Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LGBT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LGBT. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lipca 2020

Magnus znowu to zrobił: The Red Scrolls of Magic/Czerwone Zwoje Magii, Cassandra Clare, Wesley Chu



„Why is it supposed to be romantic to point out stars?”


Seria: The eldest curses/Najstarsze klątwy
Tytuł: The Red Scrolls of Magic/Czerwone Zwoje Magii
Autor: Cassandra Clare, Wesley Chu
Wydawnictwo: Simon&Schuster/We need YA
Ilość stron: ENG: 350/PL: 472
Ocena: ENG: 10/10, kocham to totalnie miłością największą i dałabym więcej, gdybym mogła!
PL: Nawet nie potrafię tego wyrazić, było źle, to wydanie wpada na moją osobistą listę dramatów 2020.
Opis: Jedyne, o czym marzył Magnus Bane, to podróż po Europie z Alekiem Lightwoodem – Nocnym Łowcą, który wbrew przeciwnościom losu w końcu został jego chłopakiem. Jednak gdy tylko para zadomawia się w Paryżu, przybywa stary przyjaciel z wiadomościami o sławiącym demona kulcie zwanym Szkarłatną Ręką. Kult został lata temu założony przez Magnusa dla żartu, teraz pod nowym przywództwem dąży do wywołania chaosu na całym świecie. Magnus i Alec wyruszają w pogoń po Europie, aby wyśledzić Szkarłatną Rękę i ich nieuchwytnego nowego przywódcę, zanim zgrupowanie spowoduje więcej szkód. Magnus i Alec będą musieli zaufać sobie bardziej niż kiedykolwiek – nawet jeśli oznacza to ujawnienie tajemnic, które chcieli zatrzymać tylko dla siebie. (Po angielsku było w sumie tak samo, a ja jestem leniem.)

„Magnus wondered if he would ever get used to being surprised by Alec Lightwood. He hoped not.”



Gdyby z pięć lat temu ktoś mi powiedział, że Cassandra Clare wyda książkę, której głównymi bohaterami będą Magnus Bane i Alec Lightwood, a fabuła będzie skupiać się na tym, że Magnus narobił przypału, że będzie to osadzone podczas ich wakacji pomiędzy „Miastem szkła” i „Miastem upadłych aniołów”, byłabym chodzącą kulką szczęścia. Kiedy około dwa lata temu okazało się, że będzie o nich cała seria… No cóż, stałam się szczęśliwą bułą, bo Magnus i Alec są najpiękniejszymi postaciami, jakie było mi dane poznać, wyżej jest już jedynie moja najukochańsza Ahsoka. Wiecie, uwielbiam ich na tyle, że przełamałam się i kupiłam książkę, zamiast rozbijać cały swój pieniądz na łyżwy. Mało tego, w końcu przeczytałam coś po angielsku tak w całości, od początku do końca. Warto było, a angielski wcale nie był taki straszny.
Szczerze mówiąc, uważam, że „The Red Scrolls of Magic” to nie jest książka, od której można zacząć czytać Clare. Nie i koniec. Weźcie sobie każdą inną serię, ale ta się po prostu nie nada. Mogę to delikatnie porównać do „Avengers: Endgame” – żeby się tym w pełni cieszyć, musisz znać przynajmniej „Dary Anioła”, bo nie ogarniesz, o czym oni gadają, nie poczujesz tego klimatu, pospoilerujesz sobie nie dość, że DA to jeszcze „Diabelskie Maszyny”. Clare w tym wypadku zakłada, że znasz przynajmniej rodzeństwo Aleca, wiesz, o czym były pierwsze trzy części „Darów Anioła” i nie potrzebujesz, żeby ktoś ci po kolei tłumaczył mechanikę świata przedstawionego. Poza tym jest tam tyle easter eggów, że bez znajomości uniwersum stracisz sporo zabawy. „The Red Scrolls of Magic” to książka dla fanów Nocnych Łowców. (Dlatego też kompletnie nie rozumiem, jak polski wydawca mógł powysyłać egzemplarze recenzenckie ludziom ze swojej listy bez pytania, czy są zainteresowani. I dowiedziałam się tego bezpośrednio od jednej recenzentki, żeby nie było, że sieję ferment.)
Fabuła jest podsumowaniem całego żywota Wysokiego Czarownika Brooklynu. Magnus, znowu to zrobiłeś! Nasi bohaterowie wyjeżdżają na romantyczne wakacje – żeby bliżej się poznać i sprawdzić, czy ich związek ma jakąś przyszłość – jednak szybko zostają one przerwane. Okazuje się, że Magnus wiele lat wcześniej dla żartu założył kult czczący Wielkiego Demona. Wiadomo, czarownik był pijany, a głównym założeniem sekty było robienie głupich żartów i hedonizm. Niestety, coś się zmieniło i w chwili obecnej jego wyznawcy mordują przyziemnych i faerie, wzywają demony, no nie są najgrzeczniejszymi obywatelami. Sam Magnus o tym nie pamięta i jest szczerze zdziwiony, kiedy okazuje się, że jest oskarżony o bycie ich przywódcą. Ogólnie rzecz ujmując przypał, trzeba opanować sytuację, żeby rada czarowników i Clave ukrócili żywota naszego ulubionego czarownika. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam, o czym ta książka będzie, prawie spadłam z krzesła. Kto inny, jak nie Magnus, mógł po pijaku i dla żartu założyć demoniczny kult? Już wtedy wiedziałam, że mam nową ulubioną książkę z tego uniwersum. No i się nie pomyliłam.
The Red Scrolls of Magic” spełnia wszystkie moje oczekiwania. Jestem w stanie przyjmować Magnusa i Aleca we wszelkich ilościach, a Clare wybrała sobie jeden z ciekawszych momentów ich związku. Dopiero zaczęli być ze sobą tak na poważnie i oboje z lekka nie ogarniają, jak się do siebie odnosić. Alec jak zwykle jest trochę nieogarnięty, nie ma pojęcia, co robi i czegoś by chciał, ale nie wie jak, wydaje mu się, że nie jest wystarczająco dobry, a potem nagle mówi coś kompletnie kochanego i aż chce się go wytulić. Nieważne, że jest świetnie wytrenowanym zabójcą demonów. To jak z kotami, niby taki perfekcyjny drapieżnik, ale ciężko się nie rozpływać, jaką jest puchatą kuleczką. Magnus też ma swoje wątpliwości, bo kto to widział umawiać się z Nocnym Łowcą, jak to zawsze są najwredniejsze, chodzące ideały, gotowe wsadzić cię za kratki za jeden mały pentagram, a Bane w ogóle z większością dzieci anioła ma raczej chłodne stosunki. To nie ma szans się udać. Tylko przy okazji bardzo chce, żeby to się udało. Alec i jego niewinność rozwalają wszelkie stereotypy, a wszyscy jego znajomi Magnusa zastanawiają się, czy aby na pewno nasz czarownik jest przy zdrowych zmysłach. Dochodzi do tego całe dramatyzowanie na temat jego pochodzenia, że odwalił kompletną głupotę z tym kultem, a że nasz czarownik ma dobre serducho to czuje się potwornie winny całej sytuacji. Ci dwaj przez całą książkę motają się między sobą, są trochę zakochanymi idiotami, trochę słodkimi bułami i tworzy to mieszankę idealną. Każda ich rozmowa jest jak miód na moje serce. Do tego Clare zaczyna układać między nimi dramę, przez którą w kolejnych częściach „Darów Anioła” co chwilę łamią mi serce. Wiecie, że Magnus nie opowiada Alecowi o swojej przeszłości, nie chce powiedzieć, kto był jego ojcem, strach Aleca przed nieśmiertelnością Magnusa… Wybornie się o tym czytało, nieważne, jak bardzo by mnie to bolało, uwielbiam takie rzeczy i obserwowanie początku tego bałaganu było czymś niesamowitym. Teraz wiem, jak się czuje kot sprawdzający, kiedy szklanka spadnie ze stołu. Jednak to nie tylko to, Clare nawrzucała tu trochę szczegółów, na które nigdzie indziej nie znalazło się miejsca, a były mi potrzebne do szczęścia. Na przykład poza naszą ulubioną parką pojawiają się Helen i Aline, które zawsze były gdzieś na boku i wiedziało się o nich głównie tyle, że są razem. Miały kilka akcji w „Królowej mroku i powietrza”, w których złapały mnie za serducho, ale nadal było tego mało. Tym razem dostały trochę więcej czasu antenowego (?) i kurde, kocham je! Szczególnie Aline, ta dziewczyna jest wspaniała, jak gada prosto z mostu, o co jej chodzi i ciężko jej jakkolwiek przeszkodzić jak już coś postanowi. Helen może nie dało się od razu lubić, bo przepraszam bardzo, ale wróg Magnusa jest moim wrogiem, ale trudno też było jej nie wybaczyć.
W wersji oryginalnej styl Clare naprawdę nie różnił się zbytnio od tego, co znałam z tłumaczeń Maga, a raczej to polskie wydania dobrze odzwierciedlały tekst po angielsku. Od razu poczułam znajomy klimat i aż chciało czytać się dalej. Wcześniej trochę się bałam ruszać książki po angielsku, bo jednak wymaga to trochę więcej skupienia i nadal nie ogarniam części słówek, więc bałam się, jak będzie z rozumieniem tekstu. No i tak, momentami nie wiedziałam, co to za dziwne słowo, ale sporo dało się wyciągać z kontekstu i nie przeszkadzało mi to. Poza tym doceniłam te ich duże wydania. Tekst jest jakoś tak przyjemniej sformatowany, samo czytanie mniej męczyło mi oczy i szło zaskakująco szybko. Chociaż to też może być zasługa autorki, bo „The Red Scrolls of Magic” naprawdę potrafi wciągnąć i gdyby nie moje granie w trzeciego Wiedźmina i przeżywanie nowych odcinków „The Clone Wars”, skończyłabym to w kilka dni. W sumie sporą część przeczytałam po prostu na raz.
Teraz wyobraźcie sobie, że tą część piszę dwa miesiące później. Po części dlatego, że wpadłam w wir pisania fanfików o Ahsoce, ale muszę przyznać, że też chętniej zajmowałam się innymi sprawami niż czytaniem. Bo było mi, kurde, przykro. Błagam was, czytajcie tę książkę w oryginale!
Kiedy dowiedziałam się, że to nie Mag a We need YA wyda „The Red Scrolls of Magic” w Polsce, poczułam lekki niepokój. Nie miałam wcześniej zbyt wiele do czynienia z tym wydawnictwem. Czytałam od nich, chociaż wtedy jeszcze działających pod Czwartą Stroną, „Okrutną pieśń” i do dzisiaj zastanawiam się, czy ta książka w oryginale by mi się spodobała. Kupowałam ją w przedpremierze i pierwsze wydanie chyba korektora nie widziało na oczy. Błędy były nawet tego kalibru, że wypowiedzi bohaterów lądowały w narracji i jedynie nagła zmiana płci mnie uświadamiała, że coś jest nie tak. Do tego już wcześniej słyszałam, że ich tłumaczenia Adama Silvery okropnie spłaszczają tekst i zabierają z niego cały klimat. Jednak starałam się być optymistyczna. Kurde, dostali książkę, na którą czekało pół fandomu, bo to w końcu Malec. Clare jest jedną z większych autorek młodzieżówek i mamy w Polsce już 15 książek jej autorstwa. Dlatego chciałam wierzyć, że się do tego przyłożą i zadbają o to, żeby fani nie poczuli zmiany wydawcy. Teraz czuję się mniej więcej, jak tego pamiętnego razu, kiedy źle wyliczyłam moment hamowania na łyżwach i zderzyłam się z bandą. Jedyną różnicą jest to, że nie mam wielkiego siniaka na samym środku czoła.
Chciałabym tu zaznaczyć, że naprawdę nie chcę wyżywać się na tłumaczu. O ile dobrze wystalkowałam, to była pierwsza książka, jaką tłumaczył i ostatecznie to wydawca decydował o jego zatrudnieniu [i w sumie ostatecznej akceptacji tłumaczenia i wydaniu – Cup zwróciła uwagę, a to ważne, więc zostawiam] . Ja też za jakiś czas pójdę do pierwszej pracy po ukończeniu studiów i mogę mieć tylko nadzieję, że się nie wyrżnę na samym starcie. Jeżeli kogoś należy winić, to tych ludzi na górze, którzy taki tekst zaakceptowali. Przepraszam bardzo, ale tłumaczenie i korekta tutaj kuleją i zepsuły mi całą radość z czytania. To jest dramat, cytując słynnego stawonoga. Odniosłam wrażenie, że wydawca postanowił kompletnie zignorować wszystkie inne książki Clare i tłumaczenia, które już znaliśmy z Maga, a wręcz zrobić wszystko na odwrót. Szczerze mówiąc, jako fanka Nocnych Łowców, czuję się jakby ktoś po prostu pokazał mi środkowy palec.
Gdybym miała przytaczać tu wszystkie błędy, jakie znalazłam w „Czerwonych Zwojach Magii” to siedziałabym nad tym tekstem cały dzień. Dlatego pozwólcie, że zalinkuję swojego Instagrama, tam w zapisanych stories jest większość kwiatków, jakie udało mi się znaleźć (o tu relacja z czytania). Jednak nie odmówię sobie przytoczenia pewnych przykładów. Jak na przykład stwierdzenia, że Tessa „uwielbiała” Nocnych Łowców. W oryginale było „loved”. Mowa o Tessie, kurde, ktoś właśnie totalnie olał całe „Diabelskie Maszyny” i relacje między Tessą, Willem i Jemem. Kto czytał, wie, jak łamali serducho. Kurde, przepłakałam całą „Mechaniczną księżniczkę” właśnie przez nich, to nie było „uwielbiała”, nie w tym kontekście. Co jeszcze? Nagle w Sali Anioła pojawiły się portrety! Nie wiem skąd, w oryginale nie było nic o portretach, no ale cóż… Okazuje się też, że Magnus rzucił na Clary zaklęcie pozwalające jej odzyskać pamięć, ale to tylko w polskiej wersji dzieją się takie cuda. Przypominam tylko – zaklęcia nie dało się zdjąć ani przywrócić od tak pamięci, Fray sobie wszystko przypominała z czasem, jak to zaklęcie słabło. Padło też stwierdzenie, że Alec walczył w Powstaniu. Szkoda tylko, że Alec miał wtedy 2 lata, a po angielsku w tym miejscu było „war”. Tak poza tym, Miecz Anioła nagle został Śmiertelnym Mieczem. Super, nie ma to jak dosłowne tłumaczenie i olanie nazw własnych z 15 innych książek. Raphael, wiecie, ten wampir latynoskiego pochodzenia, został Rafaelem. Subtelna różnica? Może, ale Raphael właśnie brzmi latynosko i tak powinno zostać, Rafael uderza w bardziej włoskie tony. Po co w ogóle zmieniać zapis czyjegoś imienia, skoro nijak nie przeszkadza to w tłumaczeniu? Jeszcze co do naszego wampira, to okazało się też, że leci na Magnusa! Poważnie, myślałam, że się opluję, kiedy to przeczytałam. Przy okazji, Raphael był aseksualny i aromantyczny, gratuluję, właśnie zignorowaliście jego orientację. Po angielsku mieliśmy „I forgot you have no interest in Magnus”, kiedy po polsku nagle było „Zapomniałem, że nie lecisz na Magnusa”. Są jeszcze takie rzeczy jak dziwne akcje z odmianą przez przypadki. Idris czasami był odmieniany, innym razem nie, Isabelle, która zawsze pozostawała w tej jednej formie, nagle dostała odmianę, Edom w ogóle nie był odmieniany („w Edom” brzmi po prostu strasznie), a za to Gard już zostało odmienione, chociaż nigdy nie było. Czy to są błędy czy nie, no przepraszam, byłam przyzwyczajona do pewnych form i w te zmian brzmiały po prostu krzywo.
Oczywiście trafiły się też błędy niezwiązane z kanonem. Zaczynając z grubej rury: Magnus w oryginale miał przydomek The Great Poison, po polsku zmieniło się to na Wielkiego Beja i jest to tak bardzo bezsensowne, że ja nie mogę! Po angielsku była to gra słów, zarówno great jak i Magnus znaczą wielki, a poison i Bane to trucizna. To była po prostu gra słów. Wielki Bej znaczy tyle, co nic i do tego brzmi źle. Chyba ktoś próbował nawiązać do nazwiska Magnusa w kosmicznie łopatologiczny sposób. Jakby nie można było zrobić Wielkiego Truciciela i tadam, kryzys zażegnany. Ewentualnie na odpowiedniej stronie zrobić przypis z tłumaczeniem obu członów nazwiska Magnusa. Już taka sytuacja miała miejsce z Churchem w „Królowej mroku i powietrza”, po prostu zrobiono przypis, że church znaczy kościół i wszyscy szczęśliwi. Ostatecznie się zdenerwowałam, jak doszło do momentu, w którym Magnus sam mówi, że jego przydomek to gra słów, bo to jego imię i nazwisko. Po polsku nie ma to najmniejszego sensu! Pojawił się też taki dziwny wygibas językowy jak „Ich związek trwał niedługo”. Wystarczyło zamiast „niedługo” napisać „krótko”. Na samym początku jest, że spali w hotelu, kiedy od początku nocowali w paryskim apartamencie Magnusa, który pojawia się chyba rozdział później. Tessa poza „uwielbianiem Nocnych Łowców” wykazała się też „olimpijskim spokojem”. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego sformułowania i aż rozesłałam to do znajomych, którzy też sądzili, że to jakiś błąd. Dopiero jedna osoba na Instagramie napisała mi, że takie sformułowanie istnieje naprawdę. I tu zapytam, czy nie byłoby bardziej zrozumiałe napisanie, że po prostu była spokojna? Albo użycie „stoickiego spokoju”? To jest młodzieżówka, a nie tekst dla językoznawców, fajnie by było nie dostawać zawieszenia systemu podczas czytania. Były momenty, w których kompletnie zmieniało się znaczenie danego zdania. Na przykład ojciec Aleca w rozmowie z nim używa słowa „men” i definitywnie chodzi tam o mężczyzn, szczególnie biorąc pod uwagę dalszą część jego wypowiedzi, która odnosi się do homoseksualizmu. Po polsku „men” zostało przetłumaczone na „człowiek”, co jest totalnie bezsensowne, tym bardziej, że Robert miał w tym momencie na myśli Magnusa i już określił go jako Podziemnego. Poza tym rodzeństwo Aleca umawiało się zarówno z ludźmi jak i z Podziemnymi i nigdy nie mieli z tego tytułu problemów, w tej rozmowie chodziło głównie o bycie w związku z innym mężczyzną. Ktoś też nie przetłumaczył słowa „party”. Powiedzcie mi, czy ktoś w przedziale wiekowym 15 – 25 w ogóle u nas używa słowa „party” jako synonimu „impreza”? Bo brzmi to trochę jak taka próba wpasowania się w „młodzieżowy slang” i zakończyła się ona taką samą porażką, jak wszystkie inne. Błagam, nie róbcie tego. Mogę jeszcze wymienić epickie wywalenie się na zrozumieniu tytułu serii. Po angielsku mamy „The eldest curses”, seria po polsku nazywa się „Najstarsze klątwy”. Do tego momentu było wszystko okej. Po czym Magnus w książce został nazwany jako „eldest curse” co było wręcz oczywistym wyjaśnieniem tytułu serii. W naszym wydaniu został „najstarszą plagą”. To jest ten moment, kiedy zaczynam się śmiać z bezsilności.
Mam jeszcze dwie bolączki, które powodowały, że non stop zgrzytałam zębami podczas czytania. Zwą się one „młody łowca” i „Łowca”. Te dwa określenia pojawiały się tak często, że gdybym dostawała złotówkę, za każde znalezienie ich w tekście, stać by mnie było na wycieczkę do Czech połączoną ze sterylizacją i tygodniowym balowaniem w imię wolności od widma posiadania bombelka. (Przysięgam to kiedyś zrobić.) Może zacznę od „młodego łowcy”, bo taki oto przydomek nagminnie otrzymywał Alec. Widziałam to dosłownie co chwila i za każdym razem czułam się trochę, jak Anakin na widok piasku. No nie, po prostu, kurde, nie. To było tak niezgrabne jak określanie postaci w opowiadaniach na wattpadzie jako „czarnowłosa” czy „niebieskooki”. Tylko jeszcze gorzej, bo to zostało opublikowane w książce. Naprawdę, Alec zostawał co chwila „młodym łowcą”, jakby nie dało się go wymienić z nazwiska czy z perspektywy Magnusa określić go „jego chłopakiem”. Często były to zdania, które nawet nie potrzebowały doprecyzowania, o kogo chodzi, bo to po prostu wynikało z kontekstu i każdy by się domyślił, że chodzi właśnie o Aleca Lightwooda, słodką bułę i najbardziej uroczego zabójcę demonów na tej planecie. Co do „Łowcy” to pojawiał się często jako zamiennik „Nocnego Łowcy”. Jest tylko jeden problem, „Nocny Łowca” to nazwa własna, wiecie? Bez pierwszego członu wydawało się to łyse, a do tego też pojawiało się non stop. Istnieją inne określenia na naszych ulubionych pogromców demonów, na przykład Nefilim, Dzieci Anioła. Momentami wystarczyło określić ich narodowością i zamiast „Łowcy z rzymskiego Instytutu” dać „Włosi”. Często nie trzeba było tego dookreślania ich, bo w samym kontekście zdania chodziło o nich, czyli taki sam przypadek jak z „młodym łowcą”. Błagam, niech nikt nie robi tego więcej, może jeszcze byłoby to znośne, gdyby nie pojawiało się co akapit. Niech też nikt mi nie mówi, że to tylko po to, żeby unikać powtórzeń, bo czasami to były właśnie te straszne powtórzenia, zresztą inne też wyłapałam. A moim skromnym zdaniem, człowieka znającego się na tyle, na ile pisze głupie opowiadania, zbyt mocno boimy się powtórzeń. Czasem lepiej już walnąć dwa razy to samo słowo w zbyt krótkim odstępie niż stworzyć językowego potwora, byleby tylko trzymać się świętych zasad. (Cup pewnie na tym momencie sprawdzania ma mnie kompletnie dość i mamrocze coś, że jednak mogłabym te powtórzonka opanować XD Love u! [it’s not that bad this time] ← To ona sama napisała, ja nie zmuszałam!)
Chętnie jeszcze zrobię osobisty rant na to, jak wydawca mówił wszystkim naokoło, że „Czerwone Zwoje Magii” można czytać bez znajomości reszty książek Clare. Ja rozumiem, że marketing przede wszystkim, ale tu nasuwa się jeden komentarz: X D. Wszystko w teorii można czytać bez znajomości reszty uniwersum. Mogę sobie wyciągnąć „Dom Hadesa” bez czytania reszty „Olimpijskich herosów” albo obejrzeć „The rise of Skywalker” jako pierwszy film z „Gwiezdnych Wojen” (dobra, to w sumie można, bo ten film to totalny chaos czy się zna SW, czy nie), nikt wam nie broni zobaczyć „Endgame” bez znajomości MCU. Pytanie tylko, ile z tego zrozumiecie? Jak dobrze będziecie się bawić? Ile sobie zaspoilerujecie z innych części? „Najstarsze klątwy” to nowa seria, tak, ale osadzona dokładnie w środku „Darów Anioła”. Pojawiają się w niej postaci z innych książek, które spoilerują chociażby „Diabelskie Maszyny”. Wiecie, co było jednym z moich największych pytań podczas premiery „Miasta niebiańskiego ognia”? Tożsamość ojca Magnusa, którą tu macie podaną w pierwszej połowie książki. No ale cóż, patrząc po treści, nawet ludzie odpowiedzialni za wydanie „Czerwonych Zwojów Magii” nie orientują się w uniwersum, więc może po prostu nie wiedzieli. Wypadałoby, ale kto by się przejmował. Przecież to tylko książka, której wyczekiwali fani. Ta o jednej z ulubionych par w uniwersum Nocnych Łowców. Kto by się przejmował?
Wiem, tupię tu nogą, warczę i w ogóle denerwuję się jak dzieciak, ale prawda jest taka, że jestem po prostu zła na to, jak zostaliśmy potraktowani. Czuję się, jakby wydawca wziął tę książkę tylko ze względu na jej popularność, żeby się bardziej wybić (i tak też wyglądały ich reklamy), a wszystko pod płaszczykiem takiej przychylności dla czytelnika. Tak, daliście nam błyszczącą okładkę, a przy okazji tekst z wręcz śmiesznymi błędami, ignorując wszystkie poprzednie książki Clare. Chętnie wymienię tę okładkę na dobrze zredagowaną wersj. A jeżeli dalej chcecie olewać pozostałe książki Cassie, nieważne z jakiego powodu, to pamiętajcie, że drugi tom dzieje się pomiędzy „Darami Anioła”, a „Mrocznymi Intrygami”, dodając do tego dwa zbiory opowiadań, bo w „The Lost Book of White” pojawia się Max. Będziecie mieli o wiele więcej okazji do popełnienia błędów. Mi w tej chwili jest najzwyczajniej w świecie przykro, Magnus i Alec zasługiwali na coś lepszego, a tym bardziej czytelnicy. Ja sobie poradzę, chętnie wesprę autorkę czytając jej książki po angielsku, ale są też osoby, które nie znają tego języka na takim poziomie (chociaż mówię wam, skoro ja dałam radę, to nie był to skomplikowany tekst) albo nie są w stanie wydać 70 złotych na jedną książkę. I dlatego też trzymam kciuki, że to Mag wynegocjował prawa do „Chain of gold”. Ostatecznie, oryginałThe Red Scrolls of Magic” był wspaniały i polecam go każdemu, wydanie polskie co najwyżej przyczyniło się do mojego ekspresowego przejścia trzeciego Wiedźmina.
I dopisuję ten akapit kilka dni później, już bez poprawek, bo jestem nieogarem. Pisząc wszystko wyżej tak się zajęłam tymi błędami, że zapomniałam o jednej ważnej rzeczy. To nie było tak, że całych „Czerwonych Zwojów Magii” nie dało się czytać. Były momenty, kiedy tekst był nawet przyjemny w odbiorze. Tylko te minusy przeważyły, zbyt mocno mnie drażniły i nawet kiedy nie było żadnych większych błędów, co chwila pojawiał się ten nieszczęsny „młody łowca”. Po porządnych poprawkach to mogło być dobre. Także za tłumacza trzymam kciuki, żeby kolejne zlecenia szły lepiej i miały dobrą korektę. Upraszam też, żeby nie znęcać się nad tym człowiekiem, bo nie on jeden był odpowiedzialny za ostateczną wersję tekstu.

PS Zanim ktoś się na mnie rzuci, że sama piszę na poziomie pantofelka, podpowiem tylko tyle: nie trzeba być piekarzem, żeby ocenić smak chleba. Nie muszę skakać Lutza, żeby zauważyć, że był najechany na złej krawędzi. I nie muszę być Magdą Gessler, żeby wiedzieć, że zupa smakuje jak pomyje po praniu bielizny bawarskiego himalaisty.
PS2 Polecam granie w Wiedźmina, skoro już się pojawił jako bohater trzecioplanowy. Może partyjka Gwinta?

0

środa, 29 kwietnia 2020

Tak wiele stracić i tak wiele zyskać: Narodziny Królów, C. S. Pacat



Seria: Zniewolony książę
Tytuł: Narodziny królów
Autor: C.S. Pacat
Wydawnictwo: Studio JG
Ilość stron: 387
Ocena: 10/10
Opis: Gdy szokująca prawda wychodzi na jaw, Damen zmuszony jest stanąć przed Laurentem jako następca tronu Akielos, a zarazem mężczyzna, który zabił jego ukochanego brata. Czy książę Vere zdoła przekonać się do zawarcia sojuszu z kimś, kogo od lat nienawidził i pragnął jego śmierci?
Tymczasem wojska regenta zmierzają na południe, gdzie swoje siły gromadzi również Kastor. To właśnie stolica Akielos stanie się areną, na której rozstrzygną się losy obydwu królestw. Czy Damen i Laurent zdołają odsunąć na bok prywatne urazy, zjednoczyć wrogie sobie armie i pokonać uzurpatorów, którzy odebrali im trony? Żaden z nich nawet nie podejrzewa, jak daleko sięga intryga regenta i jakie odkrycia czekają u kresu tej wyprawy...

„Pewnie nigdy byś nie przypuszczał, że książę może zazdrościć niewolnikowi.


Ta książka była tak dobra, że nawet nie wiem, jak zacząć. Mam ochotę trochę sobie pokrzyczeć. Jeżeli w poprzednich częściach się zakochałam, to na moje odczucia względem tej trzeba znaleźć jakieś nowe określenie. Jeszcze nigdy tak szybko nie zaczęłam szukać fanficów. Piszę tę recenzję dosłownie dzień po przeczytaniu i jestem już tak stęskniona za Damenem i Laurentem, że rozważam sprzedaż nerki, żeby móc sobie zamówić zbiór opowiadań. Naprawdę, jest niewielu autorów, którzy potrafią mnie tak mocno związać ze swoimi postaciami. C. S. Pacat udało się to po mistrzowsku. „Narodziny królów” były po prostu idealne.
(Mały przerywnik, właśnie zauważyłam, że mam w pokoju pająka i zaczyna, się martwić, że zje mi twarz jak pójdę spać. Żegnaj okrutny świecie.)
Dobra, kochani moi, nie oszukujmy się. Nie mogę opowiedzieć o fabule bez spoilerowania poprzednich części, więc hm, jeśli zastanawiacie się, czy „Zniewolony książę” jest dla was, tutaj macie linki do recenzji poprzednich części:

Fabuła zaczyna się dokładnie tam, gdzie się zakończyła w poprzedniej części. Do Ravenel przybywa akieloński oddział pod dowództwem starego przyjaciela Damena. Powoli wszyscy się dowiadują, że jest on księciem Damianosem, w powietrzu wisi drama między nim a Laurentem. Jednak mimo wszystko książęta łączą swoje siły, żeby odzyskać panowanie nad Vere i Akielos. To jest dosłownie cała fabuła, jeżeli mam omijać spoilery. Damen i Laurent muszą ogarnąć, co się między nimi dzieje, przy swoich ludziach zachowywać się jak darzący się szacunkiem władcy i odebrać władzę Kastorowi oraz Regentowi.  Proste jak budowa cepa, nie? No kurde, nie z Laurentem i jego wujem. W tej części ich intrygi robią się jeszcze bardziej pokręcone i niebezpieczne. Zakładam też, że jeżeli ktoś dociera do trzeciego tomu tej serii, jest już totalnie wciągnięty w relacje między książętami. To jest równie ważny wątek, a w „Narodzinach królów” jest tego więcej niż w dwóch poprzednich częściach. Tym sposobem Pacat zrobiła naprawdę wciągającą książkę, mając tak naprawdę dwa wątki. Jasne, pojawia się kilka pobocznych linii fabularnych, ale one są bardzo ściśle połączone z główną osią historii.
Narodziny królów” są jedną z takich książek, która praktycznie cały czas gra na emocjach czytelnika. Nie potrafiłam jej czytać spokojnie: albo panikowałam nad losem książąt lub ich związkiem, albo się nad nimi rozpływałam. Ze względu na to, że większość tekstu jest napisana z perspektywy Damena, mogę go obwiniać o to, że razem z nim zakochałam się w Laurencie. Ja dosłownie przeżywałam to, jakby nastąpiło jakieś połączenie naszych umysłów. Muszę przyznać, że nie często zżywam się aż tak mocno z historią, ale jak już to się dzieje, nie ma siły, żeby książka mi się nie spodobała. Przynajmniej do tej pory się tak nie zdarzyło. Bardzo spodobała mi się dynamika między książętami w tej części. Jak obaj na swój sposób radzili sobie z tym, co już wydarzyło się między nimi, co do siebie czuli i rolami, w jakich teraz się znaleźli. Na początku to była tak mocna mieszanka miłości i nienawiści, że spodziewałam się po nich obu wszystkiego. Było mi równocześnie przykro, ale też nie mogłam przestać się rozpływać nad tym, jak Laurent potrafił po cichu wbijać szpilę Damenowi, udając przy tym, że stosunki między nimi są całkowicie w porządku, bo tego wymagała sytuacja. W ogóle Laurent sprawiał, że co dwie strony musiałam przerwać, żeby pozachwycać się tym, co akurat zrobił. To były naprawdę różne rzeczy. Czasem chodziło o to, że był niesamowicie uroczy i kochany, czasem zaskakiwał mnie swoim tekstem albo jakąś cwaną intrygą, on w tej części przekroczył tyle granic, że po prostu nie mogę. Nawet opowiedział o przygodzie w burdelu! Albo zaliczył przypał z jednym ze swoich cwanych planów, ale zrobił to w tak genialny sposób, że do teraz nie wierzę, że to się wydarzyło. Gdyby człowiek mógł wybuchnąć z nadmiaru emocji, już nie pisałabym tej recenzji, a jeszcze nie zaczęłam o zakończeniu… Po pierwsze, to powinno być jeszcze co najmniej 20 stron, którymi mogłabym się nacieszyć, bo koniec nastąpił w momencie, gdzie kończyła się fabuła, ale nie moje potrzeby na więcej Damena i Laurenta! Ostatnie rozdziały kilka razy wprawiły mnie w stan przedzawałowy. Pacat tak sobie obmyśliła całą fabułę, że mogła tam rzucać seriami plot twistów. Mało tego, na ostatnie strony walnęła jeszcze symboliką i tak się zabawiła przeszłością książąt, że prawie się rozpuściłam nad tym, jakie to było idealne pod względem literackim. Dość proste, ale i d e a l n e! Dlatego też naprawdę powinien tam być epilog, który pozwoliłby mi na uspokojenie emocji. Jak mogę podsumować w jakiś sposób swoje uczucia to hm… Kojarzycie tą scenę z pierwszego Shreka, jak Shrek i Osioł pojawiają się w Duloc? Wiecie, kiedy trafiają na tą budkę ze śpiewającymi lalkami i Osioł krzyczy, że on chce jeszcze raz? Po „Narodzinach królów” jestem osłem. A w ogóle to ta scena ma super przeróbkę w Halloweenowym dodatku do Shreka, kiedy nasz ukochany ogr z baśniową ekipą wpadają do opuszczonego Duloc. Polecam.
Kończę już o tym, jaka jestem emocjonalnie rozjechana. Są jeszcze dwie ważne rzeczy, o których muszę tu napisać. W pierwszej kolejności – kontrowersje. Odkąd „Zniewolony książę” został wydany po polsku, już ileś razy czytałam, że autorka pochwala, a nawet fetyszyzuje niewolnictwo i pedofilię. Bo przedstawiła to w książce. Bo w przedstawionym świecie jest na to społeczne przyzwolenie. Przepraszam, ale nauczcie się czytać ludzie. Jak ktoś miał wątpliwości to „Narodziny królów” są moim dowodem, że jest inaczej. Od samego początku łatwo jest wyczytać, że główni bohaterowie (których przecież czytelnicy mają darzyć sympatią i są głównym środkiem przekazu w tekście) nie pochwalają tego. No Damen musi trochę przeorganizować swoje poglądy, co też jest ważne i cieszę się, że zostało to pokazane w całej serii. Autorka opisuje te rzeczy jako mniej lub bardziej akceptowane przez społeczeństwo Vere i Akielos, ale przy okazji robi to w taki sposób, żeby czytelnik mógł odczuć, że wcale nie jest to dobre, a tym bardziej pochwalane czy gloryfikowane. Czy naprawdę lepiej byłoby traktować ludzi jak idiotów i przy tych fragmentach dopisywać, że oj oj, pamiętajcie, że to jest złe? Naprawdę? O wiele lepszy przekaz uzyskuje się przy zastosowaniu odpowiedniej stylistyki czy odczuć bohaterów, z którymi „spędzamy” większość książki. Lepiej odczuć na sobie ten dyskomfort niż przeczytać coś, co i tak wiemy. Naprawdę cieszę się, że Pacat wprowadziła te wątki, ja w niewielu książkach popularnych zetknęłam się z podobnymi przekazami, chyba jeszcze mało który autor nie próbował sprawić, żebym czuła się źle podczas czytania. Nie w takim sensie, że sama książka była okropna, ale żebym czuła psychiczny dyskomfort. Odnośnie pedofilii, hej, pamiętacie, kto to robi? Regent, ten totalnie najgorszy człowiek w całej serii, który i tak wzbudza w czytelnikach niechęć, a jego zamiłowanie do młodych chłopców jedynie mocniej wpływa na ten obraz. I jest w tym jeszcze jedna ważna rzecz [SPOILER] Regent również wykorzystywał w ten sposób Laurenta. Ogólnie wychodzi to na jaw dopiero w 3 tomie; ja domyśliłam się po pierwszym przez pewne wzorce zachowań Laurenta. Kiedy już się wie, zauważa się, jak wielki wpływ miało to na kształtowanie się jego osobowości i jak wiele zachowań księcia wynika właśnie z tego. Dobrze rozumiem, czemu to się pojawiło w tej serii, a również bez takiego przedstawienia Regenta wydawałoby się to trochę mniej trzymać kupy. [KONIEC SPOILERA] Jeżeli zaś chodzi o niewolnictwo, to należy zwrócić uwagę na dwie ważne rzeczy. Cała seria jest mocno wzorowana na starożytnych społeczeństwach Rzymu i Grecji (głównie Akielos), w których niewolnictwo było czymś na porządku dziennym. Bez tego wątku cała fabuła nie miałaby większego sensu - w końcu Damen został wysłany do Vere jako niewolnik. Od samego początku „Zniewolonego księcia” Pacat nam pokazuje, jak tytułowy książę coraz bardziej zauważa, jak niesprawiedliwy i zły jest to system. Laurent od samego początku nim gardzi. Do tego [SPOILER] w „Narodzinach królów” obaj otwarcie rozmawiają o zniesieniu niewolnictwa po odzyskaniu władzy. [KONIEC SPOILERA] Ludzie, proszę, czytajcie ze zrozumieniem! Literatura popularna to nadal pewna forma sztuki, którą należy umieć interpretować. Wiecie, jakie to by było toporne, gdyby autorka pisała o wszystkim wprost? Wyobraźcie sobie, ile tekstu nagle wyleciałoby z książki. Już nie mówiąc o tym, że o wiele większy wpływ na czytelnika wywrze to, że sam zauważy, jakie coś jest złe.
Drugą kwestią jest erotyka, bo wydaje mi się, że ludzie dalej myślą, że to jednak książka o gejowskim seksie. W pierwszym tomie tak została przedstawiona kultura Vere, więc to cały czas pojawiało się gdzieś w tle. W drugiej części verańscy żołnierze często do tego nawiązywali, bo to nadal była ich kultura, no i pojawiło się kilka scen. W „Narodzinach królów” ograniczyło się to jeszcze bardziej. Znowu było kilka fragmentów między Damenem i Laurentem, raz na jakiś czas jakieś teksty, przez większość czasu autorka skupiała się na fabule i relacjach między postaciami. Poza tym nie będę udawać, że nie podobało mi się, że ta erotyka się pojawia. Cokolwiek, nie jestem idealnym czytelnikiem, a tym bardziej recenzentką (tą to jestem tragiczną). Pacat po prostu potrafi napisać to dobrze, bez żadnego dziwnego rozpadania się na kawałki, podwijania palców, świętego Barnaby i tak dalej. Nie robi o tym całych rozdziałów, kiedy fabuła czeka, nie rozwleka się zbytnio. Nigdzie nie lata czyjś niemożliwie wielki interes. Ta kobieta potrafi pisać erotykę ze smakiem, bez zbędnych opisów, które wywołują głębokie zażenowanie i ból istnienia. Nie ma potrzeby przedstawienia kogoś jako najwspanialszego faceta we wszechświecie, żeby fanki mdlały i się rozpływały. Ona po prostu potrafi to pisać i nie daje się zbyt mocno ponosić fantazji, więc nie jest to też totalnie odrealnione. Nie, żebym miała jakieś doświadczenie, ja tylko czytam fanficki. I tak, patrzę na ciebie, Maas! Do dzisiaj mnie lekko wzdryga po Dworach!
Dobra, mam nadzieję, że napisałam wszystko, co chciałam. Jak nie, to najwyżej walnę kolejny post, bo o tej serii to ja mogę pieprzyć, ile wlezie. No i jeszcze czekają mnie opowiadania, niech tylko znajdzie się jakiś wolny pieniądz. Mogę tylko dodać, że pijany Laurent był czymś równie stresującym, co cudownym. Za to Makedon po kilku głębszych stał się tym wujkiem, który wszystkim opowiada, jacy są super wspaniali. Kocham! Po tym już naprawdę powinniście wiedzieć, czy chcecie to czytać, czy też nie. Ja od siebie mogę z całego serducha polecić, jeżeli tylko tematyka was nie odstrasza! Osobiście mogłabym jeszcze przeczytać całą książkę o tym, jak Damen i Laurent sobie żyją, bez większych intryg i dram. Pacat pisze tak dobrze, że mam ochotę przeczytać całą serię jeszcze raz dla samej przyjemności czytania i z tęsknoty za książątkami. (Borze, mam pierdylion książek do przeczytania, ale naprawdę to rozważam.)


0

wtorek, 3 marca 2020

Książę i niewolnik wchodzą do burdelu... Książęcy Gambit, C.S. Pacat


„Piękna twarz, przebiegły umysł i bezwzględna natura.


Seria: Zniewolony książę
Tytuł: Książęcy gambit
Autor: C.S. Pacat
Wydawnictwo: Studio JG
Ilość stron: 427
Ocena: 10/10
Opis:Nad Vere i Akielos zawisło widmo wojny. W obliczu nadchodzącego zagrożenia Laurent zostaje wysłany na granicę, aby ustabilizować napiętą sytuację. Młody książę postanawia zabrać ze sobą również Damena, który w wyprawie upatruje szansy na powrót do ojczyzny. Za sprawą decyzji regenta prócz paru zaufanych przybocznych towarzyszyć im będzie oddział złożony z osobników najgorszego sortu. Niezdyscyplinowana hałastra, pełna podżegaczy i awanturników, niechybnie zwiastuje druzgocącą klęskę. Czy uda się stworzyć z nich skuteczną drużynę, zanim przyjdzie im stawić czoła śmiertelnym intrygom i zasadzkom, jakie na następcę tronu przygotował regent?
Damen i Laurent będą musieli walczyć ramię w ramię, aby przeżyć i uratować swoje królestwa. Jednak im bardziej się do siebie zbliżą, tym cięższym brzemieniem staną się sekrety, które przed sobą skrywają. Jakie mają szanse, by uniknąć śmierci, skoro nikomu nie mogą ufać, a nic nie jest takie, jakim się wydaje?

„Doskonale wiem, jak to jest pragnąć kogoś zabić i czekać.

Zniewolony książę” zachwycił mnie kompletnie i nie mogłam się doczekać kontynuacji. Pokochałam Damena i Laurenta, styl autorki wyjątkowo przypadł mi do gustu i włączyło mi się wymuszanie spoilerów, bo nie wytrzymam czekania pół roku na kolejną część. „Książęcy gambit” podziałał na mnie jeszcze gorzej, bo chyba bym umarła, gdybym nie sprawdziła kilku rzeczy. Ta seria powinna zostać wydana od razu w całości, ze wszystkimi dodatkami i opowiadaniami. Chcę trzeci tom. To zakończenie zrobiło mi wyrwę w dupie. Laurent, kocham cię, pij ze mną kompot!
Zacznijmy od tego, jak obie części się różnią. BARDZO! Bo wiecie, na początku zaczyna się od tej dramy, że Damen jest zdradzony i trafia do niewoli, no i w sumie pierwszy tom mógłby być bardzo nudny, gdyby autorka nie potrafiła pisać. Jednak przez większość „Zniewolonego księcia” Pacat przedstawia królewski dwór Vere i wszystkie ich zwyczaje (którymi w większości się gardzi). Laurent jest wiecznie obrażonym dupkiem (kocham go), Damen kombinuje jak uciec i łazi prawie nago, a przy okazji jest wątek o niewolnictwie i jakieś polityczne kombinatorstwo. Na szczęście autorka potrafi pisać i podbiła moje serducho. Potem jest „Książęcy gambit” i *chwila na wyguglowanie słowa „gambit”*. Dobra, Wikipedia coś tam mówi o rozgrywkach szachowych, no i w sumie trochę to pasuje. Laurent razem z Damenem zostają wysłani do służby na granicę Vere z Akielos, do towarzystwa dostają oddział złożony z najgorszych ludzi pod słońcem. Robi się trochę bardziej militarnie, a przy tym przez całą książkę Laurent bawi się z wujem w ich pokręcone, potencjalnie śmiertelnie gierki. To powoduje, że co chwila pojawiają się zamachy, ucieczki po dachach, polowania na posłańców i wiele innych przygód. Damen bierze czynny udział w tej kampanii. Choć nadal jest niewolnikiem księcia, dostaje tu o wiele więcej swobody i gdyby nie on, to to wszystko padłoby, zanim oddział dotarłby do drugiego postoju. Czuje się tutaj, że szykuje się walka o koronę, przy okazji wychodzi wiele brudów z przeszłości książąt. Nie ma tu pięknych sypialni, jedwabnych strojów i wystawnych uczt jak w „Zniewolonym księciu” i chyba to tak mocno zmienia charakter tego tomu. Jednak nie czułam, żeby to nie była ta sama seria, Pacat zaczyna dokładnie w tym momencie, w którym skończyła i płynnie przechodzi między obiema częściami.
Uwielbiam postacie w tej serii. Autorka bardzo starannie je buduje i za ich pomocą mami czytelnika. Nawet nie próbowałam odgadywać, kto i jaką rolę odegra, bo autorka lubi odkrywać karty dosłownie w ostatniej chwili. Nie dotyczy to Damena i Laurenta. Ci dwaj mimo swoich tajemnic są bardzo szczerzy. Może nie da się odgadnąć, co Laurentowi roi się w głowie, jednak wobec niego trudno było mi mieć wątpliwości. Nie chodzi mi tu o jego posunięcia, bo cała fabuła tej książki opiera się na jego pokręconych planach i sojuszach, o których byśmy nawet nie pomyśleli. Jednak czuję, że udało mi się go rozgryźć jako człowieka i w tym temacie doskonale rozumiałam jego zachowania. No ale ja sama odgadłam pewien plot twist z 3 tomu. Uwielbiam jego złożoność, humorzasty charakter i to, jak potrafi przystosowywać się do sytuacji – a to powoduje, że niektóre sceny po prostu powalają. Damen nie zmienia się zbytnio, ale za to ewoluuje jego stosunek do Laurenta – kocham to, jak ogarnia, że chyba coś się zmieniło i zaczyna zachowywać się, jakby nie miał pojęcia, jak się obchodzić z innymi ludźmi. Jest w tym kosmicznie kochany. W ogóle relacja tej dwójki i wszelkie interakcje między nimi są piękne i to jest mój największy powód do kochania „Zniewolonego księcia”. Przy okazji Damen nieco zmienia swój stosunek do Vere, a przynajmniej do pewnych spraw związanych z tym państwem. Przez to ma też trochę dylematów, w które wkręciłam się, jakby to były moje problemy. Przy okazji udało mi się znienawidzić kogoś nowego, ale nie będę spoilerować. Po prostu… Łeb urwać to za mało. Szkoda, bo ta postać zapowiadała się naprawdę dobrze.
Może ktoś zastanawia się co z erotyką? Przecież to tym zasłynął „Zniewolony książę”… Może raczej tym, że nagle ludzi zabolało, że autorka tak swobodnie pisze o erotyce. W pierwszym tomie wszystko było w pewnym stopniu zseksualizowane(?), ale w jego recenzji pisałam, że sama autorka nie opisuje tego pozytywnie, a raczej chce wzbudzić w czytelniku oburzenie. No i tak, potrafi pisać erotykę bez wywoływania we mnie gigantycznego zażenowania. Nie to co większość autorów fantastyki, którzy postanowili wrzucić jakiś „hehe, seksik” między rozdziały. W „Książęcym gambicie” jest tego dużo mniej, chociaż nie mówię, że temat znika. Oddalenie się od dworu i zagrywki polityczne sprawiają, że nie zostaje za dużo miejsca na tego typu atrakcje, poza tym w tym tomie autorka nakierowuje naszą uwagę głównie na Damena i Laurenta. Ten drugi wydaje się wręcz aseksualny, więc siłą rzeczy skupiamy się na innych aspektach. Jednak co najmniej dwa razy pojawiają się nieco dłuższe fragmenty nakierowane właśnie na erotykę. Pacat, pisząc je, pozwoliła sobie na więcej niż w „Zniewolonym księciu” i naprawdę nie ma na co narzekać. Nie przepadam za takimi wstawkami w książkach, ale w tej konkretnej nie raziło mnie to, nie wydawało się zrobione na siłę, autorka naprawdę potrafi pisać takie sceny i nie były one przeciągnięte czy przegięte. Doceniam też fakt, że nikt nie wspominał o podwijaniu palców u stóp. Przyznaję, na jedną z tych scen nawet czekałam, no ale zależało mi, żeby między tymi postaciami doszło do czegokolwiek.
Raczej nie muszę dodawać więcej fabularnych rozważań, Laurent i Regent zapewniają tu kombinatorstwo na mistrzowskim poziomie. W dodatku każdy ma takie układy, że wszelkie zwroty akcji wyjaśniają się dopiero, jak ktoś wyraźnie wskaże, która strona na tym zyskała. Kocham to! Zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło i zrobiłabym wszystko, żeby dostać już trzeci tom. Spoilery wszystkiego nie opiszą, a tu jest o czym pisać.
Zakładam, że nie muszę dodawać, że tematyka tej serii jest specyficzna i nie każdemu będzie odpowiadać. Kurde, to jest drugi tom, jeżeli przeczytaliście pierwszy i nie dopadło was święte oburzenie, to nie musicie się już martwić. Już po samym opisie „Zniewolonego księcia” można sobie ocenić, czy to książka, którą możecie przeczytać bez zgrzytania zębami. Jeżeli tak – polecam! Według mnie „Książęcy gambit” dostarcza o wiele więcej rozrywki, a sama relacja między głównymi bohaterami jest na tyle ciekawa, że ciężko się oderwać od czytania.

0

czwartek, 27 września 2018

Być złotą rybką wśród rekinów: Alan Cole nie jest tchórzem, Eric Bell


„Wolę mieć pod górkę, będąc sobą, niż z górki będąc kimś innym.”


Tytuł: Alan Cole nie jest tchórzem
Autor: Eric Bell
Wydawnictwo: YA
Ilość stron: 318
Ocena: 7/10
Opis: Przezabawna i przejmująca opowieść o dorastaniu, coming oucie i na pozór normalnej rodzinie. Któż tego nie zna? W szkole Alan Cole robi wszystko, żeby nie zniknąć w tłumie, przede wszystkim spędza mnóstwo czasu ze swoimi przyjaciółmi Zackiem i Madison. Ale w domu… W domu Alan jest tak cicho, jak tylko się da. Stara się nie podpaść bardzo surowemu ojcu, który ledwo tłumi coraz większą agresję, unika brata Nathana, który właściwie się nad nim znęca. Nie ma oparcia w matce, przeżywającej od dłuższego czasu załamanie. Pewnego dnia Nathan zmusza Alana do podjęcia wyzwania. Każdego dnia przez tydzień będzie musiał wykonać pewne niezwykle trudne zadanie. Jeśli Alan przegra, Nathan zdradzi jego sekret: Alan jest gejem i na dodatek podoba mu się kolega z klasy. Co zrobi chłopak? Jak długo wytrzyma szantaż starszego brata i czy wreszcie przeciwstawi się ojcu?


„Podejrzewam, że zazwyczaj rzeczy, które trzeba zrobić, nie są tymi, które chce się zrobić.”


Alan Cole to zwykły uczeń szkoły średniej. Niewyróżniający się z tłumu, spokojny, utalentowany plastycznie. Jednak ma pewien sekret: jest gejem, w dodatku podkochuje się w jednym z popularniejszych chłopaków z rocznika. Nikt również nie wie, jak wygląda rodzinne życie Alana. Ojciec: wymagający, surowy, nieznoszący sprzeciwu. Starszy brat: agresywny, pełen nienawiści do Alana. Matka: stłumiona przez męża, nie potrafiąca się sprzeciwić. Pewnego dnia Nathan odkrywa orientację seksualną jego młodszego brata i postanawia wykorzystać to przeciwko Alanowi. Tworzy listę zadań niemożliwych do wykonania, ten z braci, który wykona ich więcej, będzie mógł zdradzić sekret drugiego.
Przyznam, że odkąd zobaczyłam zapowiedź „Alan Cole nie jest tchórzem” chciałam to przeczytać. Po rekomendacjach i opisie okładkowym uznałam, że może to być coś w stylu „Simon oraz inni Homo Sapiens”. Wiecie, taka zabawna, urocza i słodka książka, która czytelnika po prostu rozpuści. Nie. Ta książka była dobijająca! Nie w złym sensie. Tak emocjonalnie dobijająca. Nie popłaczecie nad nią. Poczujecie się tak emocjonalnie i życiowo źle, że nie będziecie wiedzieć co ze sobą zrobić.
Można na początku pomyśleć, że to taka niewinna młodzieżówka o tematyce LGBT. Alanowi głównie chodzi o to, żeby jego sekret się nie wydał. Tylko nie to dostaje tutaj najwięcej czasu. Dla mnie to była historia pokazująca, jak na ludzi wpływa przemoc, zarówno ta fizyczna jak i psychiczna. Tej drugiej było więcej i uważam, że to lepiej. Potrzeba książek, które dobrze przedstawią ten problem, bo niestety, o wiele łatwiej nam go olać niż pobicie. Zarówno Alan, jak i jego brat, i matka są tutaj ofiarami, ale każde reaguje zupełnie inaczej. Nathana nie jestem w stanie w ogóle polubić. Mogę rozumieć czemu się taki stał, ale kiedy przypominam sobie, jak wyżywał się na Alanie, coś się we mnie gotuje. To nie były typowe spięcia między rodzeństwem czy durne żarty. Nathan wyrobił naprawdę wiele form znęcania się. Posuwał się do upokarzania nie tylko swojego brata, ale też jego znajomych. On chciał po prostu zniszczyć Alana. Zakończenie daje tu trochę nadziei, ale nadal nie mogę znaleźć w tej postaci czegokolwiek, co mogłabym polubić. Teraz spróbujcie sobie wyobrazić, co muszę czuć wobec ich ojca. Ten człowiek to po prostu potwór. Jego rodzina bała się go na tyle, że musieli się pilnować w najdrobniejszych czynnościach, żeby się mu nie narazić. Nie interesowało go w ogóle, czym zajmują się jego dzieci, ignorował ich potencjał i kazał kłamać, w czym mieliby być dobrzy, żeby tylko dobrze wypaść przed współpracownikami. Na każdym kroku sugerował, że są beznadziejni, wykorzystywał wszystkie okazje do wbicia szpili. W tym momencie naprawdę nie interesuje mnie to, czemu taki się stał. Nic nie usprawiedliwia niszczenia wszystkich członków swojej rodziny. Tak po prostu. Przez większość czasu nie miał on nawet w tym żadnego celu! Doprowadził do tego, że podczas obiadu bano się upuścić widelec.
Pod względem pozostałych postaci mam pewien problem. Alan i jego rówieśnicy mają dwanaście lat. No i dobra, w tym wieku można mieć jakieś pojęcie, co się lubi, a co nie. Problem polega na tym, że poza jednym wyjątkiem wydają mi się zbyt dojrzali. Gdybym nie wiedziała, w jakim wieku są, dałabym im ze dwa lata więcej. Poza Zackiem, on zachowywał się za to zbyt dziecinnie. Nie było to w żaden sposób usprawiedliwione, poza tym ten chłopak przez większość czasu był tak oderwany od rzeczywistości, że ja już dawno zabrałabym go na jakieś badania. Trochę nie ogarniałam, jak on sobie radzi w zwykłej szkole. To nic złego, tylko że było to bez żadnego kontekstu. Poza tym fragmenty z nim były bardzo upierdliwe. Za dużo gadania o czymś zupełnie bezsensownym, aż chciałam mu zakleić usta. Pozytywnym zaskoczeniem okazał się Alan. Już pomijając fakt, że wszyscy wydają się zbyt dojrzali jak na te dwanaście lat, on był całkiem przyjemny w odbiorze. Taki uroczy dzieciak, z którym czuje się pewną więź. Był bardzo autentyczny i naprawdę trzymałam za niego kciuki aż do końca.
Sama historia okazała się dość prosta, ale nie banalna. Chętnie czytałam o kolejnych wydarzeniach i czasem sama się zastanawiałam nad rozwiązaniami pewnych problemów. Na koniec na pewno byłam zaskoczona. Ciężko mi określić czy to było dobre zakończenie, chociaż wolę sobie dopowiadać, że coś się zmieniło, że Alan będzie miał lepsze życie niż dotychczas. Czytało się to bardzo przyjemnie, chociaż nie było takiego efektu „wow”. Taka lekka młodzieżówka, która przy okazji daje do myślenia. Na pewno warto ją przeczytać, mimo że nie jest jakaś wybitna. Nieważne czy to nasza kategoria wiekowa czy nie, po prostu dobrze będzie poznać historię Alana.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu YA.

0

wtorek, 28 sierpnia 2018

Król bez korony, magia bez ciała: Wyczarowanie światła, Victoria Schwab



„Miejsce króla jest z jego ludem.

Miejsce księcia jest z jego królem.”


Seria: Odcienie Magii 
Tytuł: Wyczarowanie światła
Autor: Victoria E. Schwab
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Ilość stron: 554
Ocena: 10/10
Opis: Ciemność przypuszcza atak na kolejny ze światów, tym razem ten najjaśniejszy z nich – pulsujący od magii Czerwony Londyn, szczęśliwe królestwo rządzone przez wspaniałych Mareshów, niszcząc i tak delikatną równowagę sił, która dotąd istniała w czterech Londynach.
Po tragedii Kell – uważany za ostatniego żyjącego antariego – musi dokonać licznych wyborów i podjąć ważne decyzje: komu pomagać, wobec kogo zachować lojalność, przed kim się ugiąć. Lila Bard – do niedawna uważana za zwyczajną (choć nigdy przeciętną) dziewczynę z Szarego Londynu – przetrwała i rozkwitła dzięki serii magicznych prób. Teraz jednak musi nauczyć się kontrolować świeżo odkryte zdolności – zanim magia całkowicie ją przytłoczy.
Starożytny wróg powraca i wyciąga ręce po kwitnące miasto, a upadły bohater stara się ocalić własne, z pozoru martwe królestwo. Zhańbiony kapitan Alucard Emery z „Nocnej Iglicy” musi więc zebrać załogę i wyruszyć na poszukiwanie ratunku, który wydaje się niemożliwy. Rozpoczyna się walka nie tylko z zewnętrznym nieprzyjacielem, lecz także z własnym, opętanym ludem…

„Kroczył w lśniącym złocie, a oni i tak go nie zauważali. Wołał do nich, ale mu nie odpowiadali.”


Drugi raz zbieram się do tej recenzji. Straszne jest to, że jak jakaś książka spodoba mi się aż tak mocno, ciężko mi poskładać recenzję. „Odcienie magii” zaczęły wreszcie podbijać Instagrama! Po trzech latach moich zachwytów, wreszcie czuję, że ta seria została doceniona! Zrecenzowanie „Wyczarowania światła” jest o tyle problematyczne, że podczas czytania zupełnie mnie zżarło, doszedł do tego zachwyt i... No wiem, że to było dobre! Diabelnie dobre! Tylko teraz muszę się skupić i złożyć coś więcej.

„Mit bez głosu jest jak dmuchawiec bez wiatru.Nie jest w stanie rozsiewać nasion.”


Dawno nie czytałam serii, do której tak się przywiązałam. „Odcienie Magii” zaczęłam z ciekawości, bo lubię fantastykę osadzoną w Londynie, nie spodziewałam się, że staną się najlepszą serią ostatnich kilku lat. Ostatnio czytam sporo dobrego, to prawda, nie mogę tym książkom odmówić najwyższych ocen, ale to „Wyczarowanie światła” powaliło mnie na kolana. Nie spodziewałam się tego do czasu, aż skończyłam ten tom. Nagle okazało się, że to prawie 700 stron nie wystarczy, potrzeba mi więcej! WIĘCEJ! Dawno nie czytałam fanfików do niedawno przeczytanych książek – tak naprawdę do tej pory czytałam jedynie o Malecu i „Yuri on Ice”. Tym razem po prostu musiałam znaleźć coś więcej, za bardzo brakowało mi tego świata i ukochanych postaci.

„Minęło tak dużo czasu, odkąd Rhyowi odebrano prawo patrzenia Alucardowi w twarz.”


Ostatni tom magicznej, międzywymiarowej trylogii Victorii Schwab jest jej ukoronowaniem. Po genialnym, zabójczym „Zgromadzeniu cieni” byłam martwa w środku, rozpoczynając „Wyczarowanie światła” dowiedziałam się, że jeszcze da się mnie dobić. Na początku miałam problemy z czytaniem, nie chciałam, żeby to już się kończyło. Przecież dopiero co poznałam i pokochałam ten świat, a już miałam się z nim żegnać. Kell, Rhy i Alucard na zawsze zajęli specjalne miejsce w moim sercu, nie mogłabym ich zostawić! Jednak ta ostatnia podróż była po prostu świetna!
Fabuła zaczyna się dokładnie w tym momencie, w którym skończyła się w poprzednim tomie. Czyli jest po prostu dramat, apokalipsa, koniec świata, wszyscy umieramy! Ten początek mnie rozbił, poskładał, znowu zniszczył i uratował. Po opanowaniu mojego osobistego dramatu – Kella i Rhy'a – zaczynamy prawdziwą imprezę. Osaron przedostaje się do Czerwonego Londynu, który chce przejąć za pomocą swojej mrocznej magii. Rodzina królewska wraz z uczestnikami balu, w tym przedstawicielami pozostałych państw musi schronić się w zamku, za czarami ochronnymi. Co z tego wynika? A no dramy i intrygi. Tym czasem w mieście szaleje magia, która zmienia ludzi w sługów mrocznego króla. Niektórzy walczą, umierają lub uodparniają się, ale zaraza się rozprzestrzenia i nie można dopuścić, żeby wydostała się poza granice Londynu. Wszyscy poszukują rozwiązań, lecz zniszczenie Osarona wydaje się niemożliwe. Nadzieją okazuje się dawno zapomniane urządzenie, którego jedyny niezniszczony egzemplarz znajduje się na legendarnym, morskim targowisku.
„Wyczarowanie światła” jest niezłym grubasem, a mimo to w żadnym momencie nie nudzi. Z każdej strony wyskakują nowe zagrożenia i przygody. Połączenie książąt, magii i piratów zawiera w sobie wszystko, co najlepsze. Nigdy do końca nie wiadomo, kto zdradzi, kto okaże się sojusznikiem. Victoria Schwab świetnie radzi sobie w ukrywaniu faktów, podkładaniu fałszywych tropów i zaskakiwaniu czytelnika. Naprawdę spodobały mi się jej rozwiązania fabularne. Jasne, jest tu wiele schematów typowych dla fantastyki, ale one są wszędzie, ważne jest ich umiejętne i kreatywne wykorzystanie. Każdy szczegół ma znaczenie i konsekwencje. Były takie momenty, kiedy w główny wątek ładnie wplatały się poboczne historie, świetnie było wiadomo do czego teraz jest odwołanie, ale nie wybijało to z rytmu. Do tego pojawiły się wspomnienia Hollanda, dzięki którym można lepiej poznać historię Białego Londynu i motywacje białego antariego. Ta książka jest jak dobrze pokierowana orkiestra, wszystko idealnie gra, każdy szczegół pojawia się w idealnym momencie. Naprawdę, ostatnio czytałam wiele dobrych książek, ale przy żadnej nie miałam takiego poczucia harmonii. Mam pewien niedosyt, ale to tylko przez to, że tak pokochałam „Odcienie magii”!
Postaciami też jestem zachwycona. Zdarzyło mi się stwierdzić, że Schwab wywołując konflikt na linii Kell – Maxim i Emira zrobiła mi równocześnie wyjątkowo dobrze i źle. Nigdy jeszcze żadna książka nie wzbudziła we mnie takiego poczucia niesprawiedliwości! Dopóki nie jest to sprawa realna, naprawdę lubię takie rzeczy. Jasne, życzę Kellowi jak najlepiej, ale bez tej dramy nie byłby dla mnie aż tak ważny. Sama też lubię wywoływać takie sytuacje w fanfikach lub o nich czytać – mam takie małe zboczenie, że kocham bawić się emocjami, a tutaj bawiłam się świetnie. Szanuję autorów, którzy potrafią wywoływać we mnie emocje tak realne, że czuję, że to dotyczy mnie. W tym tomie para królewska dostała trochę więcej miejsca, a przy tym okazję na rehabilitację. Idealnie nie było, miałabym im wiele do wygarnięcia, ale ciężko mi się na nich złościć. Tak naprawdę zapragnęłam poznać ich historię – oby te komiksy o Maximie nie kosztowały milionów! Kell nadal mnie zachwyca tak, jak w pierwszym tomie – zaszło w nim wiele zmian, ale czuję, że to nadal ten sam człowiek, że znam go. Jest bardzo naturalny. Do Lili nie byłam jakoś pozytywnie nastawiona. To taka postać, która może być, ale nigdy jakoś mnie nie jarała, miałam wrażenie, że wszystko przychodzi jej zbyt łatwo, oczywistym było, że okaże się antarim. Równie prosty do wydedukowania był jej związek z Kellem. Tylko, że w tym tomie nawet lubiłam czytać jej rozdziały. Nadal szło jej zbyt dobrze, ale autorka obnażyła trochę jej słabości, a sama Delilah została trochę wyciszona przez obecność Kella, Alucarda i Hollanda. Ciężko mi ukryć, że najbardziej pokochałam Rhya i Alucarda. Oni dwaj są dla mnie po prostu piękni! Młody książę teoretycznie miał wszystko, jest tego świadom, ale nie jest wolny od żadnych obciążeń. Podoba mi się, że Schwab przełamuje tą idealną otoczkę życia arystokraty. Przypomina, że idealne życie wymaga też bycia idealnym, a przecież nikt taki nie jest, dotyczy to zarówno Rhy'a jak i Alucarda. Książę i tak nie uchronił się przed mrokiem, ale jest wobec siebie bardzo wymagający. Wie, że jego status to również wiele obowiązków. Czuje się tak odpowiedzialny za swój lud, że jest gotowy wyjść na spotkanie Osaronowi – nawet jeśli nie ma szans z mrokiem. Mogę wymienić kilkoro książkowych książąt, których kocham, ale jako jedyny Rhy ma tak wielkie poczucie obowiązku. On jest po prostu zbyt dobry dla tego świata. Z drugiej strony jest Alucard, pewien siebie, dowcipny, magicznie uzdolniony arystokrata/pirat. Jego też nie mogę nie kochać, ma piękny charakter i skomplikowaną przeszłość – w stu procentach mój typ! Uwielbiam jego relację z Kellem, te wszystkie docinki i drobne złośliwości. Cieszę się, że została przedstawiona historia Emery'ego i autorka nie potraktowała tego wątku po macoszemu. Z poprzednich części można wywnioskować, że związki męsko  męskie nie są czymś wyjątkowym w Arnes, jednak nie jest do końca tak kolorowo. Oczywiście pojawiło się wiele innych postaci, które zasługują na uwagę, był Holland, który w tym tomie bardzo mnie zaskoczył, kochani Hastra i Lenos, ale zaraz okaże się, że potrzeba na to oddzielnego postu. Jeszcze chcę dodać, że bardzo mi się spodobała perspektywa Emiry. Do tej pory królowa była jedynie kochającą matką Rhy'a, ale autorka postanowiła pokazać to od zupełnie innej strony. Taki mały aspekt, a cieszy, kiedy społeczeństwo stara się wmówić, że macierzyństwo to samo szczęście i najlepsze, co się może kobiecie trafić.
Gdzieś spotkałam się ze stwierdzeniem, że „Odcienie magii” to jedna z lepszych serii fantasy ostatnich kilku lat. Nie mogę się nie zgodzić! Autorka znalazła balans między wszystkimi ważnymi aspektami tego gatunku, dba o czytelnika i jego czas, tworzy coś niezwykłego. Ten świat jest piękny, ta historia podbiła moje serce. Pomysł na magiczne wymiary i system magiczny okazał się naprawdę dobry. Fabuła i postacie zostały dopracowane w każdym calu. Naprawdę nie chcę się rozstawać z Kellem, Rhyem i Alucardem. Pocieszam się, że za jakiś czas mamy dostać kolejne książki osadzone w tym świecie. Jeżeli jesteście fanami fantastyki albo poszukujecie czegoś do zapoznania się z tym gatunkiem, ta seria jest warta przeczytania!

„I wtedy, w końcu, wdech zrobił świat.”

1