Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki które zabijają. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki które zabijają. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 września 2019

"Przestańcie, świnie!": Grzesznica, Petra Hammesfahr

Tytuł: Grzesznica
Tytuł oryginału: Die Sünderin
Autor: Petra Hammesfahr
Tłumaczenie: Barbara Tarnas
Data premiery: 31 stycznia 2018 (pierwsze wydanie: 2004)
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 429
Szerokość grzbietu: 2,8cm
Krótka ocena: Sieć kłamstw, a pomiędzy nimi niespodziewane ziarenka prawdy, układające się w niesamowitą (w pewnym stopniu brutalną) historię. Niesamowita, wciągnęła mnie na całą noc.

Czasami wydaje nam się, że nie ma innego wyjścia niż samobójstwo. Życie wydaje się zbyt ciężkie, nic się nie układa, dopada nas depresja. Takie myśli pojawiły się również w głowie Cory Bender. Dwudziestokilkulatka wiodła ustabilizowane, znośne życie u boku miłego mężczyzny i ukochanego synka. Co mogło wskazywać, że i ona rozważa zakończenie swojego istnienia? Kiedy, chcąc spełnić swoje zamiary, udaje się z rodziną na plażę, zamiast - według planu - pójść popływać i ostatecznie pójść na dno, młoda kobieta rzuca się z nożem na nieznajomego mężczyznę, który z przyjaciółmi również wybrał się tego nieszczęsnego popołudnia na plażę. Co skłoniło pozornie spełnioną matkę i żonę do morderstwa? Czy to szaleństwo popchnęło ją do zbrodni? A może prawda jest o wiele bardziej skomplikowana, a kłamstwa czające się na każdym kroku mają w sobie tylko jej drobne skrawki?

Wierzcie lub nie, ale ta książka to jeden z najlepszych przypadków, jaki wydarzył się w moim życiu. Dzięki wypełnieniu jakiejś ankiety na stronie wydawnictwa Znak, dorwałam ją za marne grosze, a kilka dni temu - wiedząc, że czeka mnie kolejka w przychodni - chwyciłam ją i wrzuciłam do torby, bo była akurat jakimś cudem na wierzchu. Przyprawiła mnie o zawroty głowy, małą depresję i pogrzebała moje plany na bycie superdetektywem - nie przewidziałam, jak to wszystko ostatecznie się rozwiąże.

Wciąga od pierwszych stron. Już w pierwszym zdaniu zostaje nam oznajmione, że Cora postanowiła umrzeć. Z każdym kolejnym zdaniem chcemy wiedzieć jedynie więcej i więcej. Akcja rozwija się dość szybko, ale - o dziwo - ładnie trzyma napięcie, nie dając czytelnikowi wielu chwil oddech. Większość książki toczy się wokół wyjaśnienia tego zaskakującego wyskoku - młoda kobieta rzuca się znienacka na nieznajomego mężczyznę. I wbrew oczekiwaniom Cory przesłuchanie ciągnie się długo, a prawda jest z niej stopniowo, powoli wyciągana... ale spokojnie, nie będę Wam tu spojlerować!

Ciekawym zabiegiem jest tu sposób narracji: książka pisana jest narracją trzecioosobową i pierwszoosobową, które dość płynnie przeplatają się w rozdziałach. Tworzy to nieco chaotyczną mieszankę, ale moim zdaniem, pozwala bardziej wczuć się w sytuację Cory. Daje poczucie, jakby weszło się do nie do końca zdrowego umysłu. Wspomnienia są wymieszane z teraźniejszością i zmyślonymi zeznaniami Cory. Daje to niesamowitą mieszankę i daje przysłowiowego kopa, by - nieudolnie! - bawić się w detektywa wraz z policjantem Rudolfem Grovianem (którego, nawet nie wiem kiedy, pokochałam).

I właśnie teraz pozwolę sobie przejść do bohaterów. Skoro dopiero co wspomniałam o Grovianie (zwanym często po prostu szefem), pozwolę sobie na kilka słów uwielbienia. Jeśli w policji pracowaliby tylko równie co on zaangażowani funkcjonariusze, świat stałby się naprawdę piękniejszy. Jego oddanie sprawie, dążenie do odkrycia prawdy i wytrwałość są godne podziwu. Przy tym jest w jakiś sposób ciepłym, przyjemnym mężczyzną i mimowolnie zapałałam do niego ogromną sympatią, mimo że nie od samego początku budził we mnie takie odczucia. Cora z kolei jest jedną z niewielu żeńskich bohaterek, których nie mam ochoty zdzielić przez łeb. Jest interesująca, jej historia pogmatwana, a sama kobieta po ciężkiej szkole życia okazuje się twardą, cwaną babką. Błagam, więcej tak dobrze wykreowanych bohaterek w książkach! Nie wiem, czy tylko ja stale trafiam na takie rozlazłe mumy, czy rzeczywiście w literaturze tak bardzo brakuje tych twardych babek...
Wracając do bohaterów, w Grzesznicy znajdziemy mnóstwo innych pobocznych bohaterów, do których nie mamy nawet za bardzo okazji się przywiązać. I tak na przykład adwokat Cory według mnie mógłby być lepiej nakreślony, trochę mi go tam brakowało. Mamy też kilkoro bohaterów, którzy z pewnością zapadną czytelnikom w pamięć nieco bardziej, ale by uniknąć większych spojlerów, nie będę się o nich rozpisywać. No ale nadal nie mogę przestać myśleć z nutą niechęci o matce Cory i ciepło wspominać Grit Adigar czy marzyć sobie nieśmiało o Johnnym Guitarze...

Bez dwóch zdań, mogę z czystym sumieniem polecić tę książkę - ciekawa, wciągająca historia, tajemnice z przeszłości i niebanalni bohaterowie to coś, czym wyróżnia się Grzesznica. Wy bierzcie się za książkę, a ja tymczasem sprawdzę, że serial - dostępny na Netflixie! - jest równie dobry.
2

wtorek, 28 sierpnia 2018

Król bez korony, magia bez ciała: Wyczarowanie światła, Victoria Schwab



„Miejsce króla jest z jego ludem.

Miejsce księcia jest z jego królem.”


Seria: Odcienie Magii 
Tytuł: Wyczarowanie światła
Autor: Victoria E. Schwab
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Ilość stron: 554
Ocena: 10/10
Opis: Ciemność przypuszcza atak na kolejny ze światów, tym razem ten najjaśniejszy z nich – pulsujący od magii Czerwony Londyn, szczęśliwe królestwo rządzone przez wspaniałych Mareshów, niszcząc i tak delikatną równowagę sił, która dotąd istniała w czterech Londynach.
Po tragedii Kell – uważany za ostatniego żyjącego antariego – musi dokonać licznych wyborów i podjąć ważne decyzje: komu pomagać, wobec kogo zachować lojalność, przed kim się ugiąć. Lila Bard – do niedawna uważana za zwyczajną (choć nigdy przeciętną) dziewczynę z Szarego Londynu – przetrwała i rozkwitła dzięki serii magicznych prób. Teraz jednak musi nauczyć się kontrolować świeżo odkryte zdolności – zanim magia całkowicie ją przytłoczy.
Starożytny wróg powraca i wyciąga ręce po kwitnące miasto, a upadły bohater stara się ocalić własne, z pozoru martwe królestwo. Zhańbiony kapitan Alucard Emery z „Nocnej Iglicy” musi więc zebrać załogę i wyruszyć na poszukiwanie ratunku, który wydaje się niemożliwy. Rozpoczyna się walka nie tylko z zewnętrznym nieprzyjacielem, lecz także z własnym, opętanym ludem…

„Kroczył w lśniącym złocie, a oni i tak go nie zauważali. Wołał do nich, ale mu nie odpowiadali.”


Drugi raz zbieram się do tej recenzji. Straszne jest to, że jak jakaś książka spodoba mi się aż tak mocno, ciężko mi poskładać recenzję. „Odcienie magii” zaczęły wreszcie podbijać Instagrama! Po trzech latach moich zachwytów, wreszcie czuję, że ta seria została doceniona! Zrecenzowanie „Wyczarowania światła” jest o tyle problematyczne, że podczas czytania zupełnie mnie zżarło, doszedł do tego zachwyt i... No wiem, że to było dobre! Diabelnie dobre! Tylko teraz muszę się skupić i złożyć coś więcej.

„Mit bez głosu jest jak dmuchawiec bez wiatru.Nie jest w stanie rozsiewać nasion.”


Dawno nie czytałam serii, do której tak się przywiązałam. „Odcienie Magii” zaczęłam z ciekawości, bo lubię fantastykę osadzoną w Londynie, nie spodziewałam się, że staną się najlepszą serią ostatnich kilku lat. Ostatnio czytam sporo dobrego, to prawda, nie mogę tym książkom odmówić najwyższych ocen, ale to „Wyczarowanie światła” powaliło mnie na kolana. Nie spodziewałam się tego do czasu, aż skończyłam ten tom. Nagle okazało się, że to prawie 700 stron nie wystarczy, potrzeba mi więcej! WIĘCEJ! Dawno nie czytałam fanfików do niedawno przeczytanych książek – tak naprawdę do tej pory czytałam jedynie o Malecu i „Yuri on Ice”. Tym razem po prostu musiałam znaleźć coś więcej, za bardzo brakowało mi tego świata i ukochanych postaci.

„Minęło tak dużo czasu, odkąd Rhyowi odebrano prawo patrzenia Alucardowi w twarz.”


Ostatni tom magicznej, międzywymiarowej trylogii Victorii Schwab jest jej ukoronowaniem. Po genialnym, zabójczym „Zgromadzeniu cieni” byłam martwa w środku, rozpoczynając „Wyczarowanie światła” dowiedziałam się, że jeszcze da się mnie dobić. Na początku miałam problemy z czytaniem, nie chciałam, żeby to już się kończyło. Przecież dopiero co poznałam i pokochałam ten świat, a już miałam się z nim żegnać. Kell, Rhy i Alucard na zawsze zajęli specjalne miejsce w moim sercu, nie mogłabym ich zostawić! Jednak ta ostatnia podróż była po prostu świetna!
Fabuła zaczyna się dokładnie w tym momencie, w którym skończyła się w poprzednim tomie. Czyli jest po prostu dramat, apokalipsa, koniec świata, wszyscy umieramy! Ten początek mnie rozbił, poskładał, znowu zniszczył i uratował. Po opanowaniu mojego osobistego dramatu – Kella i Rhy'a – zaczynamy prawdziwą imprezę. Osaron przedostaje się do Czerwonego Londynu, który chce przejąć za pomocą swojej mrocznej magii. Rodzina królewska wraz z uczestnikami balu, w tym przedstawicielami pozostałych państw musi schronić się w zamku, za czarami ochronnymi. Co z tego wynika? A no dramy i intrygi. Tym czasem w mieście szaleje magia, która zmienia ludzi w sługów mrocznego króla. Niektórzy walczą, umierają lub uodparniają się, ale zaraza się rozprzestrzenia i nie można dopuścić, żeby wydostała się poza granice Londynu. Wszyscy poszukują rozwiązań, lecz zniszczenie Osarona wydaje się niemożliwe. Nadzieją okazuje się dawno zapomniane urządzenie, którego jedyny niezniszczony egzemplarz znajduje się na legendarnym, morskim targowisku.
„Wyczarowanie światła” jest niezłym grubasem, a mimo to w żadnym momencie nie nudzi. Z każdej strony wyskakują nowe zagrożenia i przygody. Połączenie książąt, magii i piratów zawiera w sobie wszystko, co najlepsze. Nigdy do końca nie wiadomo, kto zdradzi, kto okaże się sojusznikiem. Victoria Schwab świetnie radzi sobie w ukrywaniu faktów, podkładaniu fałszywych tropów i zaskakiwaniu czytelnika. Naprawdę spodobały mi się jej rozwiązania fabularne. Jasne, jest tu wiele schematów typowych dla fantastyki, ale one są wszędzie, ważne jest ich umiejętne i kreatywne wykorzystanie. Każdy szczegół ma znaczenie i konsekwencje. Były takie momenty, kiedy w główny wątek ładnie wplatały się poboczne historie, świetnie było wiadomo do czego teraz jest odwołanie, ale nie wybijało to z rytmu. Do tego pojawiły się wspomnienia Hollanda, dzięki którym można lepiej poznać historię Białego Londynu i motywacje białego antariego. Ta książka jest jak dobrze pokierowana orkiestra, wszystko idealnie gra, każdy szczegół pojawia się w idealnym momencie. Naprawdę, ostatnio czytałam wiele dobrych książek, ale przy żadnej nie miałam takiego poczucia harmonii. Mam pewien niedosyt, ale to tylko przez to, że tak pokochałam „Odcienie magii”!
Postaciami też jestem zachwycona. Zdarzyło mi się stwierdzić, że Schwab wywołując konflikt na linii Kell – Maxim i Emira zrobiła mi równocześnie wyjątkowo dobrze i źle. Nigdy jeszcze żadna książka nie wzbudziła we mnie takiego poczucia niesprawiedliwości! Dopóki nie jest to sprawa realna, naprawdę lubię takie rzeczy. Jasne, życzę Kellowi jak najlepiej, ale bez tej dramy nie byłby dla mnie aż tak ważny. Sama też lubię wywoływać takie sytuacje w fanfikach lub o nich czytać – mam takie małe zboczenie, że kocham bawić się emocjami, a tutaj bawiłam się świetnie. Szanuję autorów, którzy potrafią wywoływać we mnie emocje tak realne, że czuję, że to dotyczy mnie. W tym tomie para królewska dostała trochę więcej miejsca, a przy tym okazję na rehabilitację. Idealnie nie było, miałabym im wiele do wygarnięcia, ale ciężko mi się na nich złościć. Tak naprawdę zapragnęłam poznać ich historię – oby te komiksy o Maximie nie kosztowały milionów! Kell nadal mnie zachwyca tak, jak w pierwszym tomie – zaszło w nim wiele zmian, ale czuję, że to nadal ten sam człowiek, że znam go. Jest bardzo naturalny. Do Lili nie byłam jakoś pozytywnie nastawiona. To taka postać, która może być, ale nigdy jakoś mnie nie jarała, miałam wrażenie, że wszystko przychodzi jej zbyt łatwo, oczywistym było, że okaże się antarim. Równie prosty do wydedukowania był jej związek z Kellem. Tylko, że w tym tomie nawet lubiłam czytać jej rozdziały. Nadal szło jej zbyt dobrze, ale autorka obnażyła trochę jej słabości, a sama Delilah została trochę wyciszona przez obecność Kella, Alucarda i Hollanda. Ciężko mi ukryć, że najbardziej pokochałam Rhya i Alucarda. Oni dwaj są dla mnie po prostu piękni! Młody książę teoretycznie miał wszystko, jest tego świadom, ale nie jest wolny od żadnych obciążeń. Podoba mi się, że Schwab przełamuje tą idealną otoczkę życia arystokraty. Przypomina, że idealne życie wymaga też bycia idealnym, a przecież nikt taki nie jest, dotyczy to zarówno Rhy'a jak i Alucarda. Książę i tak nie uchronił się przed mrokiem, ale jest wobec siebie bardzo wymagający. Wie, że jego status to również wiele obowiązków. Czuje się tak odpowiedzialny za swój lud, że jest gotowy wyjść na spotkanie Osaronowi – nawet jeśli nie ma szans z mrokiem. Mogę wymienić kilkoro książkowych książąt, których kocham, ale jako jedyny Rhy ma tak wielkie poczucie obowiązku. On jest po prostu zbyt dobry dla tego świata. Z drugiej strony jest Alucard, pewien siebie, dowcipny, magicznie uzdolniony arystokrata/pirat. Jego też nie mogę nie kochać, ma piękny charakter i skomplikowaną przeszłość – w stu procentach mój typ! Uwielbiam jego relację z Kellem, te wszystkie docinki i drobne złośliwości. Cieszę się, że została przedstawiona historia Emery'ego i autorka nie potraktowała tego wątku po macoszemu. Z poprzednich części można wywnioskować, że związki męsko  męskie nie są czymś wyjątkowym w Arnes, jednak nie jest do końca tak kolorowo. Oczywiście pojawiło się wiele innych postaci, które zasługują na uwagę, był Holland, który w tym tomie bardzo mnie zaskoczył, kochani Hastra i Lenos, ale zaraz okaże się, że potrzeba na to oddzielnego postu. Jeszcze chcę dodać, że bardzo mi się spodobała perspektywa Emiry. Do tej pory królowa była jedynie kochającą matką Rhy'a, ale autorka postanowiła pokazać to od zupełnie innej strony. Taki mały aspekt, a cieszy, kiedy społeczeństwo stara się wmówić, że macierzyństwo to samo szczęście i najlepsze, co się może kobiecie trafić.
Gdzieś spotkałam się ze stwierdzeniem, że „Odcienie magii” to jedna z lepszych serii fantasy ostatnich kilku lat. Nie mogę się nie zgodzić! Autorka znalazła balans między wszystkimi ważnymi aspektami tego gatunku, dba o czytelnika i jego czas, tworzy coś niezwykłego. Ten świat jest piękny, ta historia podbiła moje serce. Pomysł na magiczne wymiary i system magiczny okazał się naprawdę dobry. Fabuła i postacie zostały dopracowane w każdym calu. Naprawdę nie chcę się rozstawać z Kellem, Rhyem i Alucardem. Pocieszam się, że za jakiś czas mamy dostać kolejne książki osadzone w tym świecie. Jeżeli jesteście fanami fantastyki albo poszukujecie czegoś do zapoznania się z tym gatunkiem, ta seria jest warta przeczytania!

„I wtedy, w końcu, wdech zrobił świat.”

1

środa, 21 lutego 2018

Nigdy, przenigdy nie zapomnij: Nibynoc, Jay Kristoff



Kiedy wszystko jest krwią, krew to wszystko.

Seria: Kroniki Nibynocy
Tytuł: Nibynoc
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 585
Ocena: 10/10
Opis: W świecie, gdzie trzy słońca prawie nigdy nie zachodzą, początkująca morderczyni wstępuje do szkoły dla zabójców, planując zemstę na osobistościach, które zniszczyły jej rodzinę.
Córka powieszonego zdrajcy, Mia Corvere, ledwie uchodzi z życiem po nieudanej rebelii jej ojca. Samotna i pozbawiona przyjaciół ukrywa się w mieście wzniesionym z kości martwego boga. Ścigają ją senat i dawni towarzysze jej ojca. Jednakże jej dar rozmawiania z cieniami doprowadza ją do drzwi emerytowanego zabójcy i otwiera przed nią przyszłość, jakiej nigdy sobie nie wyobrażała.
Szesnastoletnia Mia zgłębia teraz tajniki fachu u najbardziej niebezpiecznych zabójców w całej Republice – w Czerwonym Kościele. W salach Kościoła czeka ją wiele zdrad i prób, a porażka oznacza śmierć. Jeśli jednak przetrwa inicjację, zostanie przyjęta w poczet wybrańców Pani od Błogosławionego Morderstwa i znajdzie się o krok bliżej tego, czego naprawdę pragnie

Możecie wśród nich kroczyć. Możecie bawić się wśród nich, żyć, śmiać się i kochać, ale nigdy nie zapomnijcie, nawet na jedną chwilę, kim jesteście.


 Zacznijmy od tego, że czekałam na wydanie tej książki po polsku, odkąd po raz pierwszy przeczytałam jej opis. Było to jeszcze przed wydaniem jej po angielsku, a ja już całkowicie przepadłam. Milion wyobrażeń: jak potoczy się fabuła, jakie będą postacie, co dokładnie się wydarzyło, jak wygląda ten świat – nie wiem, co bym zrobiła, gdyby ta książka nie została przetłumaczona na polski. Potem pojawiły się fanarty z Mią i tajemniczym Kotem. Kotem, rozumiecie? Przebudzenie wewnętrznej Grażynki, Matki Kotów zrodzonej z okłaczonego koca – musiałam to mieć. Fart chciał, że w końcu pojawiła się zapowiedź. No i jest już sporo po premierze, ale wychodziły książki, które jeszcze bardziej chciałam przeczytać, była sesja i tak dalej. Przeczytałam najszybciej, jak mogłam i mogę z czystym sumieniem z siebie wyrzucić: CHOLERA JAKIE TO BYŁO DOBRE! Jay Kristoff już raz tutaj gościł, ale dzisiaj jest jego pierwszy solowy występ. Illuminae wyrwało mnie z butów, ale Nibynoc” rozwaliła mnie na łopatki. Damn.
Powiem wam, że do tej pory, mimo moich wszelkich antypatii, w tematyce młodzieżowej fantastyki z zabójczyniami Maas nie miała konkurencji. Do czasu, aż pojawił się Jay Kristoff z „Nibynocą”. Teraz to on nie ma konkurencji. „Szklany Tron” jednak w pewnym momencie zaczął pikować w dół, a nawet jeśli porównywałabym pierwsze trzy tomy (bo z wszelkich znaków dawanych przez autora, „Kroniki Nibynocy” mają mieć trzy części), nadal seria o Zabójczyni Adarlanu nijak się ma do opowieści o Bladej Córce. Powód? Mass zgrabnie przeplata wątki, trzyma w napięciu i zawsze wrzuca ostry clifhanger, Kristoff za to tworzy jeden wielki ciąg przyczynowo-skutkowy, zrzuca małe bomby, żeby na koniec zrobić gigantyczną eksplozję, ale dopóki nie dotrzemy na ten ostatni wybuch, zupełnie nie wiemy, co się szykuje. No i cóż, trzeba przyznać, że poza tym „Nibynoc” ma wszystkie atuty „Szklanego Tronu”.
Niesamowicie podoba mi się koncept świata wzorowanego na rzymskiej republice i otaczających ją krajach. Z tych powodów, sporą rolę odgrywa tu polityka, praktycznie to od niej się zaczęło, chociaż ciężko powiedzieć, o co dokładnie poszło – autor zostawia sporo sekretów tylko dla siebie. Wszystkie działania, wydarzenia, gwara przypominają połączenie Włoch z Rzymem. Jednak mitologia, to jest dopiero coś. Wierzenia Itreyańczyków nie kojarzą mi się z żadnym konkretnym wyznaniem, widzę trochę nawiązań do chrześcijaństwa – Aa bardzo kojarzy mi się z bogiem, a jego wyznawcy przywodzą na myśl średniowiecznych katolików, dla których najwyższą wartością jest wiara, polują na heteryków niczym inkwizycja. Reszta już tak się nie zgadza. Mamy Panią od Błogosławionego Morderstwa, która kojarzy mi się z najróżniejszymi boginiami śmierci, żadnego konkretu. Paszcza jest Paszczą i tyle, wydaje się, że właściwie każdy element mitologii, to sprytny splot najróżniejszych, znanych nam wyznań. No i znalazło się nawet miejsce na małą dyskusję o wierze i jej braku. Najlepsze jest to, że Kristoff bawi się czytelnikiem, bo z jednej strony ciężko negować istnienie bogów, kiedy pojawiają się naznaczone przez nich artefakty, Pomrocze i inne magiczne wygibasy, a nagle okazuje się, że w sumie te trzy słońca to tak nie do końca zasługa bogów i być może odwaliła się tam jakaś katastrofa... No wprost uwielbiam, kiedy mistycyzm miesza się z racjonalizmem i nie wiadomo, co jest prawdą, jak się na to zapatrywać. Dajcie mi kolejną część, bo ten koncept jest świetny, ale czekanie na wyjaśnienia jest straszne!
Fabuła, choć z jednej strony banalna – główna bohaterka z chęci zemsty zaczyna się szkolić na zabójczynię – jest pełna zaskoczeń, zawiera wiele różnych aspektów i potrafi wielokrotnie zaskoczyć. Pojawia się trochę moralizowania o zatracaniu swojego człowieczeństwa, choć jest to dość... Dziwne? Nie chcę nic spoilerować. Ten wątek tak wyskakuje z pudełka i okręca całą fabułę na zupełnie inny tor. Nie można ufać dosłownie nikomu ani niczemu, chyba nie ma tam stworzenia, które w jakiś pokrętny sposób nie oszukałoby czytelnika. Dacie się na wszystko nabrać, serio, a potem okaże się, że autor z wami perfidnie pogrywał. Dlatego „Nibynoc” jest taka świetna: chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się banalną, ale interesującą fantastyką, wykorzystującą znane wszystkim schematy i wątki, z prędkością światła potrafi wywrócić wszystko, co do tej pory się o niej wie na lewą stronę. Jak kot dający się głaskać po brzuchu – sądzisz, że już jest milutko, wiesz, że nic cię nie zaskoczy, a nagle on stwierdza, że koniec tej zabawy i lądujesz z ręką w śmiertelnej pułapce. Zdarzyły mi się momenty, kiedy nagle skakało ciśnienie, można było się mocno zestresować. Kristoff lubi trzymać czytelników w napięciu i niepewności. Czasem robi rzeczy przewidywalne, ale potem się okazuje, że służyły one czemu innemu, albo są one przewidywalne, ale przy okazji dobre. Nigdy nie odmawiam panicznym ucieczkom przez miasto przed oddziałem wściekłych strażników – sceny typowe, ale zawsze dobre i czasem wręcz potrzebne. No i fabularna bomba na końcu, one są równie dobre, co złe, w ten moralnie zły sposób, bo to zwyczajne znęcanie się nad czytelnikiem. Prokuratura już jedzie, ja chcę kontynuację na wczoraj!
Wspominałam już o mitologii w „Nibynocy” – potwornie mi się spodobała, wydaje się świeża, interesująca i nie jest sobie tylko po to, żeby być jako taki zapychacz czy ciekawostka. To żywy element fabularny, który manifestuje się w głównej bohaterce, w jej historii jak i umiejętnościach. Koncept Pomroczy jest niesamowicie interesujący, tym bardziej, że prawie nic nie wiemy, Mia nic nie wie, nawet nie-kot z cienia nie ma pojęcia, jak to naprawdę funkcjonuje. Co do nie-kota z cienia, to Pan Życzliwy zdobył moje serce, najpiękniejszy, najbardziej złośliwy stwór w całej opowieści, zachowuje się jak typowy kot, który z jednej strony jest wredną łajzą i czepia się byle czego, ale z drugiej jest wyjątkowo związany ze swoją „właścicielką”. No cóż, potem pojawia się Eklipsa i tak się zastanawiam jak to będzie w „Bożogrobiu”, jak oni się dogadają. (Oczywiście, na wątek stworów z cienia czekam najmocniej, bo uruchamiają moją wewnętrzną Grażynkę.) W kontekście mitologicznym zderza się wiele kwestii w tym te bliższe współczesności i takie, które są już jedynie historią. Mam wrażenie, że coś więcej się za tym kryje, ale co dokładnie i czym naprawdę są Aa, Paszcza i trzy słońca, to się dopiero okaże.
Po zakończeniu ciężko powiedzieć, żebym polubiła wiele postaci, chociaż nie powiem, że były źle wykreowane. Po prostu wszystko wyszło tak, że z moich faworytów zostali tylko Mia, Pan Życzliwy i Tric. Reszty albo było mało, albo ostro odwaliła. Tylko, zaufajcie mi, to zwyczajnie moja ocena każdej postaci pod względem ich zachowania. Autor naprawdę przyłożył się do napisania każdego ważnego pionka w tej perfidnej, cwanej rozgrywce, a jeszcze lepiej się nimi posługiwał. Czasami dochodziło do tego, że byłam mocno obrzydzona (pewne rodzeństwo jest po prostu cholernie niepokojące), ale ja wiem, że Kristoff tak to zaplanował. Sama Mia nie trąci mi Mary Sue, co często dzieje się z głównymi bohaterkami, jeśli w kolejnych tomach w nią nie transformuje, to Maas naprawdę może się schować, bo będzie to dowód na to, że się da. Nasza młoda adeptka ma mocny i z lekka paskudny charakter, co sama zauważa, jest przy tym wyrazista. Bezwzględna zabójczyni? Tak, udowadnia, że przy tym nie trzeba od razu być potworem, nad czym też sama się zastanawia. Widać po niej wszystkie lata treningu, planowania zemsty za swoją rodzinę. Część rozdziałów jest poświęcona właśnie na jej wspomnienia, więc jak na talerzu dostajemy wyjaśnienia, czemu jest taka, a nie inna. Inne postacie też nie zostają w tyle, każda, która się pojawia, ma jakąś historię i jakbym ich nienawidziła, potrafię pojąć, czemu są takimi wstrętnymi jędzami, dlaczego robią to, co robią. (Ale i tak Jessamine mogłaby zawrzeć twarz i pewna akcja była zwyczajnie żałosna.)
Jest dopiero luty, ale już mogę uznać, że „Nibynoc” będzie jedną z najlepszych książek przeczytanych w tym roku. Uwaga: autor na samym początku spoileruje zakończenie całej trylogii, cholerny śmieszek. Z drugiej strony, to tylko jeden fakt, ale no... Zabolało, nie jako spoiler, po prostu „AŁA”. Przy okazji uprzedza, że apetycznie nie będzie, no i przyznać mu trzeba, czasem ohydy było całkiem sporo, w dodatku utaplanej w świńskiej krwi. „Nibynoc” nie bawi się w upiększenia, może kogoś trochę przerazić, potrafi wprowadzić w stan przedzawałowy. Poza tym autor często dodaje różne przypisy, czasami zwyczajnie zabawne, czasem nieco dłuższe, mające poszerzyć naszą wiedzę o przedstawionym świecie. Może komuś to przeszkadzać, ja doceniam każdą dziwną ciekawostkę, ja doceniam, że autor chciał przedstawić trochę więcej, niż to, co mogła nam pokazać Mia. Większość książki to jazda bez trzymanki, ale koniec... Rany, to nie ten twór, który potrzebuje 400 stron na rozkręcenie się: akcja od początku leci jak dzika, a na ostatniej setce uruchamia się prędkość światła. Odradzam czytać te ostatnie rozdziały przy ludziach, czasem na końcu języka formuje się ostra wiązanka w kierunku autora, postaci, akcji. Kristoff zaczął w mocnym stylu, a na koniec zlał po pysku plot twistami i uciekł bez wyjaśnień. „Nibynoc” zasługuje na więcej uwagi, to coś niesamowitego, zaskakującego i cholernie dobrego. Wybaczam nawet sceny seksu, nie uważam, że to coś wartego opisywania, ale te nie wprowadziły mnie w stan zażenowania i nie ciągnęły się w nieskończoność, nie wadziły, nie obrzydzały, więc niech te kilka stron sobie spokojnie egzystuje. Jedyne co, to wydawnictwo MAG w pierwszym wydaniu zostawia wiele literówek, jak zwykle zresztą, chyba taki urok tego wydawnictwa. Tak czy siak – nie zastanawiajcie się, zapraszam do Cichej Góry!
PS. Uważam za urocze, że Jay Kristoff przy każdym poście o tej serii daje #stabstabstab.
2

środa, 3 stycznia 2018

Mango ratuje świat: Statek Umarłych, Rick Riordan


Seria: Magnus Chase i bogowie Asgardu
Tytuł: Statek Umarłych
Autor: Rick Riordan
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron:
Ocena: 10/10
Opis: Magnus Chase, niegdyś bezdomny nastolatek, jest rezydentem hotelu Walhalla i jednym z wojowników Odyna. Jako syn Frejra, boga lata, płodności i zdrowia, Magnus nie ma wrodzonych skłonności do walki. Ma za to silnych i wiernych przyjaciół, między innymi elfa Hearthstone'a, krasnoluda Blitzena i walkirię Samirę, z którymi dokonał wielkich czynów – pokonali razem Wilka Fenrira i odebrali olbrzymom młot Thora, Mjöllnir. Teraz przed Magnusem najtrudniejsza próba.
Loki uwolnił sie z więzów. Z pomocą zastępów olbrzymów i zombi przygotowuje Naglfar, Statek Umarłych, do wyprawy przeciwko bogom Asgardu, która rozpocznie ostateczną bitwę, Ragnarök. Tylko Magnus i jego przyjaciele mogą powstrzymać Lokiego, ale najpierw muszą przepłynąć oceany Midgardu, Jötunheimu i Niflheimu i dotrzeć do Naglfara, zanim będzie gotowy wyruszyć w rejs. Po drodze spotkają zagniewane bóstwa morskie, nieprzyjaznych olbrzymów i złośliwego, ziejącego ogniem smoka. Ale największym wyzwaniem dla Magnusa okażą się jego własne demony. Czy ma w sobie to, czego potrzeba, by przechytrzyć podstępnego boga oszusta?


„Najpierw zjedz batonika, świat zniszczysz później.


Umarłam. Przepraszam. Pewnie znowu umrę, bo nie mam kiedy ogarniać życia, a jak już znajdzie się wolna chwila, to nie mam na nic siły. Ten semestr ssie. Przy okazji nie miałam też czasu czytać i tylko dlatego „Statek Umarłych” zajął mi ponad miesiąc. Do rzeczy: Riordana tu jeszcze nie było, bo zawsze brakowało mi pomysłu, jak go w ogóle zrecenzować. To jest człowiek, który chyba energię życiową czerpie z bawienia się czytelnikami, robienia sobie z nas jaj, a wychodzi mu tak dobrze, że jeszcze go za to kochamy. Ja za to siedzę w jego książkach od czasów, kiedy fandom Percy'ego Jacksona tworzył najpiękniejsze gównoburze (kurde, tęsknię, teraz „fejm” już nie wywołuje tak pięknych reakcji), zdążyłam napisać kilka słabych fanfików z tego uniwersum, ogarnąć się w kwestii LGBT i przeprowadzić kilka rewolucji – taki ze mnie członek renesansu, 2014 rok był piękny. Magnus Chase już miał to szczęście albo pecha (sama nie wiem), że wyszedł już po upadku Demigods Polska, a teraz się kończy i chyba już zaczęłam tęsknić. Z Percym jeszcze nie trzeba się żegnać, wątpliwe, żeby Apollo dał mu spokój na dłużej niż kilka miesięcy, a Mango już tylko czeka na Ragnarok. W ogóle to słabe, że bez względu na zakończenie, muszę żyć ze świadomością, że te pysie kiedyś zginą w jakiejś ostro popieprzonej apokalipsie. Mitologia nordycka nie ma serca.
Dobra, to czytanie przez ponad miesiąc to może lekka przesada. Tak do 200 stron czytałam jakoś na wyrywki w trakcie wykładów, a potem wkurzyłam się, olałam wszystko i skończyłam w jeden wieczór. Jak macie trochę więcej wolnego czasu niż ja, to Magnusa pochłoniecie dosłownie w dwa wieczory. Jeśli kochacie Riordana, jego poczucie humoru wymieszane z mitologicznym absurdem i czarujące postacie, ta seria jest kwintesencją wszystkiego, co najlepsze w książkach wujka Ricka. (Dobra, przez „czarujące” mam na myśli popieprzone, kluchowate, kochane i złośliwe cinnamon rolls.) Jest dla starszych czytelników niż Percy Jackson, ale ma jego humor i narrację, koncepcją bardziej kojarzy się z „Olimpijskimi Herosami”, a do tego mitologia nordycka już sama w sobie jest bardzo dziwna, dodajcie do tego riordanowe przedstawianie bogów – to taka pizza ze wszystkimi ulubionymi dodatkami i nie mówcie, że nie lubicie pizzy.
Zapraszam na Naglfar, ja już i tak nie żyję! Yay, paznokcie, zombie i... gigantyczne, spiżowe kaczki. No może nie tak od razu, żeby nie było im zbyt łatwo. Jeśli czytaliście „Olimpijskich Herosów” mogę powiedzieć, że to taki bardziej dziki „Znak Ateny” z większą dozą napieprzania się ze wszystkim, co napatoczy się po drodze – w końcu to wikingowie, jak w trakcie rozdziału ktoś nie zarobi w pysk, nie znajdzie się blisko śmierci czy zwyczajnie nie obije sobie jakiejś części ciała, rozdział się nie liczy. Mało? Ryzyko zaliczenia zgonu przed Ragnarokiem co akapit rośnie. Fajna zabawa, nie? Może fabularnie nie jest to jakoś specjalnie odkrywcze – Riordan już robił takie rzeczy, ale jest tak napisane, że nie powiewa nudą. „Statek umarłych” i „Znak Ateny” mają taki sam szkielet, ale reszta jest zupełnie inna. No i w tym pierwszym nie ma Annabeth – profit!
Zawsze trzeba oddać Riordanowi, że jego książki poza dobrą zabawą, mają jakiś sens. Nie, nie zacznę tutaj słodkopierdzących frazesów o rodzinie, miłości i przyjaźni, bo jeśli autor uznaje, że wpajanie tych wartości czytelnikowi jest takie niezbędne, to chyba ma nas za idiotów. Relacje rodzinne odgrywają ważną rolę, ale to nie takie rodzinki Weasley'ów, o jakich myślicie. Spróbujcie tylko, a Hearthstone obrzuci was najgorszymi runami i motywacyjnymi książkami Odyna, ja pomogę. Wiecie, Riordan stara się, żeby jego książki były mądre, ale nie robi tego natarczywie i nie skupia się na truizmach. W tej części akurat mamy przekrój przez najróżniejsze relacje międzyludzkie, rozumienie ich, spostrzeganie własnych błędów, mam nadzieję, że o kwestii tolerancji po dwóch poprzednich częściach wspominać nie muszę. Ale połapałam się w tym dopiero podczas pisania recenzji – taka niespodzianka, wcześniej nawet się nie zastanawiałam co tam się zadziało pod otoczką nawalanki z olbrzymami i powstrzymywania kolejnego końca świata. Doceniam, bo Riordana nie bierze się dla głębszych przemyśleń, to po prostu przyjemne w odbiorze młodzieżówki, które się pokocha, ale nie narzucają zbyt wiele myślenia dopóki się nie zastanowimy, jedynie zgniatają emocjonalnie.
Nie zostało ani trochę miejsca na przynudzanie, ledwo złapie się oddech po jednym bagnie, w jakie wpadł nasz umarły/nieumarły klusek, a z drugiej strony czają się już kolejne paskudy. Trochę jak na studiach. Nie chcę tutaj niczego spoilerować, a to trochę problematyczne. Mitologicznie też jest świetnie, chociaż będę mieć koszmary o kołczu Odynie. Potem się dziwią, że Loki przeszedł na Ciemną Stronę. Więcej bogów, potworów i dziewięciu światów, tak to mniej więcej wygląda! Tylko zabrakło mi mojego ukochanego gigantycznego wiewióra z niewyparzoną gębą. Dodatkowo w końcu cała ekipa ruszyła tyłki z Walhalli, a co za tym idzie – więcej zabawy!
Najlepsze: postacie! W Obozie Herosów mam Nico, w Walhalli jest za to Alex! Jak ja bym chciała zobaczyć ich kiedyś razem z akcji, ale wszechświat chyba by tego nie wytrzymał. No i to ten jeden z niewielu przypadków, kiedy wkręcam się w główną, potencjalną parę i daję się rozbrajać emocjonalnie jak tylko na siebie spojrzą. Nie ukrywajmy, że Magnus x Alex nie było jedną z najbardziej wyczekiwanych rzeczy w tej książce. W sumie: Magnus x Alec, Magnus x Alex, to nie przypadek! Spisek pisarzy! Spisek, mówię Wam! No, ale nie ma tak łatwo i Riordan tutaj najbardziej gra mi na nerwach, emocjach i perfidnie zostawia fałszywe ślady, robi uniki, kombinuje jak się da. To było tak cholernie irytujące, że aż kocham, w jaki sposób bawił się tym wątkiem. Do teraz nie bardzo wiem, na czym to stanęło, jedyne informacje posiadam od Magnusa, ale on też nic nie wie. Jest jeszcze Blitzstone, ale tutaj umownie trzeba przyjąć, że to zbyt oczywiste. Hearth i Blitz i tak zachowują się jak rodzice całej tej zgrai i nie uwierzę, że tam nic nie ma. Poza tym dramy, dramy i jeszcze raz dramy. Cała załoga Wielkiego Banana, jest świetnie napisana i każde ma jakiś problem, sekrety, mroczną przeszłość, no cokolwiek, Magnus, Alex, Mallory, Halfborn, TJ, Sam – Riordan musiał chyba przemyśleć każdy wariant i każdemu coś wcisnąć. W dodatku wszystko wychodzi przez Lokiego, żeby był jakiś wspólny mianownik. Wychodzi z tego wielkie międzyludzkie zaplątanie, a ja kocham takie sprawy.
Ciężko powiedzieć czy jest coś, za co mogłabym uwalić tą książkę, niby na chwilę pojawiła się Annabeth, ale pojawił się też Percy, a z nim transmitologiczny romans między mieczami (Jack i Orkan to kanon, przysięgam). Boli mnie, że muszę to napisać, ale „Statek umarłych” jest genialnym zakończeniem serii. Chcę jeszcze, za bardzo się przywiązałam do tego świata, było zbyt mało czasu na Magnusa i Alex. Dobra, to samo powiedziałabym o Solangelo, ale Apollo ma dostać jeszcze trzy książki, więc jest nadzieja! Koniec, było zbyt dobrze, żebym mogła tak po prostu rozstać się z tą serią. Polecam Mango. Umierajcie dzielnie!
3

sobota, 28 października 2017

Dramy ze świata Nocnych Łowców edycja 13: Władca Cieni, Cassandra Clare


Seria: Mroczne Intrygi
Tytuł: Władca Cieni
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 848
Ocena: 8/10
Opis: Czy oddałbyś bratnią duszę… za swoją prawdziwą duszę?
Życie Nocnego Łowcy to życie w pętach powinności. W więzach honoru. Świat Nocnego Łowcy to świat uroczystych przysiąg, a nie ma ślubów świętszych niż te łączące parabatai – wojowników-partnerów, którzy mają razem walczyć i razem ginąć, lecz nigdy, przenigdy nie wolno im się zakochać.
Emma Carstairs odkryła, że miłość odwzajemniona przez jej parabatai, Juliana Blackthorna, jest nie tylko zakazana, lecz także śmiertelnie niebezpieczna: może zniszczyć ich oboje. Wie, że powinna uciec od Juliana, lecz jakże miałaby to zrobić, gdy Blackthornom ze wszystkich stron zagrażają wrogowie?
Ich jedyną nadzieją jest Czarna Księga Umarłych, magiczny wolumin o ogromnej mocy. Wszyscy chcą ją dostać, ale tylko Blackthornowie są w stanie ją odnaleźć. Emma, jej najlepsza przyjaciółka Cristina oraz Mark i Julian Blackthornowie przybywają do Faerie – gdzie hulaszcze zabawy skrywają krwawe zagrożenie i żadnej obietnicy nie można ufać – by tam zawrzeć mroczny pakt z królową Jasnego Dworu. Tymczasem narastające napięcie między Nocnymi Łowcami i Podziemnymi doprowadziło do wyłonienia Kohorty, grupy ekstremistów wśród Nocnych Łowców, którzy domagają się wprowadzenia obowiązku rejestracji Podziemnych i „niewygodnych” Nefilim. Zrobią wszystko, co w ich mocy, by ujawnić tajemnice Juliana i przejąć władzę nad Instytutem w Los Angeles.
Kiedy Podziemni zwracają się przeciw Clave, pojawia się nowa groźba w postaci Władcy Cieni – króla Ciemnego Dworu, który wysyła swoich najlepszych wojowników z zadaniem wymordowania wszystkich, w których żyłach płynie krew Blackthornów, i przechwycenia Czarnej Księgi. Gdy mordercza pętla zaciska się wokół Juliana, ten opracowuje ryzykowny plan ratunkowy. Jego powodzenie zależy od współpracy z nieprzewidywalnym nieprzyjacielem. Sukces może jednak mieć swoją cenę, której ani on, ani Emma nawet sobie nie wyobrażają; krwawy rachunek, który – być może – przyjdzie zapłacić wszystkim, których kochają.

Był setką strzał wystrzelonych z setek łuków w tej samej chwili.


Raczej nikogo nie zaskoczę moją słabością do Nocnych Łowców. Clare wyleczyła mnie po Maas. Nawet trochę mnie rozbawiło, że w drugiej książce z rzędu mam faerie i różnica pomiędzy „Dworami” a „Mrocznymi Intrygami” jest nieporównywalna, może dlatego, że Clare starała się przybliżyć nam baśniowy ludek, a Maas interesowała się głównie naczelną Mary Sue i jej Tru Loffem no.2. Cokolwiek, po prostu „Władca Cieni” pomógł mi się zebrać z tej beznadziei, żeby rozpłaszczyć mnie na ścianie. Końcówka niszczy. Poza tym no jak ja mogłabym nie pokochać kolejnej książki ze Świata Cieni? Nie wiem jak ta kobieta to robi, że jeszcze ani razu nie kłapnęłam na nią zębami za jakość książek (za inne rzeczy bywa różnie, znęca się nade mną). Od razu też zaznaczam, że wyrzekam się polskiego tytułu pierwszego tomu, ale drugi został pięknie przetłumaczony.
„Władcę Cieni” dosłownie połknęłam, bo książki Clare już takie są. Zapominasz się aż tu koniec... I co dalej? Poważnie pytam! W tym momencie widzę jedynie krajobraz po huraganie. Trzecia część potrzebna na wczoraj! Razem z wyjaśnieniami! To jeden z większych plusów serii o Nocnych Łowcach, czyta się przyjemnie i szybko, nawet nie zauważa się, kiedy dociera się do kolejnych stron. Raczej nikt nie lubi ślęczeć nad tekstem i zastanawiać się za ile stron kolejny rozdział.
Szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam, jak fabuła miała wyglądać po „Lady Midnight”. Jak „Dary Anioła” i „Diabelskie Maszyny” pozostawiały miejsce dla domysłów o tym, jak historia potoczy się dalej, tak „Mroczne Intrygi” nie do końca. Nie chodzi mi o niezamknięte wątki, a bardziej o główną linię fabularną. Valentine, Mortmain, Sebastian to gałgany, które zawsze czaiły się, żeby jako pierwsi zacząć mącić. „Lady Midnight” skupiała się głównie na morderstwie rodziców Emmy i kolejnych ofiarach jakiegoś tajemniczego cwaniaka, to się porozkładało na kilka wątków i gdyby nie wiele niewyjaśnionych relacji między postaciami, mogłaby się zakończyć jako samodzielna książka. No jeśli nie liczyć Annabel, ale szczerze mówiąc, gdyby Clare chciała, mogłaby jej nie ruszać i mieć spokój z dwiema kolejnymi książkami. Nie chcę tu powiedzieć, że kontynuacja nie jest potrzebna, po prostu kompletnie nie mogłam rozgryźć, co się zadzieje we „Władcy Cieni”. Nie wiem czy to miłe zaskoczenie, bo pewnego czarownika i cały oddział Centurionów wyniosłabym na kopach poza kanon, a to wszystko ich wina. Oczywiście Emma i Julian, którzy dla mnie nie byli najważniejsi, ale dla mniej pokrzywionych czytelników jest to raczej ważny wątek, do tego bardzo sporny. Wszyscy ganiają za magiczną księgą, pojawia się Ta Ruda Sucz aka królowa Jasnego Dworu (nie ufam jej, cokolwiek by nie mówiła, poza tym wydawało mi się, że jest martwa). Poza tym zabawa w politykę Clave. To ostatnie to chyba mój największy problem. Kohortę też wyniosę na kopach z kanonu za same sugestie o Magnusie i Alecu. A walcie się dziady! Ogólnie ta część to jedna wielka drama! Nie zaskoczę nikogo, pisząc, że świetnie się bawiłam.
To, co tygryski lubią najbardziej – jak tam z postaciami? Szczerze mówiąc, przepadłam. Blackthornów nie da się nie kochać, pod warunkiem, że Julian nie zrobi Rzeczy. Jeśli się na TO zdecyduje – jest dla mnie martwy, w ogóle w tym momencie skreślam go całkowicie. Nie mogę powiedzieć co, ale nie chodzi o samą Emmę, a miałby to zrobić ze względu na nią, więc no... NIE. Poza tym są bardzo uroczy, szczególnie Ty i Mark. Naprawdę, scena z krasnalem ogrodowym i Markiem wygrała prawie całą książkę. W sumie też ciężko ich wszystkich oddzielnie oceniać, razem tworzą po prostu taką świetnie zgraną gromadkę. Nie do końca rozumiem czemu ludzie tak denerwowali się na Emmę. Hej, w porównaniu do Clary to ona jest wręcz idealną główną bohaterką! (Chociaż tak nie do końca główną.) Może nie jestem nią wyjątkowo zachwycona, ale jestem w stanie zrozumieć czemu zachowywała się tak, a nie inaczej. Sytuację ma jednak niezbyt ciekawą. Kit to w ogóle mój ukochany klusek, 100% Herondale'a w Herondale'u, chociaż nie chce tego przyznać. Oby tylko Jace go nie zadręczył, jeszcze sprzeda mu historię o kaczym spisku przeciw ich rodowi. Kierana chętnie bym przytuliła, dajcie temu dzieciakowi trochę spokoju! Mogliby w końcu dać mu spokój ze spiskami. A na koniec Magnus, Alec, Max i Rafe! Nie ma niczego, na co tak bym czekała, jak na moje OTP i ich dzieci. Alec tak bardzo dorósł, rany, aż chce mi się płakać. Chociaż dalej jest tym samym trochę nieogarniętym i wrednym Lightwoodem, w ogóle zostawia dzieci z nieznajomymi, bo lubią dzieci... Niech mi ktoś jeszcze się go uczepi, że jest taki okropny. Sami też kiedyś byliście okropni. Cieszę się, że zawsze był nieidealny, a zamiast tego widzimy jak do wszystkiego dorasta. W „Mieście Kości” za sugestię o jego orientacji zrobiłby z kogoś szaszłyk, teraz byłby zdolny do tego samego ale za czepienie się Magnusa, a nie za „jesteś gejem?”. Magnus w sumie też zdobywa tytuł ojca roku. Kto karmi dzieci muffinkami i czemu nigdy mnie nie adoptował?! Na dzieci to ja mam alergię, ale Max i Rafe to też urocze kartofle. W ogóle tam ci główni uczestnicy dramy nie dają się nie lubić. Nie ma jednej głównej postaci, nikt nie jest faworyzowany.
Same relacje między wszystkimi postaciami wymagałyby gigantycznej tablicy i sporego zasobu kolorowych markerów. Każdy z kimś coś ma, ale da się ich mniej więcej podzielić. Emma i Julian mają swój dramat i tutaj raczej nie trzeba wiele mówić. Cieszę się, że nie zaleciało totalną romansową dramą, jak to każdy każdego kocha, że aż mi mózgi pozżerało. Starają się ogarniać sprawę i dla mnie to się liczy, poza tym zachowują się dość odpowiedzialnie. Nie ma „MY KONIECZNIE MUSIMY BYĆ RAZEM” i no nie mogę zaspoilerować, ale jeśli w kolejnej części coś nie trzaśnie (w Clave robi się burdel, więc kto wie...) to naprawdę doceniam to, co postanowili zrobić. Mark i Kieran powinni ogarnąć dupska i być razem, zamiast tego nagle do tego dołącza Cristina, z którą kręci się meksykańska telenowela z Diego i Jamiem, a ci dwaj w ogóle robią jakieś pokręcone rzeczy i potrzebuję więcej tego wątku. W ogóle tutaj jest dość zabawnie, kręcą się jakieś intrygi, a ja wiem, że nic nie wiem. Jest Diana, która dostaje piękne pięć minut w towarzystwie wodza Dzikiego Polowania. Chyba nie wnikam skąd to się autorce wzięło, ale też zbyt normalnie nie jest (i mówię tu tylko o ich relacji). Następne są bliźnięta i Kit, chyba najbardziej kochałam fragmenty z ich perspektywy. Ty i Livvy chyba jako jedyni naprawdę zainteresowali się Kitem i starają się, żeby z nimi został. Poza tym to takie trochę większe szczeniaczki, które pakują się w największe kłopoty i wychodzą z tego iście po szczeniaczkowemu, Magnus musiał mieć przez nich deja wu. Spora część tej książki opiera się na jakichś zakręconych relacjach, a ja się bawię dalej, bo uwielbiam jak ta część jest dobrze zrobiona.
Jeśli chodzi o samą intrygę, to kilka razy pospadałam z krzesła. Niezbyt mogę wyjaśnić, co się dzieje, bo wszystko to spoilery. Wiecie jedynie, że Annabel się obudziła, ale ona jest tylko fragmentem. Z grubsza – chodzi o to, że wszyscy chcą Czarną Księgę, a król Ciemnego Dworu to wstrętna paskuda, królowa Jasnego Dworu ciągle kombinuje i każde najchętniej pozbyłoby się tego drugiego. No bywa. Pojawiło się też kilka niewyjaśnionych scen, do których mogę dopisać kilka teorii spiskowych. Brakuje odpowiedzi, a okładka trzeciego tomu zostanie ogłoszona dopiero za dwa tygodnie i gdzie tu mówić o całej książce? Mogę zapewnić, że nie idzie się nudzić, ciągle chce się więcej no i połyka się książkę. Poza tym jest też kwestia Centurionów, Clave i Kohorty. Clare bawi się w politykę, trochę bardziej zagłębia się w funkcjonowanie rządu Nocnych Łowców, bo do tej pory poznawaliśmy jedynie pojedyncze postacie, nie mamy pojęcia jak wygląda całe społeczeństwo. Wygląda dość irytująco i na miejscu Aleca chodziłabym na zebrania Rady z torbą popcornu. Centurioni, na czele z największą znaną mi zarazą znaną jako Zara są, w większości, zakutymi pałami z kijami w tyłkach. Nie chodzi o bycie służbistą, nie. Ubierzcie sobie skrajnych nacjonalistów w mundury i dajcie im na wszystko protokoły, tak wygląda opcja Zary. Kohorta nie lepiej, po prostu wśród nich przeważają stare dziady, a nie młodzi jak to jest z Centurionami. Z pewnych względów jest się czym martwić, ale to kolejny spoiler. Nic się nie dowiecie.
I tak pitu pitu. Lubię to, naprawdę, ale to nie to samo, co wcześniej. Nie wiem od czego to zależy, ale nie czuję dokładnie tego samego, co we wcześniejszych seriach. „Mroczne Intrygi” mają swoją magię, ale jest ona trochę bledsza, brakuje mi jakichś nieokreślonych rzeczy. Ta seria różni się od „Darów Anioła” i „Diabelskich Maszyn”, na pewno mamy więcej postaci, co dla mnie jest z jednej strony świetną zabawą, a z drugiej jest ich tyle, że choć większość mnie oczarowała, muszę wybrać kilku ulubieńców. (Kieran, Kit, Ty, Mark, jakby ktoś pytał.) Nie mogę dać temu najwyższej oceny, bo zwyczajnie nie czuję, żeby to było miarodajne. Chociaż muszę też oddać honor, bardzo doceniam to, że tutaj bardziej zagłębiamy się w społeczność Nefilim, odkrywamy Świat Cieni od tej zaznajomionej z nim strony. Chociażby taki Nocny Targ, to chyba mój ulubiony element w tej serii. Niebezpiecznie i magicznie, aż chce się tam zapuścić i sprzedać duszę Szatanowi. W ogóle ma być jakaś seria opowiadań powiązana z tym miejscem! Czekam!
„Władca Cieni” ma naprawdę wiele drobnych elementów, które mnie ujęły. Wersy wiersza jako tytuły rozdziałów tak na przykład. Humorystyczne elementy, za które kocham książki Clare. To, że kilka zdań potrafi mnie zupełnie połamać, zdeptać i sprowadzić do stanu nieskładnie mamroczącej galarety. Urocze scenki potrafiące rozpuścić mnie jak stężony kwas siarkowy. Niby nic nieznaczące rozmowy, małe fragmenty tekstu, które koniecznie muszę zaznaczyć, bo dla mnie to ważne i koniec! „Dary Anioła” jak na razie są dla mnie na pierwszym miejscu, nawet jeśli tam muszę się użerać z Clary, „Diabelskie Maszyny” mnie zniszczyły i w ogóle to powinno być oznaczone jako produkty potencjalnie niebezpieczne, „Mroczne Intrygi” to nie to samo, brakuje jakiegoś wspólnego mianownika, ale są dobre. Nigdy dość Nocnych Łowców, dopóki Clare ma pomysły, które działają i jej wychodzi, będę kupować kolejne książki. Wyrobiła sobie moje zaufanie i przez trzynaście książek prawie nigdy nie zawaliła, wyjątek stanowi „Miasto Upadłych Aniołów” ale ono jest zwyczajnie do przeżycia i w kontynuacji wszystko wraca do normy. Nie polecę dojrzałym ludziom, bo wiem, że to nie ten poziom, ale umówmy się – obracam się głównie wokół dość młodych czytelników, którzy są grupą docelową tych książek. Have fun, wszyscy umrzemy! Ja po tej części na pewno jestem nieżywa, tylko nie wiem czy bardziej przez uroczość czy końcówkę. Poproszę brokatową urnę.

Martwa bardziej niż zwykle
Lucy
10

poniedziałek, 10 lipca 2017

Zgromadzenie cieni, Victoria E. Schwab

Seria: Odcienie Magii 
Tytuł: Zgromadzenie Cieni 
Autor: Victoria E. Schwab
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Ilość stron: 554
Ocena: 8/10
Opis:  Upłynęły cztery miesiące, odkąd w ręce Kella wpadł czarny kamień. Cztery miesiące, odkąd przecięły się ścieżki antariego i dziewczyny z Szarego Londynu, Delilah Bard. Cztery miesiące, odkąd książę Rhy został ranny, Kell i Lila pokonali rządzące Białym Londynem bliźniaki Dane, a kamień wraz z umierającym Hollandem wrzucili w otchłań Londynu Czarnego.
Pod wieloma względami sytuacja prawie wróciła do normalności, chociaż... Rhy spoważniał, a Kella dręczą wyrzuty sumienia. Antari nie przemyca już przedmiotów między światami – jest nerwowy, nawiedzany przez sny z udziałem złowieszczej magii, skupiony na myślach o Lili, która zniknęła mu z oczu w porcie, tak jak zawsze tego pragnęła.
Tymczasem w Czerwonym Londynie trwają przygotowania do Igrzysk Żywiołów, spektakularnego i kosztownego międzynarodowego turnieju – mającego na celu rozrywkę i zachowanie dobrych stosunków z sąsiednimi mocarstwami. Na zawody przybędzie wielu gości, a wśród nich starzy przyjaciele na pewnym statku pirackim. 
Jednakże, podczas gdy wszyscy w Czerwonym Londynie skupiają się na czekających ich emocjach sportowych i towarzyszących igrzyskom przyjęciach, w innym Londynie rozkwita życie, a ci, którzy mieli rzekomo odejść na zawsze, powracają. Jak cień, który znika w nocy, lecz pojawia się znów kolejnego dnia, tak odżywać zdaje się Czarny Londyn. Tyle że magia wymaga równowagi, więc by odrodził się Czarny Londyn, inne miasto musi upaść...


„Moje życie jest jego życiem. Jego życie jest moim.”



Hello darkness my old friend! Nawiązując do treści tej książki to nawet bardzo trafne powitanie. Kiedy kilka miesięcy temu skończyłam czytać „Mroczniejszy odcień magii”, błagałam o kontynuację, bo Victoria E. Schwab stworzyła tak niesamowity świat i genialne postacie, że potrzebowałam ich więcej. To było zbyt dobre, żeby pozostać na jednej książce. Wiadomość o premierze „Zgromadzenia cieni” spadła na mnie niecały miesiąc przed premierą, a ja bez myślenia, czy starczy mi na chleb, zamówiłam swój egzemplarz. Teraz żałuję, że od razu to kupiłam i równie szybko zaczęłam czytać, bo czekanie na „A conjuring of light” po polsku będzie jeszcze gorsze! Pierwszy tom przynajmniej nie kończył się takim cliffhangerem! Rany, ludzie, ja polecam tą serię z całego serca, ale dla własnego dobra może poczekacie na wydanie trzeciej części? Chyba, że lubicie się dręczyć, tak, jak ja. 
Powracamy do Arnes, minęły cztery miesiące od Czarnej Nocy. Po zakończeniu „Mroczniejszego odcienia magii” można było uznać, że wszystko skończyło się tak dobrze, jak się dało, świat powinien wrócić do normy. Kell i Rhy oczywiście muszą sobie poradzić z nową sytuacją, nauczyć się żyć z powstałą między nimi więzią. Każdy ma na to swój własny sposób i obaj reagują inaczej. Widać, że się zmienili po przejściach związanych z minionymi wydarzeniami, książę nie jest już taki beztroski, a antari jest bardziej niespokojny, lud zaczął go postrzegać jako winowajcę całej tragedii. Poza tym wszystko wydaje się być w porządku, świat wrócił do równowagi, mroczna magia zniknęła, teraz uwagę wszystkich mieszkańców Arnes przyciąga Essen Tasch, Igrzyska Żywiołów. Czas prychnąć i wrzasnąć „WCALE NIC NIE JEST W PORZĄDKU!” czy jeszcze nie? Bo tak trochę bardzo ucierpiałam. Nie narzekam, bo bardzo lubię cierpieć z powodu książek, to dla mnie najlepszy dowód na to, że czytam coś dobrego. Jednak zanim o tym, trzeba jeszcze o tamtym. 
Tym razem nie ma wielkiej gonitwy przez Londyny, większość akcji skupia się w Arnes, czy to na morzu czy w Londynie, ale nie oznacza to, że zrobiło się nudniej. Wielki turniej mistrzów magii z trzech imperiów nie może być nudny! Autorka po części robi to, czego brakowało mi w pierwszej części – przedstawia szerzej jeden ze światów! Reszta, poza znanym nam Szarym Londynem, jest odsunięta na bok, choć niecałkowicie, ale jestem w stanie to wybaczyć. Pojawił się nawet Czarny Londyn, którego zabrakło mi w „Mroczniejszym odcieniu magii”. Pojawiają się nowe imperia, dostajemy większe pojęcie o tym, jak funkcjonuje „Czerwony” świat. No i Essen Tasch! Magiczne igrzyska i turnieje również należą do moich ulubionych motywów, mam sentyment do 4 tomu Pottera właśnie przez Turniej Trójmagiczny. Tam mieli smoki, ale szczerze powiem, że mogą się schować przy Igrzyskach Żywiołów. Może to trochę wina Rhya, bo urządził je w takim stylu, że zakochałam się zanim się zaczęły. Sprytne połączenie balu maskowego i walk na arenie, miałam skojarzenia z „Legendą Korry” i meczami między magami. No i nie zapomnijmy o tym, że w obliczu takiej okazji nasi bohaterowie musieli nagiąć trochę zasad, złamać prawo i pobawić się w ryzykanctwo. W sumie nie wyobrażam sobie, żeby KellRhy i Lila zrobili cokolwiek innego, chociaż przyznam, że Rhy mnie w tym najbardziej rozczulił, a Lila za to zirytowała. Same starcia na Igrzyskach nie są główną osią fabuły, ale dookoła całego wydarzenia ta książka się kręci, napędzają akcję, doprowadzają naszych bohaterów w odpowiednie miejsca, Essen Tasch pociągają za sznurki przez prawie całą opowieść. Momentami czułam się jakbym sama siedziała na trybunach albo na arenie. 
Victoria E. Schwab już dała mi się poznać jako bardzo cwana bestia. Tworzy coś, czego jeszcze nie widziałam, ale to „coś” buduje na znajomych mi elementach. Łączy je równie zręcznie, jak magowie swoje żywioły podczas Igrzysk, a to, co powstaje mogę porównać tylko do idealnie upieczonego brownie. Jest jeszcze lepsza w tworzeniu bohaterów, a w tym tomie dostałam pięknie opakowany prezent o dźwięcznym nazwisku Alucard Emery (w pakiecie z kotem, jeszcze lepiej)! DZIĘKUJĘ! Potrzebowałam go! Kell może mnie za to spalić na stosie, ale kocham Alucarda! Ciekawi jaki problem ma z nim Kell? Nie powiem, ale wynikają przez to przezabawne sytuacje, szczególnie jak już wszyscy razem się spotykają. Co do Lili powiem tyle, że tym razem podziałała mi trochę na nerwy kosmicznie głupim ryzykanctwem. Wiem, że z nią nie dało się inaczej, ale mogłaby chociaż zauważyć, że tym razem przegina i trochę się zastanowić! Kurde, jego mać! Miałam ochotę wylać jej na łeb wiadro zimnej wody. Kella i Rhy jestem w stanie zrozumieć, bo mają więcej doświadczenia, ale Lila, głupia klucho! JESTEŚ W TYM ŚWIECIE OD CZTERECH MIESIĘCY, MOGŁABYŚ NAJPIERW LEPIEJ SIĘ PODSZKOLIĆ, A POTEM ROBIĆ TAKIE GŁUPOTY! Mogłaby się okazać nawet cholernym antari, ale w tak krótkim czasie nie ma dość doświadczenia, żeby tak narazić swoje cztery litery z powodu wielkiego mniemania o sobie. Za to Rhy i Kell byli dla mnie dwiema cynamonowymi bułeczkami, chociaż Kell to powinien dużo wcześniej skończyć z bułowatością i zrobić coś ze swoją sytuacją. W ogóle to Schwab zaserwowała z nimi tyle dram, problemów i kochanych scen, że wysiadłam. Moja miara szczęścia wybuchła, zabili mnie. Dostałam więcej Rhya, umrę szczęśliwa! W pierwszej części już zwariowałam dla tej dwójki. Da się zwariować podwójnie? Bo to mi się właśnie przytrafiło! Do tego jeszcze mistrz Tieren, to kolejny świetny element tej książki. Aven Essen to cholerny śmieszek. Spodziewacie się poważnego kapłana, który spróbuje moralizować tych wyrośniętych przedszkolaków? Powodzenia! Naprawdę bawiło mnie jego nastawienie do sytuacji na Igrzyskach, jeszcze sam się musiał nieźle bawić, nie mówiąc tym cwaniakom wszystkiego. A niech się sami męczą, co on się będzie przejmował? Nie wiem czy to miał element komediowy, dla mnie jednak się nim stał. Od teraz jestem fanką Tierena! 
Dobra, wspominałam już jak świetnie Schwab kreuje postacie, swoje książki, czas na robienie sobie z moich uczuć rozchwianego emocjonalnie ukulele. Nie wiem, co sobie pomyślała tworząc wątek z Maximem i Emirą, ale raczej nie planowała uszczęśliwiania czytelników. Do tych co czytali już „Mroczniejszy odcień magii”: przypomnijcie sobie jak wyglądały relacje Kella z parą królewską wtedy, zmażcie to i przygotujcie się na emocjonalnego kopa. Rany, Maxim mnie tak denerwował w tej części, cholera jasna by go! Muszę o tym napisać, bo nie wytrzymam. Był potwornie niesprawiedliwy wobec Kella, zaczął go traktować jak cholerne trofeum na pokaz i jeszcze próbował się tłumaczyć, żeby nie wyjść na złego. Emira wcale nie była lepsza, a pod koniec to nawet zrobiła się gorsza. Nie no, świetni rodzice. Po prostu nie cierpię faworyzowania jednego z rodzeństwa, nawet jeśli jest następcą tronu! Poza tym zupełnie nie rozumiem jak mogli się tak zachowywać po tych wszystkich latach traktowania Kella jak swojego syna. Do diabła z wami, ludzie! To przez was ten cliffhanger! 
Co poza tym? Nie powiem, ale poza Czerwonym Londynem dzieją się dziwne rzeczy i JA WIEDZIAŁAM, ŻE ONA TO ZROBI! (Co? Nie, nie powiem.) Czuję się jak jakieś medium. Poza tym jestem ciekawa jak ten wątek się dalej potoczy. Magia w najgorszym wydaniu podnosi łeb, a ja jestem bez kontynuacji. To straszne, bo ta książka mnie po prostu zżarła, jak ją skończyłam, sama nie rozumiałam co się właśnie stało, czemu nie ma nic dalej. Jak w transie. Nie wiem, były denerwujące elementy (Lila cepie!), miałam ochotę czasem tym rzucić (dzięks, Maxim!) i w ogóle czasami miałam ochotę niektórych mocno trzasnąć w pysk, ale większość tych rzeczy była zamierzona i dlatego uważam „Zgromadzenie cieni” za jeszcze lepsze niż „Mroczniejszy odcień magii”. Poza tym rzeczy, które działy się w innych Londynach wyglądają jak dobry grunt pod „A conjuring of light” i nie mogę się doczekać, co z tego wyniknie. Tak dosłownie. NIE MOGĘ CZEKAĆ! Umrę, a martwe buły wcale już nie są takie fajne. Ach, no i na okładce trzeciego tomu jest Rhy, potrzebuję trzeciego pokemona do kolekcji, a to jest mój ulubiony. W „Zgromadzeniu cieni” wszystko jest idealnie na swoim miejscu, poza Lilą. Magia potrzebuje równowagi, tak jak i granie na emocjach. Dostałam idealną ilość dramy, słodkości i wszelkich odczuć związanych z Igrzyskami Żywiołów. Tym razem nie miałam wrażenia zbytniego rozwlekania, za to znowu czułam się, jakbym była w sercu wydarzeń. Nigdy nie czytałam czegoś podobnego do „Odcieni Magii”, a to też ogromna zaleta, bo chociaż motywy są znajome, to w takim połączeniu tworzą coś zaskakującego. Polecam! Czytajcie! Tylko uważajcie, bo zostaniecie pochłonięci jak Czarny Londyn! 
Ps. Ujemne punkty tylko za Lilę, bo przez pół książki się na nią denerwowałam, chociaż do złych postaci nie należy. 

8