Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą C. Clare. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą C. Clare. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lipca 2020

Magnus znowu to zrobił: The Red Scrolls of Magic/Czerwone Zwoje Magii, Cassandra Clare, Wesley Chu



„Why is it supposed to be romantic to point out stars?”


Seria: The eldest curses/Najstarsze klątwy
Tytuł: The Red Scrolls of Magic/Czerwone Zwoje Magii
Autor: Cassandra Clare, Wesley Chu
Wydawnictwo: Simon&Schuster/We need YA
Ilość stron: ENG: 350/PL: 472
Ocena: ENG: 10/10, kocham to totalnie miłością największą i dałabym więcej, gdybym mogła!
PL: Nawet nie potrafię tego wyrazić, było źle, to wydanie wpada na moją osobistą listę dramatów 2020.
Opis: Jedyne, o czym marzył Magnus Bane, to podróż po Europie z Alekiem Lightwoodem – Nocnym Łowcą, który wbrew przeciwnościom losu w końcu został jego chłopakiem. Jednak gdy tylko para zadomawia się w Paryżu, przybywa stary przyjaciel z wiadomościami o sławiącym demona kulcie zwanym Szkarłatną Ręką. Kult został lata temu założony przez Magnusa dla żartu, teraz pod nowym przywództwem dąży do wywołania chaosu na całym świecie. Magnus i Alec wyruszają w pogoń po Europie, aby wyśledzić Szkarłatną Rękę i ich nieuchwytnego nowego przywódcę, zanim zgrupowanie spowoduje więcej szkód. Magnus i Alec będą musieli zaufać sobie bardziej niż kiedykolwiek – nawet jeśli oznacza to ujawnienie tajemnic, które chcieli zatrzymać tylko dla siebie. (Po angielsku było w sumie tak samo, a ja jestem leniem.)

„Magnus wondered if he would ever get used to being surprised by Alec Lightwood. He hoped not.”



Gdyby z pięć lat temu ktoś mi powiedział, że Cassandra Clare wyda książkę, której głównymi bohaterami będą Magnus Bane i Alec Lightwood, a fabuła będzie skupiać się na tym, że Magnus narobił przypału, że będzie to osadzone podczas ich wakacji pomiędzy „Miastem szkła” i „Miastem upadłych aniołów”, byłabym chodzącą kulką szczęścia. Kiedy około dwa lata temu okazało się, że będzie o nich cała seria… No cóż, stałam się szczęśliwą bułą, bo Magnus i Alec są najpiękniejszymi postaciami, jakie było mi dane poznać, wyżej jest już jedynie moja najukochańsza Ahsoka. Wiecie, uwielbiam ich na tyle, że przełamałam się i kupiłam książkę, zamiast rozbijać cały swój pieniądz na łyżwy. Mało tego, w końcu przeczytałam coś po angielsku tak w całości, od początku do końca. Warto było, a angielski wcale nie był taki straszny.
Szczerze mówiąc, uważam, że „The Red Scrolls of Magic” to nie jest książka, od której można zacząć czytać Clare. Nie i koniec. Weźcie sobie każdą inną serię, ale ta się po prostu nie nada. Mogę to delikatnie porównać do „Avengers: Endgame” – żeby się tym w pełni cieszyć, musisz znać przynajmniej „Dary Anioła”, bo nie ogarniesz, o czym oni gadają, nie poczujesz tego klimatu, pospoilerujesz sobie nie dość, że DA to jeszcze „Diabelskie Maszyny”. Clare w tym wypadku zakłada, że znasz przynajmniej rodzeństwo Aleca, wiesz, o czym były pierwsze trzy części „Darów Anioła” i nie potrzebujesz, żeby ktoś ci po kolei tłumaczył mechanikę świata przedstawionego. Poza tym jest tam tyle easter eggów, że bez znajomości uniwersum stracisz sporo zabawy. „The Red Scrolls of Magic” to książka dla fanów Nocnych Łowców. (Dlatego też kompletnie nie rozumiem, jak polski wydawca mógł powysyłać egzemplarze recenzenckie ludziom ze swojej listy bez pytania, czy są zainteresowani. I dowiedziałam się tego bezpośrednio od jednej recenzentki, żeby nie było, że sieję ferment.)
Fabuła jest podsumowaniem całego żywota Wysokiego Czarownika Brooklynu. Magnus, znowu to zrobiłeś! Nasi bohaterowie wyjeżdżają na romantyczne wakacje – żeby bliżej się poznać i sprawdzić, czy ich związek ma jakąś przyszłość – jednak szybko zostają one przerwane. Okazuje się, że Magnus wiele lat wcześniej dla żartu założył kult czczący Wielkiego Demona. Wiadomo, czarownik był pijany, a głównym założeniem sekty było robienie głupich żartów i hedonizm. Niestety, coś się zmieniło i w chwili obecnej jego wyznawcy mordują przyziemnych i faerie, wzywają demony, no nie są najgrzeczniejszymi obywatelami. Sam Magnus o tym nie pamięta i jest szczerze zdziwiony, kiedy okazuje się, że jest oskarżony o bycie ich przywódcą. Ogólnie rzecz ujmując przypał, trzeba opanować sytuację, żeby rada czarowników i Clave ukrócili żywota naszego ulubionego czarownika. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam, o czym ta książka będzie, prawie spadłam z krzesła. Kto inny, jak nie Magnus, mógł po pijaku i dla żartu założyć demoniczny kult? Już wtedy wiedziałam, że mam nową ulubioną książkę z tego uniwersum. No i się nie pomyliłam.
The Red Scrolls of Magic” spełnia wszystkie moje oczekiwania. Jestem w stanie przyjmować Magnusa i Aleca we wszelkich ilościach, a Clare wybrała sobie jeden z ciekawszych momentów ich związku. Dopiero zaczęli być ze sobą tak na poważnie i oboje z lekka nie ogarniają, jak się do siebie odnosić. Alec jak zwykle jest trochę nieogarnięty, nie ma pojęcia, co robi i czegoś by chciał, ale nie wie jak, wydaje mu się, że nie jest wystarczająco dobry, a potem nagle mówi coś kompletnie kochanego i aż chce się go wytulić. Nieważne, że jest świetnie wytrenowanym zabójcą demonów. To jak z kotami, niby taki perfekcyjny drapieżnik, ale ciężko się nie rozpływać, jaką jest puchatą kuleczką. Magnus też ma swoje wątpliwości, bo kto to widział umawiać się z Nocnym Łowcą, jak to zawsze są najwredniejsze, chodzące ideały, gotowe wsadzić cię za kratki za jeden mały pentagram, a Bane w ogóle z większością dzieci anioła ma raczej chłodne stosunki. To nie ma szans się udać. Tylko przy okazji bardzo chce, żeby to się udało. Alec i jego niewinność rozwalają wszelkie stereotypy, a wszyscy jego znajomi Magnusa zastanawiają się, czy aby na pewno nasz czarownik jest przy zdrowych zmysłach. Dochodzi do tego całe dramatyzowanie na temat jego pochodzenia, że odwalił kompletną głupotę z tym kultem, a że nasz czarownik ma dobre serducho to czuje się potwornie winny całej sytuacji. Ci dwaj przez całą książkę motają się między sobą, są trochę zakochanymi idiotami, trochę słodkimi bułami i tworzy to mieszankę idealną. Każda ich rozmowa jest jak miód na moje serce. Do tego Clare zaczyna układać między nimi dramę, przez którą w kolejnych częściach „Darów Anioła” co chwilę łamią mi serce. Wiecie, że Magnus nie opowiada Alecowi o swojej przeszłości, nie chce powiedzieć, kto był jego ojcem, strach Aleca przed nieśmiertelnością Magnusa… Wybornie się o tym czytało, nieważne, jak bardzo by mnie to bolało, uwielbiam takie rzeczy i obserwowanie początku tego bałaganu było czymś niesamowitym. Teraz wiem, jak się czuje kot sprawdzający, kiedy szklanka spadnie ze stołu. Jednak to nie tylko to, Clare nawrzucała tu trochę szczegółów, na które nigdzie indziej nie znalazło się miejsca, a były mi potrzebne do szczęścia. Na przykład poza naszą ulubioną parką pojawiają się Helen i Aline, które zawsze były gdzieś na boku i wiedziało się o nich głównie tyle, że są razem. Miały kilka akcji w „Królowej mroku i powietrza”, w których złapały mnie za serducho, ale nadal było tego mało. Tym razem dostały trochę więcej czasu antenowego (?) i kurde, kocham je! Szczególnie Aline, ta dziewczyna jest wspaniała, jak gada prosto z mostu, o co jej chodzi i ciężko jej jakkolwiek przeszkodzić jak już coś postanowi. Helen może nie dało się od razu lubić, bo przepraszam bardzo, ale wróg Magnusa jest moim wrogiem, ale trudno też było jej nie wybaczyć.
W wersji oryginalnej styl Clare naprawdę nie różnił się zbytnio od tego, co znałam z tłumaczeń Maga, a raczej to polskie wydania dobrze odzwierciedlały tekst po angielsku. Od razu poczułam znajomy klimat i aż chciało czytać się dalej. Wcześniej trochę się bałam ruszać książki po angielsku, bo jednak wymaga to trochę więcej skupienia i nadal nie ogarniam części słówek, więc bałam się, jak będzie z rozumieniem tekstu. No i tak, momentami nie wiedziałam, co to za dziwne słowo, ale sporo dało się wyciągać z kontekstu i nie przeszkadzało mi to. Poza tym doceniłam te ich duże wydania. Tekst jest jakoś tak przyjemniej sformatowany, samo czytanie mniej męczyło mi oczy i szło zaskakująco szybko. Chociaż to też może być zasługa autorki, bo „The Red Scrolls of Magic” naprawdę potrafi wciągnąć i gdyby nie moje granie w trzeciego Wiedźmina i przeżywanie nowych odcinków „The Clone Wars”, skończyłabym to w kilka dni. W sumie sporą część przeczytałam po prostu na raz.
Teraz wyobraźcie sobie, że tą część piszę dwa miesiące później. Po części dlatego, że wpadłam w wir pisania fanfików o Ahsoce, ale muszę przyznać, że też chętniej zajmowałam się innymi sprawami niż czytaniem. Bo było mi, kurde, przykro. Błagam was, czytajcie tę książkę w oryginale!
Kiedy dowiedziałam się, że to nie Mag a We need YA wyda „The Red Scrolls of Magic” w Polsce, poczułam lekki niepokój. Nie miałam wcześniej zbyt wiele do czynienia z tym wydawnictwem. Czytałam od nich, chociaż wtedy jeszcze działających pod Czwartą Stroną, „Okrutną pieśń” i do dzisiaj zastanawiam się, czy ta książka w oryginale by mi się spodobała. Kupowałam ją w przedpremierze i pierwsze wydanie chyba korektora nie widziało na oczy. Błędy były nawet tego kalibru, że wypowiedzi bohaterów lądowały w narracji i jedynie nagła zmiana płci mnie uświadamiała, że coś jest nie tak. Do tego już wcześniej słyszałam, że ich tłumaczenia Adama Silvery okropnie spłaszczają tekst i zabierają z niego cały klimat. Jednak starałam się być optymistyczna. Kurde, dostali książkę, na którą czekało pół fandomu, bo to w końcu Malec. Clare jest jedną z większych autorek młodzieżówek i mamy w Polsce już 15 książek jej autorstwa. Dlatego chciałam wierzyć, że się do tego przyłożą i zadbają o to, żeby fani nie poczuli zmiany wydawcy. Teraz czuję się mniej więcej, jak tego pamiętnego razu, kiedy źle wyliczyłam moment hamowania na łyżwach i zderzyłam się z bandą. Jedyną różnicą jest to, że nie mam wielkiego siniaka na samym środku czoła.
Chciałabym tu zaznaczyć, że naprawdę nie chcę wyżywać się na tłumaczu. O ile dobrze wystalkowałam, to była pierwsza książka, jaką tłumaczył i ostatecznie to wydawca decydował o jego zatrudnieniu [i w sumie ostatecznej akceptacji tłumaczenia i wydaniu – Cup zwróciła uwagę, a to ważne, więc zostawiam] . Ja też za jakiś czas pójdę do pierwszej pracy po ukończeniu studiów i mogę mieć tylko nadzieję, że się nie wyrżnę na samym starcie. Jeżeli kogoś należy winić, to tych ludzi na górze, którzy taki tekst zaakceptowali. Przepraszam bardzo, ale tłumaczenie i korekta tutaj kuleją i zepsuły mi całą radość z czytania. To jest dramat, cytując słynnego stawonoga. Odniosłam wrażenie, że wydawca postanowił kompletnie zignorować wszystkie inne książki Clare i tłumaczenia, które już znaliśmy z Maga, a wręcz zrobić wszystko na odwrót. Szczerze mówiąc, jako fanka Nocnych Łowców, czuję się jakby ktoś po prostu pokazał mi środkowy palec.
Gdybym miała przytaczać tu wszystkie błędy, jakie znalazłam w „Czerwonych Zwojach Magii” to siedziałabym nad tym tekstem cały dzień. Dlatego pozwólcie, że zalinkuję swojego Instagrama, tam w zapisanych stories jest większość kwiatków, jakie udało mi się znaleźć (o tu relacja z czytania). Jednak nie odmówię sobie przytoczenia pewnych przykładów. Jak na przykład stwierdzenia, że Tessa „uwielbiała” Nocnych Łowców. W oryginale było „loved”. Mowa o Tessie, kurde, ktoś właśnie totalnie olał całe „Diabelskie Maszyny” i relacje między Tessą, Willem i Jemem. Kto czytał, wie, jak łamali serducho. Kurde, przepłakałam całą „Mechaniczną księżniczkę” właśnie przez nich, to nie było „uwielbiała”, nie w tym kontekście. Co jeszcze? Nagle w Sali Anioła pojawiły się portrety! Nie wiem skąd, w oryginale nie było nic o portretach, no ale cóż… Okazuje się też, że Magnus rzucił na Clary zaklęcie pozwalające jej odzyskać pamięć, ale to tylko w polskiej wersji dzieją się takie cuda. Przypominam tylko – zaklęcia nie dało się zdjąć ani przywrócić od tak pamięci, Fray sobie wszystko przypominała z czasem, jak to zaklęcie słabło. Padło też stwierdzenie, że Alec walczył w Powstaniu. Szkoda tylko, że Alec miał wtedy 2 lata, a po angielsku w tym miejscu było „war”. Tak poza tym, Miecz Anioła nagle został Śmiertelnym Mieczem. Super, nie ma to jak dosłowne tłumaczenie i olanie nazw własnych z 15 innych książek. Raphael, wiecie, ten wampir latynoskiego pochodzenia, został Rafaelem. Subtelna różnica? Może, ale Raphael właśnie brzmi latynosko i tak powinno zostać, Rafael uderza w bardziej włoskie tony. Po co w ogóle zmieniać zapis czyjegoś imienia, skoro nijak nie przeszkadza to w tłumaczeniu? Jeszcze co do naszego wampira, to okazało się też, że leci na Magnusa! Poważnie, myślałam, że się opluję, kiedy to przeczytałam. Przy okazji, Raphael był aseksualny i aromantyczny, gratuluję, właśnie zignorowaliście jego orientację. Po angielsku mieliśmy „I forgot you have no interest in Magnus”, kiedy po polsku nagle było „Zapomniałem, że nie lecisz na Magnusa”. Są jeszcze takie rzeczy jak dziwne akcje z odmianą przez przypadki. Idris czasami był odmieniany, innym razem nie, Isabelle, która zawsze pozostawała w tej jednej formie, nagle dostała odmianę, Edom w ogóle nie był odmieniany („w Edom” brzmi po prostu strasznie), a za to Gard już zostało odmienione, chociaż nigdy nie było. Czy to są błędy czy nie, no przepraszam, byłam przyzwyczajona do pewnych form i w te zmian brzmiały po prostu krzywo.
Oczywiście trafiły się też błędy niezwiązane z kanonem. Zaczynając z grubej rury: Magnus w oryginale miał przydomek The Great Poison, po polsku zmieniło się to na Wielkiego Beja i jest to tak bardzo bezsensowne, że ja nie mogę! Po angielsku była to gra słów, zarówno great jak i Magnus znaczą wielki, a poison i Bane to trucizna. To była po prostu gra słów. Wielki Bej znaczy tyle, co nic i do tego brzmi źle. Chyba ktoś próbował nawiązać do nazwiska Magnusa w kosmicznie łopatologiczny sposób. Jakby nie można było zrobić Wielkiego Truciciela i tadam, kryzys zażegnany. Ewentualnie na odpowiedniej stronie zrobić przypis z tłumaczeniem obu członów nazwiska Magnusa. Już taka sytuacja miała miejsce z Churchem w „Królowej mroku i powietrza”, po prostu zrobiono przypis, że church znaczy kościół i wszyscy szczęśliwi. Ostatecznie się zdenerwowałam, jak doszło do momentu, w którym Magnus sam mówi, że jego przydomek to gra słów, bo to jego imię i nazwisko. Po polsku nie ma to najmniejszego sensu! Pojawił się też taki dziwny wygibas językowy jak „Ich związek trwał niedługo”. Wystarczyło zamiast „niedługo” napisać „krótko”. Na samym początku jest, że spali w hotelu, kiedy od początku nocowali w paryskim apartamencie Magnusa, który pojawia się chyba rozdział później. Tessa poza „uwielbianiem Nocnych Łowców” wykazała się też „olimpijskim spokojem”. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego sformułowania i aż rozesłałam to do znajomych, którzy też sądzili, że to jakiś błąd. Dopiero jedna osoba na Instagramie napisała mi, że takie sformułowanie istnieje naprawdę. I tu zapytam, czy nie byłoby bardziej zrozumiałe napisanie, że po prostu była spokojna? Albo użycie „stoickiego spokoju”? To jest młodzieżówka, a nie tekst dla językoznawców, fajnie by było nie dostawać zawieszenia systemu podczas czytania. Były momenty, w których kompletnie zmieniało się znaczenie danego zdania. Na przykład ojciec Aleca w rozmowie z nim używa słowa „men” i definitywnie chodzi tam o mężczyzn, szczególnie biorąc pod uwagę dalszą część jego wypowiedzi, która odnosi się do homoseksualizmu. Po polsku „men” zostało przetłumaczone na „człowiek”, co jest totalnie bezsensowne, tym bardziej, że Robert miał w tym momencie na myśli Magnusa i już określił go jako Podziemnego. Poza tym rodzeństwo Aleca umawiało się zarówno z ludźmi jak i z Podziemnymi i nigdy nie mieli z tego tytułu problemów, w tej rozmowie chodziło głównie o bycie w związku z innym mężczyzną. Ktoś też nie przetłumaczył słowa „party”. Powiedzcie mi, czy ktoś w przedziale wiekowym 15 – 25 w ogóle u nas używa słowa „party” jako synonimu „impreza”? Bo brzmi to trochę jak taka próba wpasowania się w „młodzieżowy slang” i zakończyła się ona taką samą porażką, jak wszystkie inne. Błagam, nie róbcie tego. Mogę jeszcze wymienić epickie wywalenie się na zrozumieniu tytułu serii. Po angielsku mamy „The eldest curses”, seria po polsku nazywa się „Najstarsze klątwy”. Do tego momentu było wszystko okej. Po czym Magnus w książce został nazwany jako „eldest curse” co było wręcz oczywistym wyjaśnieniem tytułu serii. W naszym wydaniu został „najstarszą plagą”. To jest ten moment, kiedy zaczynam się śmiać z bezsilności.
Mam jeszcze dwie bolączki, które powodowały, że non stop zgrzytałam zębami podczas czytania. Zwą się one „młody łowca” i „Łowca”. Te dwa określenia pojawiały się tak często, że gdybym dostawała złotówkę, za każde znalezienie ich w tekście, stać by mnie było na wycieczkę do Czech połączoną ze sterylizacją i tygodniowym balowaniem w imię wolności od widma posiadania bombelka. (Przysięgam to kiedyś zrobić.) Może zacznę od „młodego łowcy”, bo taki oto przydomek nagminnie otrzymywał Alec. Widziałam to dosłownie co chwila i za każdym razem czułam się trochę, jak Anakin na widok piasku. No nie, po prostu, kurde, nie. To było tak niezgrabne jak określanie postaci w opowiadaniach na wattpadzie jako „czarnowłosa” czy „niebieskooki”. Tylko jeszcze gorzej, bo to zostało opublikowane w książce. Naprawdę, Alec zostawał co chwila „młodym łowcą”, jakby nie dało się go wymienić z nazwiska czy z perspektywy Magnusa określić go „jego chłopakiem”. Często były to zdania, które nawet nie potrzebowały doprecyzowania, o kogo chodzi, bo to po prostu wynikało z kontekstu i każdy by się domyślił, że chodzi właśnie o Aleca Lightwooda, słodką bułę i najbardziej uroczego zabójcę demonów na tej planecie. Co do „Łowcy” to pojawiał się często jako zamiennik „Nocnego Łowcy”. Jest tylko jeden problem, „Nocny Łowca” to nazwa własna, wiecie? Bez pierwszego członu wydawało się to łyse, a do tego też pojawiało się non stop. Istnieją inne określenia na naszych ulubionych pogromców demonów, na przykład Nefilim, Dzieci Anioła. Momentami wystarczyło określić ich narodowością i zamiast „Łowcy z rzymskiego Instytutu” dać „Włosi”. Często nie trzeba było tego dookreślania ich, bo w samym kontekście zdania chodziło o nich, czyli taki sam przypadek jak z „młodym łowcą”. Błagam, niech nikt nie robi tego więcej, może jeszcze byłoby to znośne, gdyby nie pojawiało się co akapit. Niech też nikt mi nie mówi, że to tylko po to, żeby unikać powtórzeń, bo czasami to były właśnie te straszne powtórzenia, zresztą inne też wyłapałam. A moim skromnym zdaniem, człowieka znającego się na tyle, na ile pisze głupie opowiadania, zbyt mocno boimy się powtórzeń. Czasem lepiej już walnąć dwa razy to samo słowo w zbyt krótkim odstępie niż stworzyć językowego potwora, byleby tylko trzymać się świętych zasad. (Cup pewnie na tym momencie sprawdzania ma mnie kompletnie dość i mamrocze coś, że jednak mogłabym te powtórzonka opanować XD Love u! [it’s not that bad this time] ← To ona sama napisała, ja nie zmuszałam!)
Chętnie jeszcze zrobię osobisty rant na to, jak wydawca mówił wszystkim naokoło, że „Czerwone Zwoje Magii” można czytać bez znajomości reszty książek Clare. Ja rozumiem, że marketing przede wszystkim, ale tu nasuwa się jeden komentarz: X D. Wszystko w teorii można czytać bez znajomości reszty uniwersum. Mogę sobie wyciągnąć „Dom Hadesa” bez czytania reszty „Olimpijskich herosów” albo obejrzeć „The rise of Skywalker” jako pierwszy film z „Gwiezdnych Wojen” (dobra, to w sumie można, bo ten film to totalny chaos czy się zna SW, czy nie), nikt wam nie broni zobaczyć „Endgame” bez znajomości MCU. Pytanie tylko, ile z tego zrozumiecie? Jak dobrze będziecie się bawić? Ile sobie zaspoilerujecie z innych części? „Najstarsze klątwy” to nowa seria, tak, ale osadzona dokładnie w środku „Darów Anioła”. Pojawiają się w niej postaci z innych książek, które spoilerują chociażby „Diabelskie Maszyny”. Wiecie, co było jednym z moich największych pytań podczas premiery „Miasta niebiańskiego ognia”? Tożsamość ojca Magnusa, którą tu macie podaną w pierwszej połowie książki. No ale cóż, patrząc po treści, nawet ludzie odpowiedzialni za wydanie „Czerwonych Zwojów Magii” nie orientują się w uniwersum, więc może po prostu nie wiedzieli. Wypadałoby, ale kto by się przejmował. Przecież to tylko książka, której wyczekiwali fani. Ta o jednej z ulubionych par w uniwersum Nocnych Łowców. Kto by się przejmował?
Wiem, tupię tu nogą, warczę i w ogóle denerwuję się jak dzieciak, ale prawda jest taka, że jestem po prostu zła na to, jak zostaliśmy potraktowani. Czuję się, jakby wydawca wziął tę książkę tylko ze względu na jej popularność, żeby się bardziej wybić (i tak też wyglądały ich reklamy), a wszystko pod płaszczykiem takiej przychylności dla czytelnika. Tak, daliście nam błyszczącą okładkę, a przy okazji tekst z wręcz śmiesznymi błędami, ignorując wszystkie poprzednie książki Clare. Chętnie wymienię tę okładkę na dobrze zredagowaną wersj. A jeżeli dalej chcecie olewać pozostałe książki Cassie, nieważne z jakiego powodu, to pamiętajcie, że drugi tom dzieje się pomiędzy „Darami Anioła”, a „Mrocznymi Intrygami”, dodając do tego dwa zbiory opowiadań, bo w „The Lost Book of White” pojawia się Max. Będziecie mieli o wiele więcej okazji do popełnienia błędów. Mi w tej chwili jest najzwyczajniej w świecie przykro, Magnus i Alec zasługiwali na coś lepszego, a tym bardziej czytelnicy. Ja sobie poradzę, chętnie wesprę autorkę czytając jej książki po angielsku, ale są też osoby, które nie znają tego języka na takim poziomie (chociaż mówię wam, skoro ja dałam radę, to nie był to skomplikowany tekst) albo nie są w stanie wydać 70 złotych na jedną książkę. I dlatego też trzymam kciuki, że to Mag wynegocjował prawa do „Chain of gold”. Ostatecznie, oryginałThe Red Scrolls of Magic” był wspaniały i polecam go każdemu, wydanie polskie co najwyżej przyczyniło się do mojego ekspresowego przejścia trzeciego Wiedźmina.
I dopisuję ten akapit kilka dni później, już bez poprawek, bo jestem nieogarem. Pisząc wszystko wyżej tak się zajęłam tymi błędami, że zapomniałam o jednej ważnej rzeczy. To nie było tak, że całych „Czerwonych Zwojów Magii” nie dało się czytać. Były momenty, kiedy tekst był nawet przyjemny w odbiorze. Tylko te minusy przeważyły, zbyt mocno mnie drażniły i nawet kiedy nie było żadnych większych błędów, co chwila pojawiał się ten nieszczęsny „młody łowca”. Po porządnych poprawkach to mogło być dobre. Także za tłumacza trzymam kciuki, żeby kolejne zlecenia szły lepiej i miały dobrą korektę. Upraszam też, żeby nie znęcać się nad tym człowiekiem, bo nie on jeden był odpowiedzialny za ostateczną wersję tekstu.

PS Zanim ktoś się na mnie rzuci, że sama piszę na poziomie pantofelka, podpowiem tylko tyle: nie trzeba być piekarzem, żeby ocenić smak chleba. Nie muszę skakać Lutza, żeby zauważyć, że był najechany na złej krawędzi. I nie muszę być Magdą Gessler, żeby wiedzieć, że zupa smakuje jak pomyje po praniu bielizny bawarskiego himalaisty.
PS2 Polecam granie w Wiedźmina, skoro już się pojawił jako bohater trzecioplanowy. Może partyjka Gwinta?

0

sobota, 1 września 2018

Zupa Zła #2 - Dlaczego fani Shadowhunters powinni zostać odcięci od Internetu.

Kreditsy za przepiękną grafikę wędrują do @Silverydragonfly



Wiecie co? Czasami myślę, że trafiłam już na szczyt ludzkiej głupoty, ale wtedy odpalam Internet i rzeczywistość bardzo boleśnie pokazuje mi, że się myliłam. Tak też się stało, kiedy na początku czerwca ogłoszono anulowanie „Shadowhunters”. O samym serialu wypowiem się oddzielnie. Czemu? Bo z połączenia tych dwóch postów powstałaby powieść, poza tym chcę spokojnie powtórzyć wszystkie sezony. Jak możecie się domyślić, sam tytuł lubię, ale za nim stoją fani. Dzisiaj będę wredna, pozwolę mojemu pierdolcowi wyjść na wierzch, nie uwzględniam żadnej cenzury. Pozwolę sobie zacytować słynne powiedzenie: to jest, kurwa, dramat!
Nawet nie wiem od czego zacząć. Ci ludzie zatruwają mi mózg od 2016 roku. Od dwóch lat nie potrafię przeglądać Tumblra czy Instagrama w poszukiwaniu czegoś z moimi ulubionymi postaciami. Oni tam są, tłamszą wszelkie szczęście płynące z ładnych fanartów czy fanowskich pomysłów. Muszą w każdym możliwym miejscu zasiać tą swoją truciznę i na potęgę hejtować. Przysięgam, fani książek, którym nie podoba się serial to pikuś przy fanatykach serialu. Bo to fanatycy, fani nie są tak przeżarci nienawiścią. Może najpierw przejdę do końca.
5 czerwiec 2018 roku pańskiego, do sieci trafia wiadomość o anulowaniu „Shadowhunters”. Pozostało jeszcze dziesięć odcinków – druga połowa trzeciego sezonu. Razem z tą informacją podane jest jeszcze coś – zostanie nakręcony dwugodzinny finał, który pozwoli na zamknięcie historii. Twórcy chcą negocjować kolejne produkcje z tego świata. Na chwilę obecną, po pierwszej połowie ostatniego sezonu, jesteśmy pomiędzy „Miastem upadłych aniołów”, a „Miastem zagubionych dusz”. Z tego, co widziałam, tytuły odcinków drugiej połowy nawiązywały do dwóch ostatnich tomów książek. Dodajmy do tego dwie godziny – według mnie sprawnie się wyrobią z zamknięciem wątków. Mają mniej więcej tyle czasu, co przeciętny film z uniwersum Marvela. Sprawdziłam, Infinity War, które wywróciło wszystko do góry nogami, trwało dwie i pół godziny. Tak z napisami końcowymi, które nie były krótkie – siedziałam do końca, po tym filmie naprawdę ciężko było wrócić do życia. Według mnie „Shadowhunters” znalazło się w bardzo dobrym położeniu, patrząc na całą sytuację. Ostatnio naprawdę wiele seriali zostało anulowanych, nieliczne ktoś odkupił, większość została urwana i już. Wyobrażacie sobie jak to jest zostać bez kontynuacji? Pewnie wielu z nas tego kiedyś doświadczyło, śmiało mogę powiedzieć, że gdyby pewne tytuły otrzymały tyle dodatkowego czasu na zakończenie byłabym wyjątkowo szczęśliwa. Z resztą po latach Disney postanowił wznowić „The clone wars” i jeszcze nigdy nie widziałam tyle radości, sama po miesiącu od tej wiadomości nadal prawie płaczę ze szczęścia. Wiecie, co tymczasem robią fanatycy serialu?
Chwilę po ogłoszeniu anulowania powstał hashtag #saveshadowhunters. Zaczęło się niewinnie. Wiadomo, że fani zawsze chcą ratować swój serial. Tylko czemu chcę powiedzieć, że to jak jedno niewinne zachorowanie na chwilę przed wybuchem epidemii? No właśnie, po dwóch dniach byłam już przeciążona tą histerią i hipokryzją. Ludziom naprawdę odwaliło. Zaczęło się pisania „Jakim prawem oni zdejmują TAK WARTOŚCIOWY serial?”, „Ja bez tego serialu się zabiję, umrę, zdechnę!”, „Ten serial ratuje życia!”. Przepraszam, co? Po pierwsze to młodzieżowy serial, nie jest jakimś wielkim dziełem, służy głównie rozrywce (bo oglądanie swoich ulubionych postaci to rozrywka, nie życiowy cel). Ratuje życia? Ok, to można zamknąć szpitale. No i pomyślcie jak czuli się twórcy czytając te wszystkie teksty, że ktoś bez serialu się zabije. Naprawdę współczułam aktorom, dla których to też był wielki szok. Ludzie potrafili im kulturalnie podziękować za te 55 odcinków, ale pomiędzy tym znalazło się milion takich wylewów histerii. W ich położeniu to musiało być straszne. Wspomniałam też o hipokryzji, bo ta wylewała się zewsząd. Sama widziałam, jak ludzie, którzy nigdy nie obejrzeli tego serialu legalnie wypisywali do Netflixa, że ma koniecznie ratować ten serial. Tak, wiem, że te konkretnie osoby oglądały na CDA – mam nadzieję, że to czytacie, powinniście czuć się winni. Otóż do oglądalności danego tytułu liczy się tylko LEGALNA oglądalność. Od dawna było wiadomo, że serial w Polsce jest udostępniany poprzez Netflix, w takim razie żadna inna platforma nie może mieć do niego praw. Wiecie co wpływa na decyzje o kontynuacjach seriali? Oglądalność. Bo to oznacza też jak serial zarabia. Powinien zarabiać, wypłaty całej ekipy od statystów, reżyserów, scenarzystów, aż po tak uwielbianych przez wszystkich aktorów nie biorą się znikąd. Trzeba przy tym sporo włożyć w obróbkę materiału, dekoracje, stroje, charakteryzacje, muzykę i wiele innych dupereli. „Shadowhunters” padło właśnie przez pieniądze. Nie chciano już finansować serialu – najwyraźniej niższa oglądalność sprawiła, że zyski nie były odpowiednio wysokie. Pozwólcie, że zwrócę się do tych, którym szkoda wydać 13 polskich złotych na Netflix.* Jesteście z siebie dumni? Gdybyście wszyscy byli uczciwi, serial mógłby mieć szansę. Nie piszcie mi tutaj „tak nie zbawisz świata”, „moralistka się znalazła”. Gdzieś to mam, oglądajcie sobie gdzie chcecie, ale to wam odbiera prawo do wymagania czegokolwiek od twórców i sponsorów serialu. Możecie ryczeć przez rok, pochlastać się, błagać na kolanach – jesteście hipokrytami, okradacie aktorów, których podobno tak mocno kochacie. Równocześnie pragnę zapewnić, że znam też osoby, które nie oglądały tego legalnie, ale same mi przyznały, że nie chcą kręcić o to dramy, nie wykazują się roszczeniową postawą. Nie przyjdę nikomu do domu, nie zmuszę do płacenia, ale będę oceniać reakcje.
Mija trochę czasu i co się dzieje? Nie, sytuacja ani trochę się nie uspokaja, fanatycy robią się agresywni, w głowach im się miesza. To naprawdę zaczyna wyglądać na jakąś wyjątkowo złośliwą zarazę. Czas na teorie spiskowe. Szybko ładne prośby o danie szansy serialowi zmieniły się w agresywne komentowanie każdej wzmianki o Freeform i wszystkich postów na oficjalnym instagramie serialu. Tu ciężko mówić o jakiejkolwiek krytyce, ci ludzie po prostu rzucali gównem i wieszali psy na każdym, kogo podejrzewali o jakikolwiek udział w tej jakże tragicznej decyzji. Przykro to mówić, ale to nie był pierwszy raz, kiedy pokazali się od tej strony. Powstały jakieś chore teorie o tym, że Freeform sabotowało „Shadowhunters”. Rozumiecie? Stacja sabotuje swój własny serial! W momencie zamawiania 3 sezonu wierzyli w tą produkcję, ale tak z nudów postanowili ją uśmiercić. Przecież to nie oznaczało strat, nikt się nie domyślił, że zbiorą krytykę, przecież stacją zarządzają kretyni! Tak to się ciągnie już od lipca, a z dnia na dzień ich wymysły są coraz bardziej dziecinne, nie zatrzymuje się to w miejscu – wzięli się za przywalanie się do innych produkcji tej stacji! Najlepsze i tak przeczytałam całkiem niedawno. Jak stoicie to usiądźcie. Uznali, że to Cassandra Clare, autorka książek postanowiła zniszczyć serial! To ona się przyłożyła do decyzji o anulowaniu! Cholera wie jak, bo od dawna odcina się od tej produkcji. Nieważne, to zła wiedźma, pewnie odpowiedniej osobie mózg wyprała, żeby anulowali! Latający Potworze Spaghetti, spraw, żeby tym ludziom już nigdy nie zasmakował makaron!
Mam nadzieję, że dobrze się bawicie, bo to nie jest koniec! Wspominałam już, że ci ludzie od początku byli okropni. Oczywiście, nie ma po co przejmować się tym, co inni sądzą o twoich ulubionych książkach. Nie będę płakać po nocach, bo krytykują Clare. Tylko cholernie nie lubię bezsensownego wylewania szamba, zmyślania powodów do nienawiści, plucia na coś, czego się nie zna i hipokryzji. Tak wygląda ten fandom. Nie mówię, że fani książek są święci, z nimi też przez pewien czas miałam kosę – trzeba rozumieć, że serial to adaptacja, a nie ekranizacja. Tylko, że od dawna nie widziałam ich ataków na serial. Krytykę tak, może nie zgadzałam się z nią, ale to była jedynie krytyka. Fanatycy „Shadowhunters” to zupełnie inna skala. Przeżarli się przez wszystko, co kochałam w tym fandomie i wszędzie wylali swoją nienawiść.
Na początek mój ulubiony „argument” przeciwko książkowej serii. „Alec jest bifobem.” Uwaga, będą spoilery! Jeżeli jeszcze nie znacie tomów od 4 do 6 i nie zgadzacie się z powyższą tezą, omińcie ten akapit. Tutaj padają zawsze dwa „dowody”. Po pierwsze: Alec robił Magnusowi wyrzuty, że ten umawiał się z kobietami. Po drugie: w 5 tomie Magnus mówi, że jest „nieskrępowanym biseksualistą”, a Alec prosi, żeby nie powtarzał tego przy jego rodzicach. Czujecie już ten bullshit? Pozwolę tu sobie na małą analizę postaci Aleca i jego związku z Magnusem – zawsze kochałam to robić. Powinno się zacząć od tego, jak wyglądało życie Aleca. Od zawsze był przytłoczony oczekiwaniami ze strony rodziców, chciał, żeby byli z niego dumni, jednak przez cały czas czuł, że nie jest wystarczająco dobry. Chłopak stał w cieniu rodzeństwa, przez 18 lat swojego życia nie zabił ani jednego demona, brakowało mu pewności siebie, w kilku miejscach pada nawet, że jak najmocniej się starał, żeby nikt go nie zauważał. Rodzice, jak zresztą większość ich społeczeństwa była kompletnie homofobiczna – jeżeli pojawiała się taka sprawa to albo aranżowano ślub, albo człowiek znikał. Jakby tego było mało, dość długo wzdychał do swojego parabatai, co nawet w relacji hetero było czymś złym, wstrętnym i oznaczało ostateczne potępienie, wykluczenie ze społeczności, odebranie znaków i końcem jedynego życia, jakie znał. Mogę powiedzieć, że Alec naprawdę wiele zniósł. Miał pełne prawo czuć się zagrożony. Czym? Otóż Alec nie robił Magnusowi wyrzutów o związki z kobietami. Był zazdrosny, o wszystkich, idealnie przedstawia to sytuacja z Camille i z Woosley'em. Nie było różnicy czy to kobieta czy mężczyzna. Nie był idealny. Nikt nie jest, a idealne związki nie powstają od razu. Nie będę tu mówić, że jest niewinny. Obaj są winni. Magnus w tamtym momencie nie zrobił absolutnie nic, żeby załagodzić sytuację. Zbywał Aleca, nie traktował poważnie jego obaw i niepewności, nie chciał z nim rozmawiać na te tematy – to już nawet nie chodziło o związki, w ogóle nie chciał się dzielić swoją przeszłością. Moglibyście być w związku z kimś, kto wie o was wszystko, a o sobie nie mówi nic i jedynie was zbywa? To właśnie tutaj zawiniło, nie rzekoma bifobia Aleca. Potem ich związek dojrzewa, w „Mieście niebiańskiego ognia” uznają, że muszą razem popracować nad związkiem i sobą, w kolejnych książkach widać, że naprawdę wzięli to sobie do serca. Bo są tylko ludźmi, oboje mają uczucia i problemy. Doceniam to, nie potrzeba mi kolejnych idealnych książkowych par, potrzeba mi realności. A ten dialog, czyli powód numer dwa? Proszę was. Konserwatywni rodzice, którzy ledwo znoszą ten związek – to jest powód, dla którego Alec to powiedział. Nie chciał pogarszać sytuacji, a mogę się też domyślić, że Magnus to nie idiota i wiedział o co chodzi. Jednak fanatycy tego nie rozumieją. Dla nich ma być idealnie, a jeśli masz jakieś wady, obrażasz całe środowisko LGBT, pewnie jesteś seksistą i rasistą. Pamiętajcie, przeginanie w żadną stronę jest złe. To nie jest walka o tolerancję, to jest po prostu chore i niczym nie różni się od ataków na mniejszości. Ci ludzie oczekują, że Alec będzie tylko uszczęśliwiać Magnusa, wiecznie mu powtarzać, że jest cudowny i idealny, nie traktują go jak człowieka tylko jak kukłę na ich usługach. Stąd też pochodzi większość hejtu na książki.
Wiele nienawiści jest też kierowane w stronę autorki. Przysięgam wam, nie szukam tego typu rzeczy, po prostu muszą wszędzie dorzucić ten dopisek, że Cassandra Clare jest źródłem wszelkiego zła. Nie powiem czy autorka jest idealna, kocham książki nie ich autorów. Tylko, że widząc jak ta serialowa strona fandomu ją traktuje, nóż się w kieszeni otwiera. Od ponad dwóch lat po internecie latają najróżniejsze teksty mające przedstawić jak oni jej nienawidzą. Czasami mam wrażenie, że urządzili zawody w udowadnianiu kto bardziej zgnoi tą kobietę. „Tak nienawidzę ludzi w mojej szkole, że jutro zacznę im czytać Dary Anioła przez megafon. Niech to gówno się na coś przyda.” I co? Mam zacząć klaskać? To kolejny przykład hipokryzji, ci sami ludzie kreują się na największych przyjaciół każdej mniejszości. W jednym poście piszą jak to wszystkich trzeba wspierać i kochać, a w kolejnym wypisują teksty, których powstydziliby się nawet chłopcy z ONR, Zbigniew Stonoga i kibole Legii. Raz autorka, zaczepiona przez jakąś faneczkę serialu, odpisała w takim stylu jak oni wypowiadali się o niej. Nie mówię, że zrobiła dobrze, ale też się nie dziwię. Znosiła to przez dwa lata, podejrzewam, że nie ograniczali się jedynie do publicznych wypowiedzi. Oczywiście trzeba mieć twardą dupę, jak jest się kimś choć trochę rozpoznawalnym, ale ile można znosić takie zachowania? Spójrzmy na to ile aktorek ostatnio znika z internetu przez zatwardziałych „fanów” pewnych wytworów popkultury? Choćby taka Kelly Marie Tran, która od premiery „Ostatniego Jedi” musiała znosić hejt ze strony fanatyków „Gwiezdnych Wojen”. Tylko, że Clare nie usunęła się z Internetu, a odpyskowała. Mogła tego nie znieść. Ale z niej postanowiono zrobić kozła ofiarnego, nikt nie widział, że od premiery pierwszego sezonu serialu jest stale obiektem nienawiści. Nie krytyki, nienawiści. Te same osoby, które tak obrzucają ją błotem spinają się, że ona krytykuje serial. Ja się pytam, w czym oni są lepsi w takim razie? Bo sami sobie wmówili, że ich powód nienawiści jest słuszny? Argumentują, że ona atakuje ciężką pracę serialowej ekipy, a jak sami szmacą ją i jej książki, to co robią? Orzą pole? Żeby było zabawniej, jedno i drugie często pojawia się w tej samej wypowiedzi.
Nie myślcie, że oszczędzili sam serial! Oni łapią każdą okazję do zrobienia dramy na tle „JESTEM TOLERANCYJNY, TO MNIE OBRAŻA, ZDECHNIJ SZMATO!!!!”. Nie przesadzam, taki jest obraz tego fandomu. Piję tutaj do konkretnej sytuacji – podczas kręcenia 3 sezonu, Matthew Daddario (serialowy Alec) prowadził relację na żywo. W pewnym momencie wpadł do niego Dominic Sherwood (serialowy Jace) i nieświadomy tego, że to leci na żywo rzucił do Matta „What's up, fag?”. Fag to coś jak u nas pewna część od roweru (jeszcze mnie zbanują na własnym blogasku). Tylko, że w tym kontekście i sytuacji nie miało to być obraźliwe. Ci dwaj są kumplami, a wszyscy wiemy, jak często gadamy z naszymi znajomymi. Pedały, szmaty, debile, frajerzy, wszelka paleta dzikich zwierząt. Jakoś to tak jest, że się za to nie obrażamy. To nie tak, że za granicą jest inaczej. Pewne znajomości po prostu mają taką specyfikę. Pech Doma chciał, że nie wiedział, co robi Matt, a ten fandom jest przewrażliwiony nawet na złe skinięcie palcem. Podniósł się wielki wrzask, bo Matthew gra geja! Homofobia! Ci ludzie zachowują się jakby nie widzieli różnicy między człowiekiem, a graną przez niego postacią, nie potrafią nic wyciągać z kontekstu. Dla nich coś jest czarne albo białe, chyba, że chodzi o nich samych – dla siebie mają podwójne standardy. Bo znowu, wypowiadali się ludzie, których fanarty przeglądałam, pomiędzy nimi był ich posty i tam jakoś nie mieli oporów od rzucania na przykład „my bitch/slut/whore”. Część z nich wręcz gloryfikuje Kardashianki, ale kiedy Dominic wypowiedział jedno złe słowo, stał się ich kolejnym celem. Znowu nikt nie potrafił zobaczyć w kimś innym drugiego człowieka, bo jest sławny. Sława odbiera wszystkim prawo do zachowywania się jak człowiek, jesteś perfekcyjny albo cię zniszczą. Można uznać, że Dom powinien oficjalnie przeprosić, ale tutaj to powinno się skończyć, a rozpoczął się festiwal nienawiści. W czasie pomiędzy livem a przeprosinami ci ludzie doprowadzili do tego, że obaj aktorzy na nagraniu wyglądają dosłownie jak zbite psy. Oglądając to miałam wrażenie, że nie grają w serialu, a są jeńcami wojennymi. To już pozwala sobie wyobrazić, ile musieli o sobie przeczytać, bo Matthew też nie był oszczędzony. Na tym nie stanęło, bardzo długo się nad nimi pastwiono, Dominic prawie zniknął z Internetu. Znowu: powiedzcie mi, kto tu okazał się gorszy? Czy każdego trzeba zaszczuć za jedną pomyłkę? Gdzie istnieje granica pomiędzy kulturalną krytyką, która ma sprawić, że ktoś się nad czymś zastanowi czy poprawi, a pluciem jadem tak długo, aż ofiara umrze, a będzie umierać długo i boleśnie?
To nie jedyne przypadki, kiedy ci fanatycy wykazali się swoją głupotą. Emeraude Toubia (serialowa Isabelle) jakiś czas temu zgodziła się na nagą sesję zdjęciową. Jej sprawa, nie usłyszałabym o tym, gdyby gdzieś się nie pojawiło, że fandom znowu dostał pierdolca. No jakim prawem dziewczyna zdecydowała, że chce pokazać swoje ciało? Tfu, co za zgorszenie, uprzedmiotowienie, jak ona ma prawo podejmować takie decyzje? Nagie sesje to seksizm i dlatego fandom postanowił się spinać o jej własny wybór. Wcześniej też zrobili jej dramę o rasizm, bo... Zrobiła sobie warkoczyki! Wiecie, te takie cienkie, których na głowie jest chyba kilkaset. Jaśnie państwo fanatycy stwierdzili, że tylko członkowie jakiejś tam kultury mają prawo do takiej fryzury i ona wykazuje się ignorancją i rasizmem! Dziwne, bo ile razy wychodzi temat przyjmowania czegoś z innych kultur, to sami ich członkowie cieszą się, że ludziom podoba się dana rzecz czy zwyczaj i w ogóle to takie super, że ktoś się interesuje ich życiem. Ale obrońcy uciśnionych wiedzą lepiej niż sami zainteresowani. Nawet Matthew Daddario doczekał się swoich antyfanów. Sama byłam w szoku, ten człowiek jest piękny. Nie tylko fizycznie, on jest naprawdę najbardziej pozytywnym i uroczym człowiekiem, jakiego widziałam na tej planecie! W dodatku gra połówkę najbardziej popularnej pary w serialu... No właśnie, gra Aleca. Książkowy Alec: wysoki, szczupły, oczy niebieskie, włosy czarne. Powiedzieć można, że lepszego aktora nie dało się znaleźć. Tylko ktoś w fandomie uznał, że Alec nie powinien być biały i żądał zwolnienia Matta, żeby Aleca grał ktoś kolorowy. Ja. Pier. Do. Lę. No jak to skomentować?
Jest jeszcze kilka spraw. Na przykład to, że w pewnym momencie powstał ruch „jeżeli jesteś hetero, nie masz prawa shipować Maleca, bo to fetyszyzm”. Czyli kiedy najpierw ludzie się cieszą z reprezentacji LGBT, ale potem uznają, że hetero nie są godni tego związku i na pewno tylko się do niego masturbują. Idiotyzm sam w sobie, właśnie chodzi o to, żeby taki wątek spodobał się ludziom, wszystkim bez względu na orientację, żeby w pozytywny sposób promować tolerancję i akceptację. To są też strasznie roszczeniowi ludzie. Część tego tematu już przedstawiłam w fragmencie o anulowaniu serialu, ale to nie wszystko. Co chwila wyskakują z coraz to bardziej odważnymi pomysłami, co MA się znaleźć w serialu. To już nie polega na pisaniu, że komuś by się bardzo podobało gdyby coś tam. Oni coś chcą i ma być! Na początku kiedy kilka pomysłów się przyjęło, było fajnie. To były takie drobne szczegóły, ale potem zaczęło się wręcz tworzenie swoich fanficków. Tylko, że oni chcieli to w serialu. Bo to nie ma być pomysł twórców, to ma być robione tak, jak chcą fani i koniec! No kurde jego mać. Daj im palec a zeżrą cię całego. Najbardziej to mnie irytuje wypisywanie, że Alec ma być nieśmiertelny, żeby Magnus był szczęśliwy. Kolejny dowód na to, że mają Aleca jedynie za kukłę do uszczęśliwiania Magnusa i kompletnie nie rozumieją tej postaci – nawet w serialu. Moi drodzy, to najgorsze wyjście. Alec poza Magnusem ma też rodzinę, którą kocha, parabatai, a taka strata jest naprawdę wielkim ciosem. (Patrz, „Diabelskie Maszyny". Boli do dzisiaj.) Wyobraźcie sobie, że miałby być nieśmiertelny, patrzeć jak oni wszyscy odchodzą, pożegnać się z nadzieją, że kiedykolwiek ponownie zobaczy Jace'a. Nieśmiertelność nie jest wyjściem, ale według fanatyków Alec nie ma psychiki, którą można zniszczyć. Na koniec przypomina mi się, jak pewną dziewczynę zmuszono do usunięcia jej fanartu. Czemu? Bo wielcy państwo uznali, że jej rysunek jest rasistowski, bo Magnus na nim jest "wybielony". Cóż, nikt nie zauważył, że sama autorka jest Azjatką, a Magnus po prostu nie był typowo żółty i skośnooki. Pomińmy fakt, że książkowy pierwowzór pochodził z Indonezji, a mieszkańcy tego kraju to nieco inny typ niż "typowy Azjata" zamieszkujący Japonię czy Chiny. No i nagle zapomniano o tym, że Azjaci mogą mieć jaśniejszą lub ciemniejszą karnację. Kto tu jest rasistą? Bo dla mnie osoby, które widzą wszystkich ludzi zamieszkujących Azję jako tych żółtych, skośnookich, nie zostawiający miejsca na żadne różnice.
Podsumowując: czuję się, jakbym przedstawiała profile psychopatów. Nie boli mnie krytykowanie lubianej przeze mnie serii, boli mnie ludzka głupota, hipokryzja i brak jakiejkolwiek refleksji. Niektórzy powinni się pogodzić z tym, że świat nie jest idealnym, przyjaznym miejscem, w którym każdy będzie nad nimi drżał, żeby tylko ich nie urazić. Chciałabym, żeby ten fandom był normalny, ale jest bardziej toksyczny niż mrożona goloneczka! Naprawdę, wystarczy mi jeden post takiego fanatyka i wysiadam, jest mi zwyczajnie, po ludzku przykro, że z czegoś, co tak kocham robią poligon nienawiści. Nie szanuję ich w najmniejszym stopniu, mogę jedynie współczuć aktorom, autorce i twórcom, bo pewnie nie raz i nie dwa musieli to znosić, a nie mają gdzie uciec. Nawet się cieszę, że to już koniec. Dobrze, że z serialu nie zrobią durnego tasiemca, 55 odcinków to dużo. Poza tym, może fandom się uspokoi, zniknie, znowu będę mogła się cieszyć ładnymi pracami na Tumblrze. Na koniec taki smaczek: istnieje taka grupa jak „Shadowhunters Poland”. Istnieje od wieeeeelu lat, bo shadowhunters to po prostu nocni łowcy. Tak, poszedł bunt „czemu ktoś jest na tej grupie, jak mu się serial nie podoba”. Nie przetłumaczysz, że to grupa dla fanów, że książki były tu pierwsze i każdy ma prawo do krytyki dopóki jest to uzasadniona krytyka. Oni są nawet w Polsce. No kurdebele, niech ludzie zaczną używać mózgów i nauczą się czytać ze zrozumieniem! Mówiła wasza blogowa wredota. Niech te pozytywne recenzje was nie zmylą. Za klawiaturą siedzi szatan lubujący się w analizowaniu pewnych rzeczy i zjawisk!

*Ceny nie wzięłam z kosmosu. Najdroższy pakiet na Netflixie kosztuje 52zł, dzielone przez 4, bo tyle kont możne istnieć na jednym pakiecie (chociaż nie mam 100% pewności, czy nawet nie 5) wychodzi po 13zł na głowę. To mniej niż jedno wyjście do słynnej knajpy z wielkim, żółtym „M” w logo. 

PS Przepraszam, jakby gdzieś formatowanie ześwirowało, ten plik przeszedł tak wiele zawirowań, formatowań i innych dziwnych zabiegów, że chyba potrzebowałby terapeuty.



0

sobota, 28 października 2017

Dramy ze świata Nocnych Łowców edycja 13: Władca Cieni, Cassandra Clare


Seria: Mroczne Intrygi
Tytuł: Władca Cieni
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 848
Ocena: 8/10
Opis: Czy oddałbyś bratnią duszę… za swoją prawdziwą duszę?
Życie Nocnego Łowcy to życie w pętach powinności. W więzach honoru. Świat Nocnego Łowcy to świat uroczystych przysiąg, a nie ma ślubów świętszych niż te łączące parabatai – wojowników-partnerów, którzy mają razem walczyć i razem ginąć, lecz nigdy, przenigdy nie wolno im się zakochać.
Emma Carstairs odkryła, że miłość odwzajemniona przez jej parabatai, Juliana Blackthorna, jest nie tylko zakazana, lecz także śmiertelnie niebezpieczna: może zniszczyć ich oboje. Wie, że powinna uciec od Juliana, lecz jakże miałaby to zrobić, gdy Blackthornom ze wszystkich stron zagrażają wrogowie?
Ich jedyną nadzieją jest Czarna Księga Umarłych, magiczny wolumin o ogromnej mocy. Wszyscy chcą ją dostać, ale tylko Blackthornowie są w stanie ją odnaleźć. Emma, jej najlepsza przyjaciółka Cristina oraz Mark i Julian Blackthornowie przybywają do Faerie – gdzie hulaszcze zabawy skrywają krwawe zagrożenie i żadnej obietnicy nie można ufać – by tam zawrzeć mroczny pakt z królową Jasnego Dworu. Tymczasem narastające napięcie między Nocnymi Łowcami i Podziemnymi doprowadziło do wyłonienia Kohorty, grupy ekstremistów wśród Nocnych Łowców, którzy domagają się wprowadzenia obowiązku rejestracji Podziemnych i „niewygodnych” Nefilim. Zrobią wszystko, co w ich mocy, by ujawnić tajemnice Juliana i przejąć władzę nad Instytutem w Los Angeles.
Kiedy Podziemni zwracają się przeciw Clave, pojawia się nowa groźba w postaci Władcy Cieni – króla Ciemnego Dworu, który wysyła swoich najlepszych wojowników z zadaniem wymordowania wszystkich, w których żyłach płynie krew Blackthornów, i przechwycenia Czarnej Księgi. Gdy mordercza pętla zaciska się wokół Juliana, ten opracowuje ryzykowny plan ratunkowy. Jego powodzenie zależy od współpracy z nieprzewidywalnym nieprzyjacielem. Sukces może jednak mieć swoją cenę, której ani on, ani Emma nawet sobie nie wyobrażają; krwawy rachunek, który – być może – przyjdzie zapłacić wszystkim, których kochają.

Był setką strzał wystrzelonych z setek łuków w tej samej chwili.


Raczej nikogo nie zaskoczę moją słabością do Nocnych Łowców. Clare wyleczyła mnie po Maas. Nawet trochę mnie rozbawiło, że w drugiej książce z rzędu mam faerie i różnica pomiędzy „Dworami” a „Mrocznymi Intrygami” jest nieporównywalna, może dlatego, że Clare starała się przybliżyć nam baśniowy ludek, a Maas interesowała się głównie naczelną Mary Sue i jej Tru Loffem no.2. Cokolwiek, po prostu „Władca Cieni” pomógł mi się zebrać z tej beznadziei, żeby rozpłaszczyć mnie na ścianie. Końcówka niszczy. Poza tym no jak ja mogłabym nie pokochać kolejnej książki ze Świata Cieni? Nie wiem jak ta kobieta to robi, że jeszcze ani razu nie kłapnęłam na nią zębami za jakość książek (za inne rzeczy bywa różnie, znęca się nade mną). Od razu też zaznaczam, że wyrzekam się polskiego tytułu pierwszego tomu, ale drugi został pięknie przetłumaczony.
„Władcę Cieni” dosłownie połknęłam, bo książki Clare już takie są. Zapominasz się aż tu koniec... I co dalej? Poważnie pytam! W tym momencie widzę jedynie krajobraz po huraganie. Trzecia część potrzebna na wczoraj! Razem z wyjaśnieniami! To jeden z większych plusów serii o Nocnych Łowcach, czyta się przyjemnie i szybko, nawet nie zauważa się, kiedy dociera się do kolejnych stron. Raczej nikt nie lubi ślęczeć nad tekstem i zastanawiać się za ile stron kolejny rozdział.
Szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam, jak fabuła miała wyglądać po „Lady Midnight”. Jak „Dary Anioła” i „Diabelskie Maszyny” pozostawiały miejsce dla domysłów o tym, jak historia potoczy się dalej, tak „Mroczne Intrygi” nie do końca. Nie chodzi mi o niezamknięte wątki, a bardziej o główną linię fabularną. Valentine, Mortmain, Sebastian to gałgany, które zawsze czaiły się, żeby jako pierwsi zacząć mącić. „Lady Midnight” skupiała się głównie na morderstwie rodziców Emmy i kolejnych ofiarach jakiegoś tajemniczego cwaniaka, to się porozkładało na kilka wątków i gdyby nie wiele niewyjaśnionych relacji między postaciami, mogłaby się zakończyć jako samodzielna książka. No jeśli nie liczyć Annabel, ale szczerze mówiąc, gdyby Clare chciała, mogłaby jej nie ruszać i mieć spokój z dwiema kolejnymi książkami. Nie chcę tu powiedzieć, że kontynuacja nie jest potrzebna, po prostu kompletnie nie mogłam rozgryźć, co się zadzieje we „Władcy Cieni”. Nie wiem czy to miłe zaskoczenie, bo pewnego czarownika i cały oddział Centurionów wyniosłabym na kopach poza kanon, a to wszystko ich wina. Oczywiście Emma i Julian, którzy dla mnie nie byli najważniejsi, ale dla mniej pokrzywionych czytelników jest to raczej ważny wątek, do tego bardzo sporny. Wszyscy ganiają za magiczną księgą, pojawia się Ta Ruda Sucz aka królowa Jasnego Dworu (nie ufam jej, cokolwiek by nie mówiła, poza tym wydawało mi się, że jest martwa). Poza tym zabawa w politykę Clave. To ostatnie to chyba mój największy problem. Kohortę też wyniosę na kopach z kanonu za same sugestie o Magnusie i Alecu. A walcie się dziady! Ogólnie ta część to jedna wielka drama! Nie zaskoczę nikogo, pisząc, że świetnie się bawiłam.
To, co tygryski lubią najbardziej – jak tam z postaciami? Szczerze mówiąc, przepadłam. Blackthornów nie da się nie kochać, pod warunkiem, że Julian nie zrobi Rzeczy. Jeśli się na TO zdecyduje – jest dla mnie martwy, w ogóle w tym momencie skreślam go całkowicie. Nie mogę powiedzieć co, ale nie chodzi o samą Emmę, a miałby to zrobić ze względu na nią, więc no... NIE. Poza tym są bardzo uroczy, szczególnie Ty i Mark. Naprawdę, scena z krasnalem ogrodowym i Markiem wygrała prawie całą książkę. W sumie też ciężko ich wszystkich oddzielnie oceniać, razem tworzą po prostu taką świetnie zgraną gromadkę. Nie do końca rozumiem czemu ludzie tak denerwowali się na Emmę. Hej, w porównaniu do Clary to ona jest wręcz idealną główną bohaterką! (Chociaż tak nie do końca główną.) Może nie jestem nią wyjątkowo zachwycona, ale jestem w stanie zrozumieć czemu zachowywała się tak, a nie inaczej. Sytuację ma jednak niezbyt ciekawą. Kit to w ogóle mój ukochany klusek, 100% Herondale'a w Herondale'u, chociaż nie chce tego przyznać. Oby tylko Jace go nie zadręczył, jeszcze sprzeda mu historię o kaczym spisku przeciw ich rodowi. Kierana chętnie bym przytuliła, dajcie temu dzieciakowi trochę spokoju! Mogliby w końcu dać mu spokój ze spiskami. A na koniec Magnus, Alec, Max i Rafe! Nie ma niczego, na co tak bym czekała, jak na moje OTP i ich dzieci. Alec tak bardzo dorósł, rany, aż chce mi się płakać. Chociaż dalej jest tym samym trochę nieogarniętym i wrednym Lightwoodem, w ogóle zostawia dzieci z nieznajomymi, bo lubią dzieci... Niech mi ktoś jeszcze się go uczepi, że jest taki okropny. Sami też kiedyś byliście okropni. Cieszę się, że zawsze był nieidealny, a zamiast tego widzimy jak do wszystkiego dorasta. W „Mieście Kości” za sugestię o jego orientacji zrobiłby z kogoś szaszłyk, teraz byłby zdolny do tego samego ale za czepienie się Magnusa, a nie za „jesteś gejem?”. Magnus w sumie też zdobywa tytuł ojca roku. Kto karmi dzieci muffinkami i czemu nigdy mnie nie adoptował?! Na dzieci to ja mam alergię, ale Max i Rafe to też urocze kartofle. W ogóle tam ci główni uczestnicy dramy nie dają się nie lubić. Nie ma jednej głównej postaci, nikt nie jest faworyzowany.
Same relacje między wszystkimi postaciami wymagałyby gigantycznej tablicy i sporego zasobu kolorowych markerów. Każdy z kimś coś ma, ale da się ich mniej więcej podzielić. Emma i Julian mają swój dramat i tutaj raczej nie trzeba wiele mówić. Cieszę się, że nie zaleciało totalną romansową dramą, jak to każdy każdego kocha, że aż mi mózgi pozżerało. Starają się ogarniać sprawę i dla mnie to się liczy, poza tym zachowują się dość odpowiedzialnie. Nie ma „MY KONIECZNIE MUSIMY BYĆ RAZEM” i no nie mogę zaspoilerować, ale jeśli w kolejnej części coś nie trzaśnie (w Clave robi się burdel, więc kto wie...) to naprawdę doceniam to, co postanowili zrobić. Mark i Kieran powinni ogarnąć dupska i być razem, zamiast tego nagle do tego dołącza Cristina, z którą kręci się meksykańska telenowela z Diego i Jamiem, a ci dwaj w ogóle robią jakieś pokręcone rzeczy i potrzebuję więcej tego wątku. W ogóle tutaj jest dość zabawnie, kręcą się jakieś intrygi, a ja wiem, że nic nie wiem. Jest Diana, która dostaje piękne pięć minut w towarzystwie wodza Dzikiego Polowania. Chyba nie wnikam skąd to się autorce wzięło, ale też zbyt normalnie nie jest (i mówię tu tylko o ich relacji). Następne są bliźnięta i Kit, chyba najbardziej kochałam fragmenty z ich perspektywy. Ty i Livvy chyba jako jedyni naprawdę zainteresowali się Kitem i starają się, żeby z nimi został. Poza tym to takie trochę większe szczeniaczki, które pakują się w największe kłopoty i wychodzą z tego iście po szczeniaczkowemu, Magnus musiał mieć przez nich deja wu. Spora część tej książki opiera się na jakichś zakręconych relacjach, a ja się bawię dalej, bo uwielbiam jak ta część jest dobrze zrobiona.
Jeśli chodzi o samą intrygę, to kilka razy pospadałam z krzesła. Niezbyt mogę wyjaśnić, co się dzieje, bo wszystko to spoilery. Wiecie jedynie, że Annabel się obudziła, ale ona jest tylko fragmentem. Z grubsza – chodzi o to, że wszyscy chcą Czarną Księgę, a król Ciemnego Dworu to wstrętna paskuda, królowa Jasnego Dworu ciągle kombinuje i każde najchętniej pozbyłoby się tego drugiego. No bywa. Pojawiło się też kilka niewyjaśnionych scen, do których mogę dopisać kilka teorii spiskowych. Brakuje odpowiedzi, a okładka trzeciego tomu zostanie ogłoszona dopiero za dwa tygodnie i gdzie tu mówić o całej książce? Mogę zapewnić, że nie idzie się nudzić, ciągle chce się więcej no i połyka się książkę. Poza tym jest też kwestia Centurionów, Clave i Kohorty. Clare bawi się w politykę, trochę bardziej zagłębia się w funkcjonowanie rządu Nocnych Łowców, bo do tej pory poznawaliśmy jedynie pojedyncze postacie, nie mamy pojęcia jak wygląda całe społeczeństwo. Wygląda dość irytująco i na miejscu Aleca chodziłabym na zebrania Rady z torbą popcornu. Centurioni, na czele z największą znaną mi zarazą znaną jako Zara są, w większości, zakutymi pałami z kijami w tyłkach. Nie chodzi o bycie służbistą, nie. Ubierzcie sobie skrajnych nacjonalistów w mundury i dajcie im na wszystko protokoły, tak wygląda opcja Zary. Kohorta nie lepiej, po prostu wśród nich przeważają stare dziady, a nie młodzi jak to jest z Centurionami. Z pewnych względów jest się czym martwić, ale to kolejny spoiler. Nic się nie dowiecie.
I tak pitu pitu. Lubię to, naprawdę, ale to nie to samo, co wcześniej. Nie wiem od czego to zależy, ale nie czuję dokładnie tego samego, co we wcześniejszych seriach. „Mroczne Intrygi” mają swoją magię, ale jest ona trochę bledsza, brakuje mi jakichś nieokreślonych rzeczy. Ta seria różni się od „Darów Anioła” i „Diabelskich Maszyn”, na pewno mamy więcej postaci, co dla mnie jest z jednej strony świetną zabawą, a z drugiej jest ich tyle, że choć większość mnie oczarowała, muszę wybrać kilku ulubieńców. (Kieran, Kit, Ty, Mark, jakby ktoś pytał.) Nie mogę dać temu najwyższej oceny, bo zwyczajnie nie czuję, żeby to było miarodajne. Chociaż muszę też oddać honor, bardzo doceniam to, że tutaj bardziej zagłębiamy się w społeczność Nefilim, odkrywamy Świat Cieni od tej zaznajomionej z nim strony. Chociażby taki Nocny Targ, to chyba mój ulubiony element w tej serii. Niebezpiecznie i magicznie, aż chce się tam zapuścić i sprzedać duszę Szatanowi. W ogóle ma być jakaś seria opowiadań powiązana z tym miejscem! Czekam!
„Władca Cieni” ma naprawdę wiele drobnych elementów, które mnie ujęły. Wersy wiersza jako tytuły rozdziałów tak na przykład. Humorystyczne elementy, za które kocham książki Clare. To, że kilka zdań potrafi mnie zupełnie połamać, zdeptać i sprowadzić do stanu nieskładnie mamroczącej galarety. Urocze scenki potrafiące rozpuścić mnie jak stężony kwas siarkowy. Niby nic nieznaczące rozmowy, małe fragmenty tekstu, które koniecznie muszę zaznaczyć, bo dla mnie to ważne i koniec! „Dary Anioła” jak na razie są dla mnie na pierwszym miejscu, nawet jeśli tam muszę się użerać z Clary, „Diabelskie Maszyny” mnie zniszczyły i w ogóle to powinno być oznaczone jako produkty potencjalnie niebezpieczne, „Mroczne Intrygi” to nie to samo, brakuje jakiegoś wspólnego mianownika, ale są dobre. Nigdy dość Nocnych Łowców, dopóki Clare ma pomysły, które działają i jej wychodzi, będę kupować kolejne książki. Wyrobiła sobie moje zaufanie i przez trzynaście książek prawie nigdy nie zawaliła, wyjątek stanowi „Miasto Upadłych Aniołów” ale ono jest zwyczajnie do przeżycia i w kontynuacji wszystko wraca do normy. Nie polecę dojrzałym ludziom, bo wiem, że to nie ten poziom, ale umówmy się – obracam się głównie wokół dość młodych czytelników, którzy są grupą docelową tych książek. Have fun, wszyscy umrzemy! Ja po tej części na pewno jestem nieżywa, tylko nie wiem czy bardziej przez uroczość czy końcówkę. Poproszę brokatową urnę.

Martwa bardziej niż zwykle
Lucy
10

piątek, 7 lipca 2017

The Mortal Instruments Book Tag

Hej! Na dzisiaj mam coś innego niż recenzję. Wynika to z faktu, że obecnie umieram nad książką, której recenzja napisze się pewnie na dniach, a chciałam coś wstawić, żeby blog nie powiewał pustkami. W takim razie urządzam dzisiaj festiwal fangirlingu i mojego pierdolca na punkcie Nocnych Łowców. Radzę się przyzwyczaić do moich dziwnych faz. Ostrzegam przed spoilerami, zapraszam fanów, komentujcie/róbcie własne posty, chętnie poczytam co innym fandomowym wariatom siedzi w głowach! Pytania tłumaczyłam sama tak, jak umiałam, bo czasami ciężko było zachować sens. Wszystko odnosi się do Nocnych Łowców, a w razie wątpliwości, chętnie wyjaśnię o co chodzi.
Ps. To ma 4 strony w Wordzie, tak uprzedzam! ♥



Ulubiona postać

Na dobry początek ustalmy jedno - oszukuję i się z tym nie kryję. Nie potrafię wybrać jednej ulubionej postaci, są dwie. Magnus i Alec, kocham ich obu z miliona różnych powodów. Alec z książek i Alec z serialu się różnią, ale obie wersje są równie perfekcyjne. Książkowy Alexander jest młodszy, bardziej zagubiony, ujęło mnie przedstawienie go jako marudy w starych swetrach i źle przyciętych włosach. Wiele osób go nie lubi za charakter, jest wredny,
mota się w swoich decyzjach, ogólnie jest trudny i popełnia błędy. Mnie to ujmuje, bo jednak przy tym wszystkim stara się robić to, co uważa za najlepsze, za bardzo przejmuje się swoją rodziną, martwi się o Jace'a i Izzy, bo czuje się za nich odpowiedzialny, do wielu decyzji musi jeszcze dojrzeć. Doskonale rozumiem, co Magnus w nim dostrzegł, bo Alec pod skórą Nocnego Łowcy, pierworodnego Lightwoodów, odpowiedzialnego starszego brata oraz zazdrośnika siedzi takie cinnamon roll. Jest jak kociak do oswojenia i jak dobre wino – z czasem coraz lepsze. A Magnus... Jak nie kochasz Magnusa to ja nie wiem, co jest z tobą nie tak! Ta postać się pojawia, oślepia swoim charakterem, stylem, ciętym językiem i już jesteś na kolanach. To nie cały Magnus, bo w pewnym stopniu ten błyszczący imprezowicz jest jak uroczy Alec, jak się w niego "wgryziesz" widzisz coś zupełnie innego. Magnus wiele w swoim życiu przeszedł, jest specyficzny i błyszczy jak najjaśniejsza gwiazda na niebie. Clare dała mi dwa zupełnie różne charaktery, z pozoru dość proste, ale po zagłębieniu się w książki otwierających przede mną ocean możliwości. Możliwościami nazywam, oczywiście, potencjał do dramy, cierpienie i piękna miłość. O Malecu będzie później, chcę powiedzieć tyle, że kocham ich równie mocno jako oddzielne, autonomiczne jednostki.



OTP

Welp... Szybko przyszło, macie jeszcze okazję uciekać!
4
3
2
1
MALEC!
Nie ma większego OTP na świecie niż Malec! Podobno jak o nich piszę albo czytam, wyglądam jak zakochana kluska. Chyba naprawdę się w nich zakochałam, bo mają tak piękną, wielowymiarową relację, że... Uhhh, kisnę w środku bo nie mam słów na wyrażenie tych wszystkich uczuć. Nie jestem fanką romansów, ale jakby powstał romans o nich to jestem pierwsza w kolejce do przeczytania. (Eee... Gdzie ta trylogia Magnusa? Tik tak, tik tak!) Nie są idealni, ani trochę, ich relacja jest tak pokręcona, w tak wielu miejscach popełniali błędy i nadal brakuje mi kilku elementów wręcz niezbędnych do życia (powinna być scena jak razem robią naleśniki, nie handlujcie z tym!), to właśnie czyni ich związek tak pięknym. Złamali mi serce przynajmniej kilka razy, ale ja popłaczę, podramatyzuję, a wewnętrznie będę się cieszyć, bo mój mózg znajdzie milion ścieżek jak te dramaty poprowadzić. Kanon kanonem, ale fandom żyje własnym życiem. Dają mi miłość, dramy, urocze sceny, więcej dram, nie są przeidealizowani no i to chyba dwie najlepsze postacie z serii! A ja mam pierdolca, przemilczmy to.

Najseksowniejszy Nocny Łowca

😉 😉 😉
Przepraszam, czy ktoś przemyślał ten punkt?! Jeśli Raziel stworzył ich z jakiegoś powodu to na pewno dla bycia najseksowniejszą rasą w dziejach. Em... Alec, Izzy, Helen, Mark, Jace, Will, Michael Wayland. Bez ładu i składu, to mi przychodzi na myśl przy kombinacji "seksowny Nocny Łowca".

Jeśli mogłabyś mieć nazwisko Nocnego Łowcy, jakie byś wybrała?

Jeśli sama miałabym wybierać... *bieg po Kodeks* Goldhunter, za poszukiwanie złota w Internecie. Piwniczka z memami za mnie poświadczy. Jeśli miałabym wybierać istniejące, to Lightwood na 100%, zawsze chciałam być spokrewniona z wielkim robalem.

Ulubiony aktor w serialu

MATTHEW DADDARIO IS PURE GOLD! On jest tak niesamowicie rozbrajający, przystojny jak diabli, ale co się dzieje w jego głowie. Jeny, popatrzcie sobie na filmiki i gify z nim, to jest najsłodsze realne stworzenie na tym świecie. No i wszystko, co mówi albo pisze... Rany, to tak dziwne, że aż czuję z nim połączenie.

Ulubiona aktorka w serialu

Emeraude, jeny, cudowna jest. Nie mogę się na nią napatrzeć na ekranie, jest tak perfekcyjna, a poza tym w social mediach jest niesamowicie kochana i... Rany, czemu do tego serialu dobrali tak dobrych ludzi? Ona i Matt powinni być zbanowani za rozpuszczanie mnie wewnętrznie!

Wolałabyś: słuchać jak Jace gra na pianinie, grać w gry z Simonem, słuchać jak Jem gra na skrzypcach czy czytać książki z Willem?

Mam totalny konflikt interesów! Chcę wszystko! Ale... Jace jest bliżej naszych czasów, mógłby mi zagrać jakiś cover Avril albo Imagine Dragons. Profity!

Jeśli mogłabyś mieć jedną runę z książek, jaka to byłaby runa?

Wiele by się przydało. Sama nie wiem, która bardziej do mnie przemawia, ale najbardziej chciałabym albo runę zwinności, przydałaby się z moją ciapowatością, a chcę się nauczyć jazdy na łyżwach i wrotkach, no i runa parabatai, bo parabatai są cudowni i ja i moja bro zasługujemy na to. Ostatecznie, na parabatai jestem "za stara", więc zostaje mi zwinność.

Jakim Podziemnym najbardziej chciałabyś być?

Czarownik! Kocham magię, nieśmiertelność już trochę mniej, ale co mi tam. Byłabym najgorszą czarownicą na świecie!

Dary Anioła czy Diabelskie Maszyny?

Dary, w Darach jest Malec. DM były cudowne ale zbyt mocno mnie zraniły.

Najbardziej znienawidzona postać

Clary! W końcu to powiem! Nie cierpię Clary. Jeśli mowa o postaciach, których nienawidzę to mówię o postaciach, które z założenia nie miały być znienawidzone. Czarny charakter musi być, czarna owca już niekoniecznie. Clary nie cierpię, denerwuje mnie jak diabli, niczego nie przemyśli tylko od razu musi robić, mam wrażenie, że jest kreowana na świętą, a to mnie denerwuje

jeszcze bardziej. Jak piszę coś z TMI to często mam problem, żeby Alec był dla niech miły bo wydaje mi się to nienaturalne. Chociaż niech już nie umiera, Jace nie zasługuje na więcej nieszczęść, nawet jeśli wybrał sobie taką dziewczynę.

Jeśli mogłabyś spędzić dzień z którąś z postaci, kto to by był?

Magnus i Alec, proste. Bardzo chciałabym spędzić trochę czasu z tymi dwoma cudami. Magnus mnie fascynuje, a Alec byłby dla mnie bułowatą, antysocial równowagą. Jeny, chociaż przeraża mnie to, że mogliby się dowiedzieć, co z nimi robiłam w tych wszystkich nieopublikowanych shitach.

Ulubiona książka

Kroniki Bane'a. To najlepsze, co mi się w życiu przytrafiło. Te opowiadania zawierały taką dawkę Magnusa, pozwoliły mi się zagłębić w jego charakter i jeszcze najlepszą z najlepszych pierwszy randek, że nie potrafię nawet pomyśleć o czymś innym.

Co myślisz o Mieście Niebiańskiego Ognia?

N O T  Y O U R  B I T C H!
Co ja mogę powiedzieć o książce, na którą czekałam jak wygłodniały kot na napełnienie miski? Rok 2014 dzieli się tylko na dwie części: przed MNO i po MNO. Należę do tej grupy osób, które uwielbiają tą część. Pokochałam Sebastiana w zupełnie nowy sposób, Malec zaczął dojrzewać (mogli się obyć bez łamania mi serca!), Asmodeusz no i Waywood is real! To była dobra książka.


Na co najbardziej oczekujesz?

1) The Eldest Curses! Potrzeba mi więcej Magnusa i Aleca, ja wiem, że ta seria będzie po prostu perfekcyjna. Nie mogę się doczekać. Clare, rzuć wszystko i pisz to!
2) Aż fandom się ogarnie. Marzenie ściętej głowy.


Najgorszy cliffhanger? (Nie wiem, jak to przetłumaczyć.)

"Aku cinta kamu." "Kocham cię, ale to nic nie zmienia." Nie no super! Zostawcie mnie tak, proszę, zerwijcie ze sobą, zniszczcie mój świat i każcie czekać pół roku na wiadomość czy w ogóle przeżyjecie! Zerwanie Maleca było jak koniec świata.

Ulubiona scena

"I dont' want the world, I want you."
To chyba była jedna z najpiękniejszych scen, najbardziej bolesna, ale taka cudowna... W ogóle wszystko z Malekiem jest idealne. Czy ja się powtarzam?

Jem czy Will?

Tak.


Jakiej sceny/rzeczy oczekujesz w Mrocznych Intrygach?

Dobra, znam spoilery Lord of Shadows, więc ugryzę się w język i nie powiem nic o Malecu. Potrzebuję jakiegoś pogodzenia Kierana i Marka! I Powrotu Helen i Aline. To są dwie n
ajważniejsze rzeczy w tej serii. O i niech Julian nie robi pewnej rzeczy, bo inaczej marny jego los!

Jeśli mogłabyś powiedzieć coś Cassie, co to by było?

Well... Sama nie wiem, coś pomiędzy Malec/więcej Maleca a "Niech Julian nie robi Rzeczy". O i wypytałabym o to, czy Alec zna francuski, bo to ważne.

Jeśli mogłabyś zagrać kogoś w Shadowhunter, kto to by był?

Yurio Plisiecki wywalony do tego uniwersum. Mam warunki idealne. A na serio to prawie na nikogo z DA nie pasuję, chyba, że Helen Blackthorn byłaby bardzo niska.



Wszystkie fanarty należą do Cassandry Jean (polecam bardzo panią, bo pięknie rysuje, z resztą posiadacze "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców" sami się przekonali). 
8

sobota, 17 czerwca 2017

Opowieści z Akademii Nocnych Łowców, Cassandra Clare

Tytuł: Opowieści z Akademii Nocnych Łowców
Autor: Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Johnson, Robin Wasserman
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 654
Ocena: 10/10
Opis: Simon Lewis był człowiekiem i wampirem, a teraz staje się Nocnym Łowcą. Jednak wydarzenia „Miasta Niebiańskiego Ognia” odarły go ze wspomnień i Simon nie bardzo wie, kim jest. Wie, że przyjaźnił się z Clary i że przekonał skończoną boginię Isabelle Lightwood, żeby się z nim spotykała… ale nie ma pojęcia, w jaki sposób. Kiedy zatem Akademia Nocnych Łowców ponownie otwiera swoje podwoje, Simon rzuca się w nowy świat polowania na demony, zdecydowany odnaleźć siebie, odnowić dawne związki i stać się prawdziwym Nocnym Łowcą. Jednak wkrótce zdaje sobie sprawę, że w Akademii nic nie jest proste i oczywiste…

„Po prostu podejrzewam, że w szafie siedzi demoniczny opos.”


Myślicie, że liceum to szkoła przetrwania? A może studia? Uważacie, że wasz wuefista to wcielenia największego zła pragnące jedynie waszych wyplutych płuc? Na pewno macie szkolne łazienki za zapomniane nawet przez Lucyfera miejsce. Szkolna stołówka albo zawartość studenckiej lodówki to padół łez i pogardy? W takim razie zapraszamy do Akademii Nocnych Łowców, elitarnej szkoły dla przyszłych łowców demonów. Przekonacie się, że może być gorzej! I nigdy, przenigdy nie jedzcie Zupy.
Czekałam na tą zatęchłą dziurę od skończenia „Miasta Niebiańskiego Ognia”! Niech mnie Azazel użre i Razjel w łeb palnie! Tęskniłam za moim Dream Team z Nowego Jorku! Zapowiedzi tych opowiadań mnie dobijały, szczególnie „Zło, które kochamy” i „Dla nocy i ciemności”. No jak to, że Robert i Michael, a ja nie mam jak przeczytać?! Jakim prawem nie mogę od razu się dorwać to niebieskiej słodkości, którą Magnus i Alec adoptowali?! Tym bardziej byłam w niebo wzięta po pierwszej zapowiedzi. Uwielbiam czytać o Nocnych Łowcach, ale chyba na zawsze będę najwierniejsza postaciom z „Darów Anioła”, „Pani Noc” też była genialna, ale to już nie było to samo. Poza tym Clare znowu TO zrobiła! Nawet dziesięć razy! Nie było opowiadania, w którym nie zadźgałaby mnie emocjonalnie, śmiałam się, płakałam, wkurzałam. Świetnie wykorzystała potencjał do grania mi na emocjach.
Otrzymujemy podobną formułę do tej, zastosowanej w „Kronikach Bane'a” tylko tym razem na pierwszy plan wysunął się Simon – mój ukochany nerd, który teraz wpadł w bagno, chcąc zostać Nefilim. Nie ma to jak startować na pogromcę demonów, a wylądować w sypiącym się budynku, wypełnionym szlamem i szczurami. Wszystkie opowiadania są powiązane ze sobą właśnie postacią Simona i jego kolejnymi przeżyciami w Akademii, ale autorka świetnie wykorzystała tą linię do przedstawienia nam opowieści o przeróżnych postaciach na przestrzeni czasu, zaczynając od Herondale'ów starszych od mojego cudownego Willa, a kończąc na nowym pokoleniu Nocnych Łowców. Moimi faworytami są (oczywiście) opowiadania o: Kubie Rozpruwaczu, Robercie i Michaelu i, co najoczywistsze, Malecu i Niebieskiej Słodkości. Mimo dość oślizgłemu przedstawieniu pokochałam też samą Akademię. Clare naprawdę dobrze zrobiła przedstawiając ją jako najgorszy szkolny koszmar z równie okropnymi uczniami. Chyba bym się obraziła, gdyby nie pojawiło się chociaż kilku napuszonych dzieciaków Nefilim! Ostatnio mam nieprzyjemność spotykać się z opiniami pewnej, ehem, grupy, która twierdzi, że owa autorka jest okropna, bo przedstawia swój świat właśnie w taki sposób, bez wciskania wszędzie tolerancji i szacunku do wszystkiego. Nie tak to działa i dobrze, że ktoś tak pisze. Nocni Łowcy od początku byli przedstawiani jako swego rodzaju rasiści, z całą moją miłością do nich powiem, że w większości zawsze byli okropni! Nie uwierzyłabym, że to zmieniło się tak po prostu. Widać, jak się zmieniają, Simon uparcie stara się im coś wbić do głów. Rodzina Lightwoodów to piękny, chociaż bardzo zabawny przykład, jak zachodzą w kimś zmiany. Maryse i Robert wariujący na punkcie małego czarownika złapali mnie za serce, chociaż ciężko było nie płakać ze śmiechu. Starają się być lepsi dla swoich dzieci i to jest takie cudowne, a nie zmiana za pstryknięciem palców. Znajdą się też piękne nawiązania do najróżniejszych elementów serii, na przykład fragment, w którym Catarina i Magnus wspominają Ragnora i Raphaela. To ten element, który uwielbiam w książkach z uniwersum o Nocnych Łowcach – autorka w każdej książce wplata nawiązania, daje małe prezenty dla czytelników kochających szczegóły. Nawet, jeśli już czepiać się jej stylu, który akurat mi nie przeszkadza, bo jest lekki i przyjemny, to jest wiele elementów, którymi nadrabia.
„Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” to kolejna książka, która utwierdziła mnie w miłości do Świata Cieni. Śmiałam się, płakałam, wkurzałam i łapałam to dziwne uczucie, które ciężko je określić, kiedy emocje się mieszają i jesteś w stanie wyrzucić z siebie jedynie jakiś nieskładny zbitek liter. Znowu wszystkie niebieskie zakładki zeszły na zaznaczanie fragmentów o Magnusie i Alecu. Stołówkowa Zupa została dla mnie znakiem rozpoznawczym Akademii. Pokochałam słodkiego szkota, kolejnego Herondale'a i wiele innych postaci. Wreszcie dostałam Michaela Waylanda, prawdziwego, uroczego niczym puchata kuleczka! Najcudowniejsze jednak były ilustracje. Wreszcie w polskim wydaniu pojawiły się przepiękne rysunki Cassandry Jean! Za to wybaczam wydawnictwu wszystkie literówki! Nie wiem, kto to załatwił, ale kocham człowieka! Mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na zapowiadaną trylogię o Magnusie i... To będzie na tyle.

4