Maas i jej spektakularnej porażce z „Dworami”, co do których miałam wielkie nadzieje (naiwna ja), kolejne głośne książki, kolejnej młodej autorki, która już raz zniszczyła mnie emocjonalnie... Widzę tu pewien schemat. Nie chciałam wiele, chociaż moje nadzieje i tak trochę namąciły. „Okrutna Pieśń” nie jest zła, nie jest porażką, ale też nie jest czymś tak dobrym, jak „Odcienie Magii” - to taki przeciętniaczek, ale przyjemny, oryginalny i dobrze napisany. Trochę nie zgadzają mi się daty wydań. Szybciej bym powiedziała, że pierwsza część „Światów Verity” jest debiutem Victorii Schwab, a to „Mroczniejszy odcień magii” powstał po dopracowaniu warsztatu, a tu zonk, to Kell, Lila i Rhy pierwsi ujrzeli światło dzienne, a potem pojawili się Kate i August. Dziwne to.
Koncept! Bo to mi się najbardziej podoba! Potwór kradnący dusze za pomocą muzyki, w dodatku August gra na skrzypcach – jak w książce są skrzypce, działa to tak samo, jak jest kot (on też się pojawia), po prostu będzie dobrze. Pomysł na potwory zrodzone z grzechów wydaje się dość świeży, jeszcze o czymś takim nie czytałam. Spodziewałam się takich typowych potworów/demonów, a tutaj przybierają one formę ludzką (mniej lub bardziej zdeformowaną). Ich gatunek, zachowanie, sposób, w jaki stwarzają niebezpieczeństwo, jest zależny od popełnionego przestępstwa. Jak Corsaje i Malchaje są zwyczajnie potworne, ich umysły są wypaczone, żyją, żeby mordować, tak Sunaje wydają mi się zwyczajnie tragiczne, no bo weź tu bądź potworem, z pełną świadomością, zdolnością odczuwania i przeżywania tak, jak ludzie i zostań zesłany na ten świat, żeby kraść dusze. Tak 2/10 bym powiedziała. Pewnie dlatego ich lubię, dostarczają mi trochę cierpienia, a jestem typem czytelnika, który żywi się dramami i cierpieniem. No i mamy też teren pewnego znanego nam państwa, którego nazwy nie zdradzę, zmieniony, podzielony. W ogóle co się tam wydarzyło i czemu? Nie wiadomo, ale odnoszę wrażenie, że akcja z Prawdziwości to dopiero początek ogólnej rozpierduchy. Mamy miasto podzielone między dwóch przywódców, z których jeden wydaje się być najgorszym potworem, a drugi przygarnął trzy potwory. Panowie raczej się nie lubią i w ogóle sytuacja jest nieciekawa, więc pokrętnych intryg też nie zabraknie. Mają też potomstwo, swoich następców, które odstawia niezłą manianę. (Kolejny powód, żeby mieć koty zamiast dzieci. Wspomnicie moje słowa!) No ciekawe, czemu coś poszło nie tak? Serio, nie wiem. Przecież tak dobrze im szło, zero zagrożenia, zero problemów. Kto by się przejmował?
Dość szybko się to czyta, jak już znalazłam czas, to większość książki przeleciała mi dosłownie w kilka godzin. Po części to zasługa fabuły, bo jak na początku musi się rozkręcić, to potem autorka mąci, wrzuca szybszy bieg i ogólnie stosuje zabieg „przykleić nieszczęśnika do książki”. Dzieją się rzeczy dziwne, więc chce się wyjaśnień, główny wątek coraz mocniej się rozkręca, coraz więcej postaci knuje i kombinuje, pojawia się głodny potwór, trochę wspomnień wyjaśniających niektóre sytuacje – po prostu chce się czytać. Tylko, że... Koncepcja jest bardzo oryginalna i ciekawa, za to już sama fabuła wydaje się znajoma, takie nic odkrywczego, nic wstrząsającego, ale przyjemnie się czyta. No, jedna rzecz mogła być wstrząsająca, ale okazało się, że ojciec Kate nie był aż tak popieprzony i nie podzielał gustu Belli Swan. (Edward jednak był mniej obrzydzający.) W sumie na koniec jest kolejne zaskoczenie, bo to knucie okazuje się o wiele bardziej zawiłe, ale to sam koniec. Większość książki jest po prostu typowa, zbyt znajoma, żeby się tym jakkolwiek zachwycić. Czyta się szybko i przyjemnie, bo nie męczy, ale równocześnie ma się takie „no ok, niech będzie”. Victoria Schwab dostaje złotą gwiazdkę i order dzielnego pisarza, za olanie wątku romantycznego – chwała i chałwa jej za to!
Bardzo polubiłam postacie, a jak nie budziły we mnie ciepłych uczuć, to przynajmniej spodobała mi się ich kreacja. August i Kate są zwyczajnie dobrze skonstruowani i nie występuje tu takie typowe w młodzieżówkach „a będę wredną, silną, niezależną suczą, bo tak, ale zacznę mieć ludzkie odruchy, jak przyjdzie co do czego”. Ich charaktery są w pełni uzasadnione, a autorka dba o to, żebyśmy ich zrozumieli. Bardziej polubiłam Augusta, ale on ma skrzypce i przygarnął kota, dostał fory, poza tym wytwarza przyjemne pokłady cierpienia i jego narracja zawiera trochę nawiązań do muzyki i astronomii. Kate za to wznieciła pożar i jest uparta jak osioł, ale ze swoich powodów, a przy okazji jest typem kombinatorki – da się lubić. Poza tym ma ciekawe backstory, a to tygryski też lubią. Pozostałe postacie też nie raziły jakimiś nielogicznymi zachowaniami, ciężko mieć do nich jakieś zastrzeżenia.
No i muszę przejść do marudzenia. Autorka spisała się dobrze, choć książka nie była jakaś super świetna, wolę „Odcienie Magii” i pewnie tak już pozostanie, jednak kontynuację „Okrutnej Pieśni” też chętnie przeczytam, tylko... Wydawnictwo! To moja pierwsza książka Czwartej Strony i muszę powiedzieć, że dawno nie widziałam tyle błędów w tekście, a nie dostałam egzemplarza do recenzji, tylko kupiłam książkę w Empiku. No i literówki jeszcze bym zniosła, bardziej znane mi wydawnictwa też potrafią ich sporo nastrzelać, tylko to jest najmniejszy problem. Dziwne zmiany narracji z trzeciej osoby na pierwszą i w jednym albo dwóch miejscach zmiany czasu. Do tego błędy w dialogach, kiedy te już się kończą i kolejne zdanie to myśli bohaterów, a są one zapisane w dialogu, jakby nie przestawali mówić. No i czasem to myśli Augusta, kiedy ostatnia odzywała się Kate. Takie rzeczy strasznie przeszkadzają w czytaniu, dezorientują i irytują. Poza tym czasem nazwa miasta jest przetłumaczona, czasem nie, a nazwa serii jest trochę dziwna. Jak "Monsters of Verity" zmieniło się w "Światy Verity"? Tym bardziej, że Verita to miasto.
Mam nadzieję, że to jednorazowa wpadka w redakcji i korekcie, bo jak w drugiej części pojawią się podobne cuda, to nie będzie dobry znak. Samo wydanie mi się podoba, podział między częściami, oprawa graficzna i dość wytrzymała okładka. Chociaż też chcę w końcu napisać coś, co zawsze mnie irytuje: polecajki na okładkach! Jak widzę ileś nazw recenzentów, youtuberów, porównania do innych znanych książek, to mnie coś trafia. Nie cierpię tego. Nie wszystkie grzechy są tutaj popełnione, no ok, ale to zawsze wkurza tak samo. Piszę to w recenzji, więc może ktoś to nazwie strzałem w stopę, ale no... Nie obchodzi mnie, ile znanych recenzentów to poleci i co o tym powie, a wręcz czasami potrafi mnie zniechęcić (alergia na booktube, widzę znajomą nazwę, przypominam sobie całą irytację, jaką filmiki danego twórcy we mnie wywołały). Krótki fragment recenzji? Co on właściwie da? Bo naprawdę uważam, że te dwa/trzy zdania wyrwane z całego tekstu nie są ani trochę pomocne, to nawet nie jest cała opinia. No i uważam, że jak już patrzy się na recenzje danej pozycji, to raczej nie na jedną, bo każdy zwraca uwagę na inne aspekty, ktoś się zachwyci i w ogóle nie wspomni o błędach, a ktoś wymieni ich całą masę. Czasem nawet kilkanaście recenzji może nic nie mówić – wskażcie mi choć kilka krytycznych recenzji „Dworów” poza moją i tekstami autorki Niebieskich Iskier. Nie podaję tego przykładu, żeby pokazać, że ta seria jest zła (no jest, ale nie o to teraz chodzi), ale dlatego, że wszyscy wręcz na siłę to polecają, krytyka czasem jest zupełnie pomijana, a potem znajduje się kilka osób, które przyzna, że czytali przez polecenia i żałują. No, to tak przy okazji, chociaż może kiedyś do tego wrócę. Po prostu nie lubię takich polecajek i zaraz po otwarciu książki jakoś mnie to zabolało.
Tak już kończąc, bo widzę zgubny koniec drugiej strony, to „Okrutna Pieśń” jest w miarę... Ok? No jak chcecie odpocząć przy czymś lżejszym, ale nie nudnym i rozwlekłym, to będzie dobra. Chce się to czytać dalej, nie jest jakaś głupia, nie wrzucę jej w kategorię „odmóżdżacz”, bo nim nie jest. To przeciętne, młodzieżowe urban fantasy, które da się polubić. Potrafi zaskoczyć i namieszać, ale bez fajerwerków i prób doprowadzenia czytelnika do skraju załamania nerwowego. Uznam to akt łaski ze strony autorki, bo jest zdolna do o wiele gorszych czynów, za które ją kocham i nienawidzę równocześnie. Polecam tę panią, nie zawaliła! Drugą serię też polecam, niżej nawet podlinkuję swoje pitolenie (i po poprzednim akapicie mam nadzieję, że nie zdacie się tylko na mnie). No i tyle ode mnie. Niedługo zobaczycie tu coś podejrzanego.
4

sobota, 28 października 2017

Dramy ze świata Nocnych Łowców edycja 13: Władca Cieni, Cassandra Clare


Seria: Mroczne Intrygi
Tytuł: Władca Cieni
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 848
Ocena: 8/10
Opis: Czy oddałbyś bratnią duszę… za swoją prawdziwą duszę?
Życie Nocnego Łowcy to życie w pętach powinności. W więzach honoru. Świat Nocnego Łowcy to świat uroczystych przysiąg, a nie ma ślubów świętszych niż te łączące parabatai – wojowników-partnerów, którzy mają razem walczyć i razem ginąć, lecz nigdy, przenigdy nie wolno im się zakochać.
Emma Carstairs odkryła, że miłość odwzajemniona przez jej parabatai, Juliana Blackthorna, jest nie tylko zakazana, lecz także śmiertelnie niebezpieczna: może zniszczyć ich oboje. Wie, że powinna uciec od Juliana, lecz jakże miałaby to zrobić, gdy Blackthornom ze wszystkich stron zagrażają wrogowie?
Ich jedyną nadzieją jest Czarna Księga Umarłych, magiczny wolumin o ogromnej mocy. Wszyscy chcą ją dostać, ale tylko Blackthornowie są w stanie ją odnaleźć. Emma, jej najlepsza przyjaciółka Cristina oraz Mark i Julian Blackthornowie przybywają do Faerie – gdzie hulaszcze zabawy skrywają krwawe zagrożenie i żadnej obietnicy nie można ufać – by tam zawrzeć mroczny pakt z królową Jasnego Dworu. Tymczasem narastające napięcie między Nocnymi Łowcami i Podziemnymi doprowadziło do wyłonienia Kohorty, grupy ekstremistów wśród Nocnych Łowców, którzy domagają się wprowadzenia obowiązku rejestracji Podziemnych i „niewygodnych” Nefilim. Zrobią wszystko, co w ich mocy, by ujawnić tajemnice Juliana i przejąć władzę nad Instytutem w Los Angeles.
Kiedy Podziemni zwracają się przeciw Clave, pojawia się nowa groźba w postaci Władcy Cieni – króla Ciemnego Dworu, który wysyła swoich najlepszych wojowników z zadaniem wymordowania wszystkich, w których żyłach płynie krew Blackthornów, i przechwycenia Czarnej Księgi. Gdy mordercza pętla zaciska się wokół Juliana, ten opracowuje ryzykowny plan ratunkowy. Jego powodzenie zależy od współpracy z nieprzewidywalnym nieprzyjacielem. Sukces może jednak mieć swoją cenę, której ani on, ani Emma nawet sobie nie wyobrażają; krwawy rachunek, który – być może – przyjdzie zapłacić wszystkim, których kochają.

Był setką strzał wystrzelonych z setek łuków w tej samej chwili.


Raczej nikogo nie zaskoczę moją słabością do Nocnych Łowców. Clare wyleczyła mnie po Maas. Nawet trochę mnie rozbawiło, że w drugiej książce z rzędu mam faerie i różnica pomiędzy „Dworami” a „Mrocznymi Intrygami” jest nieporównywalna, może dlatego, że Clare starała się przybliżyć nam baśniowy ludek, a Maas interesowała się głównie naczelną Mary Sue i jej Tru Loffem no.2. Cokolwiek, po prostu „Władca Cieni” pomógł mi się zebrać z tej beznadziei, żeby rozpłaszczyć mnie na ścianie. Końcówka niszczy. Poza tym no jak ja mogłabym nie pokochać kolejnej książki ze Świata Cieni? Nie wiem jak ta kobieta to robi, że jeszcze ani razu nie kłapnęłam na nią zębami za jakość książek (za inne rzeczy bywa różnie, znęca się nade mną). Od razu też zaznaczam, że wyrzekam się polskiego tytułu pierwszego tomu, ale drugi został pięknie przetłumaczony.
„Władcę Cieni” dosłownie połknęłam, bo książki Clare już takie są. Zapominasz się aż tu koniec... I co dalej? Poważnie pytam! W tym momencie widzę jedynie krajobraz po huraganie. Trzecia część potrzebna na wczoraj! Razem z wyjaśnieniami! To jeden z większych plusów serii o Nocnych Łowcach, czyta się przyjemnie i szybko, nawet nie zauważa się, kiedy dociera się do kolejnych stron. Raczej nikt nie lubi ślęczeć nad tekstem i zastanawiać się za ile stron kolejny rozdział.
Szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam, jak fabuła miała wyglądać po „Lady Midnight”. Jak „Dary Anioła” i „Diabelskie Maszyny” pozostawiały miejsce dla domysłów o tym, jak historia potoczy się dalej, tak „Mroczne Intrygi” nie do końca. Nie chodzi mi o niezamknięte wątki, a bardziej o główną linię fabularną. Valentine, Mortmain, Sebastian to gałgany, które zawsze czaiły się, żeby jako pierwsi zacząć mącić. „Lady Midnight” skupiała się głównie na morderstwie rodziców Emmy i kolejnych ofiarach jakiegoś tajemniczego cwaniaka, to się porozkładało na kilka wątków i gdyby nie wiele niewyjaśnionych relacji między postaciami, mogłaby się zakończyć jako samodzielna książka. No jeśli nie liczyć Annabel, ale szczerze mówiąc, gdyby Clare chciała, mogłaby jej nie ruszać i mieć spokój z dwiema kolejnymi książkami. Nie chcę tu powiedzieć, że kontynuacja nie jest potrzebna, po prostu kompletnie nie mogłam rozgryźć, co się zadzieje we „Władcy Cieni”. Nie wiem czy to miłe zaskoczenie, bo pewnego czarownika i cały oddział Centurionów wyniosłabym na kopach poza kanon, a to wszystko ich wina. Oczywiście Emma i Julian, którzy dla mnie nie byli najważniejsi, ale dla mniej pokrzywionych czytelników jest to raczej ważny wątek, do tego bardzo sporny. Wszyscy ganiają za magiczną księgą, pojawia się Ta Ruda Sucz aka królowa Jasnego Dworu (nie ufam jej, cokolwiek by nie mówiła, poza tym wydawało mi się, że jest martwa). Poza tym zabawa w politykę Clave. To ostatnie to chyba mój największy problem. Kohortę też wyniosę na kopach z kanonu za same sugestie o Magnusie i Alecu. A walcie się dziady! Ogólnie ta część to jedna wielka drama! Nie zaskoczę nikogo, pisząc, że świetnie się bawiłam.
To, co tygryski lubią najbardziej – jak tam z postaciami? Szczerze mówiąc, przepadłam. Blackthornów nie da się nie kochać, pod warunkiem, że Julian nie zrobi Rzeczy. Jeśli się na TO zdecyduje – jest dla mnie martwy, w ogóle w tym momencie skreślam go całkowicie. Nie mogę powiedzieć co, ale nie chodzi o samą Emmę, a miałby to zrobić ze względu na nią, więc no... NIE. Poza tym są bardzo uroczy, szczególnie Ty i Mark. Naprawdę, scena z krasnalem ogrodowym i Markiem wygrała prawie całą książkę. W sumie też ciężko ich wszystkich oddzielnie oceniać, razem tworzą po prostu taką świetnie zgraną gromadkę. Nie do końca rozumiem czemu ludzie tak denerwowali się na Emmę. Hej, w porównaniu do Clary to ona jest wręcz idealną główną bohaterką! (Chociaż tak nie do końca główną.) Może nie jestem nią wyjątkowo zachwycona, ale jestem w stanie zrozumieć czemu zachowywała się tak, a nie inaczej. Sytuację ma jednak niezbyt ciekawą. Kit to w ogóle mój ukochany klusek, 100% Herondale'a w Herondale'u, chociaż nie chce tego przyznać. Oby tylko Jace go nie zadręczył, jeszcze sprzeda mu historię o kaczym spisku przeciw ich rodowi. Kierana chętnie bym przytuliła, dajcie temu dzieciakowi trochę spokoju! Mogliby w końcu dać mu spokój ze spiskami. A na koniec Magnus, Alec, Max i Rafe! Nie ma niczego, na co tak bym czekała, jak na moje OTP i ich dzieci. Alec tak bardzo dorósł, rany, aż chce mi się płakać. Chociaż dalej jest tym samym trochę nieogarniętym i wrednym Lightwoodem, w ogóle zostawia dzieci z nieznajomymi, bo lubią dzieci... Niech mi ktoś jeszcze się go uczepi, że jest taki okropny. Sami też kiedyś byliście okropni. Cieszę się, że zawsze był nieidealny, a zamiast tego widzimy jak do wszystkiego dorasta. W „Mieście Kości” za sugestię o jego orientacji zrobiłby z kogoś szaszłyk, teraz byłby zdolny do tego samego ale za czepienie się Magnusa, a nie za „jesteś gejem?”. Magnus w sumie też zdobywa tytuł ojca roku. Kto karmi dzieci muffinkami i czemu nigdy mnie nie adoptował?! Na dzieci to ja mam alergię, ale Max i Rafe to też urocze kartofle. W ogóle tam ci główni uczestnicy dramy nie dają się nie lubić. Nie ma jednej głównej postaci, nikt nie jest faworyzowany.
Same relacje między wszystkimi postaciami wymagałyby gigantycznej tablicy i sporego zasobu kolorowych markerów. Każdy z kimś coś ma, ale da się ich mniej więcej podzielić. Emma i Julian mają swój dramat i tutaj raczej nie trzeba wiele mówić. Cieszę się, że nie zaleciało totalną romansową dramą, jak to każdy każdego kocha, że aż mi mózgi pozżerało. Starają się ogarniać sprawę i dla mnie to się liczy, poza tym zachowują się dość odpowiedzialnie. Nie ma „MY KONIECZNIE MUSIMY BYĆ RAZEM” i no nie mogę zaspoilerować, ale jeśli w kolejnej części coś nie trzaśnie (w Clave robi się burdel, więc kto wie...) to naprawdę doceniam to, co postanowili zrobić. Mark i Kieran powinni ogarnąć dupska i być razem, zamiast tego nagle do tego dołącza Cristina, z którą kręci się meksykańska telenowela z Diego i Jamiem, a ci dwaj w ogóle robią jakieś pokręcone rzeczy i potrzebuję więcej tego wątku. W ogóle tutaj jest dość zabawnie, kręcą się jakieś intrygi, a ja wiem, że nic nie wiem. Jest Diana, która dostaje piękne pięć minut w towarzystwie wodza Dzikiego Polowania. Chyba nie wnikam skąd to się autorce wzięło, ale też zbyt normalnie nie jest (i mówię tu tylko o ich relacji). Następne są bliźnięta i Kit, chyba najbardziej kochałam fragmenty z ich perspektywy. Ty i Livvy chyba jako jedyni naprawdę zainteresowali się Kitem i starają się, żeby z nimi został. Poza tym to takie trochę większe szczeniaczki, które pakują się w największe kłopoty i wychodzą z tego iście po szczeniaczkowemu, Magnus musiał mieć przez nich deja wu. Spora część tej książki opiera się na jakichś zakręconych relacjach, a ja się bawię dalej, bo uwielbiam jak ta część jest dobrze zrobiona.
Jeśli chodzi o samą intrygę, to kilka razy pospadałam z krzesła. Niezbyt mogę wyjaśnić, co się dzieje, bo wszystko to spoilery. Wiecie jedynie, że Annabel się obudziła, ale ona jest tylko fragmentem. Z grubsza – chodzi o to, że wszyscy chcą Czarną Księgę, a król Ciemnego Dworu to wstrętna paskuda, królowa Jasnego Dworu ciągle kombinuje i każde najchętniej pozbyłoby się tego drugiego. No bywa. Pojawiło się też kilka niewyjaśnionych scen, do których mogę dopisać kilka teorii spiskowych. Brakuje odpowiedzi, a okładka trzeciego tomu zostanie ogłoszona dopiero za dwa tygodnie i gdzie tu mówić o całej książce? Mogę zapewnić, że nie idzie się nudzić, ciągle chce się więcej no i połyka się książkę. Poza tym jest też kwestia Centurionów, Clave i Kohorty. Clare bawi się w politykę, trochę bardziej zagłębia się w funkcjonowanie rządu Nocnych Łowców, bo do tej pory poznawaliśmy jedynie pojedyncze postacie, nie mamy pojęcia jak wygląda całe społeczeństwo. Wygląda dość irytująco i na miejscu Aleca chodziłabym na zebrania Rady z torbą popcornu. Centurioni, na czele z największą znaną mi zarazą znaną jako Zara są, w większości, zakutymi pałami z kijami w tyłkach. Nie chodzi o bycie służbistą, nie. Ubierzcie sobie skrajnych nacjonalistów w mundury i dajcie im na wszystko protokoły, tak wygląda opcja Zary. Kohorta nie lepiej, po prostu wśród nich przeważają stare dziady, a nie młodzi jak to jest z Centurionami. Z pewnych względów jest się czym martwić, ale to kolejny spoiler. Nic się nie dowiecie.
I tak pitu pitu. Lubię to, naprawdę, ale to nie to samo, co wcześniej. Nie wiem od czego to zależy, ale nie czuję dokładnie tego samego, co we wcześniejszych seriach. „Mroczne Intrygi” mają swoją magię, ale jest ona trochę bledsza, brakuje mi jakichś nieokreślonych rzeczy. Ta seria różni się od „Darów Anioła” i „Diabelskich Maszyn”, na pewno mamy więcej postaci, co dla mnie jest z jednej strony świetną zabawą, a z drugiej jest ich tyle, że choć większość mnie oczarowała, muszę wybrać kilku ulubieńców. (Kieran, Kit, Ty, Mark, jakby ktoś pytał.) Nie mogę dać temu najwyższej oceny, bo zwyczajnie nie czuję, żeby to było miarodajne. Chociaż muszę też oddać honor, bardzo doceniam to, że tutaj bardziej zagłębiamy się w społeczność Nefilim, odkrywamy Świat Cieni od tej zaznajomionej z nim strony. Chociażby taki Nocny Targ, to chyba mój ulubiony element w tej serii. Niebezpiecznie i magicznie, aż chce się tam zapuścić i sprzedać duszę Szatanowi. W ogóle ma być jakaś seria opowiadań powiązana z tym miejscem! Czekam!
„Władca Cieni” ma naprawdę wiele drobnych elementów, które mnie ujęły. Wersy wiersza jako tytuły rozdziałów tak na przykład. Humorystyczne elementy, za które kocham książki Clare. To, że kilka zdań potrafi mnie zupełnie połamać, zdeptać i sprowadzić do stanu nieskładnie mamroczącej galarety. Urocze scenki potrafiące rozpuścić mnie jak stężony kwas siarkowy. Niby nic nieznaczące rozmowy, małe fragmenty tekstu, które koniecznie muszę zaznaczyć, bo dla mnie to ważne i koniec! „Dary Anioła” jak na razie są dla mnie na pierwszym miejscu, nawet jeśli tam muszę się użerać z Clary, „Diabelskie Maszyny” mnie zniszczyły i w ogóle to powinno być oznaczone jako produkty potencjalnie niebezpieczne, „Mroczne Intrygi” to nie to samo, brakuje jakiegoś wspólnego mianownika, ale są dobre. Nigdy dość Nocnych Łowców, dopóki Clare ma pomysły, które działają i jej wychodzi, będę kupować kolejne książki. Wyrobiła sobie moje zaufanie i przez trzynaście książek prawie nigdy nie zawaliła, wyjątek stanowi „Miasto Upadłych Aniołów” ale ono jest zwyczajnie do przeżycia i w kontynuacji wszystko wraca do normy. Nie polecę dojrzałym ludziom, bo wiem, że to nie ten poziom, ale umówmy się – obracam się głównie wokół dość młodych czytelników, którzy są grupą docelową tych książek. Have fun, wszyscy umrzemy! Ja po tej części na pewno jestem nieżywa, tylko nie wiem czy bardziej przez uroczość czy końcówkę. Poproszę brokatową urnę.

Martwa bardziej niż zwykle
Lucy
10

poniedziałek, 31 lipca 2017

Zła Krew, Sally Green

Seria: Zła krew 
Tytuł: Zła krew 
Autor: Sally Green 
Wydawnictwo: Uroboros 
Ilość stron: 398 
Ocena: 10/10 
Opis: Współczesny świat, w którym obok ludzi żyją wiedźmy - dobre białe oraz złe czarne. Piętnastoletni Nathan jest mieszańcem obu zwaśnionych rodów. Ścigany i wyalienowany decyduje się przetrwać za wszelką cenę. Pierwsza część trylogii. O woli przetrwania, która pokonuje wszelkie przeciwności.

Nie mogłabym nawet dotknąć czegoś tak złego jak ty.


Wielkiej filozofii nie będzie. Na „Złą Krew” zwróciłam uwagę, kiedy cała seria wyskoczyła mi na Goodreads między książkami z wątkiem LGBT. Jestem okropna, wcześniej czasami widywałam informacje o tej serii na Facebooku wydawnictwa Uroboros i nigdy się za bardzo nie pokusiłam o chociaż gram zainteresowania, ale... Nie wiedziałam, że to kolejna książka z magią i Londynem! Londynu okazało się być niewiele, ale podczas czytania już mi to nie przeszkadzało. Także historia mojego sięgnięcia po twór Sally Green jest chyba dość płytka, ale co ja mogę za bycie dziwną odmianą sroki? 
Natan, znany też jako półkod, jest dzieckiem czarodziejki i najbardziej poszukiwanego czarownika w całej Wielkiej Brytanii, chłopak jest w połowie biały, a w połowie czarny. Z tego powodu całe społeczeństwo białych czarodziejów go nienawidzi. Traktują go jak tykającą bombę zegarową, coraz bardziej ograniczają mu wolność, rówieśnicy się nad nim znęcają. Jedynymi przychylnymi mu osobami są babcia, dwójka rodzeństwa i koleżanka z klasy. Z roku na rok jego sytuacja pogarsza się, aż zostaje wtrącony do klatki. Coraz szybciej zbliżają się jego siedemnaste urodziny, w które powinien otrzymać swoje trzy dary i napić się krwi członka swojej rodziny, inaczej umrze. W dodatku elitarna grupa czarodziejów – Łowcy – śledzą każdy jego ruch, najchętniej by go zabili. Natan jednak ma nadzieję, że w końcu pojawi się jego ojciec, żeby mu pomóc. 
Nie wiem, co mam zrobić z tą książką. Naprawdę, czegoś takiego jeszcze nie spotkałam, ewentualnie mogę nawiązać do „Magisterium”, ale to nadal nie to. Nigdy jeszcze nie czytałam niczego, w czym nie dało się w ogóle określić, kto tu jest dobry, a kto zły. Nienawidzę białasów, jak to pogardliwie autorka nazwała białych czarodziejów, poza dwójką z trójki rodzeństwa Natana, jego babcią i Annalise, nie potrafię sobie przypomnieć nikogo z nich, kto nie byłby okropny. Celia jeszcze czymś tam się wykazała, ale reszta to totalne dupki. Powinni być tymi dobrymi, bo to czarownicy są „tymi złymi”, w końcu parają się czarną magią, mordują, budzą strach, ale kiedy to biali przez większość książki są oprawcami, czuję kompletną dezorientację. Pośrodku mam Natana, którego jako postać polubiłam, chociaż jest specyficzny, ale i tak widzę, że też nie jest do końca dobry. Nie da się powiedzieć, kto tu jest po jakiej stronie, bo wszyscy są źli. Kibicowałam Natanowi, polubiłam kilka postaci, ale nadal nie mam pojęcia w którą stronę to zmierza i prawie wszyscy mają tu coś za uszami. Było też kilka postaci, które wydawały mi się całkowicie w porządku, szczególnie Gabriel i Arran. Cieszę się, że Natan na nich trafił, bo ten dzieciak zbyt wiele złego musiał znieść. Komu miałam ochotę najbardziej urwać głowy? Jessica i bracia Annalise. Starsza siostra, która wiecznie znęca się nad Natanem i uważa go za źródło wszelkiego zła, wprost mu mówi, że chce go zabić. O rodzeństwie O'Brien to się nawet nie wypowiem, bo chcę zachować chociaż trochę kultury. W sumie to dość ciekawe zagranie, naprawdę jeszcze nigdy nie spotkałam się z książką, w której nie dość, że podział na dobro i zło się zaciera, to większość postaci uważamy za złe. To zapunktowało, ale równocześnie tak rozstroiło mnie emocjonalnie, że przed drugim tomem musiałam zrobić sobie przerwę. 
Nie mogę autorce niczego odmówić. W tym wypadku wiem, że tak dokładnie miałam się czuć. Postacie są dobrze skonstruowane, a wszystko trzyma się kupy. Może część przed uwięzieniem Natana wydaje się dość monotonna, ale mniej więcej w połowie książki, kiedy już jesteśmy naprawdę blisko siedemnastych urodzin Natana, akcja coraz mocniej się rozkręca, żeby w końcu doprowadzić do walk czarodziejów z czarownikami, strzelanin i odnalezienia ojca Natana. Autorka zapewnia wiele zwrotów akcji, nawet w tej nudniejszej części, która ma służyć do zapoznania czytelników ze światem białasów, kiedy wyrabiamy sobie o nich opinię. To bardzo ważna część też ze względu na głównego bohatera. Poznajemy jego historię dla lepszego zrozumienia, czemu dokładnie taki jest - bez tego ciężko byłoby go polubić albo czulibyśmy się potwornie zagubieni. Ja z samego opisu sądziłam, że czarodzieje i czarodziejki są w porządku i muszą mieć jakiś powód dla nieufności wobec Natana, a on sam będzie antybohaterem. Ciekawa wersja, ale nie tak, jak to, co czekało na mnie w środku. Ostro się pomyliłam i na początku byłam w dość sporym szoku, kiedy zaczynałam rozumieć, co tam się w ogóle dzieje. 
Podsumowując: uważam, że „Zła Krew” zasługuje na większą popularność! To naprawdę zaskakująca i oryginalna historia, bo choć jest na poziomie młodzieżówki i widać tu standardowe schematy, to Sally Green tak wszystko obraca i przedstawia, że pojawia się coś nowego. Nie ufałabym tutaj niczemu, mam wrażenie, że w „Dzikiej Krwi” czeka mnie kolejny wielki przewrót. Nie mogę uwierzyć, że Marcus tak sobie to wszystko zostawi, tak samo Mercura. Ta dwójka budzi we mnie sporo niepokoju. Chcę wiedzieć, co dzieje się z Gabrielem i jak zakończy się jego historia z Natanem. To specyficzna książka, pewnie nie dla każdego, ale jak najbardziej godna polecenia. I mam ochotę zamalować to porównanie Sally Green do Stephenie Meyer na okładce. Nie, nie, nie! Gdzie tu to cudo do „Zmierzchu”?! Bez urazy dla fanów wampirów, ale „Zła Krew” stoi w zupełnie innej galaktyce! W ogóle nie dajcie się temu zwieść! A najlepiej to sami sprawdźcie, co mam na myśli! 

Odcinek drugi za jakiś czas. 
Lucy 

4