Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. K. Rowling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. K. Rowling. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 sierpnia 2017

Zupa Zła #1 - Lusiowy problem z Potterem.

Czemu przestałam być fanką Pottera?

Welp, mój paskudnik musiał tu kiedyś zadebiutować. Macie słodkości przed tym wstrętnym postem!

Na początek szybko się wytłumaczę. Mam trochę, a nawet więcej niż trochę, problemów z niektórymi książkami, fandomami czy innymi tego typu rzeczami. I stąd Zupa Zła, potrzebuję się wygadać, napisać co mnie tu i tam uwiera. Taka moja bardzo nieregularna i zależna od emocji seria o wszystkim co, według mnie, jest nieodpowiednie. Nazwa, raz że w nawiązaniu do zupy z "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców", dwa, że bardzo zwięźle opisuje to, co będę tu tworzyć, zupę z totalnie wszystkiego, co "złe". ("Złe" to takie lekkie przekoloryzowanie i uproszczenie, cśśśśś.)
Jestem okropna. Wspominam o tym chyba przy każdej okazji. Dzisiaj okropność wyjdzie ze mnie jak jeszcze nigdy. Tak mnie naszło na ten post przy rozmowie z Kingą z In Love With Books (której przy okazji dziękuję za śliczny nagłówek i w ogóle polecam tego człowieka, wpadajcie tam). Bo już dłużej nie wytrzymam tego wychwalania Pottera! Tak, biorę się za klasykę klasyki literatury młodzieżowej, bo coś mnie w końcu rozsadzi od środka. Nie zrozumcie mnie źle, ten tekst ma być o tym, czemu uważam gloryfikowanie tej serii za przereklamowane. Sama byłam fanką Pottera przez dość długi czas, ale w końcu dotarło do mnie, że to wcale nie są takie niesamowite książki. Doszedł do tego jeszcze fandom, bo Potterheads jako społeczność są nie do zniesienia. No i jeszcze Rowling, bo najbardziej się do tego przyłożyła.
Oczywiście wszyscy książkoholicy znają serię o młodym czarodzieju, nie musieli jej nawet czytać, bo przed HP się nie ucieknie. Większość z nas zaczęła czytelniczą przygodę właśnie od książek Rowling i uważam, że to najbardziej wpływa na ocenę tej serii. Wielu z nas wychowywało się z tymi książkami, a jak nie to chociaż z filmami. Wpadliśmy do magicznego świata, który pokochaliśmy jako dzieci. Tutaj leży pies pogrzebany – często coś, co dobrze wspominamy z dzieciństwa, jest dla nas czymś nieskazitelnym, uważamy, że to musi być dobre i przymykamy oczy na wady tego cosia. Zauważam to wszędzie, chyba nawet sobie zapiszę to zjawisko na jakiś awaryjny temat magisterki. Harry'ego Pottera też to nie ominęło i wątpię, żeby się skończyło równo z rocznikami, które dorastały z Harrym, bo jest to seria, którą uważa się za jakiś prekursor. Co dać dziecku do przeczytania na dobry początek? Harry Potter! Co bywa lekturą w klasach 4-6? Harry Potter! Co kupi się na urodziny początkującemu, młodemu czytelnikowi? Harry Potter! Nie da się zaprzeczyć, że jest to seria dobra dla młodych ludzi. A potem już z górki. Mam wrażenie, że jeśli zapyta się większość książkoholików, od czego zaczęła się ich czytelnicza przygoda, wielu wymieni Pottera. Potteromania ma się bardzo dobrze, ale... Właśnie, moje „ale” – to nie jest wcale genialna seria, jedynie się ją gloryfikuje, bo czy ktoś jeszcze pamięta świat przed Hogwartem?
Wrócę szybko do pytania o początek przygody z książkami. Nie powiem, że moja rozpoczęła się od świata wykreowanego przez Rowling. Tak, to była pierwsza seria, jaką sama się zainteresowałam, ale nie od niej zaczął się mój książkoholizm. Tu składam ukłon w stronę Ricka Riordana, którego uważam za mistrza fantastycznych młodzieżówek. Po HP nie czułam potrzeby zabrania się za cokolwiek innego. Był Potter i się skończył, tyle. Oczywiście, byłam nim zachwycona, ale nie poczułam też zainteresowania czytelnictwem, nie potrzebowałam tego. Jakiś czas później pojawił się Percy Jackson i tutaj coś mnie ruszyło. Nie twierdzę, że to wina oczekiwania na kolejne części „Olimpijskich Herosów”. Miałam potrzebę zajęcia się czymś innym, zajrzenia do innego świata, żeby mnie wiecznie nie skręcało z oczekiwania na kolejne przygody syna Posejdona i reszty półboskiego gangu. Jednak Riordan pobudził mnie do szukania dalej, kolejnych interesujących książek, przez Nico di Angelo wpadłam na „Dary Anioła”, bo nagle wyszło na to, że lubię wątki homoseksualne i jakoś wtedy też przepadłam tak totalnie, że dzisiaj rodzice mi grożą, że jeszcze trochę książek i chyba mnie z domu wywalą. Riordana od Rowling odróżnia też brak zmęczenia materiału. Ten człowiek pisze kolejne rzeczy i kiedy myślę, że już bardziej mnie nie oczaruje, pojawia się taki Magnus Chase! W dodatku widzę, że ma na to wszystko pomysł, nie ciągnie, bo się dobrze sprzedaje, a dlatego, że nadal ma coś do powiedzenia, ostatnio nawet czytałam coś o tym, że planuje wspomagać innych autorów chcących tworzyć na podstawie mitów, chyba powstanie coś na zasadzie półboskiego megawersum. No i nie zachowuje się, jakby zaraz cały świat miał o nim zapomnieć i jakby to była najstraszniejsza rzecz pod słońcem.
Po co to było? Dla skontrastowania z J. K. Rowling, która zachowuje się jak jakaś pisarska diva. Nie twierdzę, że wszystkie jej zachowania są złe, ale spójrzcie chociaż na „Przeklęte Dziecko”, które zdaje się być zbitkiem najbardziej typowych i przy tym najsłabszych pomysłów z fanfiction. Przepraszam za spoilery, zamknijcie oczy, jeśli Wam zależy, ale nie stracicie nic na tym, może uratuję Wasz portfel. Niech to hipogryf kopnie! Dziecko Bellatrix i Voldemorta?! Urodzone na trochę przed Bitwą o Hogwart?! W KTÓRYM MIEJSCU ONI MOGLI TO ZROBIĆ?! Zastanawiałam się nad tym kilkanaście razy i widzę tu kolejny zabieg w stylu „a no bo nic nie wspomniałam w żadną stronę to nie macie prawa się przywalić, jakkolwiek nielogiczne by to było”. To jest nielogiczne, robi z czytelników debili, chociażby z tego względu, że Voldemrot... No kurde, jakiś romans z Lestrange, chociażby kompletnie bezuczuciowy z jego strony, nie jest w jego stylu. Przez cały czas skupiał się na pokonaniu Pottera, tak bardzo spłycając, nie mówiąc o tym, że ten człowiek wolałby się pozbyć problemu, jakim jest dziecko, w tak ważnym dla jego osobistego zwycięstwa momencie. I nie mówię tylko o tym, większość „Przeklętego Dziecka” to żart z fanów, próby zaspokojenia wielbicieli oklepanych fanfiction i totalne OOC (out of character). Powiecie, że to nie jest jej wina, bo nie ona pisała sztukę? Ja twierdzę, że to jej wina, bo miała w nią wgląd, mogła powiedzieć, że coś się nie zgadza, ale przyklepała to swoim nazwiskiem i nie widzi problemu w całej sprawy. (Dla skontrastowania, jeśli kojarzycie ekranizacje Percy'ego Jacksona, wiecie jak bardzo niszczą one książki. A najgłośniej o tym mówi sam Riordan.) Trzeba też spojrzeć na twittera Rowling. Tutaj to się zaczyna prawdziwa kopalnia i najłatwiej to skomentować podejrzanym na tumblrze zdaniem „Zaraz napisze, że Tiara Przydziału jest transseksualna.”. Nietrudno odnieść wrażenie, że większość „nowinek” ze świata Pottera jest robiona pod publikę, byleby mówiono o Harrym i o autorce. Nie zapomnę też akcji związanej z kolorem skóry Hermiony. Dla niezorientowanych – do teatralnego „Przeklętego Dziecka” wybrano czarnoskórą aktorkę, która grała Hermionę. Część ludzi podniosła raban o kolor jej skóry. W tym miejscu należałoby powiedzieć, że najwyraźniej na castingach była najlepsza i z tego tytułu dostała rolę. Jednak teatr rządzi się własnymi prawami i naprawdę liczy się talent. Co robi Rowling? Odpowiada, że nigdzie nie wspomniała o tym, jaki kolor skóry miała książkowa Hermiona. Na nic zdały się zdjęcia fragmentów, bodajże z „Więźnia Azkabanu”, w których dawała wskazanie na jej kolor. Cóż, na miejscu aktorki nie czułabym się najlepiej, że sama autorka nawet nie pomyślała, żeby wspomnieć o jej talencie, tylko sprowadziła to do batalii o kolor skóry postaci, żeby to siebie pokazać z jak najlepszej strony. Szczerze wątpię, żeby akurat Rowling najbardziej nie zależało na takim super słodkopierdzącym wizerunku. Jednak najbardziej mnie bawi i denerwuje jej przepraszanie za śmierć postaci. Ja przepraszam, ale czy jeśli autor podejmuje decyzję o śmierci jakiejś postaci, to nie jest to jego autonomiczna decyzja, za którą nie powinno się przepraszać? Ja to widzę tak, że ma się podstawy do zabicia znanych czytelnikowi postaci, a to żeby bardziej przybliżyć nam realia, żeby wzbudzić odpowiednie emocje, żeby nadać fabule dynamiki, żebyśmy odpowiednio odbierali czarny charakter... Powodów jest wiele i przeprosiny za coś takiego są niczym niepoparte. Ostatnio chyba padło na Snape'a. Pamiętacie jak umarł? Jeśli tak, to wiecie, że ta śmierć była jak najbardziej zasadna i nie mówię tego tylko dlatego, że Tłustowłosy to jeden z moich nemezis. Dla mnie autor, który przeprasza za to, że właśnie w taki sposób poprowadził fabułę, przestaje być wiarygodny. No kurde, zachowujmy się, jakbyśmy wiedzieli co robimy, bo inaczej wydźwięk książek traci sens. Mimo to w całej rowlingowej pogoni za „Nie zapomnijcie o mnie!” powstało coś dobrego – „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Ten film był najpiękniejszą produkcją ze świata czarodziejów i mam nadzieję, że kolejne części będą równie dobre. Jednak scenariusz, mimo że pięknie wydany, nie znajdzie się na mojej półce. Widziałam film, po co mi to? Wolałabym przeczytać coś w zwykłej formie odnośnie samego Scamandera.
To był długi akapit. Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam.
Odnośnie samych książek, obecnie mam mieszane uczucia. Powtarzałam je ostatnio w liceum, czyli nie tak dawno temu. Nie czytało mi się już tak dobrze, jak za pierwszym razem, zauważałam błędy, język był jakiś taki mało zachęcający, momentami się nudziłam. Okazało się, że ten uwielbiany przeze mnie Potter, ideał książek, jest bardzo przeciętny. Od tego momentu zauważam u siebie coraz większy sceptycyzm wobec Harry'ego. Młody czytelnik nie zwraca uwagi na wiele szczegółów, liczy się, żeby łatwo się czytało, ale nie ma też obycia z wieloma książkami, więc sam styl nie jest na pierwszym miejscu. No i tutaj Rowling naprawdę wiele straciła. Po raz kolejny Riordan wygrał, tym razem warsztatem, bo Percy'ego czytałam co najmniej trzy razy, w zeszłe wakacje powtarzałam „Kroniki rodu Kane” i co chwila łapię kolejny Riordanowy twór, który nadal jest skierowany do młodzieży o szerokim przedziale wiekowym. Jego styl nie wydaje mi się taki dziecinny, nie budzi we mnie znudzenia. Mogę go polecić trochę starszym czytelnikom, czego nie zrobiłabym z Rowling. Chociaż najbardziej uwierają mnie liczne błędy w Potterze, zauważyłam, że to dość popularny temat wśród bardziej doświadczonych czytelników. Mogę wspomnieć na przykład o niezbyt przemyślanej liczbie uczniów w Hogwarcie, bo raz odnosi się wrażenie, że jest ich multum, a potem nagle próbujesz przeliczyć to na dormitoria i wychodzi zaskakująco niewielka liczba. Wielokrotnie sprawiało mi to problem, jak jeszcze bawiłam się w potterowskie fanfiction. Gdybym miała recenzować teraz Pottera, nie dostałby on zbyt wysokiej noty, bo po prostu wyłapałabym tyle rozmaitych problemów, że zgrzytałabym zębami. Nie powiem, że tylko Rowling jest tak słaba. Pewnego razu próbowałam przeczytać „Zwiadowców”, pojawił się dokładnie taki sam problem, odpadłam przy początku trzeciego tomu, bo zwyczajnie nie mogłam znieść stylu Flanagana, miałam wrażenie, że autor traktuje mnie jak dziesięcioletnie dziecko. Może na niektóre książki jestem już po prostu zbyt stara, jednak patrzę chociażby na takie „Magisterium”, które jest kierowane do młodszych czytelników i szczerze boli mnie brak kolejnych tomów po polsku! Nie wiem, co się dzieje, że niektóre książki dla młodszych pokocham, a inne staną się dla mnie zbyt dziecinne, chociaż wszystkie powinny być na tym samym poziomie. Właśnie z tego tytułu Potter przestał być moim faworytem, a dostał status przeciętnej książki. Nie jest on jakoś odkrywczy, widać w nim wiele schematów, które istniały na długo przed pojawieniem się Rowling, nie uważam też, żeby był wyjątkowo wartościowy, bo miłość, przyjaźń czy poświęcenie są czymś, co poznajemy od małego i może te czynniki nadają książkom piękna, ale nie uważam, żeby nadawały jakiegoś większego wydźwięku. To takie podstawy i większość zdolnych do życia w społeczeństwie ludzi je rozumie. Śliczne morały nie sprawią, że książka bardziej zaplusuje i jak widzę te teksty „Harry Potter nauczył mnie, co to przyjaźń” chce mi się parsknąć śmiechem. Czy ktoś przed przeczytaniem HP był socjopatą, że nie miał pojęcia na czym polega przyjaźń? Jasne, książki mogą uczyć i poruszać ważne tematy, zmieniać postawy, ale wtedy nie są to oczywistości tylko coś, o czym toczy się dyskusje, o czym być może nie mamy większej wiedzy, bo nas nie dotknęło. Tutaj bym mogła poruszyć temat Dursley'ów czy ofiar przeróżnych konfliktów, bo tu mamy chociażby Freda, Potterów, Lupina i Tonks. Jednak najlepiej brnąć w miłość i przyjaźń, bo to takie C U D O W N E!
Ostatecznym źródłem mojej frustracji jest fandom. Teraz już nie należę do żadnej potterowskiej społeczności, bo szkoda mi psuć sobie nerwy. Czasami mam wrażenie, że ci ludzie są kompletnie zaślepieni, widzą przed sobą jedynie Pottera. Jak raz na tydzień nie padnie, że cała seria powinna być lekturą szkolną, zamiast jakiegoś, tfu, Mickiewicza, to tydzień stracony. Nie bronię tutaj lektur szkolnych, bo i w tym temacie mam wiele uwag, ale nie rozumiem, w czym Potter jest taki niesamowity, że powinniśmy go koniecznie czytać w szkołach. Nie ma tu nic wyjątkowego, żeby można było poprowadzić na lekcjach jakąś dyskusję. Rozumiem dodatkowo w klasach 4-6, gdzie czyta się głównie książki łatwe i przyjemne, ale poza tym? Nie widzę żadnego powodu. Potterheads za to uważają HP za największe dzieło świata i często, jak się z takimi nie zgodzisz, zostajesz zjechany z góry do dołu, wyzywany od debili, dowiadujesz się, że nie znasz się na książkach. Nie widzę wśród tych ludzi zbyt wielu przejawów samodzielnego myślenia, siedzą wśród swoich, wiecznie gloryfikując całą serię, Snape'a, Draco, powtarzając te frazesy, że są Ślizgonami, bo są taaaaaacy wredni, należą do Gryffindoru, bo Gryfoni mają najlepsze postacie i w ogóle to najszlachetniejsi mieszkańcy Hogwartu. Co chwila pojawiają się tematy w stylu „POWINNO BYĆ WIĘCEJ CZĘŚCI!!!” jakby nie widzieli, jak to się skończyło dla Nowego Pokolenia, zapominają, że Potter to zamknięta historia. Są przy tym bezkrytyczni, najlepsi, krystalicznie idealni, same z nich specjalne płatki śniegu i wszelkie próby dyskusji kończą się gównoburzami, którymi jestem już zmęczona. Zawsze na początku maja musi być spam „różdżki w górę”, spam komentarzami, postami i żalami jak to ich boli, że im MĄŻ umarł. Rozumiem jakieś specjalne akcje związane z fandomem, jak danego dnia zobaczę na instagramie ładne potterowskie zdjęcie, to się uśmiechnę, sama czasem wrzucam coś tematycznego, ale niech to będzie coś więcej, niech ludzie się wypowiadają, jak mają coś do powiedzenia i wysilą się na minimum kreatywności zamiast wiecznego „/*”. W pewnym momencie cały fandomowy content stał się tak przewidywalny, że przeglądając facebooka, grałam w potterowe bingo. Nie było trudno zebrać wszystkie punkty programu, a ja byłam coraz bardziej znudzona i coraz mniej rozumiałam ten fenomen. To nie jest jedyny „martwy” fandom, ale na mojej ukochanej (i już martwej) ostoi gównoburzowania czuję jakąś więź z tymi ludźmi, kocham te chwilowe zrywy, kiedy wspólnie cały dzień spędzamy na nabijaniu się z naszych dawnych „problemów” i postów. Pozdrawiam całe Demigods Polska, wszystkich rewolucjonistów, fejmy i ich obrońców, bo z perspektywy czasu to jest po prostu piękne! A w przypadku Potterheads? Shitstormy były wyjątkowo denerwujące, bo ich uczestnicy ani nie potrafili zauważyć pewnych granic, ani nie widzą do teraz swoich błędów i uważają się za wyjątkowo wyjątkowych. Ten fandom jest jak taki rozkładający się zombiak, nie chce umrzeć, ale niewiele może i działa w jakimś zapętleniu. Aż mi przykro, że nie mogę podać tu linka do pierwszej Inkwizytorni, na której znajdowały się największe akcje z Kamaną. Jeśli kojarzycie tą panią, to łączę się z Wami w bólu, jeśli nie to cieszę się Waszym szczęściem. Właśnie ona z całą resztą fandomowych „mistrzyń pióra” najbardziej wpłynęła na moje postrzeganie fanów Pottera. Nie, nigdy nie zrozumiem fanficka o romansie Artura Weasley'a z gumową kaczką. Nie pojmę sensu tych wszystkich Dramione, które są dokładnie tak samo przerysowane, schematyczne, we wszystkich tak samo z Hermiony robi się jakąś top model z Hogwartu, a przy tym zimną sucz, a Dracze jest jakimś bogiem seksu, przestaje być nieznośnym wypłoszem, skarżącym na wszystko ojcu i pogardzającym dosłownie każdym „gorszym” od niego. Jest tego naprawdę wiele. I tak oto fandom obrzydził mi Pottera. Mam totalny przesyt HP na kolejne 20 lat, wątpię, żebym szybciej wróciła do tych książek. Dziękuję.
Na zakończenie chcę powiedzieć, że nie miałam na celu obrazić tutaj normalnych fanów młodego czarodzieja. Ej, no przecież wy możecie uważać moje ukochane książki za słabe i jeśli wyrażacie sensowną, uargumentowaną opinię, to ją uszanuję, chociaż pewnie lekko ugodzi w moje uczucia. Tak zawsze jest. Cały powyższy post jest jedynie moją opinią, nie chcę mówić, co macie uważać, o książkach, fandomie czy autorce. Całość, wraz z porównaniami do innych książek miała przedstawić jedynie mój punkt widzenia. Musiałam w końcu coś o tym napisać. Nie uważam Pottera za naprawdę dobrą książkę, w moich oczach nie zasługuje na gloryfikację, jaka napływa z tak wielu stron, nie czuję się już fanką tej serii. Przybyłam, zobaczyłam i potrafię zrozumieć, że to kochacie, ja też tak miałam, ale w moim wypadku coś się zepsuło. Na pewno pozostanie jakiś sentyment, pójdę na kontynuacje „Fantastycznych zwierząt, być może czasem wrzucę zdjęcie tych książek czy w recenzji nawiążę do mojej dawnej miłości do Hogwartu. No i nigdy nie przestanę kochać Huncwotów, bo oni w tym wszystkim uchowali się względnie bezpieczni. Nie żałuję, że przeczytałam HP, bo za pierwszym razem zapewnił mi niesamowitą przygodę. Tak się stało, że miłość przeminęła. Pewnie ten tekst jest jakiś totalnie rozwalony, zbyt emocjonalny i w ogóle niedotegowany. Straszny zwierz w końcu ze mnie wylazł i trochę zaszalał. Teraz wracam do kluskowatej wersji, która popiskuje na widok kochanych postaci i ładnych fabularnych przekrętów.
Nie zjedzcie mnie, jestem niesmaczna i żylasta
Lucy
16