Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZUPA ZŁA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZUPA ZŁA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 września 2018

Zupa Zła #2 - Dlaczego fani Shadowhunters powinni zostać odcięci od Internetu.

Kreditsy za przepiękną grafikę wędrują do @Silverydragonfly



Wiecie co? Czasami myślę, że trafiłam już na szczyt ludzkiej głupoty, ale wtedy odpalam Internet i rzeczywistość bardzo boleśnie pokazuje mi, że się myliłam. Tak też się stało, kiedy na początku czerwca ogłoszono anulowanie „Shadowhunters”. O samym serialu wypowiem się oddzielnie. Czemu? Bo z połączenia tych dwóch postów powstałaby powieść, poza tym chcę spokojnie powtórzyć wszystkie sezony. Jak możecie się domyślić, sam tytuł lubię, ale za nim stoją fani. Dzisiaj będę wredna, pozwolę mojemu pierdolcowi wyjść na wierzch, nie uwzględniam żadnej cenzury. Pozwolę sobie zacytować słynne powiedzenie: to jest, kurwa, dramat!
Nawet nie wiem od czego zacząć. Ci ludzie zatruwają mi mózg od 2016 roku. Od dwóch lat nie potrafię przeglądać Tumblra czy Instagrama w poszukiwaniu czegoś z moimi ulubionymi postaciami. Oni tam są, tłamszą wszelkie szczęście płynące z ładnych fanartów czy fanowskich pomysłów. Muszą w każdym możliwym miejscu zasiać tą swoją truciznę i na potęgę hejtować. Przysięgam, fani książek, którym nie podoba się serial to pikuś przy fanatykach serialu. Bo to fanatycy, fani nie są tak przeżarci nienawiścią. Może najpierw przejdę do końca.
5 czerwiec 2018 roku pańskiego, do sieci trafia wiadomość o anulowaniu „Shadowhunters”. Pozostało jeszcze dziesięć odcinków – druga połowa trzeciego sezonu. Razem z tą informacją podane jest jeszcze coś – zostanie nakręcony dwugodzinny finał, który pozwoli na zamknięcie historii. Twórcy chcą negocjować kolejne produkcje z tego świata. Na chwilę obecną, po pierwszej połowie ostatniego sezonu, jesteśmy pomiędzy „Miastem upadłych aniołów”, a „Miastem zagubionych dusz”. Z tego, co widziałam, tytuły odcinków drugiej połowy nawiązywały do dwóch ostatnich tomów książek. Dodajmy do tego dwie godziny – według mnie sprawnie się wyrobią z zamknięciem wątków. Mają mniej więcej tyle czasu, co przeciętny film z uniwersum Marvela. Sprawdziłam, Infinity War, które wywróciło wszystko do góry nogami, trwało dwie i pół godziny. Tak z napisami końcowymi, które nie były krótkie – siedziałam do końca, po tym filmie naprawdę ciężko było wrócić do życia. Według mnie „Shadowhunters” znalazło się w bardzo dobrym położeniu, patrząc na całą sytuację. Ostatnio naprawdę wiele seriali zostało anulowanych, nieliczne ktoś odkupił, większość została urwana i już. Wyobrażacie sobie jak to jest zostać bez kontynuacji? Pewnie wielu z nas tego kiedyś doświadczyło, śmiało mogę powiedzieć, że gdyby pewne tytuły otrzymały tyle dodatkowego czasu na zakończenie byłabym wyjątkowo szczęśliwa. Z resztą po latach Disney postanowił wznowić „The clone wars” i jeszcze nigdy nie widziałam tyle radości, sama po miesiącu od tej wiadomości nadal prawie płaczę ze szczęścia. Wiecie, co tymczasem robią fanatycy serialu?
Chwilę po ogłoszeniu anulowania powstał hashtag #saveshadowhunters. Zaczęło się niewinnie. Wiadomo, że fani zawsze chcą ratować swój serial. Tylko czemu chcę powiedzieć, że to jak jedno niewinne zachorowanie na chwilę przed wybuchem epidemii? No właśnie, po dwóch dniach byłam już przeciążona tą histerią i hipokryzją. Ludziom naprawdę odwaliło. Zaczęło się pisania „Jakim prawem oni zdejmują TAK WARTOŚCIOWY serial?”, „Ja bez tego serialu się zabiję, umrę, zdechnę!”, „Ten serial ratuje życia!”. Przepraszam, co? Po pierwsze to młodzieżowy serial, nie jest jakimś wielkim dziełem, służy głównie rozrywce (bo oglądanie swoich ulubionych postaci to rozrywka, nie życiowy cel). Ratuje życia? Ok, to można zamknąć szpitale. No i pomyślcie jak czuli się twórcy czytając te wszystkie teksty, że ktoś bez serialu się zabije. Naprawdę współczułam aktorom, dla których to też był wielki szok. Ludzie potrafili im kulturalnie podziękować za te 55 odcinków, ale pomiędzy tym znalazło się milion takich wylewów histerii. W ich położeniu to musiało być straszne. Wspomniałam też o hipokryzji, bo ta wylewała się zewsząd. Sama widziałam, jak ludzie, którzy nigdy nie obejrzeli tego serialu legalnie wypisywali do Netflixa, że ma koniecznie ratować ten serial. Tak, wiem, że te konkretnie osoby oglądały na CDA – mam nadzieję, że to czytacie, powinniście czuć się winni. Otóż do oglądalności danego tytułu liczy się tylko LEGALNA oglądalność. Od dawna było wiadomo, że serial w Polsce jest udostępniany poprzez Netflix, w takim razie żadna inna platforma nie może mieć do niego praw. Wiecie co wpływa na decyzje o kontynuacjach seriali? Oglądalność. Bo to oznacza też jak serial zarabia. Powinien zarabiać, wypłaty całej ekipy od statystów, reżyserów, scenarzystów, aż po tak uwielbianych przez wszystkich aktorów nie biorą się znikąd. Trzeba przy tym sporo włożyć w obróbkę materiału, dekoracje, stroje, charakteryzacje, muzykę i wiele innych dupereli. „Shadowhunters” padło właśnie przez pieniądze. Nie chciano już finansować serialu – najwyraźniej niższa oglądalność sprawiła, że zyski nie były odpowiednio wysokie. Pozwólcie, że zwrócę się do tych, którym szkoda wydać 13 polskich złotych na Netflix.* Jesteście z siebie dumni? Gdybyście wszyscy byli uczciwi, serial mógłby mieć szansę. Nie piszcie mi tutaj „tak nie zbawisz świata”, „moralistka się znalazła”. Gdzieś to mam, oglądajcie sobie gdzie chcecie, ale to wam odbiera prawo do wymagania czegokolwiek od twórców i sponsorów serialu. Możecie ryczeć przez rok, pochlastać się, błagać na kolanach – jesteście hipokrytami, okradacie aktorów, których podobno tak mocno kochacie. Równocześnie pragnę zapewnić, że znam też osoby, które nie oglądały tego legalnie, ale same mi przyznały, że nie chcą kręcić o to dramy, nie wykazują się roszczeniową postawą. Nie przyjdę nikomu do domu, nie zmuszę do płacenia, ale będę oceniać reakcje.
Mija trochę czasu i co się dzieje? Nie, sytuacja ani trochę się nie uspokaja, fanatycy robią się agresywni, w głowach im się miesza. To naprawdę zaczyna wyglądać na jakąś wyjątkowo złośliwą zarazę. Czas na teorie spiskowe. Szybko ładne prośby o danie szansy serialowi zmieniły się w agresywne komentowanie każdej wzmianki o Freeform i wszystkich postów na oficjalnym instagramie serialu. Tu ciężko mówić o jakiejkolwiek krytyce, ci ludzie po prostu rzucali gównem i wieszali psy na każdym, kogo podejrzewali o jakikolwiek udział w tej jakże tragicznej decyzji. Przykro to mówić, ale to nie był pierwszy raz, kiedy pokazali się od tej strony. Powstały jakieś chore teorie o tym, że Freeform sabotowało „Shadowhunters”. Rozumiecie? Stacja sabotuje swój własny serial! W momencie zamawiania 3 sezonu wierzyli w tą produkcję, ale tak z nudów postanowili ją uśmiercić. Przecież to nie oznaczało strat, nikt się nie domyślił, że zbiorą krytykę, przecież stacją zarządzają kretyni! Tak to się ciągnie już od lipca, a z dnia na dzień ich wymysły są coraz bardziej dziecinne, nie zatrzymuje się to w miejscu – wzięli się za przywalanie się do innych produkcji tej stacji! Najlepsze i tak przeczytałam całkiem niedawno. Jak stoicie to usiądźcie. Uznali, że to Cassandra Clare, autorka książek postanowiła zniszczyć serial! To ona się przyłożyła do decyzji o anulowaniu! Cholera wie jak, bo od dawna odcina się od tej produkcji. Nieważne, to zła wiedźma, pewnie odpowiedniej osobie mózg wyprała, żeby anulowali! Latający Potworze Spaghetti, spraw, żeby tym ludziom już nigdy nie zasmakował makaron!
Mam nadzieję, że dobrze się bawicie, bo to nie jest koniec! Wspominałam już, że ci ludzie od początku byli okropni. Oczywiście, nie ma po co przejmować się tym, co inni sądzą o twoich ulubionych książkach. Nie będę płakać po nocach, bo krytykują Clare. Tylko cholernie nie lubię bezsensownego wylewania szamba, zmyślania powodów do nienawiści, plucia na coś, czego się nie zna i hipokryzji. Tak wygląda ten fandom. Nie mówię, że fani książek są święci, z nimi też przez pewien czas miałam kosę – trzeba rozumieć, że serial to adaptacja, a nie ekranizacja. Tylko, że od dawna nie widziałam ich ataków na serial. Krytykę tak, może nie zgadzałam się z nią, ale to była jedynie krytyka. Fanatycy „Shadowhunters” to zupełnie inna skala. Przeżarli się przez wszystko, co kochałam w tym fandomie i wszędzie wylali swoją nienawiść.
Na początek mój ulubiony „argument” przeciwko książkowej serii. „Alec jest bifobem.” Uwaga, będą spoilery! Jeżeli jeszcze nie znacie tomów od 4 do 6 i nie zgadzacie się z powyższą tezą, omińcie ten akapit. Tutaj padają zawsze dwa „dowody”. Po pierwsze: Alec robił Magnusowi wyrzuty, że ten umawiał się z kobietami. Po drugie: w 5 tomie Magnus mówi, że jest „nieskrępowanym biseksualistą”, a Alec prosi, żeby nie powtarzał tego przy jego rodzicach. Czujecie już ten bullshit? Pozwolę tu sobie na małą analizę postaci Aleca i jego związku z Magnusem – zawsze kochałam to robić. Powinno się zacząć od tego, jak wyglądało życie Aleca. Od zawsze był przytłoczony oczekiwaniami ze strony rodziców, chciał, żeby byli z niego dumni, jednak przez cały czas czuł, że nie jest wystarczająco dobry. Chłopak stał w cieniu rodzeństwa, przez 18 lat swojego życia nie zabił ani jednego demona, brakowało mu pewności siebie, w kilku miejscach pada nawet, że jak najmocniej się starał, żeby nikt go nie zauważał. Rodzice, jak zresztą większość ich społeczeństwa była kompletnie homofobiczna – jeżeli pojawiała się taka sprawa to albo aranżowano ślub, albo człowiek znikał. Jakby tego było mało, dość długo wzdychał do swojego parabatai, co nawet w relacji hetero było czymś złym, wstrętnym i oznaczało ostateczne potępienie, wykluczenie ze społeczności, odebranie znaków i końcem jedynego życia, jakie znał. Mogę powiedzieć, że Alec naprawdę wiele zniósł. Miał pełne prawo czuć się zagrożony. Czym? Otóż Alec nie robił Magnusowi wyrzutów o związki z kobietami. Był zazdrosny, o wszystkich, idealnie przedstawia to sytuacja z Camille i z Woosley'em. Nie było różnicy czy to kobieta czy mężczyzna. Nie był idealny. Nikt nie jest, a idealne związki nie powstają od razu. Nie będę tu mówić, że jest niewinny. Obaj są winni. Magnus w tamtym momencie nie zrobił absolutnie nic, żeby załagodzić sytuację. Zbywał Aleca, nie traktował poważnie jego obaw i niepewności, nie chciał z nim rozmawiać na te tematy – to już nawet nie chodziło o związki, w ogóle nie chciał się dzielić swoją przeszłością. Moglibyście być w związku z kimś, kto wie o was wszystko, a o sobie nie mówi nic i jedynie was zbywa? To właśnie tutaj zawiniło, nie rzekoma bifobia Aleca. Potem ich związek dojrzewa, w „Mieście niebiańskiego ognia” uznają, że muszą razem popracować nad związkiem i sobą, w kolejnych książkach widać, że naprawdę wzięli to sobie do serca. Bo są tylko ludźmi, oboje mają uczucia i problemy. Doceniam to, nie potrzeba mi kolejnych idealnych książkowych par, potrzeba mi realności. A ten dialog, czyli powód numer dwa? Proszę was. Konserwatywni rodzice, którzy ledwo znoszą ten związek – to jest powód, dla którego Alec to powiedział. Nie chciał pogarszać sytuacji, a mogę się też domyślić, że Magnus to nie idiota i wiedział o co chodzi. Jednak fanatycy tego nie rozumieją. Dla nich ma być idealnie, a jeśli masz jakieś wady, obrażasz całe środowisko LGBT, pewnie jesteś seksistą i rasistą. Pamiętajcie, przeginanie w żadną stronę jest złe. To nie jest walka o tolerancję, to jest po prostu chore i niczym nie różni się od ataków na mniejszości. Ci ludzie oczekują, że Alec będzie tylko uszczęśliwiać Magnusa, wiecznie mu powtarzać, że jest cudowny i idealny, nie traktują go jak człowieka tylko jak kukłę na ich usługach. Stąd też pochodzi większość hejtu na książki.
Wiele nienawiści jest też kierowane w stronę autorki. Przysięgam wam, nie szukam tego typu rzeczy, po prostu muszą wszędzie dorzucić ten dopisek, że Cassandra Clare jest źródłem wszelkiego zła. Nie powiem czy autorka jest idealna, kocham książki nie ich autorów. Tylko, że widząc jak ta serialowa strona fandomu ją traktuje, nóż się w kieszeni otwiera. Od ponad dwóch lat po internecie latają najróżniejsze teksty mające przedstawić jak oni jej nienawidzą. Czasami mam wrażenie, że urządzili zawody w udowadnianiu kto bardziej zgnoi tą kobietę. „Tak nienawidzę ludzi w mojej szkole, że jutro zacznę im czytać Dary Anioła przez megafon. Niech to gówno się na coś przyda.” I co? Mam zacząć klaskać? To kolejny przykład hipokryzji, ci sami ludzie kreują się na największych przyjaciół każdej mniejszości. W jednym poście piszą jak to wszystkich trzeba wspierać i kochać, a w kolejnym wypisują teksty, których powstydziliby się nawet chłopcy z ONR, Zbigniew Stonoga i kibole Legii. Raz autorka, zaczepiona przez jakąś faneczkę serialu, odpisała w takim stylu jak oni wypowiadali się o niej. Nie mówię, że zrobiła dobrze, ale też się nie dziwię. Znosiła to przez dwa lata, podejrzewam, że nie ograniczali się jedynie do publicznych wypowiedzi. Oczywiście trzeba mieć twardą dupę, jak jest się kimś choć trochę rozpoznawalnym, ale ile można znosić takie zachowania? Spójrzmy na to ile aktorek ostatnio znika z internetu przez zatwardziałych „fanów” pewnych wytworów popkultury? Choćby taka Kelly Marie Tran, która od premiery „Ostatniego Jedi” musiała znosić hejt ze strony fanatyków „Gwiezdnych Wojen”. Tylko, że Clare nie usunęła się z Internetu, a odpyskowała. Mogła tego nie znieść. Ale z niej postanowiono zrobić kozła ofiarnego, nikt nie widział, że od premiery pierwszego sezonu serialu jest stale obiektem nienawiści. Nie krytyki, nienawiści. Te same osoby, które tak obrzucają ją błotem spinają się, że ona krytykuje serial. Ja się pytam, w czym oni są lepsi w takim razie? Bo sami sobie wmówili, że ich powód nienawiści jest słuszny? Argumentują, że ona atakuje ciężką pracę serialowej ekipy, a jak sami szmacą ją i jej książki, to co robią? Orzą pole? Żeby było zabawniej, jedno i drugie często pojawia się w tej samej wypowiedzi.
Nie myślcie, że oszczędzili sam serial! Oni łapią każdą okazję do zrobienia dramy na tle „JESTEM TOLERANCYJNY, TO MNIE OBRAŻA, ZDECHNIJ SZMATO!!!!”. Nie przesadzam, taki jest obraz tego fandomu. Piję tutaj do konkretnej sytuacji – podczas kręcenia 3 sezonu, Matthew Daddario (serialowy Alec) prowadził relację na żywo. W pewnym momencie wpadł do niego Dominic Sherwood (serialowy Jace) i nieświadomy tego, że to leci na żywo rzucił do Matta „What's up, fag?”. Fag to coś jak u nas pewna część od roweru (jeszcze mnie zbanują na własnym blogasku). Tylko, że w tym kontekście i sytuacji nie miało to być obraźliwe. Ci dwaj są kumplami, a wszyscy wiemy, jak często gadamy z naszymi znajomymi. Pedały, szmaty, debile, frajerzy, wszelka paleta dzikich zwierząt. Jakoś to tak jest, że się za to nie obrażamy. To nie tak, że za granicą jest inaczej. Pewne znajomości po prostu mają taką specyfikę. Pech Doma chciał, że nie wiedział, co robi Matt, a ten fandom jest przewrażliwiony nawet na złe skinięcie palcem. Podniósł się wielki wrzask, bo Matthew gra geja! Homofobia! Ci ludzie zachowują się jakby nie widzieli różnicy między człowiekiem, a graną przez niego postacią, nie potrafią nic wyciągać z kontekstu. Dla nich coś jest czarne albo białe, chyba, że chodzi o nich samych – dla siebie mają podwójne standardy. Bo znowu, wypowiadali się ludzie, których fanarty przeglądałam, pomiędzy nimi był ich posty i tam jakoś nie mieli oporów od rzucania na przykład „my bitch/slut/whore”. Część z nich wręcz gloryfikuje Kardashianki, ale kiedy Dominic wypowiedział jedno złe słowo, stał się ich kolejnym celem. Znowu nikt nie potrafił zobaczyć w kimś innym drugiego człowieka, bo jest sławny. Sława odbiera wszystkim prawo do zachowywania się jak człowiek, jesteś perfekcyjny albo cię zniszczą. Można uznać, że Dom powinien oficjalnie przeprosić, ale tutaj to powinno się skończyć, a rozpoczął się festiwal nienawiści. W czasie pomiędzy livem a przeprosinami ci ludzie doprowadzili do tego, że obaj aktorzy na nagraniu wyglądają dosłownie jak zbite psy. Oglądając to miałam wrażenie, że nie grają w serialu, a są jeńcami wojennymi. To już pozwala sobie wyobrazić, ile musieli o sobie przeczytać, bo Matthew też nie był oszczędzony. Na tym nie stanęło, bardzo długo się nad nimi pastwiono, Dominic prawie zniknął z Internetu. Znowu: powiedzcie mi, kto tu okazał się gorszy? Czy każdego trzeba zaszczuć za jedną pomyłkę? Gdzie istnieje granica pomiędzy kulturalną krytyką, która ma sprawić, że ktoś się nad czymś zastanowi czy poprawi, a pluciem jadem tak długo, aż ofiara umrze, a będzie umierać długo i boleśnie?
To nie jedyne przypadki, kiedy ci fanatycy wykazali się swoją głupotą. Emeraude Toubia (serialowa Isabelle) jakiś czas temu zgodziła się na nagą sesję zdjęciową. Jej sprawa, nie usłyszałabym o tym, gdyby gdzieś się nie pojawiło, że fandom znowu dostał pierdolca. No jakim prawem dziewczyna zdecydowała, że chce pokazać swoje ciało? Tfu, co za zgorszenie, uprzedmiotowienie, jak ona ma prawo podejmować takie decyzje? Nagie sesje to seksizm i dlatego fandom postanowił się spinać o jej własny wybór. Wcześniej też zrobili jej dramę o rasizm, bo... Zrobiła sobie warkoczyki! Wiecie, te takie cienkie, których na głowie jest chyba kilkaset. Jaśnie państwo fanatycy stwierdzili, że tylko członkowie jakiejś tam kultury mają prawo do takiej fryzury i ona wykazuje się ignorancją i rasizmem! Dziwne, bo ile razy wychodzi temat przyjmowania czegoś z innych kultur, to sami ich członkowie cieszą się, że ludziom podoba się dana rzecz czy zwyczaj i w ogóle to takie super, że ktoś się interesuje ich życiem. Ale obrońcy uciśnionych wiedzą lepiej niż sami zainteresowani. Nawet Matthew Daddario doczekał się swoich antyfanów. Sama byłam w szoku, ten człowiek jest piękny. Nie tylko fizycznie, on jest naprawdę najbardziej pozytywnym i uroczym człowiekiem, jakiego widziałam na tej planecie! W dodatku gra połówkę najbardziej popularnej pary w serialu... No właśnie, gra Aleca. Książkowy Alec: wysoki, szczupły, oczy niebieskie, włosy czarne. Powiedzieć można, że lepszego aktora nie dało się znaleźć. Tylko ktoś w fandomie uznał, że Alec nie powinien być biały i żądał zwolnienia Matta, żeby Aleca grał ktoś kolorowy. Ja. Pier. Do. Lę. No jak to skomentować?
Jest jeszcze kilka spraw. Na przykład to, że w pewnym momencie powstał ruch „jeżeli jesteś hetero, nie masz prawa shipować Maleca, bo to fetyszyzm”. Czyli kiedy najpierw ludzie się cieszą z reprezentacji LGBT, ale potem uznają, że hetero nie są godni tego związku i na pewno tylko się do niego masturbują. Idiotyzm sam w sobie, właśnie chodzi o to, żeby taki wątek spodobał się ludziom, wszystkim bez względu na orientację, żeby w pozytywny sposób promować tolerancję i akceptację. To są też strasznie roszczeniowi ludzie. Część tego tematu już przedstawiłam w fragmencie o anulowaniu serialu, ale to nie wszystko. Co chwila wyskakują z coraz to bardziej odważnymi pomysłami, co MA się znaleźć w serialu. To już nie polega na pisaniu, że komuś by się bardzo podobało gdyby coś tam. Oni coś chcą i ma być! Na początku kiedy kilka pomysłów się przyjęło, było fajnie. To były takie drobne szczegóły, ale potem zaczęło się wręcz tworzenie swoich fanficków. Tylko, że oni chcieli to w serialu. Bo to nie ma być pomysł twórców, to ma być robione tak, jak chcą fani i koniec! No kurde jego mać. Daj im palec a zeżrą cię całego. Najbardziej to mnie irytuje wypisywanie, że Alec ma być nieśmiertelny, żeby Magnus był szczęśliwy. Kolejny dowód na to, że mają Aleca jedynie za kukłę do uszczęśliwiania Magnusa i kompletnie nie rozumieją tej postaci – nawet w serialu. Moi drodzy, to najgorsze wyjście. Alec poza Magnusem ma też rodzinę, którą kocha, parabatai, a taka strata jest naprawdę wielkim ciosem. (Patrz, „Diabelskie Maszyny". Boli do dzisiaj.) Wyobraźcie sobie, że miałby być nieśmiertelny, patrzeć jak oni wszyscy odchodzą, pożegnać się z nadzieją, że kiedykolwiek ponownie zobaczy Jace'a. Nieśmiertelność nie jest wyjściem, ale według fanatyków Alec nie ma psychiki, którą można zniszczyć. Na koniec przypomina mi się, jak pewną dziewczynę zmuszono do usunięcia jej fanartu. Czemu? Bo wielcy państwo uznali, że jej rysunek jest rasistowski, bo Magnus na nim jest "wybielony". Cóż, nikt nie zauważył, że sama autorka jest Azjatką, a Magnus po prostu nie był typowo żółty i skośnooki. Pomińmy fakt, że książkowy pierwowzór pochodził z Indonezji, a mieszkańcy tego kraju to nieco inny typ niż "typowy Azjata" zamieszkujący Japonię czy Chiny. No i nagle zapomniano o tym, że Azjaci mogą mieć jaśniejszą lub ciemniejszą karnację. Kto tu jest rasistą? Bo dla mnie osoby, które widzą wszystkich ludzi zamieszkujących Azję jako tych żółtych, skośnookich, nie zostawiający miejsca na żadne różnice.
Podsumowując: czuję się, jakbym przedstawiała profile psychopatów. Nie boli mnie krytykowanie lubianej przeze mnie serii, boli mnie ludzka głupota, hipokryzja i brak jakiejkolwiek refleksji. Niektórzy powinni się pogodzić z tym, że świat nie jest idealnym, przyjaznym miejscem, w którym każdy będzie nad nimi drżał, żeby tylko ich nie urazić. Chciałabym, żeby ten fandom był normalny, ale jest bardziej toksyczny niż mrożona goloneczka! Naprawdę, wystarczy mi jeden post takiego fanatyka i wysiadam, jest mi zwyczajnie, po ludzku przykro, że z czegoś, co tak kocham robią poligon nienawiści. Nie szanuję ich w najmniejszym stopniu, mogę jedynie współczuć aktorom, autorce i twórcom, bo pewnie nie raz i nie dwa musieli to znosić, a nie mają gdzie uciec. Nawet się cieszę, że to już koniec. Dobrze, że z serialu nie zrobią durnego tasiemca, 55 odcinków to dużo. Poza tym, może fandom się uspokoi, zniknie, znowu będę mogła się cieszyć ładnymi pracami na Tumblrze. Na koniec taki smaczek: istnieje taka grupa jak „Shadowhunters Poland”. Istnieje od wieeeeelu lat, bo shadowhunters to po prostu nocni łowcy. Tak, poszedł bunt „czemu ktoś jest na tej grupie, jak mu się serial nie podoba”. Nie przetłumaczysz, że to grupa dla fanów, że książki były tu pierwsze i każdy ma prawo do krytyki dopóki jest to uzasadniona krytyka. Oni są nawet w Polsce. No kurdebele, niech ludzie zaczną używać mózgów i nauczą się czytać ze zrozumieniem! Mówiła wasza blogowa wredota. Niech te pozytywne recenzje was nie zmylą. Za klawiaturą siedzi szatan lubujący się w analizowaniu pewnych rzeczy i zjawisk!

*Ceny nie wzięłam z kosmosu. Najdroższy pakiet na Netflixie kosztuje 52zł, dzielone przez 4, bo tyle kont możne istnieć na jednym pakiecie (chociaż nie mam 100% pewności, czy nawet nie 5) wychodzi po 13zł na głowę. To mniej niż jedno wyjście do słynnej knajpy z wielkim, żółtym „M” w logo. 

PS Przepraszam, jakby gdzieś formatowanie ześwirowało, ten plik przeszedł tak wiele zawirowań, formatowań i innych dziwnych zabiegów, że chyba potrzebowałby terapeuty.



0

środa, 16 sierpnia 2017

Zupa Zła #1 - Lusiowy problem z Potterem.

Czemu przestałam być fanką Pottera?

Welp, mój paskudnik musiał tu kiedyś zadebiutować. Macie słodkości przed tym wstrętnym postem!

Na początek szybko się wytłumaczę. Mam trochę, a nawet więcej niż trochę, problemów z niektórymi książkami, fandomami czy innymi tego typu rzeczami. I stąd Zupa Zła, potrzebuję się wygadać, napisać co mnie tu i tam uwiera. Taka moja bardzo nieregularna i zależna od emocji seria o wszystkim co, według mnie, jest nieodpowiednie. Nazwa, raz że w nawiązaniu do zupy z "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców", dwa, że bardzo zwięźle opisuje to, co będę tu tworzyć, zupę z totalnie wszystkiego, co "złe". ("Złe" to takie lekkie przekoloryzowanie i uproszczenie, cśśśśś.)
Jestem okropna. Wspominam o tym chyba przy każdej okazji. Dzisiaj okropność wyjdzie ze mnie jak jeszcze nigdy. Tak mnie naszło na ten post przy rozmowie z Kingą z In Love With Books (której przy okazji dziękuję za śliczny nagłówek i w ogóle polecam tego człowieka, wpadajcie tam). Bo już dłużej nie wytrzymam tego wychwalania Pottera! Tak, biorę się za klasykę klasyki literatury młodzieżowej, bo coś mnie w końcu rozsadzi od środka. Nie zrozumcie mnie źle, ten tekst ma być o tym, czemu uważam gloryfikowanie tej serii za przereklamowane. Sama byłam fanką Pottera przez dość długi czas, ale w końcu dotarło do mnie, że to wcale nie są takie niesamowite książki. Doszedł do tego jeszcze fandom, bo Potterheads jako społeczność są nie do zniesienia. No i jeszcze Rowling, bo najbardziej się do tego przyłożyła.
Oczywiście wszyscy książkoholicy znają serię o młodym czarodzieju, nie musieli jej nawet czytać, bo przed HP się nie ucieknie. Większość z nas zaczęła czytelniczą przygodę właśnie od książek Rowling i uważam, że to najbardziej wpływa na ocenę tej serii. Wielu z nas wychowywało się z tymi książkami, a jak nie to chociaż z filmami. Wpadliśmy do magicznego świata, który pokochaliśmy jako dzieci. Tutaj leży pies pogrzebany – często coś, co dobrze wspominamy z dzieciństwa, jest dla nas czymś nieskazitelnym, uważamy, że to musi być dobre i przymykamy oczy na wady tego cosia. Zauważam to wszędzie, chyba nawet sobie zapiszę to zjawisko na jakiś awaryjny temat magisterki. Harry'ego Pottera też to nie ominęło i wątpię, żeby się skończyło równo z rocznikami, które dorastały z Harrym, bo jest to seria, którą uważa się za jakiś prekursor. Co dać dziecku do przeczytania na dobry początek? Harry Potter! Co bywa lekturą w klasach 4-6? Harry Potter! Co kupi się na urodziny początkującemu, młodemu czytelnikowi? Harry Potter! Nie da się zaprzeczyć, że jest to seria dobra dla młodych ludzi. A potem już z górki. Mam wrażenie, że jeśli zapyta się większość książkoholików, od czego zaczęła się ich czytelnicza przygoda, wielu wymieni Pottera. Potteromania ma się bardzo dobrze, ale... Właśnie, moje „ale” – to nie jest wcale genialna seria, jedynie się ją gloryfikuje, bo czy ktoś jeszcze pamięta świat przed Hogwartem?
Wrócę szybko do pytania o początek przygody z książkami. Nie powiem, że moja rozpoczęła się od świata wykreowanego przez Rowling. Tak, to była pierwsza seria, jaką sama się zainteresowałam, ale nie od niej zaczął się mój książkoholizm. Tu składam ukłon w stronę Ricka Riordana, którego uważam za mistrza fantastycznych młodzieżówek. Po HP nie czułam potrzeby zabrania się za cokolwiek innego. Był Potter i się skończył, tyle. Oczywiście, byłam nim zachwycona, ale nie poczułam też zainteresowania czytelnictwem, nie potrzebowałam tego. Jakiś czas później pojawił się Percy Jackson i tutaj coś mnie ruszyło. Nie twierdzę, że to wina oczekiwania na kolejne części „Olimpijskich Herosów”. Miałam potrzebę zajęcia się czymś innym, zajrzenia do innego świata, żeby mnie wiecznie nie skręcało z oczekiwania na kolejne przygody syna Posejdona i reszty półboskiego gangu. Jednak Riordan pobudził mnie do szukania dalej, kolejnych interesujących książek, przez Nico di Angelo wpadłam na „Dary Anioła”, bo nagle wyszło na to, że lubię wątki homoseksualne i jakoś wtedy też przepadłam tak totalnie, że dzisiaj rodzice mi grożą, że jeszcze trochę książek i chyba mnie z domu wywalą. Riordana od Rowling odróżnia też brak zmęczenia materiału. Ten człowiek pisze kolejne rzeczy i kiedy myślę, że już bardziej mnie nie oczaruje, pojawia się taki Magnus Chase! W dodatku widzę, że ma na to wszystko pomysł, nie ciągnie, bo się dobrze sprzedaje, a dlatego, że nadal ma coś do powiedzenia, ostatnio nawet czytałam coś o tym, że planuje wspomagać innych autorów chcących tworzyć na podstawie mitów, chyba powstanie coś na zasadzie półboskiego megawersum. No i nie zachowuje się, jakby zaraz cały świat miał o nim zapomnieć i jakby to była najstraszniejsza rzecz pod słońcem.
Po co to było? Dla skontrastowania z J. K. Rowling, która zachowuje się jak jakaś pisarska diva. Nie twierdzę, że wszystkie jej zachowania są złe, ale spójrzcie chociaż na „Przeklęte Dziecko”, które zdaje się być zbitkiem najbardziej typowych i przy tym najsłabszych pomysłów z fanfiction. Przepraszam za spoilery, zamknijcie oczy, jeśli Wam zależy, ale nie stracicie nic na tym, może uratuję Wasz portfel. Niech to hipogryf kopnie! Dziecko Bellatrix i Voldemorta?! Urodzone na trochę przed Bitwą o Hogwart?! W KTÓRYM MIEJSCU ONI MOGLI TO ZROBIĆ?! Zastanawiałam się nad tym kilkanaście razy i widzę tu kolejny zabieg w stylu „a no bo nic nie wspomniałam w żadną stronę to nie macie prawa się przywalić, jakkolwiek nielogiczne by to było”. To jest nielogiczne, robi z czytelników debili, chociażby z tego względu, że Voldemrot... No kurde, jakiś romans z Lestrange, chociażby kompletnie bezuczuciowy z jego strony, nie jest w jego stylu. Przez cały czas skupiał się na pokonaniu Pottera, tak bardzo spłycając, nie mówiąc o tym, że ten człowiek wolałby się pozbyć problemu, jakim jest dziecko, w tak ważnym dla jego osobistego zwycięstwa momencie. I nie mówię tylko o tym, większość „Przeklętego Dziecka” to żart z fanów, próby zaspokojenia wielbicieli oklepanych fanfiction i totalne OOC (out of character). Powiecie, że to nie jest jej wina, bo nie ona pisała sztukę? Ja twierdzę, że to jej wina, bo miała w nią wgląd, mogła powiedzieć, że coś się nie zgadza, ale przyklepała to swoim nazwiskiem i nie widzi problemu w całej sprawy. (Dla skontrastowania, jeśli kojarzycie ekranizacje Percy'ego Jacksona, wiecie jak bardzo niszczą one książki. A najgłośniej o tym mówi sam Riordan.) Trzeba też spojrzeć na twittera Rowling. Tutaj to się zaczyna prawdziwa kopalnia i najłatwiej to skomentować podejrzanym na tumblrze zdaniem „Zaraz napisze, że Tiara Przydziału jest transseksualna.”. Nietrudno odnieść wrażenie, że większość „nowinek” ze świata Pottera jest robiona pod publikę, byleby mówiono o Harrym i o autorce. Nie zapomnę też akcji związanej z kolorem skóry Hermiony. Dla niezorientowanych – do teatralnego „Przeklętego Dziecka” wybrano czarnoskórą aktorkę, która grała Hermionę. Część ludzi podniosła raban o kolor jej skóry. W tym miejscu należałoby powiedzieć, że najwyraźniej na castingach była najlepsza i z tego tytułu dostała rolę. Jednak teatr rządzi się własnymi prawami i naprawdę liczy się talent. Co robi Rowling? Odpowiada, że nigdzie nie wspomniała o tym, jaki kolor skóry miała książkowa Hermiona. Na nic zdały się zdjęcia fragmentów, bodajże z „Więźnia Azkabanu”, w których dawała wskazanie na jej kolor. Cóż, na miejscu aktorki nie czułabym się najlepiej, że sama autorka nawet nie pomyślała, żeby wspomnieć o jej talencie, tylko sprowadziła to do batalii o kolor skóry postaci, żeby to siebie pokazać z jak najlepszej strony. Szczerze wątpię, żeby akurat Rowling najbardziej nie zależało na takim super słodkopierdzącym wizerunku. Jednak najbardziej mnie bawi i denerwuje jej przepraszanie za śmierć postaci. Ja przepraszam, ale czy jeśli autor podejmuje decyzję o śmierci jakiejś postaci, to nie jest to jego autonomiczna decyzja, za którą nie powinno się przepraszać? Ja to widzę tak, że ma się podstawy do zabicia znanych czytelnikowi postaci, a to żeby bardziej przybliżyć nam realia, żeby wzbudzić odpowiednie emocje, żeby nadać fabule dynamiki, żebyśmy odpowiednio odbierali czarny charakter... Powodów jest wiele i przeprosiny za coś takiego są niczym niepoparte. Ostatnio chyba padło na Snape'a. Pamiętacie jak umarł? Jeśli tak, to wiecie, że ta śmierć była jak najbardziej zasadna i nie mówię tego tylko dlatego, że Tłustowłosy to jeden z moich nemezis. Dla mnie autor, który przeprasza za to, że właśnie w taki sposób poprowadził fabułę, przestaje być wiarygodny. No kurde, zachowujmy się, jakbyśmy wiedzieli co robimy, bo inaczej wydźwięk książek traci sens. Mimo to w całej rowlingowej pogoni za „Nie zapomnijcie o mnie!” powstało coś dobrego – „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Ten film był najpiękniejszą produkcją ze świata czarodziejów i mam nadzieję, że kolejne części będą równie dobre. Jednak scenariusz, mimo że pięknie wydany, nie znajdzie się na mojej półce. Widziałam film, po co mi to? Wolałabym przeczytać coś w zwykłej formie odnośnie samego Scamandera.
To był długi akapit. Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam.
Odnośnie samych książek, obecnie mam mieszane uczucia. Powtarzałam je ostatnio w liceum, czyli nie tak dawno temu. Nie czytało mi się już tak dobrze, jak za pierwszym razem, zauważałam błędy, język był jakiś taki mało zachęcający, momentami się nudziłam. Okazało się, że ten uwielbiany przeze mnie Potter, ideał książek, jest bardzo przeciętny. Od tego momentu zauważam u siebie coraz większy sceptycyzm wobec Harry'ego. Młody czytelnik nie zwraca uwagi na wiele szczegółów, liczy się, żeby łatwo się czytało, ale nie ma też obycia z wieloma książkami, więc sam styl nie jest na pierwszym miejscu. No i tutaj Rowling naprawdę wiele straciła. Po raz kolejny Riordan wygrał, tym razem warsztatem, bo Percy'ego czytałam co najmniej trzy razy, w zeszłe wakacje powtarzałam „Kroniki rodu Kane” i co chwila łapię kolejny Riordanowy twór, który nadal jest skierowany do młodzieży o szerokim przedziale wiekowym. Jego styl nie wydaje mi się taki dziecinny, nie budzi we mnie znudzenia. Mogę go polecić trochę starszym czytelnikom, czego nie zrobiłabym z Rowling. Chociaż najbardziej uwierają mnie liczne błędy w Potterze, zauważyłam, że to dość popularny temat wśród bardziej doświadczonych czytelników. Mogę wspomnieć na przykład o niezbyt przemyślanej liczbie uczniów w Hogwarcie, bo raz odnosi się wrażenie, że jest ich multum, a potem nagle próbujesz przeliczyć to na dormitoria i wychodzi zaskakująco niewielka liczba. Wielokrotnie sprawiało mi to problem, jak jeszcze bawiłam się w potterowskie fanfiction. Gdybym miała recenzować teraz Pottera, nie dostałby on zbyt wysokiej noty, bo po prostu wyłapałabym tyle rozmaitych problemów, że zgrzytałabym zębami. Nie powiem, że tylko Rowling jest tak słaba. Pewnego razu próbowałam przeczytać „Zwiadowców”, pojawił się dokładnie taki sam problem, odpadłam przy początku trzeciego tomu, bo zwyczajnie nie mogłam znieść stylu Flanagana, miałam wrażenie, że autor traktuje mnie jak dziesięcioletnie dziecko. Może na niektóre książki jestem już po prostu zbyt stara, jednak patrzę chociażby na takie „Magisterium”, które jest kierowane do młodszych czytelników i szczerze boli mnie brak kolejnych tomów po polsku! Nie wiem, co się dzieje, że niektóre książki dla młodszych pokocham, a inne staną się dla mnie zbyt dziecinne, chociaż wszystkie powinny być na tym samym poziomie. Właśnie z tego tytułu Potter przestał być moim faworytem, a dostał status przeciętnej książki. Nie jest on jakoś odkrywczy, widać w nim wiele schematów, które istniały na długo przed pojawieniem się Rowling, nie uważam też, żeby był wyjątkowo wartościowy, bo miłość, przyjaźń czy poświęcenie są czymś, co poznajemy od małego i może te czynniki nadają książkom piękna, ale nie uważam, żeby nadawały jakiegoś większego wydźwięku. To takie podstawy i większość zdolnych do życia w społeczeństwie ludzi je rozumie. Śliczne morały nie sprawią, że książka bardziej zaplusuje i jak widzę te teksty „Harry Potter nauczył mnie, co to przyjaźń” chce mi się parsknąć śmiechem. Czy ktoś przed przeczytaniem HP był socjopatą, że nie miał pojęcia na czym polega przyjaźń? Jasne, książki mogą uczyć i poruszać ważne tematy, zmieniać postawy, ale wtedy nie są to oczywistości tylko coś, o czym toczy się dyskusje, o czym być może nie mamy większej wiedzy, bo nas nie dotknęło. Tutaj bym mogła poruszyć temat Dursley'ów czy ofiar przeróżnych konfliktów, bo tu mamy chociażby Freda, Potterów, Lupina i Tonks. Jednak najlepiej brnąć w miłość i przyjaźń, bo to takie C U D O W N E!
Ostatecznym źródłem mojej frustracji jest fandom. Teraz już nie należę do żadnej potterowskiej społeczności, bo szkoda mi psuć sobie nerwy. Czasami mam wrażenie, że ci ludzie są kompletnie zaślepieni, widzą przed sobą jedynie Pottera. Jak raz na tydzień nie padnie, że cała seria powinna być lekturą szkolną, zamiast jakiegoś, tfu, Mickiewicza, to tydzień stracony. Nie bronię tutaj lektur szkolnych, bo i w tym temacie mam wiele uwag, ale nie rozumiem, w czym Potter jest taki niesamowity, że powinniśmy go koniecznie czytać w szkołach. Nie ma tu nic wyjątkowego, żeby można było poprowadzić na lekcjach jakąś dyskusję. Rozumiem dodatkowo w klasach 4-6, gdzie czyta się głównie książki łatwe i przyjemne, ale poza tym? Nie widzę żadnego powodu. Potterheads za to uważają HP za największe dzieło świata i często, jak się z takimi nie zgodzisz, zostajesz zjechany z góry do dołu, wyzywany od debili, dowiadujesz się, że nie znasz się na książkach. Nie widzę wśród tych ludzi zbyt wielu przejawów samodzielnego myślenia, siedzą wśród swoich, wiecznie gloryfikując całą serię, Snape'a, Draco, powtarzając te frazesy, że są Ślizgonami, bo są taaaaaacy wredni, należą do Gryffindoru, bo Gryfoni mają najlepsze postacie i w ogóle to najszlachetniejsi mieszkańcy Hogwartu. Co chwila pojawiają się tematy w stylu „POWINNO BYĆ WIĘCEJ CZĘŚCI!!!” jakby nie widzieli, jak to się skończyło dla Nowego Pokolenia, zapominają, że Potter to zamknięta historia. Są przy tym bezkrytyczni, najlepsi, krystalicznie idealni, same z nich specjalne płatki śniegu i wszelkie próby dyskusji kończą się gównoburzami, którymi jestem już zmęczona. Zawsze na początku maja musi być spam „różdżki w górę”, spam komentarzami, postami i żalami jak to ich boli, że im MĄŻ umarł. Rozumiem jakieś specjalne akcje związane z fandomem, jak danego dnia zobaczę na instagramie ładne potterowskie zdjęcie, to się uśmiechnę, sama czasem wrzucam coś tematycznego, ale niech to będzie coś więcej, niech ludzie się wypowiadają, jak mają coś do powiedzenia i wysilą się na minimum kreatywności zamiast wiecznego „/*”. W pewnym momencie cały fandomowy content stał się tak przewidywalny, że przeglądając facebooka, grałam w potterowe bingo. Nie było trudno zebrać wszystkie punkty programu, a ja byłam coraz bardziej znudzona i coraz mniej rozumiałam ten fenomen. To nie jest jedyny „martwy” fandom, ale na mojej ukochanej (i już martwej) ostoi gównoburzowania czuję jakąś więź z tymi ludźmi, kocham te chwilowe zrywy, kiedy wspólnie cały dzień spędzamy na nabijaniu się z naszych dawnych „problemów” i postów. Pozdrawiam całe Demigods Polska, wszystkich rewolucjonistów, fejmy i ich obrońców, bo z perspektywy czasu to jest po prostu piękne! A w przypadku Potterheads? Shitstormy były wyjątkowo denerwujące, bo ich uczestnicy ani nie potrafili zauważyć pewnych granic, ani nie widzą do teraz swoich błędów i uważają się za wyjątkowo wyjątkowych. Ten fandom jest jak taki rozkładający się zombiak, nie chce umrzeć, ale niewiele może i działa w jakimś zapętleniu. Aż mi przykro, że nie mogę podać tu linka do pierwszej Inkwizytorni, na której znajdowały się największe akcje z Kamaną. Jeśli kojarzycie tą panią, to łączę się z Wami w bólu, jeśli nie to cieszę się Waszym szczęściem. Właśnie ona z całą resztą fandomowych „mistrzyń pióra” najbardziej wpłynęła na moje postrzeganie fanów Pottera. Nie, nigdy nie zrozumiem fanficka o romansie Artura Weasley'a z gumową kaczką. Nie pojmę sensu tych wszystkich Dramione, które są dokładnie tak samo przerysowane, schematyczne, we wszystkich tak samo z Hermiony robi się jakąś top model z Hogwartu, a przy tym zimną sucz, a Dracze jest jakimś bogiem seksu, przestaje być nieznośnym wypłoszem, skarżącym na wszystko ojcu i pogardzającym dosłownie każdym „gorszym” od niego. Jest tego naprawdę wiele. I tak oto fandom obrzydził mi Pottera. Mam totalny przesyt HP na kolejne 20 lat, wątpię, żebym szybciej wróciła do tych książek. Dziękuję.
Na zakończenie chcę powiedzieć, że nie miałam na celu obrazić tutaj normalnych fanów młodego czarodzieja. Ej, no przecież wy możecie uważać moje ukochane książki za słabe i jeśli wyrażacie sensowną, uargumentowaną opinię, to ją uszanuję, chociaż pewnie lekko ugodzi w moje uczucia. Tak zawsze jest. Cały powyższy post jest jedynie moją opinią, nie chcę mówić, co macie uważać, o książkach, fandomie czy autorce. Całość, wraz z porównaniami do innych książek miała przedstawić jedynie mój punkt widzenia. Musiałam w końcu coś o tym napisać. Nie uważam Pottera za naprawdę dobrą książkę, w moich oczach nie zasługuje na gloryfikację, jaka napływa z tak wielu stron, nie czuję się już fanką tej serii. Przybyłam, zobaczyłam i potrafię zrozumieć, że to kochacie, ja też tak miałam, ale w moim wypadku coś się zepsuło. Na pewno pozostanie jakiś sentyment, pójdę na kontynuacje „Fantastycznych zwierząt, być może czasem wrzucę zdjęcie tych książek czy w recenzji nawiążę do mojej dawnej miłości do Hogwartu. No i nigdy nie przestanę kochać Huncwotów, bo oni w tym wszystkim uchowali się względnie bezpieczni. Nie żałuję, że przeczytałam HP, bo za pierwszym razem zapewnił mi niesamowitą przygodę. Tak się stało, że miłość przeminęła. Pewnie ten tekst jest jakiś totalnie rozwalony, zbyt emocjonalny i w ogóle niedotegowany. Straszny zwierz w końcu ze mnie wylazł i trochę zaszalał. Teraz wracam do kluskowatej wersji, która popiskuje na widok kochanych postaci i ładnych fabularnych przekrętów.
Nie zjedzcie mnie, jestem niesmaczna i żylasta
Lucy
16

piątek, 7 lipca 2017

The Mortal Instruments Book Tag

Hej! Na dzisiaj mam coś innego niż recenzję. Wynika to z faktu, że obecnie umieram nad książką, której recenzja napisze się pewnie na dniach, a chciałam coś wstawić, żeby blog nie powiewał pustkami. W takim razie urządzam dzisiaj festiwal fangirlingu i mojego pierdolca na punkcie Nocnych Łowców. Radzę się przyzwyczaić do moich dziwnych faz. Ostrzegam przed spoilerami, zapraszam fanów, komentujcie/róbcie własne posty, chętnie poczytam co innym fandomowym wariatom siedzi w głowach! Pytania tłumaczyłam sama tak, jak umiałam, bo czasami ciężko było zachować sens. Wszystko odnosi się do Nocnych Łowców, a w razie wątpliwości, chętnie wyjaśnię o co chodzi.
Ps. To ma 4 strony w Wordzie, tak uprzedzam! ♥



Ulubiona postać

Na dobry początek ustalmy jedno - oszukuję i się z tym nie kryję. Nie potrafię wybrać jednej ulubionej postaci, są dwie. Magnus i Alec, kocham ich obu z miliona różnych powodów. Alec z książek i Alec z serialu się różnią, ale obie wersje są równie perfekcyjne. Książkowy Alexander jest młodszy, bardziej zagubiony, ujęło mnie przedstawienie go jako marudy w starych swetrach i źle przyciętych włosach. Wiele osób go nie lubi za charakter, jest wredny,
mota się w swoich decyzjach, ogólnie jest trudny i popełnia błędy. Mnie to ujmuje, bo jednak przy tym wszystkim stara się robić to, co uważa za najlepsze, za bardzo przejmuje się swoją rodziną, martwi się o Jace'a i Izzy, bo czuje się za nich odpowiedzialny, do wielu decyzji musi jeszcze dojrzeć. Doskonale rozumiem, co Magnus w nim dostrzegł, bo Alec pod skórą Nocnego Łowcy, pierworodnego Lightwoodów, odpowiedzialnego starszego brata oraz zazdrośnika siedzi takie cinnamon roll. Jest jak kociak do oswojenia i jak dobre wino – z czasem coraz lepsze. A Magnus... Jak nie kochasz Magnusa to ja nie wiem, co jest z tobą nie tak! Ta postać się pojawia, oślepia swoim charakterem, stylem, ciętym językiem i już jesteś na kolanach. To nie cały Magnus, bo w pewnym stopniu ten błyszczący imprezowicz jest jak uroczy Alec, jak się w niego "wgryziesz" widzisz coś zupełnie innego. Magnus wiele w swoim życiu przeszedł, jest specyficzny i błyszczy jak najjaśniejsza gwiazda na niebie. Clare dała mi dwa zupełnie różne charaktery, z pozoru dość proste, ale po zagłębieniu się w książki otwierających przede mną ocean możliwości. Możliwościami nazywam, oczywiście, potencjał do dramy, cierpienie i piękna miłość. O Malecu będzie później, chcę powiedzieć tyle, że kocham ich równie mocno jako oddzielne, autonomiczne jednostki.



OTP

Welp... Szybko przyszło, macie jeszcze okazję uciekać!
4
3
2
1
MALEC!
Nie ma większego OTP na świecie niż Malec! Podobno jak o nich piszę albo czytam, wyglądam jak zakochana kluska. Chyba naprawdę się w nich zakochałam, bo mają tak piękną, wielowymiarową relację, że... Uhhh, kisnę w środku bo nie mam słów na wyrażenie tych wszystkich uczuć. Nie jestem fanką romansów, ale jakby powstał romans o nich to jestem pierwsza w kolejce do przeczytania. (Eee... Gdzie ta trylogia Magnusa? Tik tak, tik tak!) Nie są idealni, ani trochę, ich relacja jest tak pokręcona, w tak wielu miejscach popełniali błędy i nadal brakuje mi kilku elementów wręcz niezbędnych do życia (powinna być scena jak razem robią naleśniki, nie handlujcie z tym!), to właśnie czyni ich związek tak pięknym. Złamali mi serce przynajmniej kilka razy, ale ja popłaczę, podramatyzuję, a wewnętrznie będę się cieszyć, bo mój mózg znajdzie milion ścieżek jak te dramaty poprowadzić. Kanon kanonem, ale fandom żyje własnym życiem. Dają mi miłość, dramy, urocze sceny, więcej dram, nie są przeidealizowani no i to chyba dwie najlepsze postacie z serii! A ja mam pierdolca, przemilczmy to.

Najseksowniejszy Nocny Łowca

😉 😉 😉
Przepraszam, czy ktoś przemyślał ten punkt?! Jeśli Raziel stworzył ich z jakiegoś powodu to na pewno dla bycia najseksowniejszą rasą w dziejach. Em... Alec, Izzy, Helen, Mark, Jace, Will, Michael Wayland. Bez ładu i składu, to mi przychodzi na myśl przy kombinacji "seksowny Nocny Łowca".

Jeśli mogłabyś mieć nazwisko Nocnego Łowcy, jakie byś wybrała?

Jeśli sama miałabym wybierać... *bieg po Kodeks* Goldhunter, za poszukiwanie złota w Internecie. Piwniczka z memami za mnie poświadczy. Jeśli miałabym wybierać istniejące, to Lightwood na 100%, zawsze chciałam być spokrewniona z wielkim robalem.

Ulubiony aktor w serialu

MATTHEW DADDARIO IS PURE GOLD! On jest tak niesamowicie rozbrajający, przystojny jak diabli, ale co się dzieje w jego głowie. Jeny, popatrzcie sobie na filmiki i gify z nim, to jest najsłodsze realne stworzenie na tym świecie. No i wszystko, co mówi albo pisze... Rany, to tak dziwne, że aż czuję z nim połączenie.

Ulubiona aktorka w serialu

Emeraude, jeny, cudowna jest. Nie mogę się na nią napatrzeć na ekranie, jest tak perfekcyjna, a poza tym w social mediach jest niesamowicie kochana i... Rany, czemu do tego serialu dobrali tak dobrych ludzi? Ona i Matt powinni być zbanowani za rozpuszczanie mnie wewnętrznie!

Wolałabyś: słuchać jak Jace gra na pianinie, grać w gry z Simonem, słuchać jak Jem gra na skrzypcach czy czytać książki z Willem?

Mam totalny konflikt interesów! Chcę wszystko! Ale... Jace jest bliżej naszych czasów, mógłby mi zagrać jakiś cover Avril albo Imagine Dragons. Profity!

Jeśli mogłabyś mieć jedną runę z książek, jaka to byłaby runa?

Wiele by się przydało. Sama nie wiem, która bardziej do mnie przemawia, ale najbardziej chciałabym albo runę zwinności, przydałaby się z moją ciapowatością, a chcę się nauczyć jazdy na łyżwach i wrotkach, no i runa parabatai, bo parabatai są cudowni i ja i moja bro zasługujemy na to. Ostatecznie, na parabatai jestem "za stara", więc zostaje mi zwinność.

Jakim Podziemnym najbardziej chciałabyś być?

Czarownik! Kocham magię, nieśmiertelność już trochę mniej, ale co mi tam. Byłabym najgorszą czarownicą na świecie!

Dary Anioła czy Diabelskie Maszyny?

Dary, w Darach jest Malec. DM były cudowne ale zbyt mocno mnie zraniły.

Najbardziej znienawidzona postać

Clary! W końcu to powiem! Nie cierpię Clary. Jeśli mowa o postaciach, których nienawidzę to mówię o postaciach, które z założenia nie miały być znienawidzone. Czarny charakter musi być, czarna owca już niekoniecznie. Clary nie cierpię, denerwuje mnie jak diabli, niczego nie przemyśli tylko od razu musi robić, mam wrażenie, że jest kreowana na świętą, a to mnie denerwuje

jeszcze bardziej. Jak piszę coś z TMI to często mam problem, żeby Alec był dla niech miły bo wydaje mi się to nienaturalne. Chociaż niech już nie umiera, Jace nie zasługuje na więcej nieszczęść, nawet jeśli wybrał sobie taką dziewczynę.

Jeśli mogłabyś spędzić dzień z którąś z postaci, kto to by był?

Magnus i Alec, proste. Bardzo chciałabym spędzić trochę czasu z tymi dwoma cudami. Magnus mnie fascynuje, a Alec byłby dla mnie bułowatą, antysocial równowagą. Jeny, chociaż przeraża mnie to, że mogliby się dowiedzieć, co z nimi robiłam w tych wszystkich nieopublikowanych shitach.

Ulubiona książka

Kroniki Bane'a. To najlepsze, co mi się w życiu przytrafiło. Te opowiadania zawierały taką dawkę Magnusa, pozwoliły mi się zagłębić w jego charakter i jeszcze najlepszą z najlepszych pierwszy randek, że nie potrafię nawet pomyśleć o czymś innym.

Co myślisz o Mieście Niebiańskiego Ognia?

N O T  Y O U R  B I T C H!
Co ja mogę powiedzieć o książce, na którą czekałam jak wygłodniały kot na napełnienie miski? Rok 2014 dzieli się tylko na dwie części: przed MNO i po MNO. Należę do tej grupy osób, które uwielbiają tą część. Pokochałam Sebastiana w zupełnie nowy sposób, Malec zaczął dojrzewać (mogli się obyć bez łamania mi serca!), Asmodeusz no i Waywood is real! To była dobra książka.


Na co najbardziej oczekujesz?

1) The Eldest Curses! Potrzeba mi więcej Magnusa i Aleca, ja wiem, że ta seria będzie po prostu perfekcyjna. Nie mogę się doczekać. Clare, rzuć wszystko i pisz to!
2) Aż fandom się ogarnie. Marzenie ściętej głowy.


Najgorszy cliffhanger? (Nie wiem, jak to przetłumaczyć.)

"Aku cinta kamu." "Kocham cię, ale to nic nie zmienia." Nie no super! Zostawcie mnie tak, proszę, zerwijcie ze sobą, zniszczcie mój świat i każcie czekać pół roku na wiadomość czy w ogóle przeżyjecie! Zerwanie Maleca było jak koniec świata.

Ulubiona scena

"I dont' want the world, I want you."
To chyba była jedna z najpiękniejszych scen, najbardziej bolesna, ale taka cudowna... W ogóle wszystko z Malekiem jest idealne. Czy ja się powtarzam?

Jem czy Will?

Tak.


Jakiej sceny/rzeczy oczekujesz w Mrocznych Intrygach?

Dobra, znam spoilery Lord of Shadows, więc ugryzę się w język i nie powiem nic o Malecu. Potrzebuję jakiegoś pogodzenia Kierana i Marka! I Powrotu Helen i Aline. To są dwie n
ajważniejsze rzeczy w tej serii. O i niech Julian nie robi pewnej rzeczy, bo inaczej marny jego los!

Jeśli mogłabyś powiedzieć coś Cassie, co to by było?

Well... Sama nie wiem, coś pomiędzy Malec/więcej Maleca a "Niech Julian nie robi Rzeczy". O i wypytałabym o to, czy Alec zna francuski, bo to ważne.

Jeśli mogłabyś zagrać kogoś w Shadowhunter, kto to by był?

Yurio Plisiecki wywalony do tego uniwersum. Mam warunki idealne. A na serio to prawie na nikogo z DA nie pasuję, chyba, że Helen Blackthorn byłaby bardzo niska.



Wszystkie fanarty należą do Cassandry Jean (polecam bardzo panią, bo pięknie rysuje, z resztą posiadacze "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców" sami się przekonali). 
8

sobota, 17 czerwca 2017

Opowieści z Akademii Nocnych Łowców, Cassandra Clare

Tytuł: Opowieści z Akademii Nocnych Łowców
Autor: Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Johnson, Robin Wasserman
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 654
Ocena: 10/10
Opis: Simon Lewis był człowiekiem i wampirem, a teraz staje się Nocnym Łowcą. Jednak wydarzenia „Miasta Niebiańskiego Ognia” odarły go ze wspomnień i Simon nie bardzo wie, kim jest. Wie, że przyjaźnił się z Clary i że przekonał skończoną boginię Isabelle Lightwood, żeby się z nim spotykała… ale nie ma pojęcia, w jaki sposób. Kiedy zatem Akademia Nocnych Łowców ponownie otwiera swoje podwoje, Simon rzuca się w nowy świat polowania na demony, zdecydowany odnaleźć siebie, odnowić dawne związki i stać się prawdziwym Nocnym Łowcą. Jednak wkrótce zdaje sobie sprawę, że w Akademii nic nie jest proste i oczywiste…

„Po prostu podejrzewam, że w szafie siedzi demoniczny opos.”


Myślicie, że liceum to szkoła przetrwania? A może studia? Uważacie, że wasz wuefista to wcielenia największego zła pragnące jedynie waszych wyplutych płuc? Na pewno macie szkolne łazienki za zapomniane nawet przez Lucyfera miejsce. Szkolna stołówka albo zawartość studenckiej lodówki to padół łez i pogardy? W takim razie zapraszamy do Akademii Nocnych Łowców, elitarnej szkoły dla przyszłych łowców demonów. Przekonacie się, że może być gorzej! I nigdy, przenigdy nie jedzcie Zupy.
Czekałam na tą zatęchłą dziurę od skończenia „Miasta Niebiańskiego Ognia”! Niech mnie Azazel użre i Razjel w łeb palnie! Tęskniłam za moim Dream Team z Nowego Jorku! Zapowiedzi tych opowiadań mnie dobijały, szczególnie „Zło, które kochamy” i „Dla nocy i ciemności”. No jak to, że Robert i Michael, a ja nie mam jak przeczytać?! Jakim prawem nie mogę od razu się dorwać to niebieskiej słodkości, którą Magnus i Alec adoptowali?! Tym bardziej byłam w niebo wzięta po pierwszej zapowiedzi. Uwielbiam czytać o Nocnych Łowcach, ale chyba na zawsze będę najwierniejsza postaciom z „Darów Anioła”, „Pani Noc” też była genialna, ale to już nie było to samo. Poza tym Clare znowu TO zrobiła! Nawet dziesięć razy! Nie było opowiadania, w którym nie zadźgałaby mnie emocjonalnie, śmiałam się, płakałam, wkurzałam. Świetnie wykorzystała potencjał do grania mi na emocjach.
Otrzymujemy podobną formułę do tej, zastosowanej w „Kronikach Bane'a” tylko tym razem na pierwszy plan wysunął się Simon – mój ukochany nerd, który teraz wpadł w bagno, chcąc zostać Nefilim. Nie ma to jak startować na pogromcę demonów, a wylądować w sypiącym się budynku, wypełnionym szlamem i szczurami. Wszystkie opowiadania są powiązane ze sobą właśnie postacią Simona i jego kolejnymi przeżyciami w Akademii, ale autorka świetnie wykorzystała tą linię do przedstawienia nam opowieści o przeróżnych postaciach na przestrzeni czasu, zaczynając od Herondale'ów starszych od mojego cudownego Willa, a kończąc na nowym pokoleniu Nocnych Łowców. Moimi faworytami są (oczywiście) opowiadania o: Kubie Rozpruwaczu, Robercie i Michaelu i, co najoczywistsze, Malecu i Niebieskiej Słodkości. Mimo dość oślizgłemu przedstawieniu pokochałam też samą Akademię. Clare naprawdę dobrze zrobiła przedstawiając ją jako najgorszy szkolny koszmar z równie okropnymi uczniami. Chyba bym się obraziła, gdyby nie pojawiło się chociaż kilku napuszonych dzieciaków Nefilim! Ostatnio mam nieprzyjemność spotykać się z opiniami pewnej, ehem, grupy, która twierdzi, że owa autorka jest okropna, bo przedstawia swój świat właśnie w taki sposób, bez wciskania wszędzie tolerancji i szacunku do wszystkiego. Nie tak to działa i dobrze, że ktoś tak pisze. Nocni Łowcy od początku byli przedstawiani jako swego rodzaju rasiści, z całą moją miłością do nich powiem, że w większości zawsze byli okropni! Nie uwierzyłabym, że to zmieniło się tak po prostu. Widać, jak się zmieniają, Simon uparcie stara się im coś wbić do głów. Rodzina Lightwoodów to piękny, chociaż bardzo zabawny przykład, jak zachodzą w kimś zmiany. Maryse i Robert wariujący na punkcie małego czarownika złapali mnie za serce, chociaż ciężko było nie płakać ze śmiechu. Starają się być lepsi dla swoich dzieci i to jest takie cudowne, a nie zmiana za pstryknięciem palców. Znajdą się też piękne nawiązania do najróżniejszych elementów serii, na przykład fragment, w którym Catarina i Magnus wspominają Ragnora i Raphaela. To ten element, który uwielbiam w książkach z uniwersum o Nocnych Łowcach – autorka w każdej książce wplata nawiązania, daje małe prezenty dla czytelników kochających szczegóły. Nawet, jeśli już czepiać się jej stylu, który akurat mi nie przeszkadza, bo jest lekki i przyjemny, to jest wiele elementów, którymi nadrabia.
„Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” to kolejna książka, która utwierdziła mnie w miłości do Świata Cieni. Śmiałam się, płakałam, wkurzałam i łapałam to dziwne uczucie, które ciężko je określić, kiedy emocje się mieszają i jesteś w stanie wyrzucić z siebie jedynie jakiś nieskładny zbitek liter. Znowu wszystkie niebieskie zakładki zeszły na zaznaczanie fragmentów o Magnusie i Alecu. Stołówkowa Zupa została dla mnie znakiem rozpoznawczym Akademii. Pokochałam słodkiego szkota, kolejnego Herondale'a i wiele innych postaci. Wreszcie dostałam Michaela Waylanda, prawdziwego, uroczego niczym puchata kuleczka! Najcudowniejsze jednak były ilustracje. Wreszcie w polskim wydaniu pojawiły się przepiękne rysunki Cassandry Jean! Za to wybaczam wydawnictwu wszystkie literówki! Nie wiem, kto to załatwił, ale kocham człowieka! Mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na zapowiadaną trylogię o Magnusie i... To będzie na tyle.

4