Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAG. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2021

Milion uniwersów wzajemnie nieświadomych swojego istnienia: Zorza polarna, Philip Pullman

 


Seria: Mroczne Materie
Tytuł: Zorza Polarna
Autor: Philip Pullman
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 396
Ocena: 10/10
Opis: „Bez tego dziecka wszyscy zginiemy”.
W „Zorzy Polarnej” poznajemy Lyrę Belacquę, sierotę z równoległego świata, w którym nauka, teologia i magia splatają się ze sobą. Lyra i jej dajmon w zwierzęcej postaci mieszkają – na wpół dzicy i beztroscy – wśród akademików oksfordzkiego Kolegium Jordana. Kiedy Lyra wyruszy na poszukiwanie uprowadzonego przyjaciela, odkryje złowieszczą intrygę, w której główną rolę odkrywają porwane dzieci, a jej wyprawa przeobrazi się w pogoń za zrozumieniem tajemniczego zjawiska zwanego „Prochem”. Los zawiedzie ją na skute lodem ziemie Arktyki, gdzie władzę sprawują klany wiedźm, a niedźwiedzie polarne toczą wojny. Niezwykła podróż Lyry będzie miała poważne konsekwencje wykraczające daleko poza granice świata, który zamieszkuje.


„Właśnie otarłem się o dziesięć milionów innych wszechświatów i nawet tego nie zauważyłem”


No ten, trochę mnie tu nie było, bo trochę też nie miałam weny na czytanie, życie jest nobelom i inne takie. Dlatego też wyobraźcie sobie, jak zajebista albo zła musiała być Zorza polarna, że coś tutaj piszę. (Spoiler: była, kurła, zajebista.)

Moja historia z Mrocznymi materiami jest dość chaotyczna. Bo kiedyś próbowali je zekranizować i nawet obejrzałam Złoty kompas. Zapamiętałam z tego głównie niedźwiedzie polarne, dajmony, tytułowy kompas i Tą Złą Babę. Potem odkryłam, że to jest seria książek, ale były tak trudno dostępne, że nie chciało mi się w to bawić. Tak sobie zleciało ileś lat, gdzieś tam wiedziałam, że to istnieje, ale niespecjalnie się interesowałam tematem. W końcu okazało się, że będzie drugie podejście do ekranizacji, tym razem w formie serialu. Na HBO Go. Nie miałam HBO Go. Jednak serial oznaczał mniej więcej tyle, że jest szansa na wznowienie tej serii w polskim wydaniu. Tym sposobem w moje łapy wpadła Zorza polarna… I luj, bo jestem bułą, ciągle zajmowałam się czymś innym i tak czekała sobie na przeczytanie. Później dzięki ludzkiej wspaniałomyślności dostałam dostęp do HBO Go, obejrzałam pierwszy sezon, chwilę później drugi, stwierdziłam, że to jest zajebiste, dokupiłam pozostałe dwie części i tym sposobem znalazłam się tutaj. Bo Mroczne materie są cudowne i muszę o tym trochę pogadać.

Historia zaczyna się w równoległym świecie, w którym ludzie są związani z przyjmującymi postać zwierząt dajmonami, kościół pod postacią Magisterium sprawuje władzę, wszelka nauka jest ściśle związana z teologią, a na północy żyją pancerne niedźwiedzie (które nawet gadają i wykształciły własną kulturę). Istnieje też równoległy do naszego Oxford, w którym niewinny, dziecięcy żywot prowadzą Lyra i jej dajmon. Do czasu aż w ich życiu nie pojawi się pani Coulter, a tajemniczy Pożeracze nie porwą najlepszego przyjaciela Lyry.

W pierwszej kolejności muszę powiedzieć o światotwórstwie, bo to było tak doskonałe, że już podczas oglądania serialu przeglądałam angielską wiki na temat Mrocznych Materii, żeby dostać jeszcze więcej tej magii. Świat Lyry jest na tyle podobny do naszego, a równocześnie tak różny, że czułam się jak dzieciak, który odkrywa otaczającą go rzeczywistość i jest w niej absolutnie zakochany. Nie potrafię określić, w jakiej epoce została osadzona akcja. Próbowałam, ale kiedy już myślałam, że to jest to, pojawiał się jakiś szczegół, który kompletnie nie pasował. Musiałam sobie powiedzieć, że no debilu, ten świat po prostu rozwijał się w innym kierunku niż nasz, zaakceptuj to. Koncepcja dajmonów, które są odzwierciedleniem ludzkich charakterów i emocji, kupiła mnie całkowicie, szczególnie przez wszelkie puchate i pierzaste formy Pantalaimona (wcale nie sprawdzam pisowni w książce). To, jak dajmony i ludzie obchodzą się ze sobą, co im wolno, a co jest kompletnym tabu, jak dajmony Asriela i i Marisy zachowywały się wobec siebie w ostatnim rozdziale... to wszystko było tak dobre, że poczułam się trochę jakbym wychowywała się w tym świecie od dziecka. Tak samo było z pancernymi niedźwiedziami czy czarownicami. Nadal nie wiem wiele o tym świecie i trzeba mi więcej, ale jest tak opisany, że czuję się jakby był mój. To jest moje (kolejne już) bagno, adoptowałam je i koniec.

Motyw multiwersum też przemówił prosto do mojego serducha. W momencie, w którym zobaczyłam miasto odbite w zorzy polarnej byłam kupiona. Rany, ja już po czołówce serialu zostałam przekonana, że to będzie genialny wątek. Przekonało mnie to tak bardzo, że wykopałam wszelkie spoilery do całej serii, żeby lepiej zrozumieć, jak autor to sobie wymyślił. A mimo to, czytając Zorzę polarną” byłam na nowo oczarowana tym pomysłem. Zresztą nie pierwszy raz lecę na podróże między wymiarami, po prostu Odcienie Magii dorobiły się teraz rodzeństwa. (Przy okazji: to też są cudowne książki, którym potrzeba więcej atencji!) Bez spoilerów, ale ostatnie rozdziały tej książki to było coś równocześnie strasznego, smutnego, tajemniczego i tak kosmicznie magicznego.

Poza tym w Zorzy polarnej” jest tak wiele niesamowitych rzeczy, że momentami czułam się, jakbym trzymała w rękach cały kosmos. Jest wątek Magisterium, kościoła trzymającego całą władzę, rozporządzającego nauką, który ukarze cię za herezję, jeżeli twoje odkrycia będą się gryzły z ich doktryną. I pewnie to też wpływ serialu, w którym ten wątek był mocniej rozbudowany, może to też wina przeczytania WSZYSTKICH spoilerów, ale widzę w tym piękną krytykę Kościoła. Naprawdę ciekawy moment sobie wybrałam na poznawanie się z tą serią. Jest też tajemniczy Proch, którego dorośli się boją, w którym Kościół widzi dowód na istnienie grzechu pierworodnego i który jest właściwym napędem całej fabuły. Tu też mogę się zachwycać, jak autor wziął pewne naukowe zagadnienie, połączył je z religią i wyszło coś absolutnie genialnego. Może też jestem trochę stronnicza, bo sama lubię wyciągnąć jakiś drobny fragment czegoś i obudować do tego całą historię. (Może i mam gdzieś na dnie szuflady dziwne notatki o wszelakiej alchemii od czasów starożytnych po Crowleya i jakieś dziwne pomysły na fabuły. Może…)

Świat Mrocznych materii jest piękny. A wiecie, co jeszcze jest piękne? Postacie. Philip Pullman to moje mieć ciastko i zjeść ciastko. Mam genialny świat i postacie, które są tak zajebiście napisane, że gdybym mogła, niektóre bym zaprosiła na herbatkę, a innym wywaliła lepę na pysk. Lyra i Pantalaimon okazali się genialnymi przewodnikami po tym świecie. Nie wiedziałam, że tak bardzo potrzebowałam opisu dziecięcych wojen gangów. Lyra to absolutnie dziki dzieciak i mam nadzieję, że się nigdy nie zmieni, bo kocham tę chaotyczną energię, jej stawianie na swoim i ciekawość świata. Pan za to zaskoczył mnie swoim stosunkiem do Lyry. Na samym początku sądziłam, że dajmon powinien być zawsze posłuszny człowiekowi, zgadzać się z nim i tak dalej. Ale Pan potrafił się postawić, kiedy wiedział, że Lyra się myli albo waha przed zrobieniem czegoś, rzucał kąśliwe uwagi i tego typu rzeczy. Gdyby był bardziej sarkastyczny i zrobiony z cienia, pomyślałabym, że Pan Życzliwy przelazł z Nibynocy do Zorzy polarnej. Chyba mam słabość do gadających zwierząt uczepionych głównych bohaterek.

Ale trzeba też porozmawiać o Tej Złej Babie. Marisa god damn Coulter. To jest ten typ postaci, której się nienawidzi do tego stopnia, że podziwia się autora za napisanie jej. Mam tyle pytań odnośnie tej kobiety, tyle teorii, a ona cały czas dokłada kolejne. Wydawało mi się, że w serialu już widziałam z jej strony wszystko, ale rany, w książkach jest jeszcze większą jędzą. I to jest w niej na swój sposób fascynujące, jak ją widzę, zastanawiam się, co tym razem ta baba odwali. Za każdym razem czuję, że powinnam być zaskoczona, ale już sobie przyjęłam, że to jedna z najgorszych person w tym uniwersum. No jest jeszcze jedna postać, ale spoilery, spoilery…

Pullman każdą pojawiającą się postać przedstawia w sposób po prostu fascynujący. Niektórzy mają tajemnice, inni  tak wyrazisty charakter, że z miejsca się w nich zakochujesz albo zaczynasz ich nienawidzić. Lee Scorsby czy Iorek Byrnison są dla mnie po prostu ikonami tej książki. Pani Coulter prawie od razu weszła do mojej topki najbardziej jędzowatych charakterów. Lyra daje mi podobną energię co Percy Jackson, tylko jest jeszcze bardziej chaotyczna i kocham ją za to. Lord Asriel załatwił mi taki zwrot fabularny, że no kurde go mać. W wiedźmach się po prostu zakochałam i oby było ich jak najwięcej w kolejnych częściach.

Raczej widać, że jestem kompletnie, bez pamięci zakochana w Zorzy polarnej” i w ogóle w Mrocznych materiach. Ta książka była tak niesamowita, magiczna i pokrętna, że nie rozumiem, jak mogła wcześniej nie zaistnieć w naszej popkulturze i w ogóle jakim prawem ktokolwiek kiedyś stwierdził, że nie warto robić dodruków. Naprawdę rzadko wydaje mi się, że mogłabym dany tytuł polecić każdemu bez wyrzutów sumienia. Często przy tych książkach, które sama kocham całym serduchem, mam poczucie, że nie każdemu mogę je zaproponować, bo gdzieś jest jakieś „ale”. Tutaj nie ma żadnego „ale”, po prostu przeczytajcie/obejrzyjcie, ta seria to coś pięknego. Samą czołówkę serialu mogłabym oglądać w zapętleniu. A przy czytaniu bardzo polecam włączyć sobie serialowy soundtrack, bo to też jest absolutna magia.


0

środa, 21 lutego 2018

Nigdy, przenigdy nie zapomnij: Nibynoc, Jay Kristoff



Kiedy wszystko jest krwią, krew to wszystko.

Seria: Kroniki Nibynocy
Tytuł: Nibynoc
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 585
Ocena: 10/10
Opis: W świecie, gdzie trzy słońca prawie nigdy nie zachodzą, początkująca morderczyni wstępuje do szkoły dla zabójców, planując zemstę na osobistościach, które zniszczyły jej rodzinę.
Córka powieszonego zdrajcy, Mia Corvere, ledwie uchodzi z życiem po nieudanej rebelii jej ojca. Samotna i pozbawiona przyjaciół ukrywa się w mieście wzniesionym z kości martwego boga. Ścigają ją senat i dawni towarzysze jej ojca. Jednakże jej dar rozmawiania z cieniami doprowadza ją do drzwi emerytowanego zabójcy i otwiera przed nią przyszłość, jakiej nigdy sobie nie wyobrażała.
Szesnastoletnia Mia zgłębia teraz tajniki fachu u najbardziej niebezpiecznych zabójców w całej Republice – w Czerwonym Kościele. W salach Kościoła czeka ją wiele zdrad i prób, a porażka oznacza śmierć. Jeśli jednak przetrwa inicjację, zostanie przyjęta w poczet wybrańców Pani od Błogosławionego Morderstwa i znajdzie się o krok bliżej tego, czego naprawdę pragnie

Możecie wśród nich kroczyć. Możecie bawić się wśród nich, żyć, śmiać się i kochać, ale nigdy nie zapomnijcie, nawet na jedną chwilę, kim jesteście.


 Zacznijmy od tego, że czekałam na wydanie tej książki po polsku, odkąd po raz pierwszy przeczytałam jej opis. Było to jeszcze przed wydaniem jej po angielsku, a ja już całkowicie przepadłam. Milion wyobrażeń: jak potoczy się fabuła, jakie będą postacie, co dokładnie się wydarzyło, jak wygląda ten świat – nie wiem, co bym zrobiła, gdyby ta książka nie została przetłumaczona na polski. Potem pojawiły się fanarty z Mią i tajemniczym Kotem. Kotem, rozumiecie? Przebudzenie wewnętrznej Grażynki, Matki Kotów zrodzonej z okłaczonego koca – musiałam to mieć. Fart chciał, że w końcu pojawiła się zapowiedź. No i jest już sporo po premierze, ale wychodziły książki, które jeszcze bardziej chciałam przeczytać, była sesja i tak dalej. Przeczytałam najszybciej, jak mogłam i mogę z czystym sumieniem z siebie wyrzucić: CHOLERA JAKIE TO BYŁO DOBRE! Jay Kristoff już raz tutaj gościł, ale dzisiaj jest jego pierwszy solowy występ. Illuminae wyrwało mnie z butów, ale Nibynoc” rozwaliła mnie na łopatki. Damn.
Powiem wam, że do tej pory, mimo moich wszelkich antypatii, w tematyce młodzieżowej fantastyki z zabójczyniami Maas nie miała konkurencji. Do czasu, aż pojawił się Jay Kristoff z „Nibynocą”. Teraz to on nie ma konkurencji. „Szklany Tron” jednak w pewnym momencie zaczął pikować w dół, a nawet jeśli porównywałabym pierwsze trzy tomy (bo z wszelkich znaków dawanych przez autora, „Kroniki Nibynocy” mają mieć trzy części), nadal seria o Zabójczyni Adarlanu nijak się ma do opowieści o Bladej Córce. Powód? Mass zgrabnie przeplata wątki, trzyma w napięciu i zawsze wrzuca ostry clifhanger, Kristoff za to tworzy jeden wielki ciąg przyczynowo-skutkowy, zrzuca małe bomby, żeby na koniec zrobić gigantyczną eksplozję, ale dopóki nie dotrzemy na ten ostatni wybuch, zupełnie nie wiemy, co się szykuje. No i cóż, trzeba przyznać, że poza tym „Nibynoc” ma wszystkie atuty „Szklanego Tronu”.
Niesamowicie podoba mi się koncept świata wzorowanego na rzymskiej republice i otaczających ją krajach. Z tych powodów, sporą rolę odgrywa tu polityka, praktycznie to od niej się zaczęło, chociaż ciężko powiedzieć, o co dokładnie poszło – autor zostawia sporo sekretów tylko dla siebie. Wszystkie działania, wydarzenia, gwara przypominają połączenie Włoch z Rzymem. Jednak mitologia, to jest dopiero coś. Wierzenia Itreyańczyków nie kojarzą mi się z żadnym konkretnym wyznaniem, widzę trochę nawiązań do chrześcijaństwa – Aa bardzo kojarzy mi się z bogiem, a jego wyznawcy przywodzą na myśl średniowiecznych katolików, dla których najwyższą wartością jest wiara, polują na heteryków niczym inkwizycja. Reszta już tak się nie zgadza. Mamy Panią od Błogosławionego Morderstwa, która kojarzy mi się z najróżniejszymi boginiami śmierci, żadnego konkretu. Paszcza jest Paszczą i tyle, wydaje się, że właściwie każdy element mitologii, to sprytny splot najróżniejszych, znanych nam wyznań. No i znalazło się nawet miejsce na małą dyskusję o wierze i jej braku. Najlepsze jest to, że Kristoff bawi się czytelnikiem, bo z jednej strony ciężko negować istnienie bogów, kiedy pojawiają się naznaczone przez nich artefakty, Pomrocze i inne magiczne wygibasy, a nagle okazuje się, że w sumie te trzy słońca to tak nie do końca zasługa bogów i być może odwaliła się tam jakaś katastrofa... No wprost uwielbiam, kiedy mistycyzm miesza się z racjonalizmem i nie wiadomo, co jest prawdą, jak się na to zapatrywać. Dajcie mi kolejną część, bo ten koncept jest świetny, ale czekanie na wyjaśnienia jest straszne!
Fabuła, choć z jednej strony banalna – główna bohaterka z chęci zemsty zaczyna się szkolić na zabójczynię – jest pełna zaskoczeń, zawiera wiele różnych aspektów i potrafi wielokrotnie zaskoczyć. Pojawia się trochę moralizowania o zatracaniu swojego człowieczeństwa, choć jest to dość... Dziwne? Nie chcę nic spoilerować. Ten wątek tak wyskakuje z pudełka i okręca całą fabułę na zupełnie inny tor. Nie można ufać dosłownie nikomu ani niczemu, chyba nie ma tam stworzenia, które w jakiś pokrętny sposób nie oszukałoby czytelnika. Dacie się na wszystko nabrać, serio, a potem okaże się, że autor z wami perfidnie pogrywał. Dlatego „Nibynoc” jest taka świetna: chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się banalną, ale interesującą fantastyką, wykorzystującą znane wszystkim schematy i wątki, z prędkością światła potrafi wywrócić wszystko, co do tej pory się o niej wie na lewą stronę. Jak kot dający się głaskać po brzuchu – sądzisz, że już jest milutko, wiesz, że nic cię nie zaskoczy, a nagle on stwierdza, że koniec tej zabawy i lądujesz z ręką w śmiertelnej pułapce. Zdarzyły mi się momenty, kiedy nagle skakało ciśnienie, można było się mocno zestresować. Kristoff lubi trzymać czytelników w napięciu i niepewności. Czasem robi rzeczy przewidywalne, ale potem się okazuje, że służyły one czemu innemu, albo są one przewidywalne, ale przy okazji dobre. Nigdy nie odmawiam panicznym ucieczkom przez miasto przed oddziałem wściekłych strażników – sceny typowe, ale zawsze dobre i czasem wręcz potrzebne. No i fabularna bomba na końcu, one są równie dobre, co złe, w ten moralnie zły sposób, bo to zwyczajne znęcanie się nad czytelnikiem. Prokuratura już jedzie, ja chcę kontynuację na wczoraj!
Wspominałam już o mitologii w „Nibynocy” – potwornie mi się spodobała, wydaje się świeża, interesująca i nie jest sobie tylko po to, żeby być jako taki zapychacz czy ciekawostka. To żywy element fabularny, który manifestuje się w głównej bohaterce, w jej historii jak i umiejętnościach. Koncept Pomroczy jest niesamowicie interesujący, tym bardziej, że prawie nic nie wiemy, Mia nic nie wie, nawet nie-kot z cienia nie ma pojęcia, jak to naprawdę funkcjonuje. Co do nie-kota z cienia, to Pan Życzliwy zdobył moje serce, najpiękniejszy, najbardziej złośliwy stwór w całej opowieści, zachowuje się jak typowy kot, który z jednej strony jest wredną łajzą i czepia się byle czego, ale z drugiej jest wyjątkowo związany ze swoją „właścicielką”. No cóż, potem pojawia się Eklipsa i tak się zastanawiam jak to będzie w „Bożogrobiu”, jak oni się dogadają. (Oczywiście, na wątek stworów z cienia czekam najmocniej, bo uruchamiają moją wewnętrzną Grażynkę.) W kontekście mitologicznym zderza się wiele kwestii w tym te bliższe współczesności i takie, które są już jedynie historią. Mam wrażenie, że coś więcej się za tym kryje, ale co dokładnie i czym naprawdę są Aa, Paszcza i trzy słońca, to się dopiero okaże.
Po zakończeniu ciężko powiedzieć, żebym polubiła wiele postaci, chociaż nie powiem, że były źle wykreowane. Po prostu wszystko wyszło tak, że z moich faworytów zostali tylko Mia, Pan Życzliwy i Tric. Reszty albo było mało, albo ostro odwaliła. Tylko, zaufajcie mi, to zwyczajnie moja ocena każdej postaci pod względem ich zachowania. Autor naprawdę przyłożył się do napisania każdego ważnego pionka w tej perfidnej, cwanej rozgrywce, a jeszcze lepiej się nimi posługiwał. Czasami dochodziło do tego, że byłam mocno obrzydzona (pewne rodzeństwo jest po prostu cholernie niepokojące), ale ja wiem, że Kristoff tak to zaplanował. Sama Mia nie trąci mi Mary Sue, co często dzieje się z głównymi bohaterkami, jeśli w kolejnych tomach w nią nie transformuje, to Maas naprawdę może się schować, bo będzie to dowód na to, że się da. Nasza młoda adeptka ma mocny i z lekka paskudny charakter, co sama zauważa, jest przy tym wyrazista. Bezwzględna zabójczyni? Tak, udowadnia, że przy tym nie trzeba od razu być potworem, nad czym też sama się zastanawia. Widać po niej wszystkie lata treningu, planowania zemsty za swoją rodzinę. Część rozdziałów jest poświęcona właśnie na jej wspomnienia, więc jak na talerzu dostajemy wyjaśnienia, czemu jest taka, a nie inna. Inne postacie też nie zostają w tyle, każda, która się pojawia, ma jakąś historię i jakbym ich nienawidziła, potrafię pojąć, czemu są takimi wstrętnymi jędzami, dlaczego robią to, co robią. (Ale i tak Jessamine mogłaby zawrzeć twarz i pewna akcja była zwyczajnie żałosna.)
Jest dopiero luty, ale już mogę uznać, że „Nibynoc” będzie jedną z najlepszych książek przeczytanych w tym roku. Uwaga: autor na samym początku spoileruje zakończenie całej trylogii, cholerny śmieszek. Z drugiej strony, to tylko jeden fakt, ale no... Zabolało, nie jako spoiler, po prostu „AŁA”. Przy okazji uprzedza, że apetycznie nie będzie, no i przyznać mu trzeba, czasem ohydy było całkiem sporo, w dodatku utaplanej w świńskiej krwi. „Nibynoc” nie bawi się w upiększenia, może kogoś trochę przerazić, potrafi wprowadzić w stan przedzawałowy. Poza tym autor często dodaje różne przypisy, czasami zwyczajnie zabawne, czasem nieco dłuższe, mające poszerzyć naszą wiedzę o przedstawionym świecie. Może komuś to przeszkadzać, ja doceniam każdą dziwną ciekawostkę, ja doceniam, że autor chciał przedstawić trochę więcej, niż to, co mogła nam pokazać Mia. Większość książki to jazda bez trzymanki, ale koniec... Rany, to nie ten twór, który potrzebuje 400 stron na rozkręcenie się: akcja od początku leci jak dzika, a na ostatniej setce uruchamia się prędkość światła. Odradzam czytać te ostatnie rozdziały przy ludziach, czasem na końcu języka formuje się ostra wiązanka w kierunku autora, postaci, akcji. Kristoff zaczął w mocnym stylu, a na koniec zlał po pysku plot twistami i uciekł bez wyjaśnień. „Nibynoc” zasługuje na więcej uwagi, to coś niesamowitego, zaskakującego i cholernie dobrego. Wybaczam nawet sceny seksu, nie uważam, że to coś wartego opisywania, ale te nie wprowadziły mnie w stan zażenowania i nie ciągnęły się w nieskończoność, nie wadziły, nie obrzydzały, więc niech te kilka stron sobie spokojnie egzystuje. Jedyne co, to wydawnictwo MAG w pierwszym wydaniu zostawia wiele literówek, jak zwykle zresztą, chyba taki urok tego wydawnictwa. Tak czy siak – nie zastanawiajcie się, zapraszam do Cichej Góry!
PS. Uważam za urocze, że Jay Kristoff przy każdym poście o tej serii daje #stabstabstab.
2

sobota, 28 października 2017

Dramy ze świata Nocnych Łowców edycja 13: Władca Cieni, Cassandra Clare


Seria: Mroczne Intrygi
Tytuł: Władca Cieni
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 848
Ocena: 8/10
Opis: Czy oddałbyś bratnią duszę… za swoją prawdziwą duszę?
Życie Nocnego Łowcy to życie w pętach powinności. W więzach honoru. Świat Nocnego Łowcy to świat uroczystych przysiąg, a nie ma ślubów świętszych niż te łączące parabatai – wojowników-partnerów, którzy mają razem walczyć i razem ginąć, lecz nigdy, przenigdy nie wolno im się zakochać.
Emma Carstairs odkryła, że miłość odwzajemniona przez jej parabatai, Juliana Blackthorna, jest nie tylko zakazana, lecz także śmiertelnie niebezpieczna: może zniszczyć ich oboje. Wie, że powinna uciec od Juliana, lecz jakże miałaby to zrobić, gdy Blackthornom ze wszystkich stron zagrażają wrogowie?
Ich jedyną nadzieją jest Czarna Księga Umarłych, magiczny wolumin o ogromnej mocy. Wszyscy chcą ją dostać, ale tylko Blackthornowie są w stanie ją odnaleźć. Emma, jej najlepsza przyjaciółka Cristina oraz Mark i Julian Blackthornowie przybywają do Faerie – gdzie hulaszcze zabawy skrywają krwawe zagrożenie i żadnej obietnicy nie można ufać – by tam zawrzeć mroczny pakt z królową Jasnego Dworu. Tymczasem narastające napięcie między Nocnymi Łowcami i Podziemnymi doprowadziło do wyłonienia Kohorty, grupy ekstremistów wśród Nocnych Łowców, którzy domagają się wprowadzenia obowiązku rejestracji Podziemnych i „niewygodnych” Nefilim. Zrobią wszystko, co w ich mocy, by ujawnić tajemnice Juliana i przejąć władzę nad Instytutem w Los Angeles.
Kiedy Podziemni zwracają się przeciw Clave, pojawia się nowa groźba w postaci Władcy Cieni – króla Ciemnego Dworu, który wysyła swoich najlepszych wojowników z zadaniem wymordowania wszystkich, w których żyłach płynie krew Blackthornów, i przechwycenia Czarnej Księgi. Gdy mordercza pętla zaciska się wokół Juliana, ten opracowuje ryzykowny plan ratunkowy. Jego powodzenie zależy od współpracy z nieprzewidywalnym nieprzyjacielem. Sukces może jednak mieć swoją cenę, której ani on, ani Emma nawet sobie nie wyobrażają; krwawy rachunek, który – być może – przyjdzie zapłacić wszystkim, których kochają.

Był setką strzał wystrzelonych z setek łuków w tej samej chwili.


Raczej nikogo nie zaskoczę moją słabością do Nocnych Łowców. Clare wyleczyła mnie po Maas. Nawet trochę mnie rozbawiło, że w drugiej książce z rzędu mam faerie i różnica pomiędzy „Dworami” a „Mrocznymi Intrygami” jest nieporównywalna, może dlatego, że Clare starała się przybliżyć nam baśniowy ludek, a Maas interesowała się głównie naczelną Mary Sue i jej Tru Loffem no.2. Cokolwiek, po prostu „Władca Cieni” pomógł mi się zebrać z tej beznadziei, żeby rozpłaszczyć mnie na ścianie. Końcówka niszczy. Poza tym no jak ja mogłabym nie pokochać kolejnej książki ze Świata Cieni? Nie wiem jak ta kobieta to robi, że jeszcze ani razu nie kłapnęłam na nią zębami za jakość książek (za inne rzeczy bywa różnie, znęca się nade mną). Od razu też zaznaczam, że wyrzekam się polskiego tytułu pierwszego tomu, ale drugi został pięknie przetłumaczony.
„Władcę Cieni” dosłownie połknęłam, bo książki Clare już takie są. Zapominasz się aż tu koniec... I co dalej? Poważnie pytam! W tym momencie widzę jedynie krajobraz po huraganie. Trzecia część potrzebna na wczoraj! Razem z wyjaśnieniami! To jeden z większych plusów serii o Nocnych Łowcach, czyta się przyjemnie i szybko, nawet nie zauważa się, kiedy dociera się do kolejnych stron. Raczej nikt nie lubi ślęczeć nad tekstem i zastanawiać się za ile stron kolejny rozdział.
Szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam, jak fabuła miała wyglądać po „Lady Midnight”. Jak „Dary Anioła” i „Diabelskie Maszyny” pozostawiały miejsce dla domysłów o tym, jak historia potoczy się dalej, tak „Mroczne Intrygi” nie do końca. Nie chodzi mi o niezamknięte wątki, a bardziej o główną linię fabularną. Valentine, Mortmain, Sebastian to gałgany, które zawsze czaiły się, żeby jako pierwsi zacząć mącić. „Lady Midnight” skupiała się głównie na morderstwie rodziców Emmy i kolejnych ofiarach jakiegoś tajemniczego cwaniaka, to się porozkładało na kilka wątków i gdyby nie wiele niewyjaśnionych relacji między postaciami, mogłaby się zakończyć jako samodzielna książka. No jeśli nie liczyć Annabel, ale szczerze mówiąc, gdyby Clare chciała, mogłaby jej nie ruszać i mieć spokój z dwiema kolejnymi książkami. Nie chcę tu powiedzieć, że kontynuacja nie jest potrzebna, po prostu kompletnie nie mogłam rozgryźć, co się zadzieje we „Władcy Cieni”. Nie wiem czy to miłe zaskoczenie, bo pewnego czarownika i cały oddział Centurionów wyniosłabym na kopach poza kanon, a to wszystko ich wina. Oczywiście Emma i Julian, którzy dla mnie nie byli najważniejsi, ale dla mniej pokrzywionych czytelników jest to raczej ważny wątek, do tego bardzo sporny. Wszyscy ganiają za magiczną księgą, pojawia się Ta Ruda Sucz aka królowa Jasnego Dworu (nie ufam jej, cokolwiek by nie mówiła, poza tym wydawało mi się, że jest martwa). Poza tym zabawa w politykę Clave. To ostatnie to chyba mój największy problem. Kohortę też wyniosę na kopach z kanonu za same sugestie o Magnusie i Alecu. A walcie się dziady! Ogólnie ta część to jedna wielka drama! Nie zaskoczę nikogo, pisząc, że świetnie się bawiłam.
To, co tygryski lubią najbardziej – jak tam z postaciami? Szczerze mówiąc, przepadłam. Blackthornów nie da się nie kochać, pod warunkiem, że Julian nie zrobi Rzeczy. Jeśli się na TO zdecyduje – jest dla mnie martwy, w ogóle w tym momencie skreślam go całkowicie. Nie mogę powiedzieć co, ale nie chodzi o samą Emmę, a miałby to zrobić ze względu na nią, więc no... NIE. Poza tym są bardzo uroczy, szczególnie Ty i Mark. Naprawdę, scena z krasnalem ogrodowym i Markiem wygrała prawie całą książkę. W sumie też ciężko ich wszystkich oddzielnie oceniać, razem tworzą po prostu taką świetnie zgraną gromadkę. Nie do końca rozumiem czemu ludzie tak denerwowali się na Emmę. Hej, w porównaniu do Clary to ona jest wręcz idealną główną bohaterką! (Chociaż tak nie do końca główną.) Może nie jestem nią wyjątkowo zachwycona, ale jestem w stanie zrozumieć czemu zachowywała się tak, a nie inaczej. Sytuację ma jednak niezbyt ciekawą. Kit to w ogóle mój ukochany klusek, 100% Herondale'a w Herondale'u, chociaż nie chce tego przyznać. Oby tylko Jace go nie zadręczył, jeszcze sprzeda mu historię o kaczym spisku przeciw ich rodowi. Kierana chętnie bym przytuliła, dajcie temu dzieciakowi trochę spokoju! Mogliby w końcu dać mu spokój ze spiskami. A na koniec Magnus, Alec, Max i Rafe! Nie ma niczego, na co tak bym czekała, jak na moje OTP i ich dzieci. Alec tak bardzo dorósł, rany, aż chce mi się płakać. Chociaż dalej jest tym samym trochę nieogarniętym i wrednym Lightwoodem, w ogóle zostawia dzieci z nieznajomymi, bo lubią dzieci... Niech mi ktoś jeszcze się go uczepi, że jest taki okropny. Sami też kiedyś byliście okropni. Cieszę się, że zawsze był nieidealny, a zamiast tego widzimy jak do wszystkiego dorasta. W „Mieście Kości” za sugestię o jego orientacji zrobiłby z kogoś szaszłyk, teraz byłby zdolny do tego samego ale za czepienie się Magnusa, a nie za „jesteś gejem?”. Magnus w sumie też zdobywa tytuł ojca roku. Kto karmi dzieci muffinkami i czemu nigdy mnie nie adoptował?! Na dzieci to ja mam alergię, ale Max i Rafe to też urocze kartofle. W ogóle tam ci główni uczestnicy dramy nie dają się nie lubić. Nie ma jednej głównej postaci, nikt nie jest faworyzowany.
Same relacje między wszystkimi postaciami wymagałyby gigantycznej tablicy i sporego zasobu kolorowych markerów. Każdy z kimś coś ma, ale da się ich mniej więcej podzielić. Emma i Julian mają swój dramat i tutaj raczej nie trzeba wiele mówić. Cieszę się, że nie zaleciało totalną romansową dramą, jak to każdy każdego kocha, że aż mi mózgi pozżerało. Starają się ogarniać sprawę i dla mnie to się liczy, poza tym zachowują się dość odpowiedzialnie. Nie ma „MY KONIECZNIE MUSIMY BYĆ RAZEM” i no nie mogę zaspoilerować, ale jeśli w kolejnej części coś nie trzaśnie (w Clave robi się burdel, więc kto wie...) to naprawdę doceniam to, co postanowili zrobić. Mark i Kieran powinni ogarnąć dupska i być razem, zamiast tego nagle do tego dołącza Cristina, z którą kręci się meksykańska telenowela z Diego i Jamiem, a ci dwaj w ogóle robią jakieś pokręcone rzeczy i potrzebuję więcej tego wątku. W ogóle tutaj jest dość zabawnie, kręcą się jakieś intrygi, a ja wiem, że nic nie wiem. Jest Diana, która dostaje piękne pięć minut w towarzystwie wodza Dzikiego Polowania. Chyba nie wnikam skąd to się autorce wzięło, ale też zbyt normalnie nie jest (i mówię tu tylko o ich relacji). Następne są bliźnięta i Kit, chyba najbardziej kochałam fragmenty z ich perspektywy. Ty i Livvy chyba jako jedyni naprawdę zainteresowali się Kitem i starają się, żeby z nimi został. Poza tym to takie trochę większe szczeniaczki, które pakują się w największe kłopoty i wychodzą z tego iście po szczeniaczkowemu, Magnus musiał mieć przez nich deja wu. Spora część tej książki opiera się na jakichś zakręconych relacjach, a ja się bawię dalej, bo uwielbiam jak ta część jest dobrze zrobiona.
Jeśli chodzi o samą intrygę, to kilka razy pospadałam z krzesła. Niezbyt mogę wyjaśnić, co się dzieje, bo wszystko to spoilery. Wiecie jedynie, że Annabel się obudziła, ale ona jest tylko fragmentem. Z grubsza – chodzi o to, że wszyscy chcą Czarną Księgę, a król Ciemnego Dworu to wstrętna paskuda, królowa Jasnego Dworu ciągle kombinuje i każde najchętniej pozbyłoby się tego drugiego. No bywa. Pojawiło się też kilka niewyjaśnionych scen, do których mogę dopisać kilka teorii spiskowych. Brakuje odpowiedzi, a okładka trzeciego tomu zostanie ogłoszona dopiero za dwa tygodnie i gdzie tu mówić o całej książce? Mogę zapewnić, że nie idzie się nudzić, ciągle chce się więcej no i połyka się książkę. Poza tym jest też kwestia Centurionów, Clave i Kohorty. Clare bawi się w politykę, trochę bardziej zagłębia się w funkcjonowanie rządu Nocnych Łowców, bo do tej pory poznawaliśmy jedynie pojedyncze postacie, nie mamy pojęcia jak wygląda całe społeczeństwo. Wygląda dość irytująco i na miejscu Aleca chodziłabym na zebrania Rady z torbą popcornu. Centurioni, na czele z największą znaną mi zarazą znaną jako Zara są, w większości, zakutymi pałami z kijami w tyłkach. Nie chodzi o bycie służbistą, nie. Ubierzcie sobie skrajnych nacjonalistów w mundury i dajcie im na wszystko protokoły, tak wygląda opcja Zary. Kohorta nie lepiej, po prostu wśród nich przeważają stare dziady, a nie młodzi jak to jest z Centurionami. Z pewnych względów jest się czym martwić, ale to kolejny spoiler. Nic się nie dowiecie.
I tak pitu pitu. Lubię to, naprawdę, ale to nie to samo, co wcześniej. Nie wiem od czego to zależy, ale nie czuję dokładnie tego samego, co we wcześniejszych seriach. „Mroczne Intrygi” mają swoją magię, ale jest ona trochę bledsza, brakuje mi jakichś nieokreślonych rzeczy. Ta seria różni się od „Darów Anioła” i „Diabelskich Maszyn”, na pewno mamy więcej postaci, co dla mnie jest z jednej strony świetną zabawą, a z drugiej jest ich tyle, że choć większość mnie oczarowała, muszę wybrać kilku ulubieńców. (Kieran, Kit, Ty, Mark, jakby ktoś pytał.) Nie mogę dać temu najwyższej oceny, bo zwyczajnie nie czuję, żeby to było miarodajne. Chociaż muszę też oddać honor, bardzo doceniam to, że tutaj bardziej zagłębiamy się w społeczność Nefilim, odkrywamy Świat Cieni od tej zaznajomionej z nim strony. Chociażby taki Nocny Targ, to chyba mój ulubiony element w tej serii. Niebezpiecznie i magicznie, aż chce się tam zapuścić i sprzedać duszę Szatanowi. W ogóle ma być jakaś seria opowiadań powiązana z tym miejscem! Czekam!
„Władca Cieni” ma naprawdę wiele drobnych elementów, które mnie ujęły. Wersy wiersza jako tytuły rozdziałów tak na przykład. Humorystyczne elementy, za które kocham książki Clare. To, że kilka zdań potrafi mnie zupełnie połamać, zdeptać i sprowadzić do stanu nieskładnie mamroczącej galarety. Urocze scenki potrafiące rozpuścić mnie jak stężony kwas siarkowy. Niby nic nieznaczące rozmowy, małe fragmenty tekstu, które koniecznie muszę zaznaczyć, bo dla mnie to ważne i koniec! „Dary Anioła” jak na razie są dla mnie na pierwszym miejscu, nawet jeśli tam muszę się użerać z Clary, „Diabelskie Maszyny” mnie zniszczyły i w ogóle to powinno być oznaczone jako produkty potencjalnie niebezpieczne, „Mroczne Intrygi” to nie to samo, brakuje jakiegoś wspólnego mianownika, ale są dobre. Nigdy dość Nocnych Łowców, dopóki Clare ma pomysły, które działają i jej wychodzi, będę kupować kolejne książki. Wyrobiła sobie moje zaufanie i przez trzynaście książek prawie nigdy nie zawaliła, wyjątek stanowi „Miasto Upadłych Aniołów” ale ono jest zwyczajnie do przeżycia i w kontynuacji wszystko wraca do normy. Nie polecę dojrzałym ludziom, bo wiem, że to nie ten poziom, ale umówmy się – obracam się głównie wokół dość młodych czytelników, którzy są grupą docelową tych książek. Have fun, wszyscy umrzemy! Ja po tej części na pewno jestem nieżywa, tylko nie wiem czy bardziej przez uroczość czy końcówkę. Poproszę brokatową urnę.

Martwa bardziej niż zwykle
Lucy
10

sobota, 17 czerwca 2017

Opowieści z Akademii Nocnych Łowców, Cassandra Clare

Tytuł: Opowieści z Akademii Nocnych Łowców
Autor: Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Johnson, Robin Wasserman
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 654
Ocena: 10/10
Opis: Simon Lewis był człowiekiem i wampirem, a teraz staje się Nocnym Łowcą. Jednak wydarzenia „Miasta Niebiańskiego Ognia” odarły go ze wspomnień i Simon nie bardzo wie, kim jest. Wie, że przyjaźnił się z Clary i że przekonał skończoną boginię Isabelle Lightwood, żeby się z nim spotykała… ale nie ma pojęcia, w jaki sposób. Kiedy zatem Akademia Nocnych Łowców ponownie otwiera swoje podwoje, Simon rzuca się w nowy świat polowania na demony, zdecydowany odnaleźć siebie, odnowić dawne związki i stać się prawdziwym Nocnym Łowcą. Jednak wkrótce zdaje sobie sprawę, że w Akademii nic nie jest proste i oczywiste…

„Po prostu podejrzewam, że w szafie siedzi demoniczny opos.”


Myślicie, że liceum to szkoła przetrwania? A może studia? Uważacie, że wasz wuefista to wcielenia największego zła pragnące jedynie waszych wyplutych płuc? Na pewno macie szkolne łazienki za zapomniane nawet przez Lucyfera miejsce. Szkolna stołówka albo zawartość studenckiej lodówki to padół łez i pogardy? W takim razie zapraszamy do Akademii Nocnych Łowców, elitarnej szkoły dla przyszłych łowców demonów. Przekonacie się, że może być gorzej! I nigdy, przenigdy nie jedzcie Zupy.
Czekałam na tą zatęchłą dziurę od skończenia „Miasta Niebiańskiego Ognia”! Niech mnie Azazel użre i Razjel w łeb palnie! Tęskniłam za moim Dream Team z Nowego Jorku! Zapowiedzi tych opowiadań mnie dobijały, szczególnie „Zło, które kochamy” i „Dla nocy i ciemności”. No jak to, że Robert i Michael, a ja nie mam jak przeczytać?! Jakim prawem nie mogę od razu się dorwać to niebieskiej słodkości, którą Magnus i Alec adoptowali?! Tym bardziej byłam w niebo wzięta po pierwszej zapowiedzi. Uwielbiam czytać o Nocnych Łowcach, ale chyba na zawsze będę najwierniejsza postaciom z „Darów Anioła”, „Pani Noc” też była genialna, ale to już nie było to samo. Poza tym Clare znowu TO zrobiła! Nawet dziesięć razy! Nie było opowiadania, w którym nie zadźgałaby mnie emocjonalnie, śmiałam się, płakałam, wkurzałam. Świetnie wykorzystała potencjał do grania mi na emocjach.
Otrzymujemy podobną formułę do tej, zastosowanej w „Kronikach Bane'a” tylko tym razem na pierwszy plan wysunął się Simon – mój ukochany nerd, który teraz wpadł w bagno, chcąc zostać Nefilim. Nie ma to jak startować na pogromcę demonów, a wylądować w sypiącym się budynku, wypełnionym szlamem i szczurami. Wszystkie opowiadania są powiązane ze sobą właśnie postacią Simona i jego kolejnymi przeżyciami w Akademii, ale autorka świetnie wykorzystała tą linię do przedstawienia nam opowieści o przeróżnych postaciach na przestrzeni czasu, zaczynając od Herondale'ów starszych od mojego cudownego Willa, a kończąc na nowym pokoleniu Nocnych Łowców. Moimi faworytami są (oczywiście) opowiadania o: Kubie Rozpruwaczu, Robercie i Michaelu i, co najoczywistsze, Malecu i Niebieskiej Słodkości. Mimo dość oślizgłemu przedstawieniu pokochałam też samą Akademię. Clare naprawdę dobrze zrobiła przedstawiając ją jako najgorszy szkolny koszmar z równie okropnymi uczniami. Chyba bym się obraziła, gdyby nie pojawiło się chociaż kilku napuszonych dzieciaków Nefilim! Ostatnio mam nieprzyjemność spotykać się z opiniami pewnej, ehem, grupy, która twierdzi, że owa autorka jest okropna, bo przedstawia swój świat właśnie w taki sposób, bez wciskania wszędzie tolerancji i szacunku do wszystkiego. Nie tak to działa i dobrze, że ktoś tak pisze. Nocni Łowcy od początku byli przedstawiani jako swego rodzaju rasiści, z całą moją miłością do nich powiem, że w większości zawsze byli okropni! Nie uwierzyłabym, że to zmieniło się tak po prostu. Widać, jak się zmieniają, Simon uparcie stara się im coś wbić do głów. Rodzina Lightwoodów to piękny, chociaż bardzo zabawny przykład, jak zachodzą w kimś zmiany. Maryse i Robert wariujący na punkcie małego czarownika złapali mnie za serce, chociaż ciężko było nie płakać ze śmiechu. Starają się być lepsi dla swoich dzieci i to jest takie cudowne, a nie zmiana za pstryknięciem palców. Znajdą się też piękne nawiązania do najróżniejszych elementów serii, na przykład fragment, w którym Catarina i Magnus wspominają Ragnora i Raphaela. To ten element, który uwielbiam w książkach z uniwersum o Nocnych Łowcach – autorka w każdej książce wplata nawiązania, daje małe prezenty dla czytelników kochających szczegóły. Nawet, jeśli już czepiać się jej stylu, który akurat mi nie przeszkadza, bo jest lekki i przyjemny, to jest wiele elementów, którymi nadrabia.
„Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” to kolejna książka, która utwierdziła mnie w miłości do Świata Cieni. Śmiałam się, płakałam, wkurzałam i łapałam to dziwne uczucie, które ciężko je określić, kiedy emocje się mieszają i jesteś w stanie wyrzucić z siebie jedynie jakiś nieskładny zbitek liter. Znowu wszystkie niebieskie zakładki zeszły na zaznaczanie fragmentów o Magnusie i Alecu. Stołówkowa Zupa została dla mnie znakiem rozpoznawczym Akademii. Pokochałam słodkiego szkota, kolejnego Herondale'a i wiele innych postaci. Wreszcie dostałam Michaela Waylanda, prawdziwego, uroczego niczym puchata kuleczka! Najcudowniejsze jednak były ilustracje. Wreszcie w polskim wydaniu pojawiły się przepiękne rysunki Cassandry Jean! Za to wybaczam wydawnictwu wszystkie literówki! Nie wiem, kto to załatwił, ale kocham człowieka! Mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na zapowiadaną trylogię o Magnusie i... To będzie na tyle.

4