Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książęta. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2020

Tak wiele stracić i tak wiele zyskać: Narodziny Królów, C. S. Pacat



Seria: Zniewolony książę
Tytuł: Narodziny królów
Autor: C.S. Pacat
Wydawnictwo: Studio JG
Ilość stron: 387
Ocena: 10/10
Opis: Gdy szokująca prawda wychodzi na jaw, Damen zmuszony jest stanąć przed Laurentem jako następca tronu Akielos, a zarazem mężczyzna, który zabił jego ukochanego brata. Czy książę Vere zdoła przekonać się do zawarcia sojuszu z kimś, kogo od lat nienawidził i pragnął jego śmierci?
Tymczasem wojska regenta zmierzają na południe, gdzie swoje siły gromadzi również Kastor. To właśnie stolica Akielos stanie się areną, na której rozstrzygną się losy obydwu królestw. Czy Damen i Laurent zdołają odsunąć na bok prywatne urazy, zjednoczyć wrogie sobie armie i pokonać uzurpatorów, którzy odebrali im trony? Żaden z nich nawet nie podejrzewa, jak daleko sięga intryga regenta i jakie odkrycia czekają u kresu tej wyprawy...

„Pewnie nigdy byś nie przypuszczał, że książę może zazdrościć niewolnikowi.


Ta książka była tak dobra, że nawet nie wiem, jak zacząć. Mam ochotę trochę sobie pokrzyczeć. Jeżeli w poprzednich częściach się zakochałam, to na moje odczucia względem tej trzeba znaleźć jakieś nowe określenie. Jeszcze nigdy tak szybko nie zaczęłam szukać fanficów. Piszę tę recenzję dosłownie dzień po przeczytaniu i jestem już tak stęskniona za Damenem i Laurentem, że rozważam sprzedaż nerki, żeby móc sobie zamówić zbiór opowiadań. Naprawdę, jest niewielu autorów, którzy potrafią mnie tak mocno związać ze swoimi postaciami. C. S. Pacat udało się to po mistrzowsku. „Narodziny królów” były po prostu idealne.
(Mały przerywnik, właśnie zauważyłam, że mam w pokoju pająka i zaczyna, się martwić, że zje mi twarz jak pójdę spać. Żegnaj okrutny świecie.)
Dobra, kochani moi, nie oszukujmy się. Nie mogę opowiedzieć o fabule bez spoilerowania poprzednich części, więc hm, jeśli zastanawiacie się, czy „Zniewolony książę” jest dla was, tutaj macie linki do recenzji poprzednich części:

Fabuła zaczyna się dokładnie tam, gdzie się zakończyła w poprzedniej części. Do Ravenel przybywa akieloński oddział pod dowództwem starego przyjaciela Damena. Powoli wszyscy się dowiadują, że jest on księciem Damianosem, w powietrzu wisi drama między nim a Laurentem. Jednak mimo wszystko książęta łączą swoje siły, żeby odzyskać panowanie nad Vere i Akielos. To jest dosłownie cała fabuła, jeżeli mam omijać spoilery. Damen i Laurent muszą ogarnąć, co się między nimi dzieje, przy swoich ludziach zachowywać się jak darzący się szacunkiem władcy i odebrać władzę Kastorowi oraz Regentowi.  Proste jak budowa cepa, nie? No kurde, nie z Laurentem i jego wujem. W tej części ich intrygi robią się jeszcze bardziej pokręcone i niebezpieczne. Zakładam też, że jeżeli ktoś dociera do trzeciego tomu tej serii, jest już totalnie wciągnięty w relacje między książętami. To jest równie ważny wątek, a w „Narodzinach królów” jest tego więcej niż w dwóch poprzednich częściach. Tym sposobem Pacat zrobiła naprawdę wciągającą książkę, mając tak naprawdę dwa wątki. Jasne, pojawia się kilka pobocznych linii fabularnych, ale one są bardzo ściśle połączone z główną osią historii.
Narodziny królów” są jedną z takich książek, która praktycznie cały czas gra na emocjach czytelnika. Nie potrafiłam jej czytać spokojnie: albo panikowałam nad losem książąt lub ich związkiem, albo się nad nimi rozpływałam. Ze względu na to, że większość tekstu jest napisana z perspektywy Damena, mogę go obwiniać o to, że razem z nim zakochałam się w Laurencie. Ja dosłownie przeżywałam to, jakby nastąpiło jakieś połączenie naszych umysłów. Muszę przyznać, że nie często zżywam się aż tak mocno z historią, ale jak już to się dzieje, nie ma siły, żeby książka mi się nie spodobała. Przynajmniej do tej pory się tak nie zdarzyło. Bardzo spodobała mi się dynamika między książętami w tej części. Jak obaj na swój sposób radzili sobie z tym, co już wydarzyło się między nimi, co do siebie czuli i rolami, w jakich teraz się znaleźli. Na początku to była tak mocna mieszanka miłości i nienawiści, że spodziewałam się po nich obu wszystkiego. Było mi równocześnie przykro, ale też nie mogłam przestać się rozpływać nad tym, jak Laurent potrafił po cichu wbijać szpilę Damenowi, udając przy tym, że stosunki między nimi są całkowicie w porządku, bo tego wymagała sytuacja. W ogóle Laurent sprawiał, że co dwie strony musiałam przerwać, żeby pozachwycać się tym, co akurat zrobił. To były naprawdę różne rzeczy. Czasem chodziło o to, że był niesamowicie uroczy i kochany, czasem zaskakiwał mnie swoim tekstem albo jakąś cwaną intrygą, on w tej części przekroczył tyle granic, że po prostu nie mogę. Nawet opowiedział o przygodzie w burdelu! Albo zaliczył przypał z jednym ze swoich cwanych planów, ale zrobił to w tak genialny sposób, że do teraz nie wierzę, że to się wydarzyło. Gdyby człowiek mógł wybuchnąć z nadmiaru emocji, już nie pisałabym tej recenzji, a jeszcze nie zaczęłam o zakończeniu… Po pierwsze, to powinno być jeszcze co najmniej 20 stron, którymi mogłabym się nacieszyć, bo koniec nastąpił w momencie, gdzie kończyła się fabuła, ale nie moje potrzeby na więcej Damena i Laurenta! Ostatnie rozdziały kilka razy wprawiły mnie w stan przedzawałowy. Pacat tak sobie obmyśliła całą fabułę, że mogła tam rzucać seriami plot twistów. Mało tego, na ostatnie strony walnęła jeszcze symboliką i tak się zabawiła przeszłością książąt, że prawie się rozpuściłam nad tym, jakie to było idealne pod względem literackim. Dość proste, ale i d e a l n e! Dlatego też naprawdę powinien tam być epilog, który pozwoliłby mi na uspokojenie emocji. Jak mogę podsumować w jakiś sposób swoje uczucia to hm… Kojarzycie tą scenę z pierwszego Shreka, jak Shrek i Osioł pojawiają się w Duloc? Wiecie, kiedy trafiają na tą budkę ze śpiewającymi lalkami i Osioł krzyczy, że on chce jeszcze raz? Po „Narodzinach królów” jestem osłem. A w ogóle to ta scena ma super przeróbkę w Halloweenowym dodatku do Shreka, kiedy nasz ukochany ogr z baśniową ekipą wpadają do opuszczonego Duloc. Polecam.
Kończę już o tym, jaka jestem emocjonalnie rozjechana. Są jeszcze dwie ważne rzeczy, o których muszę tu napisać. W pierwszej kolejności – kontrowersje. Odkąd „Zniewolony książę” został wydany po polsku, już ileś razy czytałam, że autorka pochwala, a nawet fetyszyzuje niewolnictwo i pedofilię. Bo przedstawiła to w książce. Bo w przedstawionym świecie jest na to społeczne przyzwolenie. Przepraszam, ale nauczcie się czytać ludzie. Jak ktoś miał wątpliwości to „Narodziny królów” są moim dowodem, że jest inaczej. Od samego początku łatwo jest wyczytać, że główni bohaterowie (których przecież czytelnicy mają darzyć sympatią i są głównym środkiem przekazu w tekście) nie pochwalają tego. No Damen musi trochę przeorganizować swoje poglądy, co też jest ważne i cieszę się, że zostało to pokazane w całej serii. Autorka opisuje te rzeczy jako mniej lub bardziej akceptowane przez społeczeństwo Vere i Akielos, ale przy okazji robi to w taki sposób, żeby czytelnik mógł odczuć, że wcale nie jest to dobre, a tym bardziej pochwalane czy gloryfikowane. Czy naprawdę lepiej byłoby traktować ludzi jak idiotów i przy tych fragmentach dopisywać, że oj oj, pamiętajcie, że to jest złe? Naprawdę? O wiele lepszy przekaz uzyskuje się przy zastosowaniu odpowiedniej stylistyki czy odczuć bohaterów, z którymi „spędzamy” większość książki. Lepiej odczuć na sobie ten dyskomfort niż przeczytać coś, co i tak wiemy. Naprawdę cieszę się, że Pacat wprowadziła te wątki, ja w niewielu książkach popularnych zetknęłam się z podobnymi przekazami, chyba jeszcze mało który autor nie próbował sprawić, żebym czuła się źle podczas czytania. Nie w takim sensie, że sama książka była okropna, ale żebym czuła psychiczny dyskomfort. Odnośnie pedofilii, hej, pamiętacie, kto to robi? Regent, ten totalnie najgorszy człowiek w całej serii, który i tak wzbudza w czytelnikach niechęć, a jego zamiłowanie do młodych chłopców jedynie mocniej wpływa na ten obraz. I jest w tym jeszcze jedna ważna rzecz [SPOILER] Regent również wykorzystywał w ten sposób Laurenta. Ogólnie wychodzi to na jaw dopiero w 3 tomie; ja domyśliłam się po pierwszym przez pewne wzorce zachowań Laurenta. Kiedy już się wie, zauważa się, jak wielki wpływ miało to na kształtowanie się jego osobowości i jak wiele zachowań księcia wynika właśnie z tego. Dobrze rozumiem, czemu to się pojawiło w tej serii, a również bez takiego przedstawienia Regenta wydawałoby się to trochę mniej trzymać kupy. [KONIEC SPOILERA] Jeżeli zaś chodzi o niewolnictwo, to należy zwrócić uwagę na dwie ważne rzeczy. Cała seria jest mocno wzorowana na starożytnych społeczeństwach Rzymu i Grecji (głównie Akielos), w których niewolnictwo było czymś na porządku dziennym. Bez tego wątku cała fabuła nie miałaby większego sensu - w końcu Damen został wysłany do Vere jako niewolnik. Od samego początku „Zniewolonego księcia” Pacat nam pokazuje, jak tytułowy książę coraz bardziej zauważa, jak niesprawiedliwy i zły jest to system. Laurent od samego początku nim gardzi. Do tego [SPOILER] w „Narodzinach królów” obaj otwarcie rozmawiają o zniesieniu niewolnictwa po odzyskaniu władzy. [KONIEC SPOILERA] Ludzie, proszę, czytajcie ze zrozumieniem! Literatura popularna to nadal pewna forma sztuki, którą należy umieć interpretować. Wiecie, jakie to by było toporne, gdyby autorka pisała o wszystkim wprost? Wyobraźcie sobie, ile tekstu nagle wyleciałoby z książki. Już nie mówiąc o tym, że o wiele większy wpływ na czytelnika wywrze to, że sam zauważy, jakie coś jest złe.
Drugą kwestią jest erotyka, bo wydaje mi się, że ludzie dalej myślą, że to jednak książka o gejowskim seksie. W pierwszym tomie tak została przedstawiona kultura Vere, więc to cały czas pojawiało się gdzieś w tle. W drugiej części verańscy żołnierze często do tego nawiązywali, bo to nadal była ich kultura, no i pojawiło się kilka scen. W „Narodzinach królów” ograniczyło się to jeszcze bardziej. Znowu było kilka fragmentów między Damenem i Laurentem, raz na jakiś czas jakieś teksty, przez większość czasu autorka skupiała się na fabule i relacjach między postaciami. Poza tym nie będę udawać, że nie podobało mi się, że ta erotyka się pojawia. Cokolwiek, nie jestem idealnym czytelnikiem, a tym bardziej recenzentką (tą to jestem tragiczną). Pacat po prostu potrafi napisać to dobrze, bez żadnego dziwnego rozpadania się na kawałki, podwijania palców, świętego Barnaby i tak dalej. Nie robi o tym całych rozdziałów, kiedy fabuła czeka, nie rozwleka się zbytnio. Nigdzie nie lata czyjś niemożliwie wielki interes. Ta kobieta potrafi pisać erotykę ze smakiem, bez zbędnych opisów, które wywołują głębokie zażenowanie i ból istnienia. Nie ma potrzeby przedstawienia kogoś jako najwspanialszego faceta we wszechświecie, żeby fanki mdlały i się rozpływały. Ona po prostu potrafi to pisać i nie daje się zbyt mocno ponosić fantazji, więc nie jest to też totalnie odrealnione. Nie, żebym miała jakieś doświadczenie, ja tylko czytam fanficki. I tak, patrzę na ciebie, Maas! Do dzisiaj mnie lekko wzdryga po Dworach!
Dobra, mam nadzieję, że napisałam wszystko, co chciałam. Jak nie, to najwyżej walnę kolejny post, bo o tej serii to ja mogę pieprzyć, ile wlezie. No i jeszcze czekają mnie opowiadania, niech tylko znajdzie się jakiś wolny pieniądz. Mogę tylko dodać, że pijany Laurent był czymś równie stresującym, co cudownym. Za to Makedon po kilku głębszych stał się tym wujkiem, który wszystkim opowiada, jacy są super wspaniali. Kocham! Po tym już naprawdę powinniście wiedzieć, czy chcecie to czytać, czy też nie. Ja od siebie mogę z całego serducha polecić, jeżeli tylko tematyka was nie odstrasza! Osobiście mogłabym jeszcze przeczytać całą książkę o tym, jak Damen i Laurent sobie żyją, bez większych intryg i dram. Pacat pisze tak dobrze, że mam ochotę przeczytać całą serię jeszcze raz dla samej przyjemności czytania i z tęsknoty za książątkami. (Borze, mam pierdylion książek do przeczytania, ale naprawdę to rozważam.)


0

wtorek, 3 marca 2020

Książę i niewolnik wchodzą do burdelu... Książęcy Gambit, C.S. Pacat


„Piękna twarz, przebiegły umysł i bezwzględna natura.


Seria: Zniewolony książę
Tytuł: Książęcy gambit
Autor: C.S. Pacat
Wydawnictwo: Studio JG
Ilość stron: 427
Ocena: 10/10
Opis:Nad Vere i Akielos zawisło widmo wojny. W obliczu nadchodzącego zagrożenia Laurent zostaje wysłany na granicę, aby ustabilizować napiętą sytuację. Młody książę postanawia zabrać ze sobą również Damena, który w wyprawie upatruje szansy na powrót do ojczyzny. Za sprawą decyzji regenta prócz paru zaufanych przybocznych towarzyszyć im będzie oddział złożony z osobników najgorszego sortu. Niezdyscyplinowana hałastra, pełna podżegaczy i awanturników, niechybnie zwiastuje druzgocącą klęskę. Czy uda się stworzyć z nich skuteczną drużynę, zanim przyjdzie im stawić czoła śmiertelnym intrygom i zasadzkom, jakie na następcę tronu przygotował regent?
Damen i Laurent będą musieli walczyć ramię w ramię, aby przeżyć i uratować swoje królestwa. Jednak im bardziej się do siebie zbliżą, tym cięższym brzemieniem staną się sekrety, które przed sobą skrywają. Jakie mają szanse, by uniknąć śmierci, skoro nikomu nie mogą ufać, a nic nie jest takie, jakim się wydaje?

„Doskonale wiem, jak to jest pragnąć kogoś zabić i czekać.

Zniewolony książę” zachwycił mnie kompletnie i nie mogłam się doczekać kontynuacji. Pokochałam Damena i Laurenta, styl autorki wyjątkowo przypadł mi do gustu i włączyło mi się wymuszanie spoilerów, bo nie wytrzymam czekania pół roku na kolejną część. „Książęcy gambit” podziałał na mnie jeszcze gorzej, bo chyba bym umarła, gdybym nie sprawdziła kilku rzeczy. Ta seria powinna zostać wydana od razu w całości, ze wszystkimi dodatkami i opowiadaniami. Chcę trzeci tom. To zakończenie zrobiło mi wyrwę w dupie. Laurent, kocham cię, pij ze mną kompot!
Zacznijmy od tego, jak obie części się różnią. BARDZO! Bo wiecie, na początku zaczyna się od tej dramy, że Damen jest zdradzony i trafia do niewoli, no i w sumie pierwszy tom mógłby być bardzo nudny, gdyby autorka nie potrafiła pisać. Jednak przez większość „Zniewolonego księcia” Pacat przedstawia królewski dwór Vere i wszystkie ich zwyczaje (którymi w większości się gardzi). Laurent jest wiecznie obrażonym dupkiem (kocham go), Damen kombinuje jak uciec i łazi prawie nago, a przy okazji jest wątek o niewolnictwie i jakieś polityczne kombinatorstwo. Na szczęście autorka potrafi pisać i podbiła moje serducho. Potem jest „Książęcy gambit” i *chwila na wyguglowanie słowa „gambit”*. Dobra, Wikipedia coś tam mówi o rozgrywkach szachowych, no i w sumie trochę to pasuje. Laurent razem z Damenem zostają wysłani do służby na granicę Vere z Akielos, do towarzystwa dostają oddział złożony z najgorszych ludzi pod słońcem. Robi się trochę bardziej militarnie, a przy tym przez całą książkę Laurent bawi się z wujem w ich pokręcone, potencjalnie śmiertelnie gierki. To powoduje, że co chwila pojawiają się zamachy, ucieczki po dachach, polowania na posłańców i wiele innych przygód. Damen bierze czynny udział w tej kampanii. Choć nadal jest niewolnikiem księcia, dostaje tu o wiele więcej swobody i gdyby nie on, to to wszystko padłoby, zanim oddział dotarłby do drugiego postoju. Czuje się tutaj, że szykuje się walka o koronę, przy okazji wychodzi wiele brudów z przeszłości książąt. Nie ma tu pięknych sypialni, jedwabnych strojów i wystawnych uczt jak w „Zniewolonym księciu” i chyba to tak mocno zmienia charakter tego tomu. Jednak nie czułam, żeby to nie była ta sama seria, Pacat zaczyna dokładnie w tym momencie, w którym skończyła i płynnie przechodzi między obiema częściami.
Uwielbiam postacie w tej serii. Autorka bardzo starannie je buduje i za ich pomocą mami czytelnika. Nawet nie próbowałam odgadywać, kto i jaką rolę odegra, bo autorka lubi odkrywać karty dosłownie w ostatniej chwili. Nie dotyczy to Damena i Laurenta. Ci dwaj mimo swoich tajemnic są bardzo szczerzy. Może nie da się odgadnąć, co Laurentowi roi się w głowie, jednak wobec niego trudno było mi mieć wątpliwości. Nie chodzi mi tu o jego posunięcia, bo cała fabuła tej książki opiera się na jego pokręconych planach i sojuszach, o których byśmy nawet nie pomyśleli. Jednak czuję, że udało mi się go rozgryźć jako człowieka i w tym temacie doskonale rozumiałam jego zachowania. No ale ja sama odgadłam pewien plot twist z 3 tomu. Uwielbiam jego złożoność, humorzasty charakter i to, jak potrafi przystosowywać się do sytuacji – a to powoduje, że niektóre sceny po prostu powalają. Damen nie zmienia się zbytnio, ale za to ewoluuje jego stosunek do Laurenta – kocham to, jak ogarnia, że chyba coś się zmieniło i zaczyna zachowywać się, jakby nie miał pojęcia, jak się obchodzić z innymi ludźmi. Jest w tym kosmicznie kochany. W ogóle relacja tej dwójki i wszelkie interakcje między nimi są piękne i to jest mój największy powód do kochania „Zniewolonego księcia”. Przy okazji Damen nieco zmienia swój stosunek do Vere, a przynajmniej do pewnych spraw związanych z tym państwem. Przez to ma też trochę dylematów, w które wkręciłam się, jakby to były moje problemy. Przy okazji udało mi się znienawidzić kogoś nowego, ale nie będę spoilerować. Po prostu… Łeb urwać to za mało. Szkoda, bo ta postać zapowiadała się naprawdę dobrze.
Może ktoś zastanawia się co z erotyką? Przecież to tym zasłynął „Zniewolony książę”… Może raczej tym, że nagle ludzi zabolało, że autorka tak swobodnie pisze o erotyce. W pierwszym tomie wszystko było w pewnym stopniu zseksualizowane(?), ale w jego recenzji pisałam, że sama autorka nie opisuje tego pozytywnie, a raczej chce wzbudzić w czytelniku oburzenie. No i tak, potrafi pisać erotykę bez wywoływania we mnie gigantycznego zażenowania. Nie to co większość autorów fantastyki, którzy postanowili wrzucić jakiś „hehe, seksik” między rozdziały. W „Książęcym gambicie” jest tego dużo mniej, chociaż nie mówię, że temat znika. Oddalenie się od dworu i zagrywki polityczne sprawiają, że nie zostaje za dużo miejsca na tego typu atrakcje, poza tym w tym tomie autorka nakierowuje naszą uwagę głównie na Damena i Laurenta. Ten drugi wydaje się wręcz aseksualny, więc siłą rzeczy skupiamy się na innych aspektach. Jednak co najmniej dwa razy pojawiają się nieco dłuższe fragmenty nakierowane właśnie na erotykę. Pacat, pisząc je, pozwoliła sobie na więcej niż w „Zniewolonym księciu” i naprawdę nie ma na co narzekać. Nie przepadam za takimi wstawkami w książkach, ale w tej konkretnej nie raziło mnie to, nie wydawało się zrobione na siłę, autorka naprawdę potrafi pisać takie sceny i nie były one przeciągnięte czy przegięte. Doceniam też fakt, że nikt nie wspominał o podwijaniu palców u stóp. Przyznaję, na jedną z tych scen nawet czekałam, no ale zależało mi, żeby między tymi postaciami doszło do czegokolwiek.
Raczej nie muszę dodawać więcej fabularnych rozważań, Laurent i Regent zapewniają tu kombinatorstwo na mistrzowskim poziomie. W dodatku każdy ma takie układy, że wszelkie zwroty akcji wyjaśniają się dopiero, jak ktoś wyraźnie wskaże, która strona na tym zyskała. Kocham to! Zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło i zrobiłabym wszystko, żeby dostać już trzeci tom. Spoilery wszystkiego nie opiszą, a tu jest o czym pisać.
Zakładam, że nie muszę dodawać, że tematyka tej serii jest specyficzna i nie każdemu będzie odpowiadać. Kurde, to jest drugi tom, jeżeli przeczytaliście pierwszy i nie dopadło was święte oburzenie, to nie musicie się już martwić. Już po samym opisie „Zniewolonego księcia” można sobie ocenić, czy to książka, którą możecie przeczytać bez zgrzytania zębami. Jeżeli tak – polecam! Według mnie „Książęcy gambit” dostarcza o wiele więcej rozrywki, a sama relacja między głównymi bohaterami jest na tyle ciekawa, że ciężko się oderwać od czytania.

0

niedziela, 10 listopada 2019

Książęta i magowie: Kandydatka, Rachel E. Carter



Seria: Czarny Mag
Tytuł: Kandydatka
Autor: Rachel E. Carter
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 412
Opis: Dwudziestoletnia Ryiah jest czarną maginią frakcji bojowej, ale nie jest Czarnym Magiem. Jeszcze. Niemal od zawsze pragnęła zdobyć legendarną szatę, jednak tylko tego jednego roku będzie mogła wziąć udział w prestiżowym – i jedynym w swoim rodzaju – turnieju dla magów… Szkoda, że będzie musiała wystąpić przeciwko pewnemu księciu – temu, którego dotąd jeszcze nigdy nie pokonała. Nabór kandydatów wreszcie nadchodzi. Zwycięzca otrzymuje szaty, ale w królestwie czyha coś mrocznego. Wrogie królestwa otaczają ojczyznę Ryiah. Pora zawrzeć sojusz. Niestety dla Ryiah to dopiero początek. Bo największy wróg mieszka w samym pałacu.

„Ponieważ chłopak ze światem u swych stóp tak naprawdę na nic nigdy sobie nie zasłużył.”


Nie jestem dzisiaj zbyt kreatywna. Wstępów nie będzie, zapraszam na recenzję „Kandydatki”.
Trzecia część serii Czarnego Maga opowiada głównie o tym, co działo się zarówno przed, jak i po naborze kandydatów do rady magii. W końcu Darren oświadczył się Ry, jednak ta niedługo po zakończeniu nauki w akademii wyjeżdża na służbę w Ferren’s Keep. Po roku ma na stałe zamieszkać w pałacu jako żona księcia. W tym czasie też stara się jak najlepiej przygotować na nabór kandydatów do starcia o tytuł Czarnego Maga. Równocześnie Jerar stara się przygotować do wojny z Caltothem. W międzyczasie wyjdzie na jaw trochę dworskich intryg, a buntownicy dorzucą się do ogólnego zamieszania.
Główną osią „Kandydatki” jest, oczywiście, relacja Ry i Darrena. Po dwóch poprzednich częściach raczej ciężko spodziewać się czegoś innego. Podtrzymuję moją opinię o pozostałych tomach, to jest taka przyjemna seria, którą można poczytać dla czystego relaksu. Jest wiele oczywistych wątków, postacie zachowują się w dość przewidywalny sposób znany już z niejednej książki o podobnej tematyce, a autorka nie bawi się w ukrywanie swoich zamiarów. To nie ma być superambitna książka z milionem plot twistów. Jednak ta prostota nadal jest mocną stroną tej serii. Przy tym wszystkim, postacie nie zachowują się w sposób głupi, autorka nie traktuje czytelnika, jakby ten nie miał rozumu, a wszystkie wydarzenia są odpowiednio umotywowane.
Mimo całej tej prostoty, ten tom potrafił mnie zaskoczyć. Nie spodziewałam się znaleźć tu jakichś większych dworskich intryg. Wcześniej wszystko wydawało się dość jednoznaczne: kto jest zły, kto dobry (może poza Darrenem), sądziłam, że wiem, czego po kim się spodziewać. W „Kandydatce” autorka powoli zaczynała przełamywać ten schemat. Zresztą udało jej się uśpić moją czujność i na koniec dałam się zaskoczyć. Nawet jeżeli większość tych wątków w końcu dawała przewidzieć jak się zakończą, bardzo przyjemnie się o tym czytało i odkrywało, jak do tego doszło. Pod koniec zostało kilka nierozwiązanych linii fabularnych i nawet nie potrafię stwierdzić, jak się one potoczą. W poprzednich częściach jednak nie było takich zakończeń, więc teraz jeszcze bardziej chciałabym już dorwać czwarty tom. Zaskoczyło mnie też to, że wątek Ry i Darrena nie zdominował tej książki. Jako główna para w serii, która mocno opiera się na romansie, byli bardzo nieinwazyjni. Obyło się bez gorących wyznań miłości co dziesięć stron, umierania z tęsknoty i przydługich opisów pocałunków. Mieli między sobą kilka dram, ale autorka już nie raz udowodniła, że potrafi pisać takie stereotypowe wątki na tyle dobrze, że czytelnik nieświadomie się w nie angażuje i zaczyna je przeżywać.
Nie mogę powiedzieć, że wszystko było idealne. Nie czuję się jakoś mocno związana z konkretnymi postaciami z tej serii. Większość ma swoją rolę do odegrania i tyle. Jednak Ry momentami trochę odbijało. Za bardzo się obrażała w sumie o nic, kręciła nosem na nawiązywanie kontaktów z innymi postaciami poza książętami. Trochę jej charakter rozjechał się z tym, co poznaliśmy w poprzednich częściach. No i popełniła grzech numer jeden w tematyce przeżywania swoich uczuć. Co chwila „rozpadała się na kawałki”. Serio, w Kandydatce miałam wrażenie, że jeszcze raz rzuci tym tekstem i zostanie z niej tylko kupka pyłu jak po pstryknięciu Thanosa. Z drugiej strony muszę pochwalić kreację Darrena i Blayne’a. Pamiętając, jak to było z książętami w „Czerwonej Królowej”, do samego końca nie potrafiłam zaufać żadnemu z nich. Jak jeden mówił „A”, a drugi „B”, stwierdzałam, że coś tu nie gra i zaraz się okaże, że jest na odwrót. Kiedy zaczynali grać inaczej, myślałam, że to kolejna przykrywka i jednak było tak, jak wcześniej. Książęca paranoja, ale w takim dobrym znaczeniu. Spodobało mi się też to, że autorka poświęciła trochę czasu na przedstawienie ich przeszłości i zbudowanie relacji. Dzięki temu obaj nabrali więcej kolorów, bo do tej pory Darren był po prostu mrocznym księciem, który chce dobrze, a Blayne był jego starszym, złym bratem. Teraz nawet mogę ich tak trochę kochać.
Bardzo spodobał mi się też sam nabór kandydatów. Może ten wątek nie zajął wyjątkowo dużo miejsca, jak sugeruje tytuł i opis okładkowy, ale był wyjątkowo dobrze zaplanowany i opisany. Oczywiście autorka skupiła się głównie na magach bojowych, jednak pozostałe dwie frakcje też dostały swoje kilka minut i udało się tam wpleść trochę fabuły. Same bitwy o szatę Czarnego Maga były świetnie napisane. Potrafiły nieźle podnieść ciśnienie i momentami nawet moje przekonanie, że autorka pozwoli Ry wygrać, gdzieś sobie uciekało i nabierałam wątpliwości.
Ostatecznie „Kandydatka” kilka razy mnie zaskoczyła i w tym wypadku nie chodziło o to, z jaką lekkością i przyjemnością się ją czytało. Może styl autorki nie zmienił się jakoś wybitnie, nadal jest prosty, nie ma rozbudowanych opisówi jakichś niesamowitych dialogów, ale zaczęła rozwijać fabułę i bawić się wątkami. Przez to „Kandydatkę” czytało się jeszcze lepiej i naprawdę nie mogę się doczekać ostatniej części! Poza tym, ta seria nadal jest lekka i przyjemna, nie zarzuca milionami wątków ani kilometrowymi opisami. Byłam w stanie ją czytać po przetyraniu mnie na lodowisku, gdzie po takich atrakcjach moje zdolności umysłowe ograniczają się do kreskówek, grania w pokemony i rozważania wad i zalet drzemki. Nie jest to wybitna książka, nie mogę jej dać 10/10, ale ciężko jej odmówić zalet. Czasem każdy potrzebuje takiej czystej, prostej rozrywki.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Uroboros.
1

niedziela, 30 września 2018

Jak (nie)zostać magiem: Pierwszy rok, Rachel E. Carter


„Jak myślisz, ile razy możesz zginąć, zanim naprawdę oszalejesz?”


Seria: Czarny Mag
Tytuł: Pierwszy Rok
Autor: Rachel E. Carter
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 364
Ocena: 7/10
Opis: Rudowłosa piętnastolatka Ryiah (zwana Ry) i jej brat bliźniak Alexander mają jedno marzenie: zostać magami. Realizacja tego celu się przybliża, gdy zostają przyjęci do Akademii Magii. Okazuje się jednak, że kandydatów na adeptów jest wielu, zaś rodzeństwo wyróżnia się na tle rówieśników niskim pochodzeniem, brakami w wiedzy i niedostatkiem siły fizycznej. Wywodzący się z arystokratycznego rodu książę Darren i jego przyjaciółka Priscilla szczególnie dają odczuć rodzeństwu, gdzie jest ich miejsce. Ry odstaje od grupy tak wyraźnie, że padają nawet sugestie, iż powinna zrezygnować. Dziewczyna jednak się nie poddaje, potajemnie przesiaduje w bibliotece, ćwiczy walkę wręcz z córką rycerza Ellą. Nieoczekiwanie z pomocą Ry przychodzi jej dotychczasowy wróg, Darren. Chłopak zaczyna okazywać jej swoją sympatię. Czy to podstęp? Czy Ry uda się zdać egzaminy i kontynuować naukę w wymarzonej szkole? Opowieść o Ryiah i Alexie, młodych adeptach Akademii Magii, to pierwsza część trzytomowej sagi Czarny Mag.

„Ludzie, którzy mówią ci to, co chcesz usłyszeć są najbardziej niebezpiecznymi wrogami.”


Ostatnio mam taki czas, że wszystko mnie ściąga w stronę fanficków. Wszystko przez Ahsokę. Teraz jakimś dziwnym trafem wpadła mi w ręce książka, która przypomniała mi te złote czasy. I to od dobrej strony! Skusiłam się na „Pierwszy rok” chyba ze względu na totalną głupotę. Brat głównej bohaterki nazywa się Alexander. Koniec. To był mój powód. Reszta zabrzmiała dla mnie jak taka typowa młodzieżowa fantastyka i stwierdziłam: dobra, Lucy, weź, zobacz. Nie powiem, żebym podjęła złą decyzję.
Ryiah pochodzi z niezbyt zamożnej rodziny, jednak ma wielkie ambicje. Pragnie zostać magiem bojowym. Po tym jak jej brat bliźniak odkrywa, że posiada magię, wspólnie wybierają się do Akademii. Ry jeszcze nie potrafi wydobyć z siebie mocy, ale wierzy, że ma potencjał, by przetrwać próbny rok. Jednak szaty maga są tylko dla najlepszych, a ona niczym się nie wyróżnia na tle setki innych uczniów. Nauka w Akademii wydaje się ponad ludzkie siły, a mistrzowie zrobią wszystko, żeby odesłać jak najwięcej nowicjuszy do domu.
Szczerze przyznam, że ta książka dobrze mi zrobiła. Jest dość jednowątkowa, autorka skupia się głównie na przedstawieniu pierwszego roku Ry w Akademii. Nie ma tu wielu intryg, końców świata czy wojen wiszących nad królestwem. No i jest książę. Chociaż tak naprawdę wszystkie wydarzenia wpisują się w taką szkolną rzeczywistość. Jednak ta konkretna placówka jest wymagająca na wszystkich poziomach, od zadań domowych po ćwiczenia fizyczne i magiczne. Ja przy „Czarnym magu” po prostu odpoczywałam i dobrze się bawiłam. Tylko tu pojawia się pewna kwestia...
To fanfic. Nie w takim konkretnym znaczeniu, po prostu ta książka prezentuje styl, który pojawia się w dobrej twórczości fanowskiej. Jest jak te wszystkie opowiadania z Pottera, które czyta się po prostu dla rozrywki. No i nie da się ukryć, że podczas czytania cały czas w mojej głowie bzyczał taki cichy głos. Podpowiadał mi, że to musiało się urodzić na Draco i Ginny połączonej z Hermioną. Nie mam pojęcia, jak naprawdę było, ale to się czuje. Różnica polega na tym, że Darren nie jest taką konkretną kalką Malfoy'a, działa to bardziej na zasadzie pewnych podobieństw. Muszę też autorce oddać, że nie jest to tak nachalne. „Pierwszy rok” nie daje tu zbyt wiele romansu – i dobrze. Na takim poziomie, na jakim to jest, ciężko by było coś tu zawalić. Jestem wielką przeciwniczką tych wszystkich romansideł z Dracze i nie zdzierżyłabym, gdyby coś takiego wybijało się na pierwszy plan. W efekcie po prostu wędrujemy z główną bohaterką przez kolejne miesiące w Akademii, a gdzieś z boku kręci się Darren. Wiadomo, o co chodzi, ale pani Carter jakimś sprytnym sposobem przedstawia to tak, że czytelnik nawet chce trochę więcej. Schematyczne, fanfickowate, ale na swój sposób dobre. Tak się prezentuje „Pierwszy rok”.
Ciężko tu mówić o jakiejś wybitności. Nie ma wielkich zwrotów akcji, cała książka jest dość przewidywalna i napisana dość przeciętnie. Tylko też mam wrażenie, że autorka się z tym nie kryje, a po prostu przedstawia swoją historię najlepiej jak umie. Nie ma bezsensownego bełkotania, dłużących się opisów czy dialogów, grafomańskich scen między Ry a Darrenem. Carter nie chce nam tu przedstawić najsłuszniejszego, najpiękniejszego romansu w dziejach, niczego nie próbuje nam wmawiać. To jest jej zaleta. Kilka razy powinęła jej się noga. Podczas egzaminów ta przydługa rozmowa Ry i Darrena była po prostu głupia. Kto, idąc na egzamin decydujący o jego marzeniach, zatrzymuje się, żeby pogadać z innym uczniem? Ona mogła to załatwić później. Nie da się też ukryć, że postacie są bardzo schematyczne, a sama Ryiah to taka Mary Sue. Ale tutaj też coś mi każe powiedzieć, że nie było to aż tak złe. Jednak były momenty, w których nasza bohaterka dostawała po tyłku, na wszystko musiała sobie zapracować, a jak już jej się udawało albo jak była przedstawiana pozytywnie nie było w tym przesady. Bo jasne, można było zrobić z niej maga wszech czasów, dać jej wypasioną moc i tylko wrzucić w odpowiednim momencie, jak cały świat uświadamia sobie, że jest najlepsza. Ale autorka tego nie zrobiła! Na koniec ma się to poczucie, że dobra, to musiało się tak skończyć, ale nie było to zrobione po łebkach, żeby tylko pokazać czyjąś zajebistość. Ma się świadomość, że jednak Ryiah musiała się na to napracować i nadal nie jest kimś wybitnym.
Przyznaję, że trochę dałam się złapać w pułapkę. Darren. No książę, jak książę. Taki niby rozpieszczony dzieciak, który ma wielkie ego i jeszcze większą grupę adoratorek, a do tego jeszcze utalentowany. Oczywiście, kilka razy pokaże lepszą twarz i wcale nie jest taki zły, jak sądzą pozostali bohaterowie. Tylko że książę ma pewien urok i jestem dość ciekawa jego relacji rodzinnych. Mam nadzieję, że to zostanie pociągnięte w kolejnych tomach. Poza tym bardzo potrzebowałam czegoś, przy czym po prostu będę czytać bez większego wysilania mózgu. W ogólnej ocenie „Pierwszy rok” jest średni, ale też chcę zaznaczyć, że świetnie sprawdzi się do odpoczynku. Jest wiele genialnych książek, jasne, ale czasami to przytłacza i w tym momencie można wyciągnąć takiego „Czarnego Maga” i na chwilę odpocząć. Przy okazji nie będziecie mieli rozbuchanego romansu, wychwalanych pod niebiosa głównych bohaterek i nietrzymającej się kupy fabuły. Odnoszę wrażenie, że większość „guilty pleasure” właśnie tak wygląda, a nie o to w tym chodzi. Jeżeli macie dość tego typu „fantasy” romansideł, ale też chcecie coś naprawdę lekkiego, „Pierwszy rok” będzie wręcz idealny. Czyta się go wyjątkowo szybko i nie ma się poczucia, że mózg ucieka ci uszami. Na dodatek nawet chce się sięgnąć po kontynuację.
Na zakończenie: chwała Uroborosowi za zmianę okładki! Przepraszam, ale ta zagraniczna jest tragiczna! Przy tej polskiej grafik odwalił kawał dobrej roboty. W dodatku wersja recenzencka zyskała ozdobę w postaci nazwiska recenzenta na okładce. Naprawdę wyjątkowo miło mi się zrobiło, jak po otworzeniu paczki zobaczyłam, że ja tam jestem.
PS Jak już zaczęłam od Alexa – no był i w sumie miło czasem było go zobaczyć, ale ja tak po prostu poleciałam na imię.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros.
2

wtorek, 28 sierpnia 2018

Król bez korony, magia bez ciała: Wyczarowanie światła, Victoria Schwab



„Miejsce króla jest z jego ludem.

Miejsce księcia jest z jego królem.”


Seria: Odcienie Magii 
Tytuł: Wyczarowanie światła
Autor: Victoria E. Schwab
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Ilość stron: 554
Ocena: 10/10
Opis: Ciemność przypuszcza atak na kolejny ze światów, tym razem ten najjaśniejszy z nich – pulsujący od magii Czerwony Londyn, szczęśliwe królestwo rządzone przez wspaniałych Mareshów, niszcząc i tak delikatną równowagę sił, która dotąd istniała w czterech Londynach.
Po tragedii Kell – uważany za ostatniego żyjącego antariego – musi dokonać licznych wyborów i podjąć ważne decyzje: komu pomagać, wobec kogo zachować lojalność, przed kim się ugiąć. Lila Bard – do niedawna uważana za zwyczajną (choć nigdy przeciętną) dziewczynę z Szarego Londynu – przetrwała i rozkwitła dzięki serii magicznych prób. Teraz jednak musi nauczyć się kontrolować świeżo odkryte zdolności – zanim magia całkowicie ją przytłoczy.
Starożytny wróg powraca i wyciąga ręce po kwitnące miasto, a upadły bohater stara się ocalić własne, z pozoru martwe królestwo. Zhańbiony kapitan Alucard Emery z „Nocnej Iglicy” musi więc zebrać załogę i wyruszyć na poszukiwanie ratunku, który wydaje się niemożliwy. Rozpoczyna się walka nie tylko z zewnętrznym nieprzyjacielem, lecz także z własnym, opętanym ludem…

„Kroczył w lśniącym złocie, a oni i tak go nie zauważali. Wołał do nich, ale mu nie odpowiadali.”


Drugi raz zbieram się do tej recenzji. Straszne jest to, że jak jakaś książka spodoba mi się aż tak mocno, ciężko mi poskładać recenzję. „Odcienie magii” zaczęły wreszcie podbijać Instagrama! Po trzech latach moich zachwytów, wreszcie czuję, że ta seria została doceniona! Zrecenzowanie „Wyczarowania światła” jest o tyle problematyczne, że podczas czytania zupełnie mnie zżarło, doszedł do tego zachwyt i... No wiem, że to było dobre! Diabelnie dobre! Tylko teraz muszę się skupić i złożyć coś więcej.

„Mit bez głosu jest jak dmuchawiec bez wiatru.Nie jest w stanie rozsiewać nasion.”


Dawno nie czytałam serii, do której tak się przywiązałam. „Odcienie Magii” zaczęłam z ciekawości, bo lubię fantastykę osadzoną w Londynie, nie spodziewałam się, że staną się najlepszą serią ostatnich kilku lat. Ostatnio czytam sporo dobrego, to prawda, nie mogę tym książkom odmówić najwyższych ocen, ale to „Wyczarowanie światła” powaliło mnie na kolana. Nie spodziewałam się tego do czasu, aż skończyłam ten tom. Nagle okazało się, że to prawie 700 stron nie wystarczy, potrzeba mi więcej! WIĘCEJ! Dawno nie czytałam fanfików do niedawno przeczytanych książek – tak naprawdę do tej pory czytałam jedynie o Malecu i „Yuri on Ice”. Tym razem po prostu musiałam znaleźć coś więcej, za bardzo brakowało mi tego świata i ukochanych postaci.

„Minęło tak dużo czasu, odkąd Rhyowi odebrano prawo patrzenia Alucardowi w twarz.”


Ostatni tom magicznej, międzywymiarowej trylogii Victorii Schwab jest jej ukoronowaniem. Po genialnym, zabójczym „Zgromadzeniu cieni” byłam martwa w środku, rozpoczynając „Wyczarowanie światła” dowiedziałam się, że jeszcze da się mnie dobić. Na początku miałam problemy z czytaniem, nie chciałam, żeby to już się kończyło. Przecież dopiero co poznałam i pokochałam ten świat, a już miałam się z nim żegnać. Kell, Rhy i Alucard na zawsze zajęli specjalne miejsce w moim sercu, nie mogłabym ich zostawić! Jednak ta ostatnia podróż była po prostu świetna!
Fabuła zaczyna się dokładnie w tym momencie, w którym skończyła się w poprzednim tomie. Czyli jest po prostu dramat, apokalipsa, koniec świata, wszyscy umieramy! Ten początek mnie rozbił, poskładał, znowu zniszczył i uratował. Po opanowaniu mojego osobistego dramatu – Kella i Rhy'a – zaczynamy prawdziwą imprezę. Osaron przedostaje się do Czerwonego Londynu, który chce przejąć za pomocą swojej mrocznej magii. Rodzina królewska wraz z uczestnikami balu, w tym przedstawicielami pozostałych państw musi schronić się w zamku, za czarami ochronnymi. Co z tego wynika? A no dramy i intrygi. Tym czasem w mieście szaleje magia, która zmienia ludzi w sługów mrocznego króla. Niektórzy walczą, umierają lub uodparniają się, ale zaraza się rozprzestrzenia i nie można dopuścić, żeby wydostała się poza granice Londynu. Wszyscy poszukują rozwiązań, lecz zniszczenie Osarona wydaje się niemożliwe. Nadzieją okazuje się dawno zapomniane urządzenie, którego jedyny niezniszczony egzemplarz znajduje się na legendarnym, morskim targowisku.
„Wyczarowanie światła” jest niezłym grubasem, a mimo to w żadnym momencie nie nudzi. Z każdej strony wyskakują nowe zagrożenia i przygody. Połączenie książąt, magii i piratów zawiera w sobie wszystko, co najlepsze. Nigdy do końca nie wiadomo, kto zdradzi, kto okaże się sojusznikiem. Victoria Schwab świetnie radzi sobie w ukrywaniu faktów, podkładaniu fałszywych tropów i zaskakiwaniu czytelnika. Naprawdę spodobały mi się jej rozwiązania fabularne. Jasne, jest tu wiele schematów typowych dla fantastyki, ale one są wszędzie, ważne jest ich umiejętne i kreatywne wykorzystanie. Każdy szczegół ma znaczenie i konsekwencje. Były takie momenty, kiedy w główny wątek ładnie wplatały się poboczne historie, świetnie było wiadomo do czego teraz jest odwołanie, ale nie wybijało to z rytmu. Do tego pojawiły się wspomnienia Hollanda, dzięki którym można lepiej poznać historię Białego Londynu i motywacje białego antariego. Ta książka jest jak dobrze pokierowana orkiestra, wszystko idealnie gra, każdy szczegół pojawia się w idealnym momencie. Naprawdę, ostatnio czytałam wiele dobrych książek, ale przy żadnej nie miałam takiego poczucia harmonii. Mam pewien niedosyt, ale to tylko przez to, że tak pokochałam „Odcienie magii”!
Postaciami też jestem zachwycona. Zdarzyło mi się stwierdzić, że Schwab wywołując konflikt na linii Kell – Maxim i Emira zrobiła mi równocześnie wyjątkowo dobrze i źle. Nigdy jeszcze żadna książka nie wzbudziła we mnie takiego poczucia niesprawiedliwości! Dopóki nie jest to sprawa realna, naprawdę lubię takie rzeczy. Jasne, życzę Kellowi jak najlepiej, ale bez tej dramy nie byłby dla mnie aż tak ważny. Sama też lubię wywoływać takie sytuacje w fanfikach lub o nich czytać – mam takie małe zboczenie, że kocham bawić się emocjami, a tutaj bawiłam się świetnie. Szanuję autorów, którzy potrafią wywoływać we mnie emocje tak realne, że czuję, że to dotyczy mnie. W tym tomie para królewska dostała trochę więcej miejsca, a przy tym okazję na rehabilitację. Idealnie nie było, miałabym im wiele do wygarnięcia, ale ciężko mi się na nich złościć. Tak naprawdę zapragnęłam poznać ich historię – oby te komiksy o Maximie nie kosztowały milionów! Kell nadal mnie zachwyca tak, jak w pierwszym tomie – zaszło w nim wiele zmian, ale czuję, że to nadal ten sam człowiek, że znam go. Jest bardzo naturalny. Do Lili nie byłam jakoś pozytywnie nastawiona. To taka postać, która może być, ale nigdy jakoś mnie nie jarała, miałam wrażenie, że wszystko przychodzi jej zbyt łatwo, oczywistym było, że okaże się antarim. Równie prosty do wydedukowania był jej związek z Kellem. Tylko, że w tym tomie nawet lubiłam czytać jej rozdziały. Nadal szło jej zbyt dobrze, ale autorka obnażyła trochę jej słabości, a sama Delilah została trochę wyciszona przez obecność Kella, Alucarda i Hollanda. Ciężko mi ukryć, że najbardziej pokochałam Rhya i Alucarda. Oni dwaj są dla mnie po prostu piękni! Młody książę teoretycznie miał wszystko, jest tego świadom, ale nie jest wolny od żadnych obciążeń. Podoba mi się, że Schwab przełamuje tą idealną otoczkę życia arystokraty. Przypomina, że idealne życie wymaga też bycia idealnym, a przecież nikt taki nie jest, dotyczy to zarówno Rhy'a jak i Alucarda. Książę i tak nie uchronił się przed mrokiem, ale jest wobec siebie bardzo wymagający. Wie, że jego status to również wiele obowiązków. Czuje się tak odpowiedzialny za swój lud, że jest gotowy wyjść na spotkanie Osaronowi – nawet jeśli nie ma szans z mrokiem. Mogę wymienić kilkoro książkowych książąt, których kocham, ale jako jedyny Rhy ma tak wielkie poczucie obowiązku. On jest po prostu zbyt dobry dla tego świata. Z drugiej strony jest Alucard, pewien siebie, dowcipny, magicznie uzdolniony arystokrata/pirat. Jego też nie mogę nie kochać, ma piękny charakter i skomplikowaną przeszłość – w stu procentach mój typ! Uwielbiam jego relację z Kellem, te wszystkie docinki i drobne złośliwości. Cieszę się, że została przedstawiona historia Emery'ego i autorka nie potraktowała tego wątku po macoszemu. Z poprzednich części można wywnioskować, że związki męsko  męskie nie są czymś wyjątkowym w Arnes, jednak nie jest do końca tak kolorowo. Oczywiście pojawiło się wiele innych postaci, które zasługują na uwagę, był Holland, który w tym tomie bardzo mnie zaskoczył, kochani Hastra i Lenos, ale zaraz okaże się, że potrzeba na to oddzielnego postu. Jeszcze chcę dodać, że bardzo mi się spodobała perspektywa Emiry. Do tej pory królowa była jedynie kochającą matką Rhy'a, ale autorka postanowiła pokazać to od zupełnie innej strony. Taki mały aspekt, a cieszy, kiedy społeczeństwo stara się wmówić, że macierzyństwo to samo szczęście i najlepsze, co się może kobiecie trafić.
Gdzieś spotkałam się ze stwierdzeniem, że „Odcienie magii” to jedna z lepszych serii fantasy ostatnich kilku lat. Nie mogę się nie zgodzić! Autorka znalazła balans między wszystkimi ważnymi aspektami tego gatunku, dba o czytelnika i jego czas, tworzy coś niezwykłego. Ten świat jest piękny, ta historia podbiła moje serce. Pomysł na magiczne wymiary i system magiczny okazał się naprawdę dobry. Fabuła i postacie zostały dopracowane w każdym calu. Naprawdę nie chcę się rozstawać z Kellem, Rhyem i Alucardem. Pocieszam się, że za jakiś czas mamy dostać kolejne książki osadzone w tym świecie. Jeżeli jesteście fanami fantastyki albo poszukujecie czegoś do zapoznania się z tym gatunkiem, ta seria jest warta przeczytania!

„I wtedy, w końcu, wdech zrobił świat.”

1

piątek, 1 czerwca 2018

Ciasteczko? Zniewolony książę, C.S. Pacat

„Nie masz brata. Nie masz rodziny. Nie masz imienia, tytułu ani pozycji.”


Seria: Zniewolony książę
Tytuł: Zniewolony książę
Autor: C.S. Pacat
Wydawnictwo: Studio JG
Ilość stron: 311
Ocena: 10/10
Opis: Po śmierci króla Akielos prawowity następca tronu, książę Damen, zostaje zostaje pojmany i wtrącony do lochu. Jego przyrodni brat pozbawia go tożsamości i wysyła jako niewolnika do haremu księcia wrogiego kraju. Od tego momentu Damen musi znaleźć sposób, aby przeżyć na dworze, za którego kulisami toczy się podstępna walka o tron, w którą mimowolnie zostaje wplątany.
Niegdyś potężny wojownik, teraz obdarty z godności niewolnik będzie musiał walczyć o przetrwanie sprzymierzając się ze swoim największym wrogiem. Jego nowy pan, książę Laurent, jest bowiem równie urodziwy co wyrachowany i śmiertelnie niebezpieczny. Jedno jest pewne – tożsamość Damena musi pozostać tajemnicą. W końcu ten, którego pomocy potrzebuje, ma najwięcej powodów, aby go nienawidzić...

„Veranin, który zawiera układ z Akielończykiem, zostanie wypatroszony własnym mieczem.”



W życiu każdego człowieka, przychodzi taki moment, że nie czyta czegoś dla fabuły. (Albo nie ogląda, ale nie zwiedzamy dzisiaj mrocznej strony Tumblra. W ogóle lepiej tego nie robić.) Dobra, wiem, jak to brzmi, ale okazało się, że fabuła tam jest. Win – win!

„Chciał być wolny. Chciał wrócić do domu. Chciał znaleźć się w stolicy, wzniesionej na marmurowych kolumnach, i popatrzeć na zieleń i błękit oceanu.”


Moja historia z „Captive Prince”, po polsku (wreszcie) zwanym „Zniewolonym księciem”, zaczyna się mniej więcej w tym samym punkcie co z „Nie poddawaj się” Rainbow Rowell. To nie przypadek, dwie pełne dramy z udziałem chłopców książki, które czyta się dla czystej rozrywki, a wychodzi z tego jedno wielkie „onie, zaangażowałam się emocjonalnie”. Wszystkiemu winna jest jedna osoba. Z imienia nie wymienię, ale jesteśmy sobie bliskie niczym Percy i Jason (bromance is strong in these two). Taki człowiek zaczyna czytać książki po angielsku i opowiadać ci, jakie to jest super. Szkoda tylko, że twoje czytanie po angielsku ogranicza się do jakichś dziwnych fanfików, bo język znasz na takim poziomie, że nie czujesz jak bardzo złe są te twory. Dlatego też po ogłoszeniu polskiego wydania „Zniewolonego księcia” cieszyłam pysk jak student na juwenalia (poza UMK, tutaj działa to odwrotnie). Tyle czekałam, podsuwałam wydawcom, kiedy pytali, co chcielibyśmy przeczytać, rozpytywałam i tak dalej, aż wreszcie się stało. Trochę zabolało, że jak już czymś byłam tak żywo zainteresowana, egzemplarze recenzenckie i tak trafiły jedynie do tych „najpopularniejszych”, których kojarzę głównie z zachwycania się wszystkim, co dostaną od wydawcy. Jednak marudzenie będzie w innym poście*. Dostałam w ramach mojego przybliżania się do emerytury, a lepszej okazji nie ma. Po prostu dobrze mieć to w swoich rękach ze świadomością, że cała trylogia zostanie przetłumaczona na polski.
Miałam okazję wiele się nasłuchać o tej książce. Wiem, że tłumaczenie nie było łatwe i jak się zna oryginał, to nie jest idealne. Jednak dla mnie, kiedy z angielską wersją samą w sobie nie miałam styczności, było ono całkiem przyjazne. Język miał być dość trudny, momentami zdania zajmowały kilka linijek, ale szczerze? Nie męczyło mnie to, nawet nie zwracałam uwagi na wspomniane wyżej aspekty. Mało tego, przeczytanie całości zajęło mi jakiś dzień! Na tej płaszczyźnie jak najbardziej jestem zadowolona. Z drugiej strony wiele się mówi o kontrowersjach, erotyka ma się tu bardzo dobrze, jest obecna prawie cały czas. A co tam! Jeszcze w większości to homoseksualna erotyka! Przecież to zniszczy cały świat! Jakby tego było mało, pojawiają się tu chociażby: gwałt, niewolnictwo czy pedofilia. Tylko, bądźmy szczerzy, nie jest to pochwalane, autorka w ten sposób przedstawia pewien obraz dworu. Jeśli nie jest się idiotą, nie weźmie się tego za realny element rozrywki czy coś, co miało po prostu zwrócić uwagę. Jeśli mam być szczera, a nie należę do wazeliniar, spodziewałam się tu dużo więcej erotyzmu. Po tym, czego się naczytałam, sądziłam, że przebije to Sarę J. Maas z jej (okropnym) rozdziałem poświęconym jedynie na seks. Nie było porno-rozdziału. Fakt, że jest to obecne przez prawie cały tom, ale nie czuję się tym walona po twarzy. Nie jest to jednak ani żenujące, ani straszne, ani złe. Ta książka nie ukrywa, że będzie w niej pełno seksu, a przy tym autorka jest bardzo zręczna w tym, co robi. Nie czytam erotyków, dziwne przygody z fanfikami to nieco inna bajka, ale mogę powiedzieć, że w „Zniewolonym księciu” było to zrobione wyjątkowo dobrze. Autorka wydaje się być bardzo świadoma tego, co tworzy, a nie jedynie spełniać swoje fantazje na kartkach książki. W tym momencie wszystkie potencjalne problemy się rozwiązują, przynajmniej dla mnie.
Wspomniałam coś o fabule. Byłam świadoma, że gdzieś to się znajdzie, ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że Damen będzie miał na uwadze głównie wydostanie się z niewoli. Tylko że tutaj odwalił się całkiem niezły, misternie uknuty plan, a nawet kilka! Dałam się w to wciągnąć, bo jestem sprzedajna. Jak ktoś mi daje dobry plot, łapię haczyk. Jestem jak kaczka, której rzucono chleb. Pełno tu dworskich intryg, zdrad, zamachów, dram i kombinatorstwa. Mam wrażenie, że Laurent urodził się, żeby ściągać na siebie takie akcje. To tak w największym skrócie, żeby nie zdradzać szczegółów. Można się naprawdę mocno wciągnąć. Mi najbardziej spodobał się wątek niewolników, no i zamach razem ze wszystkimi następstwami.
Znowu, z postaciami było mówienie, żeby od razu nie nienawidzić Laurenta. Tylko że ja jestem profesjonalistką, jeśli chodzi o różne, chore dramy. Cholerny Sherlock, jakoś tak po kilku pojawieniach się Nicaise'a i przemyśleniu sobie zachowań Laurenta domyśliłam się rzeczy, która ma się wyjaśnić w trzecim tomie. Tak jakoś wyszło, że polubiłam to rozpuszczone książątko z wiecznymi wahaniami nastroju. W sumie to obaj nieszczęśni następcy tronu dają się kochać. Damen wydaje się zupełnym przeciwieństwem Laurenta i w ogóle jestem zaskoczona, że jakkolwiek się dogadywali, chociaż cały czas tego oczekiwałam. Chociaż ciężko mi tu określać, kto jest dobry, kto jest zły. Pojawia się tu to samo, co w „Złej krwi”, żadnej czerni i bieli, jedynie odcienie szarości i nie da się określić, kto jest gorszy, a kto lepszy. Postacie ocenia się za całokształt: są irytujące bachory, rozpuszczone książątka, wuj, któremu o coś chodzi, ale nie wiesz czy to dobrze, czy źle i tak dalej. Całkowicie niewinny jest tylko Erasmus, a jego trzeba kochać, choćby świat miał się kończyć.
Chyba nie do końca tego się spodziewałam, ale to żadna wada lub zaleta. Biorąc się za „Zniewolonego księcia”, trzeba mieć świadomość, o czym to jest i lubić taką tematykę. Czytanie tego, kiedy ogólnie nie lubi się erotyki czy par jednopłciowych, to jak sprawdzanie, czy naprawdę tak wielu ludzi paruje Iron Mana ze Spider Manem. Można, ale jedynie będziesz zniesmaczony. I to nie tak, że to zrobiłam. (Nie sprawdzajcie, nie chcecie tego robić.)
„Masz bliznę - powiedział Laurent.”

*Serio, będzie marudny wywód na temat wszelkich problemów bookstagrama. Macie okazję jeszcze wspomnieć, co was denerwuje. Tylko bądźcie cierpliwi, tu trzeba porządnego przygotowania. ♥

17