Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. Riordan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. Riordan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 października 2018

Na Odyna! 9 z dziewięciu światów, Rick Riordan



Seria: Magnus Chase i bogowie Asgardu
Tytuł: 9 z dziewięciu światów
Autor: Rick Riordan
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 173
Ocena: 10/10
Opis: JAK DOBRZE ZNASZ DZIEWIĘĆ ŚWIATÓW NORDYCKICH?
 Czy nie mylą ci się te wszystkie „heimy”?… Ich rozróżnienie ułatwi ten zbiór niesamowitych opowieści – każda rozgrywa się w innym świecie i jest opowiedziana przez inną postać z cyklu „Magnus Chase i Bogowie Asgardu”. Nawet jeśli ci to nie rozjaśni w głowie, przynajmniej dowiesz się, jak Alex uratował Amira z opałów, w których główną rolę odegrały spodnie, jak Samira ukradła olbrzymowi harfę, a Mallory nauczyła smoka obrzucać innych obelgami – iprzeżyjesz z bohaterami wiele fantastycznych przygód. Tylko uważaj na Thora, który truchta przez wszystkie dziewięć światów, ciągnąc za sobą smugę smrodu…

„Czasem jesteś toporem, a czasem odciętą głową.”


Na świecie jest kilka rzeczy pewnych: podatki, koty szalejące dokładnie o 3 w nocy, toruńska starówka zawalona wycieczkami i to, że jeśli Riordan napisze coś ze swoich mitologicznych uniwersów, ja na pewno ten twór dorwę. Nawet sobie nie wyobrażacie jaki odlot zaliczyłam, kiedy wydawca napisał do mnie z tą propozycją. Dostać wujka Ricka do recenzji? Przecież to jak skoczyć poczwórnego Axla!
„9 z dziewięciu światów” to zbiór krótkich opowiadań o postaciach z „Magnusa Chase'a”. Nasze drogie Mango gdzieś wcięło, a wszyscy jego przyjaciele po kolei pakują się w jakieś kłopoty. Razem z mieszkańcami dziewiętnastego piętra oraz resztą ekipy zwiedzimy wszystkie dziewięć światów. W ramach wycieczki zapraszamy też na: wysłuchiwanie wyzwisk wiewiórki, pogawędki ze smokiem, użeranie się z olbrzymami i przymiarkę najniebezpieczniejszych spodni wszechświata. Prosimy uważać na jednego dzikiego boga piorunów, istnieje ryzyko stratowania nieostrożnych śmiertelników oraz ujrzenia Thora w skórzanych spodenkach.
Rozdziały nie są zbyt długie, przeczytanie całej książki zajmie wam najwyżej kilka godzin. Riordan tym razem postawił na rozrywkę. Nie znajdziecie tu nic odkrywczego. Postacie nie są jakoś szczególnie rozwijane, nie ma też jakichś nowych wątków czy wielkich odkryć. Ta książka miała za zadanie w prosty, przyjemny i nieoklepany sposób przedstawić kawałek mitologii nordyckiej. To autorowi się udało. W każdym opowiadaniu zawarł charakterystykę jednego ze światów i pewne mityczne postacie. Przy tym nie jest to taki nudnawy przewodnik w stylu „a po lewej mają państwo Helheim, siedzibę bogini Hel, bla, bla, bla...”. Każde z opowiadań ma swoją fabułę i główną postać. Historie nie są zbyt skomplikowane, ale w tej książce nie chodziło o wielkie zwroty akcji i doprowadzanie czytelnika do ataku serca. Dla kogoś, kto w ogóle nie odnajduje się w mitologii nordyckiej, będzie to łatwy i przyjemny sposób na poznanie kilku faktów. Dla fana-wyjadacza, który zna na pamięć wszystkich bogów i jest w stanie wymienić ich alfabetycznie, czytając imiona od tyłu, będzie to lekki umilacz czasu.
Osobiście bardzo lubię styl, w jakim Riordan przedstawia wszystkie światy. Urzekło mnie to już w „Percym Jacksonie” i tak zostało. Ten autor ma po prostu dar do przekazywania wiedzy w prosty ale nie głupisposób. Chyba każdy jego fan jest w stanie bez problemu przedstawić mitologię grecką z najróżniejszymi szczegółami. Poza tym odnoszę wrażenie że sam Riordan po prostu podjął się misji edukowania młodzieży w tym zakresie i wychodzi mu to wręcz genialnie. Dlaczego? Ponieważ potrafi do każdego aspektu, który chce przedstawić, napisać świetną historię. Choćby była to najprostsza fabuła, Rick zrobi to w taki sposób, że aż będzie chciało się czytać. Połączył przyjemne z pożytecznym, a raczej sprawił, żeby pożyteczne stało się przyjemne. Wszędzie znajdzie się miejsce na jakiś humorystyczny dodatek, a dzięki temu pewne fakty jeszcze lepiej zapadną w pamięć. Poważnie, jeżeli skojarzycie daną informację z czymś dziwnym lub zabawnym, jest spora szansa, że będziecie ją lepiej pamiętać. Ja na przykład nigdy nie zapomnę „czy zwierzęta planują przyszłość” dzięki pewnemu cwanemu szympansowi.
Czy polecam? Jako wieloletnia fanka Riordana – oczywiście! Jeżeli tylko jesteście odbiorcami młodzieżówek (nieważne, ile macie lat) lub szukacie czegoś, co zachęci do czytania a przy okazji czegoś nauczy wasze rodzeństwo czy potomstwo, Rick Riordan jest dla was. Nawet samo „9 z dziewięciu światów” jako szybki przewodnik po mitologii nordyckiej się nada. Chociaż polecałabym najpierw poznać główną serię. Raczej nie muszę mówić, że jeśli kochacie „Magnusa Chase'a” nie ma potrzeby się zastanawiać. No i na koniec muszę wspomnieć o przepięknej oprawie graficznej. Sama okładka jest przepiękna, a w środku znajdziecie dodatkowe grafiki z postaciami i mitycznymi światami. Uwielbiam takie dodatki. Podobno treść jest najważniejsza, ale według mnie pięknie wydane książki, zaopatrzone w dobre ilustracje mają jeszcze więcej uroku.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria książki.


2

piątek, 5 października 2018

Polecajkowa Piwnica #1

Wiecie co? Te wakacje jednak źle na mnie działają. Nagle mam milion planów: tutaj czytać, tam powtórzyć serial, zacząć kolejny, znaleźć górę fanficków i fanartów, napisać coś swojego, bla, bla, bla. Zaraz się wystrzelę w kosmos, bo przygoda! (Nie, nie chce mi się.) W tym wszystkim pomyślałam, że mogłabym trochę podręczyć czytelników blogaska! Nie samymi recenzjami żyję. Tak naprawdę to wolę pisać bardziej rozbudowane czy urozmaicone rzeczy, ale to wymaga więcej pracy i w ogóle pisanie jest męczące. Dlatego dzisiaj jakoś to połączymy. Zachciało mi się stworzyć serię, w której dzielę się z Wami moimi ulubionymi rzeczami. Nie tylko książkami, o nie! Bo tak też zakładam, że blog o samych książkach to za mało. Gotowi na pierwszą przejażdżkę w świat chaosu i pierdolca? Nie ma żadnej konkretnej tematyki, ale zachęcam do czytania. Kto wie, może znajdziecie coś dla siebie?

Star Wars: The Clone Wars (2008)



Całkiem niedawno ukazała się tu recenzja „Ahsoki” i tam już trochę pomajaczyłam o tej animacji. To właśnie dzięki Wojnom Klonów zaczęłam stawiać pierwsze świadome kroki w popkulturze. Zaczęło się to zupełnym przypadkiem, kuzyn uparł się, że w tym konkretnym momencie oglądamy Cartoon Network, a ja z braku innego zajęcia obejrzałam razem z nim jakąś dziwną animację o jakichś dziwnych postaciach z kolorowymi mieczami. Padło na odcinek z wirusem błękitnego cienia, a że od dzieciaka uwielbiałam wszelkie biologiczno-patologiczne wątki, to wzięłam i się zakochałam. Poza tym była tam też Ahsoka, która po prostu mnie zainteresowała. Nadrobiłam wszystkie odcinki w internecie, film pilotażowy mam na płycie, a potem było wyczekiwanie na kolejne sezony.
O czym to właściwie jest? W większości o przygodach Golden Trio z Odległej Galaktyki. Wojny Klonów trwają, rycerze Jedi wraz z armią Republiki Galaktycznej walczą z Sojuszem Separatystów. Po drodze znajdzie się wiele awaryjnych lądowań, trochę zniszczonych kosmicznych flot, przekonamy się, że wszechświat i Moc mają jeszcze wiele nieodkrytych sekretów, a wojna wcale nie jest taka czarno-biała, jak mogłoby się wydawać. Poznamy, jak naprawdę wyglądało kształtowanie się Imperium, jaka była droga do upadku Jedi i wiele innych aspektów, na które w filmach nie znalazło się miejsca. Anakin chociaż raz przestanie być irytującym emo-romantykiem rodem z gimnazjum, w dodatku stworzy przepiękną więź ze swoją uczennicą. (Rycerzyk i Smark to jedno z lepszych brootp i nikt nie zmieni mojego zdania.) Nie ma tu jednej, spójnej fabuły. Bywa, że pojedynczy odcinek to opowieść sama w sobie, chociaż twórcy stawiali głównie na mini serie po 2-5 odcinków. Czasem na pierwszy plan wpadną łowcy nagród czy kosmiczni piraci.
Początkowo może wydawać się to taką głupią bajeczką dla dzieci, ale na (nie)ostatnich odcinkach jest się wgniecionym w fotel, a potem aż chce się wrzeszczeć. Kiedy wracam do tej animacji, często dociera do mnie coś, co dawniej przeoczyłam. Nadal zachwycam się tymi samymi aspektami, ale dochodzą do nich kolejne, trochę szerzej pojmuję pewne wątki. Wielokrotnie zastanawiałam się, jak ta historia mogłaby się potoczyć, gdyby zmienić pewne wydarzenia. Dalej jestem w pełni przekonana, że gdyby storyline Ahsoki potoczyło się inaczej, Anakin nie dałby się ściągnąć na Ciemną Stronę. Nie mogę się doczekać 7 sezonu – jego zapowiedź to taka moja gwiazdka z nieba. I tak między nami: to całkiem dobry sposób, żeby zacząć przygodę z Gwiezdnymi Wojnami. Stara Trylogia jest już trochę nie na czasie – przyjemnie się ją ogląda, ale teraz odbiorca wymaga czegoś trochę innego. Nowa Trylogia – no cóż, pierwsze dwie części ogląda się bardziej ironicznie niż na poważnie, Zemsta Sithów jest dobra, ale Anakin nadal jest wyjątkowo upierdliwy w odbiorze. Wojny Klonów oferują nam lepiej napisane postacie, szersze przedstawienie uniwersum i mnóstwo interesujących historii.

Percy Jackson i bogowie olimpijscy


Pierwsza mitologiczna seria Ricka Riordana – jak dziwnie mi przyznać, że zaczęłam od ekranizacji i za pierwszym razem nie czytałam „Złodzieja Pioruna”. Byłam młoda i głupia! Jednak też zawsze kochałam mitologię. Jako ten klasowy leniwiec w piątej klasie zrobiłam małą rewolucję i zaczęłam się udzielać, bo omawialiśmy właśnie mity greckie. Tylko, że w szkole to jest kilka lekcji, a potem dalej pałujemy Sienkiewicza, Mickiewicza i inną gramatykę. Chciałam więcej, a wujek Rick spadł mi z nieba. Jakbyście mnie kiedykolwiek złapali, choćby w środku nocy, po imprezie Vogule Poland, ja i tak powiem, że Percy bije na głowę Pottera. Koniec, nie ma dyskusji.
Percy Jackson to dzieciak jak każdy inny, niezbyt popularny, trochę problematyczny, ma ADHD i dysleksję. Może w przedszkolu udusił węża czy dwa, ale kto by się tym przejmował? Pewnego dnia dowiaduje się, że starożytni Grecy mieli rację i tam w górze urzędują bogowie tacy jak Zeus, Apollo czy Atena, w dodatku czasem lubią wpaść do świata śmiertelników i spłodzić „kilku” herosów. Percy jest jednym z nich i zanim zdąży się dobrze zorientować, co właściwie wydarzyło się w jego życiu, będzie musiał ruszyć na pełną potworów i wściekłych bóstw misję. Najpierw odnalezienie Pioruna Zeusa, potem ratowanie Obozu Herosów, aż do starcia z armią tytanów. Po drodze natknie się na wiele mitycznych zawirowań, uwolni kilku piratów, zostanie świnką morską i pochłonie tony niebieskiego jedzenia. W większości dobrze wspominam bohaterów, nie raz coś mnie w środku zabolało z ich winy. Niektórymi cytatami mogę rzucać po polsku i angielsku. Rioradan w dobry, a przy tym zabawny sposób przedstawia mity starożytnych Greków. To przystępna i zapadająca w pamięć wersja tego, czego uczono nas w podstawówce oraz wiele ponad to. Kto by pomyślał, że Hades ma dość marudnych pracowników, Cerberowi ktoś po prostu zrobił czarny PR, a Apollo układa tragiczne haiku?
To wyjątkowo urocza seria. Może nie jakaś ambitna literatura, ale Riordan zrobił kawał dobrej roboty i stworzył jedną z bardziej kultowych serii dla młodszych czytelników. Muszę też mu oddać, że pisze w takim stylu, że nawet po tych ośmiu (wow!) latach mogę go czytać i nie czuję, że to już nie jest moja kategoria wiekowa.

Yuri on Ice



Dwa pierwsze twory były ze mną od dawna, więc na koniec będzie powiew świeżości. Może zacznijmy od tego, że prawie w ogóle nie oglądam anime. Nie lubię, często kreska mnie odrzuca, nie przepadam za dość ekspresywnym dubbingiem w wykonaniu japończyków, przesadzonymi pomysłami i tak dalej. Do YoI byłam dość sceptycznie nastawiona, bo sportowe anime to już w ogóle inna bajka. (Free!!! się nie liczy, jak to jest o pływaniu to moje studia są o coachingu.) Tylko po kolei wszyscy ludzie, których choć trochę kojarzyłam się tym zachwycali, jak spora część Internetu. Najczęściej taki hype mnie zniechęca, ale tutaj stwierdziłam, że jak moi znajomi tak pokochali animowanych łyżwiarzy, to warto spojrzeć, co to takiego.
Dobra, to jest drama, a nie sportowe anime. Yuuri, Yuri i Victor to królowie dramy, a reszta postaci im w tym dorównuje. Jednak może poudawajmy przez chwilę, że chodzi o łyżwiarstwo. Yuuri Katsuki jest łyżwiarzem figurowym, tylko dość mocno zawalił ostatni sezon i postanowił sobie odpuścić tę imprezę. Jednak wszystko się zmienia, kiedy do sieci trafia nagranie, jak nasz Japończyk jedzie program łyżwiarskiej legendy – Victora Nikiforova. Pomyślicie „i co z tego”? No cóż, Vitya dochodzi do wniosku, że ta azjatycka klucha to jego inspiracja, rzuca wszystko i leci do Japonii, bo tak sobie postanowił zostać trenerem Katsukiego. Zapomniał tylko, że w Rosji zostawił Wściekłego Kociaka aka Yuriego Plisieckiego, któremu obiecał ułożyć program na jego debiut w seniorskich zawodach. Tym sposobem mamy już dwóch dzikich, ruskich łyżwiarzy w Japonii. Co z tego wyniknie? Błyszczące wdzianka, potrawka wieprzowa, dzikie kombinacje skoków i wiele innych. Przy okazji w ostatnich odcinkach pojawia się plot twist, tańce na rurze i niezłe groźby przy skakaniu poczwórnego Salchowa.
Czemu? Co we mnie wstąpiło? No lubię dramę, Plisiecki został moim pysiem, a łyżwiarstwo figurowe okazało się bardzo ładne. To prawdziwe jest nawet piękniejsze, wiecie, grube rozkminy czy ten łyżwiarz na serio ma aż tak dobry tyłek czy to jakiś push-up. Chociaż w dużej mierze wymieniam Yuri on Ice ze względu na mnie. Po pierwsze: dało nowe życie moim włosom. Przekonałam się do ścięcia ich na Plisieckiego i nagle przestały się kruszyć. Po drugie: zostałam najgorszą figurówką pod słońcem! Tak pokochałam łyżwiarzy, że sama postanowiłam się czegoś nauczyć. Może jest to koślawe, może mój piruet wygląda jakbym chciała umrzeć, może łyżwy figurowe to niewdzięczne twory próbujące zabić moje stopy, ale nie ma dla mnie lepszego zajęcia. No i po dwóch latach od obejrzenia YoI przymierzam się do mojego własnego Salchowa, tylko żebym nie zapominała skoczyć... Chyba głupszej motywacji nie znajdziecie, ale ja lubię popełniać głupoty. No spójrzcie na moje posty! ♥

0

środa, 3 stycznia 2018

Mango ratuje świat: Statek Umarłych, Rick Riordan


Seria: Magnus Chase i bogowie Asgardu
Tytuł: Statek Umarłych
Autor: Rick Riordan
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron:
Ocena: 10/10
Opis: Magnus Chase, niegdyś bezdomny nastolatek, jest rezydentem hotelu Walhalla i jednym z wojowników Odyna. Jako syn Frejra, boga lata, płodności i zdrowia, Magnus nie ma wrodzonych skłonności do walki. Ma za to silnych i wiernych przyjaciół, między innymi elfa Hearthstone'a, krasnoluda Blitzena i walkirię Samirę, z którymi dokonał wielkich czynów – pokonali razem Wilka Fenrira i odebrali olbrzymom młot Thora, Mjöllnir. Teraz przed Magnusem najtrudniejsza próba.
Loki uwolnił sie z więzów. Z pomocą zastępów olbrzymów i zombi przygotowuje Naglfar, Statek Umarłych, do wyprawy przeciwko bogom Asgardu, która rozpocznie ostateczną bitwę, Ragnarök. Tylko Magnus i jego przyjaciele mogą powstrzymać Lokiego, ale najpierw muszą przepłynąć oceany Midgardu, Jötunheimu i Niflheimu i dotrzeć do Naglfara, zanim będzie gotowy wyruszyć w rejs. Po drodze spotkają zagniewane bóstwa morskie, nieprzyjaznych olbrzymów i złośliwego, ziejącego ogniem smoka. Ale największym wyzwaniem dla Magnusa okażą się jego własne demony. Czy ma w sobie to, czego potrzeba, by przechytrzyć podstępnego boga oszusta?


„Najpierw zjedz batonika, świat zniszczysz później.


Umarłam. Przepraszam. Pewnie znowu umrę, bo nie mam kiedy ogarniać życia, a jak już znajdzie się wolna chwila, to nie mam na nic siły. Ten semestr ssie. Przy okazji nie miałam też czasu czytać i tylko dlatego „Statek Umarłych” zajął mi ponad miesiąc. Do rzeczy: Riordana tu jeszcze nie było, bo zawsze brakowało mi pomysłu, jak go w ogóle zrecenzować. To jest człowiek, który chyba energię życiową czerpie z bawienia się czytelnikami, robienia sobie z nas jaj, a wychodzi mu tak dobrze, że jeszcze go za to kochamy. Ja za to siedzę w jego książkach od czasów, kiedy fandom Percy'ego Jacksona tworzył najpiękniejsze gównoburze (kurde, tęsknię, teraz „fejm” już nie wywołuje tak pięknych reakcji), zdążyłam napisać kilka słabych fanfików z tego uniwersum, ogarnąć się w kwestii LGBT i przeprowadzić kilka rewolucji – taki ze mnie członek renesansu, 2014 rok był piękny. Magnus Chase już miał to szczęście albo pecha (sama nie wiem), że wyszedł już po upadku Demigods Polska, a teraz się kończy i chyba już zaczęłam tęsknić. Z Percym jeszcze nie trzeba się żegnać, wątpliwe, żeby Apollo dał mu spokój na dłużej niż kilka miesięcy, a Mango już tylko czeka na Ragnarok. W ogóle to słabe, że bez względu na zakończenie, muszę żyć ze świadomością, że te pysie kiedyś zginą w jakiejś ostro popieprzonej apokalipsie. Mitologia nordycka nie ma serca.
Dobra, to czytanie przez ponad miesiąc to może lekka przesada. Tak do 200 stron czytałam jakoś na wyrywki w trakcie wykładów, a potem wkurzyłam się, olałam wszystko i skończyłam w jeden wieczór. Jak macie trochę więcej wolnego czasu niż ja, to Magnusa pochłoniecie dosłownie w dwa wieczory. Jeśli kochacie Riordana, jego poczucie humoru wymieszane z mitologicznym absurdem i czarujące postacie, ta seria jest kwintesencją wszystkiego, co najlepsze w książkach wujka Ricka. (Dobra, przez „czarujące” mam na myśli popieprzone, kluchowate, kochane i złośliwe cinnamon rolls.) Jest dla starszych czytelników niż Percy Jackson, ale ma jego humor i narrację, koncepcją bardziej kojarzy się z „Olimpijskimi Herosami”, a do tego mitologia nordycka już sama w sobie jest bardzo dziwna, dodajcie do tego riordanowe przedstawianie bogów – to taka pizza ze wszystkimi ulubionymi dodatkami i nie mówcie, że nie lubicie pizzy.
Zapraszam na Naglfar, ja już i tak nie żyję! Yay, paznokcie, zombie i... gigantyczne, spiżowe kaczki. No może nie tak od razu, żeby nie było im zbyt łatwo. Jeśli czytaliście „Olimpijskich Herosów” mogę powiedzieć, że to taki bardziej dziki „Znak Ateny” z większą dozą napieprzania się ze wszystkim, co napatoczy się po drodze – w końcu to wikingowie, jak w trakcie rozdziału ktoś nie zarobi w pysk, nie znajdzie się blisko śmierci czy zwyczajnie nie obije sobie jakiejś części ciała, rozdział się nie liczy. Mało? Ryzyko zaliczenia zgonu przed Ragnarokiem co akapit rośnie. Fajna zabawa, nie? Może fabularnie nie jest to jakoś specjalnie odkrywcze – Riordan już robił takie rzeczy, ale jest tak napisane, że nie powiewa nudą. „Statek umarłych” i „Znak Ateny” mają taki sam szkielet, ale reszta jest zupełnie inna. No i w tym pierwszym nie ma Annabeth – profit!
Zawsze trzeba oddać Riordanowi, że jego książki poza dobrą zabawą, mają jakiś sens. Nie, nie zacznę tutaj słodkopierdzących frazesów o rodzinie, miłości i przyjaźni, bo jeśli autor uznaje, że wpajanie tych wartości czytelnikowi jest takie niezbędne, to chyba ma nas za idiotów. Relacje rodzinne odgrywają ważną rolę, ale to nie takie rodzinki Weasley'ów, o jakich myślicie. Spróbujcie tylko, a Hearthstone obrzuci was najgorszymi runami i motywacyjnymi książkami Odyna, ja pomogę. Wiecie, Riordan stara się, żeby jego książki były mądre, ale nie robi tego natarczywie i nie skupia się na truizmach. W tej części akurat mamy przekrój przez najróżniejsze relacje międzyludzkie, rozumienie ich, spostrzeganie własnych błędów, mam nadzieję, że o kwestii tolerancji po dwóch poprzednich częściach wspominać nie muszę. Ale połapałam się w tym dopiero podczas pisania recenzji – taka niespodzianka, wcześniej nawet się nie zastanawiałam co tam się zadziało pod otoczką nawalanki z olbrzymami i powstrzymywania kolejnego końca świata. Doceniam, bo Riordana nie bierze się dla głębszych przemyśleń, to po prostu przyjemne w odbiorze młodzieżówki, które się pokocha, ale nie narzucają zbyt wiele myślenia dopóki się nie zastanowimy, jedynie zgniatają emocjonalnie.
Nie zostało ani trochę miejsca na przynudzanie, ledwo złapie się oddech po jednym bagnie, w jakie wpadł nasz umarły/nieumarły klusek, a z drugiej strony czają się już kolejne paskudy. Trochę jak na studiach. Nie chcę tutaj niczego spoilerować, a to trochę problematyczne. Mitologicznie też jest świetnie, chociaż będę mieć koszmary o kołczu Odynie. Potem się dziwią, że Loki przeszedł na Ciemną Stronę. Więcej bogów, potworów i dziewięciu światów, tak to mniej więcej wygląda! Tylko zabrakło mi mojego ukochanego gigantycznego wiewióra z niewyparzoną gębą. Dodatkowo w końcu cała ekipa ruszyła tyłki z Walhalli, a co za tym idzie – więcej zabawy!
Najlepsze: postacie! W Obozie Herosów mam Nico, w Walhalli jest za to Alex! Jak ja bym chciała zobaczyć ich kiedyś razem z akcji, ale wszechświat chyba by tego nie wytrzymał. No i to ten jeden z niewielu przypadków, kiedy wkręcam się w główną, potencjalną parę i daję się rozbrajać emocjonalnie jak tylko na siebie spojrzą. Nie ukrywajmy, że Magnus x Alex nie było jedną z najbardziej wyczekiwanych rzeczy w tej książce. W sumie: Magnus x Alec, Magnus x Alex, to nie przypadek! Spisek pisarzy! Spisek, mówię Wam! No, ale nie ma tak łatwo i Riordan tutaj najbardziej gra mi na nerwach, emocjach i perfidnie zostawia fałszywe ślady, robi uniki, kombinuje jak się da. To było tak cholernie irytujące, że aż kocham, w jaki sposób bawił się tym wątkiem. Do teraz nie bardzo wiem, na czym to stanęło, jedyne informacje posiadam od Magnusa, ale on też nic nie wie. Jest jeszcze Blitzstone, ale tutaj umownie trzeba przyjąć, że to zbyt oczywiste. Hearth i Blitz i tak zachowują się jak rodzice całej tej zgrai i nie uwierzę, że tam nic nie ma. Poza tym dramy, dramy i jeszcze raz dramy. Cała załoga Wielkiego Banana, jest świetnie napisana i każde ma jakiś problem, sekrety, mroczną przeszłość, no cokolwiek, Magnus, Alex, Mallory, Halfborn, TJ, Sam – Riordan musiał chyba przemyśleć każdy wariant i każdemu coś wcisnąć. W dodatku wszystko wychodzi przez Lokiego, żeby był jakiś wspólny mianownik. Wychodzi z tego wielkie międzyludzkie zaplątanie, a ja kocham takie sprawy.
Ciężko powiedzieć czy jest coś, za co mogłabym uwalić tą książkę, niby na chwilę pojawiła się Annabeth, ale pojawił się też Percy, a z nim transmitologiczny romans między mieczami (Jack i Orkan to kanon, przysięgam). Boli mnie, że muszę to napisać, ale „Statek umarłych” jest genialnym zakończeniem serii. Chcę jeszcze, za bardzo się przywiązałam do tego świata, było zbyt mało czasu na Magnusa i Alex. Dobra, to samo powiedziałabym o Solangelo, ale Apollo ma dostać jeszcze trzy książki, więc jest nadzieja! Koniec, było zbyt dobrze, żebym mogła tak po prostu rozstać się z tą serią. Polecam Mango. Umierajcie dzielnie!
3

środa, 16 sierpnia 2017

Zupa Zła #1 - Lusiowy problem z Potterem.

Czemu przestałam być fanką Pottera?

Welp, mój paskudnik musiał tu kiedyś zadebiutować. Macie słodkości przed tym wstrętnym postem!

Na początek szybko się wytłumaczę. Mam trochę, a nawet więcej niż trochę, problemów z niektórymi książkami, fandomami czy innymi tego typu rzeczami. I stąd Zupa Zła, potrzebuję się wygadać, napisać co mnie tu i tam uwiera. Taka moja bardzo nieregularna i zależna od emocji seria o wszystkim co, według mnie, jest nieodpowiednie. Nazwa, raz że w nawiązaniu do zupy z "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców", dwa, że bardzo zwięźle opisuje to, co będę tu tworzyć, zupę z totalnie wszystkiego, co "złe". ("Złe" to takie lekkie przekoloryzowanie i uproszczenie, cśśśśś.)
Jestem okropna. Wspominam o tym chyba przy każdej okazji. Dzisiaj okropność wyjdzie ze mnie jak jeszcze nigdy. Tak mnie naszło na ten post przy rozmowie z Kingą z In Love With Books (której przy okazji dziękuję za śliczny nagłówek i w ogóle polecam tego człowieka, wpadajcie tam). Bo już dłużej nie wytrzymam tego wychwalania Pottera! Tak, biorę się za klasykę klasyki literatury młodzieżowej, bo coś mnie w końcu rozsadzi od środka. Nie zrozumcie mnie źle, ten tekst ma być o tym, czemu uważam gloryfikowanie tej serii za przereklamowane. Sama byłam fanką Pottera przez dość długi czas, ale w końcu dotarło do mnie, że to wcale nie są takie niesamowite książki. Doszedł do tego jeszcze fandom, bo Potterheads jako społeczność są nie do zniesienia. No i jeszcze Rowling, bo najbardziej się do tego przyłożyła.
Oczywiście wszyscy książkoholicy znają serię o młodym czarodzieju, nie musieli jej nawet czytać, bo przed HP się nie ucieknie. Większość z nas zaczęła czytelniczą przygodę właśnie od książek Rowling i uważam, że to najbardziej wpływa na ocenę tej serii. Wielu z nas wychowywało się z tymi książkami, a jak nie to chociaż z filmami. Wpadliśmy do magicznego świata, który pokochaliśmy jako dzieci. Tutaj leży pies pogrzebany – często coś, co dobrze wspominamy z dzieciństwa, jest dla nas czymś nieskazitelnym, uważamy, że to musi być dobre i przymykamy oczy na wady tego cosia. Zauważam to wszędzie, chyba nawet sobie zapiszę to zjawisko na jakiś awaryjny temat magisterki. Harry'ego Pottera też to nie ominęło i wątpię, żeby się skończyło równo z rocznikami, które dorastały z Harrym, bo jest to seria, którą uważa się za jakiś prekursor. Co dać dziecku do przeczytania na dobry początek? Harry Potter! Co bywa lekturą w klasach 4-6? Harry Potter! Co kupi się na urodziny początkującemu, młodemu czytelnikowi? Harry Potter! Nie da się zaprzeczyć, że jest to seria dobra dla młodych ludzi. A potem już z górki. Mam wrażenie, że jeśli zapyta się większość książkoholików, od czego zaczęła się ich czytelnicza przygoda, wielu wymieni Pottera. Potteromania ma się bardzo dobrze, ale... Właśnie, moje „ale” – to nie jest wcale genialna seria, jedynie się ją gloryfikuje, bo czy ktoś jeszcze pamięta świat przed Hogwartem?
Wrócę szybko do pytania o początek przygody z książkami. Nie powiem, że moja rozpoczęła się od świata wykreowanego przez Rowling. Tak, to była pierwsza seria, jaką sama się zainteresowałam, ale nie od niej zaczął się mój książkoholizm. Tu składam ukłon w stronę Ricka Riordana, którego uważam za mistrza fantastycznych młodzieżówek. Po HP nie czułam potrzeby zabrania się za cokolwiek innego. Był Potter i się skończył, tyle. Oczywiście, byłam nim zachwycona, ale nie poczułam też zainteresowania czytelnictwem, nie potrzebowałam tego. Jakiś czas później pojawił się Percy Jackson i tutaj coś mnie ruszyło. Nie twierdzę, że to wina oczekiwania na kolejne części „Olimpijskich Herosów”. Miałam potrzebę zajęcia się czymś innym, zajrzenia do innego świata, żeby mnie wiecznie nie skręcało z oczekiwania na kolejne przygody syna Posejdona i reszty półboskiego gangu. Jednak Riordan pobudził mnie do szukania dalej, kolejnych interesujących książek, przez Nico di Angelo wpadłam na „Dary Anioła”, bo nagle wyszło na to, że lubię wątki homoseksualne i jakoś wtedy też przepadłam tak totalnie, że dzisiaj rodzice mi grożą, że jeszcze trochę książek i chyba mnie z domu wywalą. Riordana od Rowling odróżnia też brak zmęczenia materiału. Ten człowiek pisze kolejne rzeczy i kiedy myślę, że już bardziej mnie nie oczaruje, pojawia się taki Magnus Chase! W dodatku widzę, że ma na to wszystko pomysł, nie ciągnie, bo się dobrze sprzedaje, a dlatego, że nadal ma coś do powiedzenia, ostatnio nawet czytałam coś o tym, że planuje wspomagać innych autorów chcących tworzyć na podstawie mitów, chyba powstanie coś na zasadzie półboskiego megawersum. No i nie zachowuje się, jakby zaraz cały świat miał o nim zapomnieć i jakby to była najstraszniejsza rzecz pod słońcem.
Po co to było? Dla skontrastowania z J. K. Rowling, która zachowuje się jak jakaś pisarska diva. Nie twierdzę, że wszystkie jej zachowania są złe, ale spójrzcie chociaż na „Przeklęte Dziecko”, które zdaje się być zbitkiem najbardziej typowych i przy tym najsłabszych pomysłów z fanfiction. Przepraszam za spoilery, zamknijcie oczy, jeśli Wam zależy, ale nie stracicie nic na tym, może uratuję Wasz portfel. Niech to hipogryf kopnie! Dziecko Bellatrix i Voldemorta?! Urodzone na trochę przed Bitwą o Hogwart?! W KTÓRYM MIEJSCU ONI MOGLI TO ZROBIĆ?! Zastanawiałam się nad tym kilkanaście razy i widzę tu kolejny zabieg w stylu „a no bo nic nie wspomniałam w żadną stronę to nie macie prawa się przywalić, jakkolwiek nielogiczne by to było”. To jest nielogiczne, robi z czytelników debili, chociażby z tego względu, że Voldemrot... No kurde, jakiś romans z Lestrange, chociażby kompletnie bezuczuciowy z jego strony, nie jest w jego stylu. Przez cały czas skupiał się na pokonaniu Pottera, tak bardzo spłycając, nie mówiąc o tym, że ten człowiek wolałby się pozbyć problemu, jakim jest dziecko, w tak ważnym dla jego osobistego zwycięstwa momencie. I nie mówię tylko o tym, większość „Przeklętego Dziecka” to żart z fanów, próby zaspokojenia wielbicieli oklepanych fanfiction i totalne OOC (out of character). Powiecie, że to nie jest jej wina, bo nie ona pisała sztukę? Ja twierdzę, że to jej wina, bo miała w nią wgląd, mogła powiedzieć, że coś się nie zgadza, ale przyklepała to swoim nazwiskiem i nie widzi problemu w całej sprawy. (Dla skontrastowania, jeśli kojarzycie ekranizacje Percy'ego Jacksona, wiecie jak bardzo niszczą one książki. A najgłośniej o tym mówi sam Riordan.) Trzeba też spojrzeć na twittera Rowling. Tutaj to się zaczyna prawdziwa kopalnia i najłatwiej to skomentować podejrzanym na tumblrze zdaniem „Zaraz napisze, że Tiara Przydziału jest transseksualna.”. Nietrudno odnieść wrażenie, że większość „nowinek” ze świata Pottera jest robiona pod publikę, byleby mówiono o Harrym i o autorce. Nie zapomnę też akcji związanej z kolorem skóry Hermiony. Dla niezorientowanych – do teatralnego „Przeklętego Dziecka” wybrano czarnoskórą aktorkę, która grała Hermionę. Część ludzi podniosła raban o kolor jej skóry. W tym miejscu należałoby powiedzieć, że najwyraźniej na castingach była najlepsza i z tego tytułu dostała rolę. Jednak teatr rządzi się własnymi prawami i naprawdę liczy się talent. Co robi Rowling? Odpowiada, że nigdzie nie wspomniała o tym, jaki kolor skóry miała książkowa Hermiona. Na nic zdały się zdjęcia fragmentów, bodajże z „Więźnia Azkabanu”, w których dawała wskazanie na jej kolor. Cóż, na miejscu aktorki nie czułabym się najlepiej, że sama autorka nawet nie pomyślała, żeby wspomnieć o jej talencie, tylko sprowadziła to do batalii o kolor skóry postaci, żeby to siebie pokazać z jak najlepszej strony. Szczerze wątpię, żeby akurat Rowling najbardziej nie zależało na takim super słodkopierdzącym wizerunku. Jednak najbardziej mnie bawi i denerwuje jej przepraszanie za śmierć postaci. Ja przepraszam, ale czy jeśli autor podejmuje decyzję o śmierci jakiejś postaci, to nie jest to jego autonomiczna decyzja, za którą nie powinno się przepraszać? Ja to widzę tak, że ma się podstawy do zabicia znanych czytelnikowi postaci, a to żeby bardziej przybliżyć nam realia, żeby wzbudzić odpowiednie emocje, żeby nadać fabule dynamiki, żebyśmy odpowiednio odbierali czarny charakter... Powodów jest wiele i przeprosiny za coś takiego są niczym niepoparte. Ostatnio chyba padło na Snape'a. Pamiętacie jak umarł? Jeśli tak, to wiecie, że ta śmierć była jak najbardziej zasadna i nie mówię tego tylko dlatego, że Tłustowłosy to jeden z moich nemezis. Dla mnie autor, który przeprasza za to, że właśnie w taki sposób poprowadził fabułę, przestaje być wiarygodny. No kurde, zachowujmy się, jakbyśmy wiedzieli co robimy, bo inaczej wydźwięk książek traci sens. Mimo to w całej rowlingowej pogoni za „Nie zapomnijcie o mnie!” powstało coś dobrego – „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Ten film był najpiękniejszą produkcją ze świata czarodziejów i mam nadzieję, że kolejne części będą równie dobre. Jednak scenariusz, mimo że pięknie wydany, nie znajdzie się na mojej półce. Widziałam film, po co mi to? Wolałabym przeczytać coś w zwykłej formie odnośnie samego Scamandera.
To był długi akapit. Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam.
Odnośnie samych książek, obecnie mam mieszane uczucia. Powtarzałam je ostatnio w liceum, czyli nie tak dawno temu. Nie czytało mi się już tak dobrze, jak za pierwszym razem, zauważałam błędy, język był jakiś taki mało zachęcający, momentami się nudziłam. Okazało się, że ten uwielbiany przeze mnie Potter, ideał książek, jest bardzo przeciętny. Od tego momentu zauważam u siebie coraz większy sceptycyzm wobec Harry'ego. Młody czytelnik nie zwraca uwagi na wiele szczegółów, liczy się, żeby łatwo się czytało, ale nie ma też obycia z wieloma książkami, więc sam styl nie jest na pierwszym miejscu. No i tutaj Rowling naprawdę wiele straciła. Po raz kolejny Riordan wygrał, tym razem warsztatem, bo Percy'ego czytałam co najmniej trzy razy, w zeszłe wakacje powtarzałam „Kroniki rodu Kane” i co chwila łapię kolejny Riordanowy twór, który nadal jest skierowany do młodzieży o szerokim przedziale wiekowym. Jego styl nie wydaje mi się taki dziecinny, nie budzi we mnie znudzenia. Mogę go polecić trochę starszym czytelnikom, czego nie zrobiłabym z Rowling. Chociaż najbardziej uwierają mnie liczne błędy w Potterze, zauważyłam, że to dość popularny temat wśród bardziej doświadczonych czytelników. Mogę wspomnieć na przykład o niezbyt przemyślanej liczbie uczniów w Hogwarcie, bo raz odnosi się wrażenie, że jest ich multum, a potem nagle próbujesz przeliczyć to na dormitoria i wychodzi zaskakująco niewielka liczba. Wielokrotnie sprawiało mi to problem, jak jeszcze bawiłam się w potterowskie fanfiction. Gdybym miała recenzować teraz Pottera, nie dostałby on zbyt wysokiej noty, bo po prostu wyłapałabym tyle rozmaitych problemów, że zgrzytałabym zębami. Nie powiem, że tylko Rowling jest tak słaba. Pewnego razu próbowałam przeczytać „Zwiadowców”, pojawił się dokładnie taki sam problem, odpadłam przy początku trzeciego tomu, bo zwyczajnie nie mogłam znieść stylu Flanagana, miałam wrażenie, że autor traktuje mnie jak dziesięcioletnie dziecko. Może na niektóre książki jestem już po prostu zbyt stara, jednak patrzę chociażby na takie „Magisterium”, które jest kierowane do młodszych czytelników i szczerze boli mnie brak kolejnych tomów po polsku! Nie wiem, co się dzieje, że niektóre książki dla młodszych pokocham, a inne staną się dla mnie zbyt dziecinne, chociaż wszystkie powinny być na tym samym poziomie. Właśnie z tego tytułu Potter przestał być moim faworytem, a dostał status przeciętnej książki. Nie jest on jakoś odkrywczy, widać w nim wiele schematów, które istniały na długo przed pojawieniem się Rowling, nie uważam też, żeby był wyjątkowo wartościowy, bo miłość, przyjaźń czy poświęcenie są czymś, co poznajemy od małego i może te czynniki nadają książkom piękna, ale nie uważam, żeby nadawały jakiegoś większego wydźwięku. To takie podstawy i większość zdolnych do życia w społeczeństwie ludzi je rozumie. Śliczne morały nie sprawią, że książka bardziej zaplusuje i jak widzę te teksty „Harry Potter nauczył mnie, co to przyjaźń” chce mi się parsknąć śmiechem. Czy ktoś przed przeczytaniem HP był socjopatą, że nie miał pojęcia na czym polega przyjaźń? Jasne, książki mogą uczyć i poruszać ważne tematy, zmieniać postawy, ale wtedy nie są to oczywistości tylko coś, o czym toczy się dyskusje, o czym być może nie mamy większej wiedzy, bo nas nie dotknęło. Tutaj bym mogła poruszyć temat Dursley'ów czy ofiar przeróżnych konfliktów, bo tu mamy chociażby Freda, Potterów, Lupina i Tonks. Jednak najlepiej brnąć w miłość i przyjaźń, bo to takie C U D O W N E!
Ostatecznym źródłem mojej frustracji jest fandom. Teraz już nie należę do żadnej potterowskiej społeczności, bo szkoda mi psuć sobie nerwy. Czasami mam wrażenie, że ci ludzie są kompletnie zaślepieni, widzą przed sobą jedynie Pottera. Jak raz na tydzień nie padnie, że cała seria powinna być lekturą szkolną, zamiast jakiegoś, tfu, Mickiewicza, to tydzień stracony. Nie bronię tutaj lektur szkolnych, bo i w tym temacie mam wiele uwag, ale nie rozumiem, w czym Potter jest taki niesamowity, że powinniśmy go koniecznie czytać w szkołach. Nie ma tu nic wyjątkowego, żeby można było poprowadzić na lekcjach jakąś dyskusję. Rozumiem dodatkowo w klasach 4-6, gdzie czyta się głównie książki łatwe i przyjemne, ale poza tym? Nie widzę żadnego powodu. Potterheads za to uważają HP za największe dzieło świata i często, jak się z takimi nie zgodzisz, zostajesz zjechany z góry do dołu, wyzywany od debili, dowiadujesz się, że nie znasz się na książkach. Nie widzę wśród tych ludzi zbyt wielu przejawów samodzielnego myślenia, siedzą wśród swoich, wiecznie gloryfikując całą serię, Snape'a, Draco, powtarzając te frazesy, że są Ślizgonami, bo są taaaaaacy wredni, należą do Gryffindoru, bo Gryfoni mają najlepsze postacie i w ogóle to najszlachetniejsi mieszkańcy Hogwartu. Co chwila pojawiają się tematy w stylu „POWINNO BYĆ WIĘCEJ CZĘŚCI!!!” jakby nie widzieli, jak to się skończyło dla Nowego Pokolenia, zapominają, że Potter to zamknięta historia. Są przy tym bezkrytyczni, najlepsi, krystalicznie idealni, same z nich specjalne płatki śniegu i wszelkie próby dyskusji kończą się gównoburzami, którymi jestem już zmęczona. Zawsze na początku maja musi być spam „różdżki w górę”, spam komentarzami, postami i żalami jak to ich boli, że im MĄŻ umarł. Rozumiem jakieś specjalne akcje związane z fandomem, jak danego dnia zobaczę na instagramie ładne potterowskie zdjęcie, to się uśmiechnę, sama czasem wrzucam coś tematycznego, ale niech to będzie coś więcej, niech ludzie się wypowiadają, jak mają coś do powiedzenia i wysilą się na minimum kreatywności zamiast wiecznego „/*”. W pewnym momencie cały fandomowy content stał się tak przewidywalny, że przeglądając facebooka, grałam w potterowe bingo. Nie było trudno zebrać wszystkie punkty programu, a ja byłam coraz bardziej znudzona i coraz mniej rozumiałam ten fenomen. To nie jest jedyny „martwy” fandom, ale na mojej ukochanej (i już martwej) ostoi gównoburzowania czuję jakąś więź z tymi ludźmi, kocham te chwilowe zrywy, kiedy wspólnie cały dzień spędzamy na nabijaniu się z naszych dawnych „problemów” i postów. Pozdrawiam całe Demigods Polska, wszystkich rewolucjonistów, fejmy i ich obrońców, bo z perspektywy czasu to jest po prostu piękne! A w przypadku Potterheads? Shitstormy były wyjątkowo denerwujące, bo ich uczestnicy ani nie potrafili zauważyć pewnych granic, ani nie widzą do teraz swoich błędów i uważają się za wyjątkowo wyjątkowych. Ten fandom jest jak taki rozkładający się zombiak, nie chce umrzeć, ale niewiele może i działa w jakimś zapętleniu. Aż mi przykro, że nie mogę podać tu linka do pierwszej Inkwizytorni, na której znajdowały się największe akcje z Kamaną. Jeśli kojarzycie tą panią, to łączę się z Wami w bólu, jeśli nie to cieszę się Waszym szczęściem. Właśnie ona z całą resztą fandomowych „mistrzyń pióra” najbardziej wpłynęła na moje postrzeganie fanów Pottera. Nie, nigdy nie zrozumiem fanficka o romansie Artura Weasley'a z gumową kaczką. Nie pojmę sensu tych wszystkich Dramione, które są dokładnie tak samo przerysowane, schematyczne, we wszystkich tak samo z Hermiony robi się jakąś top model z Hogwartu, a przy tym zimną sucz, a Dracze jest jakimś bogiem seksu, przestaje być nieznośnym wypłoszem, skarżącym na wszystko ojcu i pogardzającym dosłownie każdym „gorszym” od niego. Jest tego naprawdę wiele. I tak oto fandom obrzydził mi Pottera. Mam totalny przesyt HP na kolejne 20 lat, wątpię, żebym szybciej wróciła do tych książek. Dziękuję.
Na zakończenie chcę powiedzieć, że nie miałam na celu obrazić tutaj normalnych fanów młodego czarodzieja. Ej, no przecież wy możecie uważać moje ukochane książki za słabe i jeśli wyrażacie sensowną, uargumentowaną opinię, to ją uszanuję, chociaż pewnie lekko ugodzi w moje uczucia. Tak zawsze jest. Cały powyższy post jest jedynie moją opinią, nie chcę mówić, co macie uważać, o książkach, fandomie czy autorce. Całość, wraz z porównaniami do innych książek miała przedstawić jedynie mój punkt widzenia. Musiałam w końcu coś o tym napisać. Nie uważam Pottera za naprawdę dobrą książkę, w moich oczach nie zasługuje na gloryfikację, jaka napływa z tak wielu stron, nie czuję się już fanką tej serii. Przybyłam, zobaczyłam i potrafię zrozumieć, że to kochacie, ja też tak miałam, ale w moim wypadku coś się zepsuło. Na pewno pozostanie jakiś sentyment, pójdę na kontynuacje „Fantastycznych zwierząt, być może czasem wrzucę zdjęcie tych książek czy w recenzji nawiążę do mojej dawnej miłości do Hogwartu. No i nigdy nie przestanę kochać Huncwotów, bo oni w tym wszystkim uchowali się względnie bezpieczni. Nie żałuję, że przeczytałam HP, bo za pierwszym razem zapewnił mi niesamowitą przygodę. Tak się stało, że miłość przeminęła. Pewnie ten tekst jest jakiś totalnie rozwalony, zbyt emocjonalny i w ogóle niedotegowany. Straszny zwierz w końcu ze mnie wylazł i trochę zaszalał. Teraz wracam do kluskowatej wersji, która popiskuje na widok kochanych postaci i ładnych fabularnych przekrętów.
Nie zjedzcie mnie, jestem niesmaczna i żylasta
Lucy
16

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Tajne akta Obozu Herosów, Rick Riordan

Tytuł: Tajne akta Obozu Herosów 
Autor: Rick Riordan 
Wydawnictwo: Galeria Książki 
Ilość stron: 170 
Ocena: 9/10 
Opis: W tym przewodniku Percy Jackson i inni mieszkańcy Obozu Herosów odpowiadają między innymi na takie pytania jak: „Co to jest miejsce?” i „Czy mogę zatrzymać koszulkę?”. Nowicjusze mogą poczytać o domkach, sprawdzić swoją wiedzę o magicznych znakach i zapoznać się z rozdziałem poświęconym treningom. Ale Tajne akta Obozu Herosów opisują nie tylko teren obozu i budynki. Książkę uzupełniają opowieści o herosach, dla których obóz jest domem, i takich, którzy zawitali tu tylko na chwilę w drodze w nieznane. Chejron osobiście napisał wstęp zawierający krótki rys historyczny treningu półbogów oparty na tysiącach lat jego doświadczenia. No i oczywiście są tu też boskie słowa mądrości Apollina, ponieważ… no, ponieważ półboscy autorzy woleliby nie zostać pobici, dziękujemy. 

„Nico: Bogowie, wolałbym zostać zamknięty w spiżowym dzbanie z samymi upiornymi ziarnkami granatu niż jeść to pożałowania godne żarcie.

Perseusz Jackson. Tak, mój ulubiony syn Posejdona i początek mojej książkowej obsesji. W końcu musiało pojawić się coś o Riordanie, bo nie ukrywam, że kupię wszystko, co związane z mitologią, a tym bardziej z Obozem Herosów i jest przy tym podpisane nazwiskiem wujka Ricka. Boję się, że kiedyś zabraknie na te wszystkie książki miejsca. A co w tym najlepsze, mam wrażenie, że kolejne dzieła tego autora są coraz lepsze, chociażby „Magnus Chase”, który pobił na głowę wszystko, co wcześniej wyszło spod pióra Riordana, a poprzednie książki były świetne. I tak przechodzimy do najnowszego tworu, jakim są „Tajne akta Obozu Herosów”. 
Szczerze, od wydania „Hotelu Walhalla” miałam wielką nadzieję, że powstanie coś podobnego o Obozie Herosów. Niby powstał jeden przewodnik, ale może lepiej o nim nie wspominać? Nie było to nic odkrywczego, a ilustracje doprowadzały mnie do załamania nerwowego. Najbardziej ucierpiał Nico di Angelo, który jest jedną z moich ukochany postaci. To tak nie mogło zostać. Tym bardziej się cieszę, że polskie wydanie „Tajnych akt...” wyszło bardzo szybko, Galeria Książki pod tym względem nigdy mnie nie zawodzi! A co do samej książki, to pomogła mi zapomnieć o tamtym feralnym przewodniku. Czemu? 
Zacznijmy od samego wydania, bo jest ono przepiękne! Mówię tu zarówno o okładce, która świetnie pasuje do „Hotelu Walhalla”, jak i o wnętrzu. Wspominałam o okropnych ilustracjach w poprzedniku „Tajnych akt...”? Teraz to już przeszłość! W środku znajdziemy wiele pięknych ilustracji przedstawiającymi różne miejsca w Obozie Herosów jak i kilka postaci, w tym wiele odsłon naszego ukochanego boga słońca, muzyki i bojowego ukulele – Apollina, oraz Percy'ego! Poszczególne części mają świetne strony tytułowe, tak jak strony fragmentami apollowego filmu wprowadzającego w świat herosów udają, że są wyciągnięte z kliszy. Po prostu jeden wielki cud! 
Po drugie: treść! „Hotel Walhalla” był typowym przewodnikiem, za to „Tajne Akta...” dorobiły się własnej fabuły, bo to sami mieszkańcy Obozu Herosów po obejrzeniu „Witajcie w Obozie Herosów” postanowili stworzyć coś mniej strasznego. Pojawiło się nawet Solangelo! Kocham Riordana za to, że dał mi chociaż trochę tych kochanych buł! Tutaj poza opisami miejsc i dziwacznymi występami Apolla mamy również kilka obozowych historii, Chejron opowiada o tym, jak w ogóle powstał obóz, czasami trafiamy na wywiad zamiast zwykłej historii i... I przez chwilę nawet Percy i Nico mają bardzo kochaną interakcję, a po rewelacjach z „Domu Hadesa” i „Krwi Olimpu” jest to dla mnie porównywalne do wycieczki do Disneylandu! Są kochani, nawet dali mi zapomnieć, że tam między nimi Annabeth próbowała coś gadać. (A kysz!) No i samo poczucie humoru Nico, tak, to kocham! Trupi humor syna Hadesa... Ej, czekajcie! Nico i poczucie humoru! Widzicie? To ostateczny dowód, że on wreszcie jest szczęśliwy! Coś pięknego. Na koniec oczywiście mamy słowniczek i opis poszczególnych postaci z CHB i tu... Tu mam pewne zastrzeżenie! GDZIE SIĘ PODZIAŁ WILL SOLACE?! Sprawdzałam kilka razy i nigdzie nie było Willa! Co to za pominięcie?! Gdyby nie jego tajemnicze zniknięcie ten dodatek byłby czystym ideałem! 
Polecam „Tajne akta Obozu Herosów” każdemu wielbicielowi Percy'ego i reszty herosowego uniwersum! Może jest to zwykły dodatek, ale jest świetnie zrobiony, czuć w nim wszystko, co tak bardzo ludzie kochają w książkach Riordana. Czyta się szybko i z uśmiechem na ustach, to ideał na jeden wieczór albo jakiś leniwy dzień na plaży. 

Żadne dzieci Hadesa nie zostały zamknięte w dzbanie na potrzeby tej recenzji,
Lucy
0