Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmos. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 lipca 2019

Schematy, schematy i schematy: Cień, Adrianne Strickland, Michael Miller


Seria: Kroniki Kaitanu
Tytuł: Cień
Autor: Adrianne Strickland, Michael Miller
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 522
Opis: Qole Uvgamut jest najlepszą poławiaczką cienia na Alaxaku, prymitywnej i biednej planecie na peryferiach. Do załogi statku poławiaczy dołącza ładowniczy Nev. Nikt nie wie, że to dziedzic arystokratycznego rodu, który występuje w przebraniu, aby zdobyć zaufanie Qole. Tajemnica wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy statek zostaje zaatakowany przez niszczyciel. Okazuje się, że nie tylko Nev i jego krewni mają plany wobec młodej Alaxakanki, rywalizujący ród również chce dopaść dziewczynę. Kluczowy jest tutaj cień – substancja, która stanowi niezwykłe źródło energii. Nev, syn głowy rodu, chce skłonić Qole do wzięcia udziału w badaniach nad cieniem. Po wymknięciu się z rąk wroga poławiaczka zgadza się polecieć z Nevem do siedziby jego rodu i poddać się badaniom prowadzonym przez stryja młodego arystokraty. Na miejscu okazuje się jednak, że ród Dracortów nie ma czystych intencji. Nev staje przed wyborem: ocalenie Qole lub lojalność wobec rodziny.
Ocena: 5/10


Można być mądrym człowiekiem, który nie poleci na „książka dla fanów Kapitan Marvel”. Można też być mną. Dzień dobry, tu wasza książkowa Halinka! Moją dzisiejszą wymówką jest: miałam warsztaty łyżwiarskie, cały zwierzyniec na głowie i okazało się, że nadal mam dramę na studiach. Spokojnie, do września nie stać mnie już na żadne łyżwowe czary mary, więc postaram się bardziej ogarniać sytuację tutaj.
Dzisiaj na tapecie ląduje „Cień”. Na początek przyda się wspomnieć, czego się spodziewałam. Po przeczytaniu opisu miałam nadzieję, że trafi się jakiś kosmiczny pierdolnik z odrobiną fantastyki. Wiecie, jakieś zarąbiste, nadnaturalne zdolności, kosmiczne starcia, szalone loty przez galaktykę, a na dokładkę jakieś nadworne intrygi i przepychanki o władzę czy inną potęgę w postaci tytułowego cienia. Liczyłam też, że nikt nie zacznie monologu o tym, że nie lubi piasku i nie został wyniesiony do rangi mistrza. Znając klasykę space oper cieszmy się, że nikt nie umarł ze smutku. Chociaż nie pogardziłabym jakimś ucinaniem nóg i wpadaniem do lawy. Pomijając nową trylogię „Gwiezdnych Wojen”, moje oczekiwania raczej wydawały się adekwatne do opisu i specyfiki gatunku. No i cóż… Nadal – cieszmy się, że nikt nie był chętny do dzielenia się swoimi uczuciami wobec piasku.
Wiadomo, że jeżeli książka zahacza o tematykę YA, musi być romansik. On zawsze będzie się czaił gdzieś tam w rogu i dźgał pod żebra dość oczywistymi wskazówkami. Jak już się człowiek naczyta czegokolwiek kierowanego do nastolatek, potrafi od razu wywęszyć, w jakim kierunku autor chce pchnąć daną relację. Tylko że w „Cieniu” stosowane są te najbardziej oczywiste schematy i zagrania. To są te najbardziej podstawowe rzeczy, których sama kiedyś używałam. Większość społeczności fanfikowej z nich kiedyś korzystała. I jasne, można to napisać w sposób ciekawy, można się tym bawić, można zrobić to w sposób nieszablonowy. Problem leży w tym, że autorzy „Cienia” zatrzymali się na podstawach i ani razu nie wykroczyli poza nie. Zresztą większość tej książki okazała się bardzo schematyczna. Nev i Qole są najbardziej typowymi postaciami, jakie można było stworzyć. Oboje są kosmicznie niesamowici w tym, co robią, rozwalają przeciwników jak leci, czyste ideały bez ani jednej skazy. Przez to są też niesamowicie nudni i ciężko było mi przejąć się ich losem. Tak naprawdę najciekawszymi postaciami okazali się Eton i Basra, oni dwaj przynajmniej mieli jakąś tajemnicę i nie byli przedstawieni jako ktoś totalnie idealny. Jeszcze Arjan się jakoś łapał na ten wózek, ale on wydawał mi się bardzo mocno zepchnięty na boczny tor, miał do odegrania tylko jedną rolę. „Cień” poległ właśnie na postaciach i schematyczności, bo potencjał miał naprawdę niezły.
Ostatecznie fabuła też nie okazała się bardzo porywająca. Tak naprawdę spodobał mi się wszechświat, który został tu wykreowany. Wielki Upadek, te tajemnicze umiejętności wywoływane przez cień i relacje między królewskimi rodami ciągnęły mnie do tej książki. Przez cały czas miałam nadzieję, że autorzy popchną fabułę w tym kierunku. Tak naprawdę pierwsza połowa książki była potwornie przeciągniętą grą wstępną. Miała z dwa jasne punkty, ale naprawdę, te 250 stron, które głównie opierały się na pogaduchach podczas lotu na Luvos, nie było bardzo porywające. Miałam nadzieję, że chociaż potem coś się rozkręci, że zaczną się jakieś pokrętne intrygi na dworze królewskim i tajemnicze badania. Niewiele tego było, za to dostaliśmy kilka rozdziałów o przygotowaniu Qole na bal i samej imprezie. Zaraz potem szybka akcja i odkrycie większości kart.. No i tyle. Do tego rodzinka królewska też okazała się bardzo typowa i schematyczna, a do tego ta typowa, wredna laska, której zależy tylko na jednym. Miałam trochę skojarzeń z „Czerwoną królową”, ale tamta książka o wiele głębiej weszła właśnie w te dworskie intrygi i pozwoliła trochę się zagłębić w nadnaturalne zdolności bohaterów. W „Cieniu” wątek o mocy Qole został potraktowany naprawdę po macoszemu, wykazała się w sumie jedną umiejętnością, a przez większość książki przejawia się to głównie w tym, że oczy jej ciemnieją. Kurde no, szkoda, bo zdolności związane z cieniem wydawały się jednym z ciekawszych elementów tej książki.
Cień” to takie bardzo przeciętne sci-fi dla młodzieży. Nie trzeba się bać, że nie odnajdzie się w gatunku. Nie pojawiają się tu żadne kosmiczne zawiłości, nie ma naukowego bełkotu. Mogę uwierzyć, że jeżeli ktoś lubi romanse czy jest nieco młodszym czytelnikiem, będzie zadowolony po przeczytaniu „Cienia”. Ja spodziewałam się dużo więcej. Nie mogę powiedzieć, że to był głupi do bólu gniot. To bardzo schematyczny przeciętniak. Ujął mnie pomysłem na świat i ze względu na to czytanie mnie nie męczyło. Ciągle liczyłam, że autorzy zagłębią się w wątki powiązane z Wielkim upadkiem i cieniem, więc czytałam. Jednak to za mało, żeby mnie zadowolić. Mogłabym wyciągnąć kilka innych książek o tej tematyce, które o wiele chętniej bym poleciła, ale próbuję spojrzeć bardziej obiektywnie. Biorąc pod uwagę, że „Cień” totalnie łapie się w tematykę YA, a ja sama w wieku 14 lat leciałam na takie historie – dzieciaki, będziecie zadowolone. No i może przekonacie się do kosmicznych opowieści, one naprawdę nie są tak ciężkie, nie przyprawiają o ból głowy, a odległe galaktyki potrafią być zarąbiście piękne i magiczne!


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Uroboros!

0

piątek, 5 października 2018

Polecajkowa Piwnica #1

Wiecie co? Te wakacje jednak źle na mnie działają. Nagle mam milion planów: tutaj czytać, tam powtórzyć serial, zacząć kolejny, znaleźć górę fanficków i fanartów, napisać coś swojego, bla, bla, bla. Zaraz się wystrzelę w kosmos, bo przygoda! (Nie, nie chce mi się.) W tym wszystkim pomyślałam, że mogłabym trochę podręczyć czytelników blogaska! Nie samymi recenzjami żyję. Tak naprawdę to wolę pisać bardziej rozbudowane czy urozmaicone rzeczy, ale to wymaga więcej pracy i w ogóle pisanie jest męczące. Dlatego dzisiaj jakoś to połączymy. Zachciało mi się stworzyć serię, w której dzielę się z Wami moimi ulubionymi rzeczami. Nie tylko książkami, o nie! Bo tak też zakładam, że blog o samych książkach to za mało. Gotowi na pierwszą przejażdżkę w świat chaosu i pierdolca? Nie ma żadnej konkretnej tematyki, ale zachęcam do czytania. Kto wie, może znajdziecie coś dla siebie?

Star Wars: The Clone Wars (2008)



Całkiem niedawno ukazała się tu recenzja „Ahsoki” i tam już trochę pomajaczyłam o tej animacji. To właśnie dzięki Wojnom Klonów zaczęłam stawiać pierwsze świadome kroki w popkulturze. Zaczęło się to zupełnym przypadkiem, kuzyn uparł się, że w tym konkretnym momencie oglądamy Cartoon Network, a ja z braku innego zajęcia obejrzałam razem z nim jakąś dziwną animację o jakichś dziwnych postaciach z kolorowymi mieczami. Padło na odcinek z wirusem błękitnego cienia, a że od dzieciaka uwielbiałam wszelkie biologiczno-patologiczne wątki, to wzięłam i się zakochałam. Poza tym była tam też Ahsoka, która po prostu mnie zainteresowała. Nadrobiłam wszystkie odcinki w internecie, film pilotażowy mam na płycie, a potem było wyczekiwanie na kolejne sezony.
O czym to właściwie jest? W większości o przygodach Golden Trio z Odległej Galaktyki. Wojny Klonów trwają, rycerze Jedi wraz z armią Republiki Galaktycznej walczą z Sojuszem Separatystów. Po drodze znajdzie się wiele awaryjnych lądowań, trochę zniszczonych kosmicznych flot, przekonamy się, że wszechświat i Moc mają jeszcze wiele nieodkrytych sekretów, a wojna wcale nie jest taka czarno-biała, jak mogłoby się wydawać. Poznamy, jak naprawdę wyglądało kształtowanie się Imperium, jaka była droga do upadku Jedi i wiele innych aspektów, na które w filmach nie znalazło się miejsca. Anakin chociaż raz przestanie być irytującym emo-romantykiem rodem z gimnazjum, w dodatku stworzy przepiękną więź ze swoją uczennicą. (Rycerzyk i Smark to jedno z lepszych brootp i nikt nie zmieni mojego zdania.) Nie ma tu jednej, spójnej fabuły. Bywa, że pojedynczy odcinek to opowieść sama w sobie, chociaż twórcy stawiali głównie na mini serie po 2-5 odcinków. Czasem na pierwszy plan wpadną łowcy nagród czy kosmiczni piraci.
Początkowo może wydawać się to taką głupią bajeczką dla dzieci, ale na (nie)ostatnich odcinkach jest się wgniecionym w fotel, a potem aż chce się wrzeszczeć. Kiedy wracam do tej animacji, często dociera do mnie coś, co dawniej przeoczyłam. Nadal zachwycam się tymi samymi aspektami, ale dochodzą do nich kolejne, trochę szerzej pojmuję pewne wątki. Wielokrotnie zastanawiałam się, jak ta historia mogłaby się potoczyć, gdyby zmienić pewne wydarzenia. Dalej jestem w pełni przekonana, że gdyby storyline Ahsoki potoczyło się inaczej, Anakin nie dałby się ściągnąć na Ciemną Stronę. Nie mogę się doczekać 7 sezonu – jego zapowiedź to taka moja gwiazdka z nieba. I tak między nami: to całkiem dobry sposób, żeby zacząć przygodę z Gwiezdnymi Wojnami. Stara Trylogia jest już trochę nie na czasie – przyjemnie się ją ogląda, ale teraz odbiorca wymaga czegoś trochę innego. Nowa Trylogia – no cóż, pierwsze dwie części ogląda się bardziej ironicznie niż na poważnie, Zemsta Sithów jest dobra, ale Anakin nadal jest wyjątkowo upierdliwy w odbiorze. Wojny Klonów oferują nam lepiej napisane postacie, szersze przedstawienie uniwersum i mnóstwo interesujących historii.

Percy Jackson i bogowie olimpijscy


Pierwsza mitologiczna seria Ricka Riordana – jak dziwnie mi przyznać, że zaczęłam od ekranizacji i za pierwszym razem nie czytałam „Złodzieja Pioruna”. Byłam młoda i głupia! Jednak też zawsze kochałam mitologię. Jako ten klasowy leniwiec w piątej klasie zrobiłam małą rewolucję i zaczęłam się udzielać, bo omawialiśmy właśnie mity greckie. Tylko, że w szkole to jest kilka lekcji, a potem dalej pałujemy Sienkiewicza, Mickiewicza i inną gramatykę. Chciałam więcej, a wujek Rick spadł mi z nieba. Jakbyście mnie kiedykolwiek złapali, choćby w środku nocy, po imprezie Vogule Poland, ja i tak powiem, że Percy bije na głowę Pottera. Koniec, nie ma dyskusji.
Percy Jackson to dzieciak jak każdy inny, niezbyt popularny, trochę problematyczny, ma ADHD i dysleksję. Może w przedszkolu udusił węża czy dwa, ale kto by się tym przejmował? Pewnego dnia dowiaduje się, że starożytni Grecy mieli rację i tam w górze urzędują bogowie tacy jak Zeus, Apollo czy Atena, w dodatku czasem lubią wpaść do świata śmiertelników i spłodzić „kilku” herosów. Percy jest jednym z nich i zanim zdąży się dobrze zorientować, co właściwie wydarzyło się w jego życiu, będzie musiał ruszyć na pełną potworów i wściekłych bóstw misję. Najpierw odnalezienie Pioruna Zeusa, potem ratowanie Obozu Herosów, aż do starcia z armią tytanów. Po drodze natknie się na wiele mitycznych zawirowań, uwolni kilku piratów, zostanie świnką morską i pochłonie tony niebieskiego jedzenia. W większości dobrze wspominam bohaterów, nie raz coś mnie w środku zabolało z ich winy. Niektórymi cytatami mogę rzucać po polsku i angielsku. Rioradan w dobry, a przy tym zabawny sposób przedstawia mity starożytnych Greków. To przystępna i zapadająca w pamięć wersja tego, czego uczono nas w podstawówce oraz wiele ponad to. Kto by pomyślał, że Hades ma dość marudnych pracowników, Cerberowi ktoś po prostu zrobił czarny PR, a Apollo układa tragiczne haiku?
To wyjątkowo urocza seria. Może nie jakaś ambitna literatura, ale Riordan zrobił kawał dobrej roboty i stworzył jedną z bardziej kultowych serii dla młodszych czytelników. Muszę też mu oddać, że pisze w takim stylu, że nawet po tych ośmiu (wow!) latach mogę go czytać i nie czuję, że to już nie jest moja kategoria wiekowa.

Yuri on Ice



Dwa pierwsze twory były ze mną od dawna, więc na koniec będzie powiew świeżości. Może zacznijmy od tego, że prawie w ogóle nie oglądam anime. Nie lubię, często kreska mnie odrzuca, nie przepadam za dość ekspresywnym dubbingiem w wykonaniu japończyków, przesadzonymi pomysłami i tak dalej. Do YoI byłam dość sceptycznie nastawiona, bo sportowe anime to już w ogóle inna bajka. (Free!!! się nie liczy, jak to jest o pływaniu to moje studia są o coachingu.) Tylko po kolei wszyscy ludzie, których choć trochę kojarzyłam się tym zachwycali, jak spora część Internetu. Najczęściej taki hype mnie zniechęca, ale tutaj stwierdziłam, że jak moi znajomi tak pokochali animowanych łyżwiarzy, to warto spojrzeć, co to takiego.
Dobra, to jest drama, a nie sportowe anime. Yuuri, Yuri i Victor to królowie dramy, a reszta postaci im w tym dorównuje. Jednak może poudawajmy przez chwilę, że chodzi o łyżwiarstwo. Yuuri Katsuki jest łyżwiarzem figurowym, tylko dość mocno zawalił ostatni sezon i postanowił sobie odpuścić tę imprezę. Jednak wszystko się zmienia, kiedy do sieci trafia nagranie, jak nasz Japończyk jedzie program łyżwiarskiej legendy – Victora Nikiforova. Pomyślicie „i co z tego”? No cóż, Vitya dochodzi do wniosku, że ta azjatycka klucha to jego inspiracja, rzuca wszystko i leci do Japonii, bo tak sobie postanowił zostać trenerem Katsukiego. Zapomniał tylko, że w Rosji zostawił Wściekłego Kociaka aka Yuriego Plisieckiego, któremu obiecał ułożyć program na jego debiut w seniorskich zawodach. Tym sposobem mamy już dwóch dzikich, ruskich łyżwiarzy w Japonii. Co z tego wyniknie? Błyszczące wdzianka, potrawka wieprzowa, dzikie kombinacje skoków i wiele innych. Przy okazji w ostatnich odcinkach pojawia się plot twist, tańce na rurze i niezłe groźby przy skakaniu poczwórnego Salchowa.
Czemu? Co we mnie wstąpiło? No lubię dramę, Plisiecki został moim pysiem, a łyżwiarstwo figurowe okazało się bardzo ładne. To prawdziwe jest nawet piękniejsze, wiecie, grube rozkminy czy ten łyżwiarz na serio ma aż tak dobry tyłek czy to jakiś push-up. Chociaż w dużej mierze wymieniam Yuri on Ice ze względu na mnie. Po pierwsze: dało nowe życie moim włosom. Przekonałam się do ścięcia ich na Plisieckiego i nagle przestały się kruszyć. Po drugie: zostałam najgorszą figurówką pod słońcem! Tak pokochałam łyżwiarzy, że sama postanowiłam się czegoś nauczyć. Może jest to koślawe, może mój piruet wygląda jakbym chciała umrzeć, może łyżwy figurowe to niewdzięczne twory próbujące zabić moje stopy, ale nie ma dla mnie lepszego zajęcia. No i po dwóch latach od obejrzenia YoI przymierzam się do mojego własnego Salchowa, tylko żebym nie zapominała skoczyć... Chyba głupszej motywacji nie znajdziecie, ale ja lubię popełniać głupoty. No spójrzcie na moje posty! ♥

0

wtorek, 11 września 2018

Tak trzeba pisać postacie: Ahsoka, E. K. Johnston

„Skoro nie jesteś Jedi... to kim w takim razie jesteś, Ahsoko Tano?”


Tytuł: Ahsoka
Autor: E. K. Johnston
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 318
Ocena: 10/10
Opis: Ahsoka Tano, niegdyś lojalna padawanka Anakina Skywalkera, chce spędzić resztę życia w służbie zakonowi Jedi. Niestety, bolesna zdrada sprawia, że opuszcza jego szeregi i postanawia kroczyć własną ścieżką. Mimo to Anakin i inni Jedi zawsze będą na nią czekać, gotowi ją przyjąć, gdyby potrzebowała ich pomocy lub gdyby to oni potrzebowali jej.
Wówczas władzę w galaktyce obejmuje Imperator, a Jedi zostają bezlitośnie wymordowani z jego rozkazu. Zdana na samą siebie Ahsoka wątpi, czy kiedykolwiek jeszcze zdoła znaleźć sobie miejsce we wszechświecie. Zaszywa się na niepozornym rolniczym księżycu i zaprzyjaźnia się z dziewczyną imieniem Kaeden. Zamierza tu wieść skromny, spokojny żywot... Okazuje się jednak, że nie zdoła uciec ani przed przeszłością, ani przed Imperium. Gdy na księżycu zjawia się imperialny okupant, Ahsoka musi wybrać: kryć się czy stanąć do walki, nawet jeśli oznacza to konieczność ujawnienia własnej tożsamości. Ta decyzja zmieni życie wszystkich jej bliskich... i przyniesie galaktyce nową nadzieję.

„Kiedy wreszcie do ciebie dotrze, że jesteś teraz zdana sama na siebie? Ich już nie ma. Nie ma! Są martwi. zostałaś tylko ty.”


Ja tak na wstępie dodam: drodzy fani wszelkich StarWarsów, jeśli przypadkiem tu trafiliście, bądźcie świadomi, że po drugiej stronie nie siedzi żaden poważny znawca popkultury. Jestem tylko samozwańczą, amatorką - recenzentką, która po prostu tak, a nie inaczej wpadła w „Gwiezdne Wojny”. Niezbyt interesuje mnie tu "wiele poważne" dyskutowanie o tym, czy się znam na tym świecie, czy ta lub inna postać ma prawo bytu. To nie jest sprawa życia i śmierci, ja po prostu chcę się cieszyć tym, co lubię. Miejcie trochę high groundu i uspokójcie swoje zbolałe dupska! ♥
Są takie postacie, które raz się pokocha i z czasem ta miłość jedynie rozkwita. Wiecie, niektórzy lecą na takiego Draco czy innego Snape'a (wtf, what is wrong with you, people?), czasem jest to jakiś błyszczący krwiopijca czy półkrwi syrenek zażerający się niebieskim żarciem. Ja mam Ahsokę.
Where is Ahsoka?
Who is Ahsoka?
Why is Ahsoka?
Ahsoka Tano, czyli jak wywołać burzę w fandomie „Star Wars”, zanim stało się to powszechne. Było mi dane poznać ją jakieś dziewięć lat temu, zanim w ogóle poznałam Chłopca, Który Przeżył czy innego Percy'ego Jacksona. No i jako dwunastoletni stwór dałam się wciągnąć w „Wojny Klonów”, w ogóle w całe „Gwiezdne Wojny” właśnie przez Ahsokę. Sama dokładnie nie wiem czemu, ale tak mi już zostało. Moje ukochane „dziecko” dorastało razem ze mną, ewoluowało, przeżyło kilka tragicznych fanfików – niczego nie żałuję, przy najgorszych fanfikach poznaje się najlepszych ludzi. Ostatni, jak na tamten czas, sezon Wojen Klonów był takim ciosem prosto w serce. Bo oglądałam to równo z premierami, z polskimi napisami (w tym wypadku dubbing ssie), a było z tym trochę kombinowania. Najpierw nie wierzyłam w to zakończenie, potem je opłakiwałam, bo to w żadnym wypadku nie było coś, na co moja ukochana postać zasłużyła. Najzabawniejsze jest to, że dopiero kilka lat później jestem w stanie złożyć pełniejszy obraz tej postaci, a i tak wszędzie mam jakieś miejsca na dopowiedzenia.
Teraz... No cóż, niby powstało „Rebles”, niby ona tam jest, ale potwornie trudno było mi się w to wgryźć. To nie była dokładnie ta sama Ahsoka, a po obejrzeniu jednego sezonu główny bohater i styl animacji potwornie mnie irytowały. Potrzebowałam czegoś więcej, żeby się za to zabrać i teraz mogę powiedzieć „Hello darkness, my old friend”. Tylko jeszcze nowy sezon „Wojen Klonów”, bo stał się cud. Ale najważniejsze jest co innego. Po przejęciu „Star Wars” przez Disney'a powstała książka w całości o Ahsoce. Najwspanialszy prezent dla takiego świra, jak ja. Trochę to trwało zanim pojawiła się po polsku, ale w końcu jest! Jak zobaczyłam w empiku te kilka egzemplarzy „Ahsoki”, szybko stwierdziłam, że nie liczy się stan konta. Ona tam była, czekała na mnie, przecież nie mogłam jej zostawić. Po tych wszystkich latach...
Wow, to był naprawdę długi wstęp, ale o tej książce nie da się pisać w oderwaniu od całej reszty. „Ahsoka” jest genialnym dopełnieniem historii tej postaci, a autorce świetnie udało się uchwycić jej charakter. W końcu to nie byle kto, a padawanka Anakina Skywalkera, gdyby całe „Gwiezdne Wojny” miały potoczyć się inaczej, to Ahsoka na pewno miałaby w tym znaczącą rolę. Można tu postawić naprawdę wiele teorii, jakby to mogło się potoczyć, gdyby odgórnie nie było ustalone, że Anakin zostaje Vaderem, a Senat... znaczy się Imperator Plapatine przejmuje władzę. Gdyby tylko została w Zakonie Jedi, największy złodupiec w galaktyce miałby o jedną przeszkodę więcej do ściągnięcia Skywalkera na Ciemną Stronę. Ja przez tę książkę wracam do wszelkich fanowskich teorii. No i nie da się zignorować, że Ahsoka miała też swój udział w kształtowaniu się Rebelii i walce z Imperium, co tutaj jest jednym z ważniejszych wątków. W ogóle uwielbiam to wypełnianie luki między „Zemstą Sithów” a „Nową Nadzieją”, gdzie na razie to było jak „no powstała sobie Rebelia... O, patrzcie! Luke Skywalker!”. Nie, teraz postacie z Nowej Trylogii dochodzą do głosu i realnie przedstawia się ich wpływ na losy Odległej Galaktyki po Rozkazie 66.
Nie lubię się zbyt mocno z książkami z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”, w większości wydawały mi się bardzo toporne, ciężko się je czytało. „Ahsoka” okazała się kompletnym zaskoczeniem w tej materii. Była wyjątkowo przyjemna w odbiorze, ani trochę mnie nie zmęczyła. To ten typ książki, która po prostu przepływa i zanim się obejrzysz, jesteś na końcu. Ubolewam, że była tak krótka, chociaż nie była w żadnym wypadku niepełna.
„Ahsoka” skupia się... No na Ahsoce, ale nie do końca w takim sensie, w jakim oczekiwałam. Sądziłam, że bardziej będzie skupiać się po prostu na jej życiu po opuszczeniu Jedi. Tak o, jak padawanka Tano przeżyła okres pomiędzy „Wojnami Klonów” a „Rebeliantami”. Jednak okazało się to dużo bardziej złożone. Jeżeli chodzi o przedział czasowy, jest on dość krótki i skupia się głównie na inwazji Imperium na Raadę. Nie brakuje tu akcji, ale nie ona jest najważniejsza. Czytelnik ma poznać samą Ahsokę, a książka skupia się głównie na jej dojrzewaniu do pewnych decyzji i pogodzeniu się ze swoją przeszłością. Pomiędzy rozdziałami pojawiają się też wspomnienia powiązane albo z pewnymi wydarzeniami, albo przedstawiające samą Ahsokę, nawet, jeśli nie są to jej wspomnienia. Wyjątkowo spodobał mi się fragment z Anakinem, chwilę przed pojawieniem się jego przyszłej uczennicy. Nie przepadam za nim jakoś specjalnie, ale uwielbiam relację tej dwójki i każdy fragment przedstawiający, jak się ona kształtowała, to miód na moją duszę. Właściwa fabuła nie była czymś odkrywczym, ale bardzo dobrze wkomponowała się w samą historię. Takie przedstawienie, jak Imperium najeżdża kolejną społeczność, by wykorzystać ją do własnych celów. Rolnicy chcą stawiać opór, ale ani trochę się na tym nie znają i to jest moment, w którym nasza bohaterka musi kolejny raz stanąć do walki. Chociaż jest już zmęczona wojną i starała się przed nią ukryć.
Sama Ahsoka, bo przecież to o nią tu chodzi, sprawiła, że pokochałam ją jeszcze mocniej. Autorka poruszyła tu kwestie, które były dość oczywiste, ale raczej nikt się nad nimi nie zastanawiał podczas oglądania serialu. No wiecie, jednak branie udziału w galaktycznej w wojnie w wieku czternastu lat raczej nie jest czymś, nad czym od tak przechodzi się do codzienności. Tak samo, jak porzucenie całego swojego życia, kiedy nigdy nawet się nie zastanawiało, jakby miało ono wyglądać w innym wydaniu. A potem znowu wciągają cię w jakiś konflikt. Wszyscy ludzie, których się znało, znikają z mapy wszechświata, a ty musisz wiać przed władającym całą galaktyką Imperium. Nie zazdroszczę. Na początku Ahsoka chce jedynie pozostać w ukryciu, próbuje się pogodzić z wydarzeniami z ostatnich lat, odrzuca to, co mogłoby ją łączyć z Jedi. To całkiem zrozumiałe z wielu powodów, jak na przykład to, że za samo używanie Mocy, Imperium wyśle za tobą pościg. Były takie momenty, że aż mnie coś w środku ściskało i chciałam krzyczeć, że ona zasłużyła na coś lepszego. Czasami zaś uderzała mnie taka przyjemna nostalgia i po prostu rozpływałam się ze szczęścia. W sumie ciężko się nie zgodzić, że Anakin i Obi-Wan okazali się dla niej kimś w rodzaju rodziców. Tutaj naprawdę ciężko byłoby mówić o samej relacji mistrz – uczeń. Nie zabrakło też miejsca dla Rexa czy mistrza Plo. Autorka nawet przemyciła historię, jak to się stało, że mała Ahsoka trafiła do Zakonu Jedi. Jednak poza tymi drobnymi rzeczami, które tak kocham, jest też główny sens tej historii. Jak już wspominałam, na początku Ahsoka jedynie chce się ukryć w jakimś ciemnym końcu galaktyki, z dala od Imperium, jednak nie jest jej to dane. Unika jak może kolejnych konfliktów, a one i tak ją znajdują. Podświadomie jednak nie potrafi zerwać ze swoją przeszłością, świetnie to widać w momencie, w którym orientuje się, że zbiera części składające się na miecz świetlny. Powoli kończą jej się miejsca, w które może uciec, a galaktyka już nie jest miejscem przyjaznym dla Jedi, nawet jeżeli ona się już za jedną z nich nie uważa. Powoli dochodzimy do momentu, w którym Ahsoka przekonuje się, że nie jest w stanie wymazać ze swojego życia tego, kim była. Małymi krokami zaczyna coraz bardziej angażować się w rebelię, chociaż nie jest to jeszcze Rebelia. Robi wszystko sama, przekonana, że na świecie nie ma już nikogo, kto mógłby ją wesprzeć, ale tak się nie da. Padawanka Tano powoli staje się Fulcrum.
Naprawdę nie mam tu żadnych zarzutów. „Ahsoka” jest tym, co najbardziej lubię w książkach. Po prostu dostałam swoją ukochaną postać i przez większość czasu zajmujemy się jej życiem, charakterem, poznajemy jej perspektywę na całe uniwersum i obserwujemy, jak radzi sobie z pewnymi zdarzeniami. Na nowo zbudziła we mnie tego wariata, co tylko tworzyłby inne wersje całej historii i eksperymentował ze zmianami. W tym momencie raczej nikt już nie powinien się obrażać o jej obecność w kanonie. Ta książka świetnie uzasadnia obecność Ahsoki we wszechświecie. No i bardzo dobrze się to czyta. To była czysta przyjemność.

„I'm at your service, Master Kenobi, but I'm afraid I've actually been assigned to Master Skywalker.”
0

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Niebo pełne gwiazd: Gemina, Amie Kaufman, Jay Kristoff


„Dwa wszechświaty tańczą w obliczu katastrofy.”


Seria: The Illuminae Files
Tytuł: Gemina.  Illuminae_Folder_02
Autor: Amie Kaufman, Jay Kristoff
Wydawnictwo: Moondrive
Ilość stron: 631
Ocena: 10/10
Opis:Stacja skoku Heimdall – najnudniejsza stacja kosmiczna w galaktyce.
Hanna Donnelly – rozpieszczona córeczka kapitana stacji Heimdall, która swój pobyt na końcu galaktyki traktuję jako największą karę.
Niklas Malikov – niepokorny członek rodzinnej organizacji przestępczej Dom Noży z kryminalną przeszłością.
BeiTech Industries – korporacja, która prowadzi agresywną politykę zmierzającą do przejęcia kontroli na wszystkich koloniach w galaktyce zasobnych w złoża.
Lanimy – drapieżniki hodowane na kosmicznych farmach; z ich wydzielin wytwarzany jest silnie uzależniający halucynogenny narkotyk.
Mało? Do tego wszystkiego dodajmy hakerów, elitarną jednostkę Bei Techu wysłaną na stację Heimdall w celu likwidacji jej mieszkańców oraz awarię tunelu czasoprzestrzennego grożącą zagładą wszechświata.
I reaktywację AIDANA...

„Nawet jeśli przyjdzie ci umrzeć straszną śmiercią w trzewiach kosmosu, odejdziesz ze świadomością, że BeiTech Industries spotka zasłużona kara. Oczywiście przy założeniu, że ja nie umrę. Co jest prawdopodobne, ale nie pewne.”


Czasem tak mam, że moja wredna ciekawość pakuje mnie w dziwne akcje, jak to było na przykład z „Illuminae”. Najpierw miałam tylko pomamrotać, że znowu jakieś kosmiczne romansidło, a skończyło się na tym, że przez rok jęczałam, że chcę już „Geminę”. Właśnie mija te dwanaście miesięcy, a ja teraz zmieniam repertuar na „dawać trzeci tom”. (Coś w trawie piszczy, że „Obsidio” będzie trochę szybciej!) Czy będzie dużym zaskoczeniem, jeżeli powiem, że drugi tom był równie dobry, co pierwszy? Bo tak właśnie jest, chociaż „Gemina” jest również czymś zupełnie innym. W „Illuminae” mieliśmy kosmiczny pościg, szaloną sztuczną inteligencję i nieznanego wirusa. „Gemina” za to jest partyzantką na stacji kosmicznej przejętej przez wrogich złoli* , w reaktorze czają się kosmiczne pasożyty, a przy okazji gdzieś zaplątały się równoległe wszechświaty i zakrzywienia czasoprzestrzeni. Jaki z tego morał? Nigdy nie otwieraj farmy narkotyków w środku kosmosu.
Na początku miałam pewien problem z wgryzieniem się w tę część. Zmiana bohaterów, perspektywy, miejsca akcji i ogólnie wszystkiego sprawiły, że musiałam na nowo wdrażać się w tę serię. To jak włażenie na lód po dwóch miesiącach przerwy – nogi lecą do środka, a po kilku sekundach już lecisz na tyłek, trzeba na nowo się przyzwyczaić. Jednak, kiedy już wszystko wskoczyło na swoje miejsce i cała fabuła mogła naprawdę ruszyć, dałam się kompletnie wciągnąć. Chociaż tym razem postacie już miały dla mnie znaczenie. Rok temu mówiłam, że nie trzeba się nimi przejmować, ale teraz muszę zmienić zdanie. Wiecie, ja nawet trochę zatęskniłam za Kady, a jak pojawił się AIDAN to aż piszczałam z radości. Nie znaczy to, że bohaterowie „Geminy” byli jacyś nie do życia, dostaną swój własny akapit.
Forma zachwyca tak samo, jak w pierwszym tomie. Jest tu trochę więcej tekstu, nie ma kosmicznych bitew ze względu na miejsce akcji. Graficznie jestem zachwycona, forma przekazu niektórych momentów jest po prostu piękna i chyba żadne rozbudowane opisy nie wywołałyby we mnie takich emocji. Najbardziej mnie ujęły opisy z dwóch rzeczywistości naraz, rany, genialnie to zrobili. Trzeba też oddać Moondrive, że naprawdę postarali się z tym wydaniem. Jednak w Polsce niewiele książek wydaje się z taką starannością, w twardej oprawie, z porządną obwolutą, do tego z tak dobrym papierem. Już w ogóle nie mówię o tym, że tłumaczenie i oprawa graficzna w tej książce to wyjątkowo skomplikowana robota. Po otrzymaniu paczki po prostu jak najszybciej dobierałam się do książki i kartkowałam ją, żeby nacieszyć oczy. No i to nie jedyna rzecz, jaka tam się znalazła. Cały pakiet przygotowany do „Geminy” to cudo nad cuda. Gwiezdne skarpetki i kosmiczny kubek mnie ujęły, szczególnie, że od razu da się wyczuć dobre wykonanie. Pocztówki, zakładki i naklejki też są przeurocze. Spotkała mnie jeszcze ta „przygoda”, że mój pakiet okazał się trochę wybrakowany. Kolejny raz muszę posłodzić, bo prawie od razu sytuacja się wyjaśniła i prawie od razu brakujące rzeczy zostały dosłane. Kłaniam się, z tej strony wszystko zostało zrobione wręcz idealnie.
Fabularnie jest totalne zaskoczenie. Jasne, że przejęcie stacji kosmicznej przez wrogich agentów/płatnych morderców, drapieżne stwory czające się wewnątrz stacji i widmo zniszczenia statku z uchodźcami z Kerenzy wystarczą do stworzenia niezłego bałaganu. Autorzy stwierdzili, że to jednak nie koniec ich intryg. Początek jest dość mozolny, musimy przejść przez ściąganie sił BeiTechu, założenie hodowli lanim i takie duperele, żeby było z czego składać fabułę. Jednak jak już wszyscy aktorzy są na swoich miejscach, zaczyna się niezła jazda. Najbardziej zaskakujące jest to, że przez około 500 stron z 631 czytamy o mniej więcej 24 godzinach. Po tym, jak już akcja się zaczyna, nie ma miejsca na nudę. Z każdą stroną odkrywamy nowe fakty, poznajemy przeszłość bohaterów, pojawiają się zwroty akcji – po prostu nie da się oderwać. Najbardziej emocjonująca jest końcówka, oczywiście. Ostatnie sto stron to szaleńcza jazda w stronę końca świata, czułam się, jakby zaraz to mój wszechświat miał się rozpaść. Często autorzy podsuwają fałszywe tropy, mydlą nam oczy, żeby potem okazało się, że nigdy nie wpadlibyśmy na to, jak z nami pograli. Przez te gierki już nie mogę doczekać się „Obsidio”. No i tak, początek jest mozolny, ale daje czas na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji i postaci. Gdzieś to musiało się zacząć, więc nie uważam tego za wadę.
Z postaciami zżyłam się bardziej niż w „Illuminae” i jak już wspomniałam, okazało się, że stęskniłam się za Kady. Wcześniej była ok, ale za dobrze jej wszystko wychodziło. Ezra... No cóż, on to już niech się nie odzywa. Przy Niklasie jest jeszcze bardziej przezroczysty, niż był w pierwszym tomie. Właśnie to Nika najmocniej polubiłam, chłopak miał nieźle popieprzone życie. Nastoletni gangster po odsiadce, z mroczną przeszłością... Ha! Żaden z niego bad boy. I dobrze, jakby takiego zgrywał, to chyba bym się zastrzeliła. To taki wesoły, zakręcony chłopak, o którym aż chce się więcej czytać. Okazał się wyjątkowo autentyczny i pozytywny, nie spodziewałam się tego. Z Hanną już miałam pewne problemy, jednak z niej jest taka księżniczka, której działania da się łatwo przewidzieć. Do tego jest wielką królową spuszczania manta. Eh. Na początku naprawdę już się szykowałam na ogłoszenie jej jako najgorszej postaci w tej serii, ale w trakcie jakoś się to wyrównało. Na pewno nie będzie moją faworytką, ale nie czuję, że mam za co jej się czepiać. Mogę to tylko wyjaśnić przez drastyczną zmianę warunków, w jakich się znajdowała. Nie zrobiła się rozmiękłą kulą, która tylko się użala, jak to jest strasznie. Autorzy uniknęli też robienia z niej wielkiej bohaterki i zbawicielki, która wbija na mostek i załatwia wszystkich wrogów bez mrugnięcia okiem. W tej części większą rolę odgrywają główni bohaterowie i szczerze mówiąc, mam z nimi lepsze wspomnienia niż z Kady i Ezrą. Nik i Hanna dostali więcej miejsca dla siebie i wydają się autentyczniejsi. W obu przypadkach jestem zadowolona, każde z tych podejść zapewniło tym książkom sukces.
„Gemina” i „Illuminae” w ostateczności mocno się od siebie różnią, łączy je historia i forma, w jakiej zostały napisane. Obie są dobre i z chęcią się je czyta. Przysięgam, że jeśli tylko nic nie będzie wam przeszkadzać, na każdą z nich wystarczy weekend. Ja „Geminę” przeczytałam w jakieś trzy dni i to z poważnymi zakłóceniami w moim otoczeniu, a nie czytam jakoś ekspresowo. Ta książka, to świetna kontynuacja, nie trafiła jej „klątwa drugiego tomu”, spełniła wszystkie moje oczekiwania, a nawet dała więcej. Chciałabym już mieć „Obsidio”, ta historia jest zbyt wciągająca, żeby znowu ileś miesięcy czekać na kontynuację.

„Ułamek sekundy. Wieczność. W głąb. Przez próg. Szeroki na mikron. W niezmierzoną dal. To tylko dwie z nieskończenie wielu możliwości.”

*Złole - specjalnie dla mojej super korektorki, to takie małe nawiązanie do Deadpoola. Jednak jestem popkulturowym zwierzem i do słownika włażą mi takie dziwne teksty. ♥
12

niedziela, 10 czerwca 2018

Babciu, dlaczego masz takie wielkie zęby? Scarlet, Marissa Meyer

„To bardzo ważne, żeby ludzie na Ziemi byli zbyt przerażeni, by w ogóle pomyśleć o oporze.


Seria: Saga księżycowa
Tytuł: Scarlet
Autor: Marissa Meyer
Wydawnictwo: Papierowy księżyc
Ilość stron: 311
Ocena: 10/10
Opis: Baśniowo-futurystyczna opowieść, w której Czerwony Kapturek spotyka Kopciuszka.
Cinder - bohaterka pierwszego tomu bestsellerowej Sagi Księżycowej powraca i kolejny raz wpada w wielkie kłopoty. Tymczasem po drugiej stronie świata znika babcia Scarlet Benoit. Szybko okazuje się, że Scarlet nie wie o niej wielu rzeczy. Nie wie także o śmiertelnym niebezpieczeństwie, w jakim przeżyła całe swoje życie. A kiedy spotyka Wilka, pięściarza, który może posiadać informacje o miejscu pobytu jej babci, wzbrania się przez zaufaniem mu. Coś ją do niego jednak przyciąga. 
A jego do niej. 
Kiedy Scarlet i Wilk wyjaśniają jedną tajemnicę, natychmiast napotykają na następną, a to prowadzi ich do Cinder. Teraz razem muszą stale być o krok przed Levaną, mściwą królową Księżycowych. 

Nie dziękuj mi za mówienie ci prawdy, kiedy kłamstwo byłoby dla ciebie zbawieniem.


„Saga księżycowa” po raz kolejny! Drugie tomy mają to do siebie, że często wypadają gorzej, są jakieś takie nijakie i w ogóle nie wiadomo, o co im chodzi. „Scarlet” to nie dotyczy. Może nie wywołała aż takiego zachwytu, bo świat przedstawiony już znałam i zdążyłam się do niego przyzwyczaić. Sama fabuła również toczyła się nieco spokojniej, nie było dramatów z macochą czy dramatycznych ataków epidemii. Najwięcej takich punktów krytycznych znalazło się na końcu. Jednak kontynuacja „Cinder” ma swój własny czar. Przewiduję, że każda kolejna książka z tej serii będzie nieco inna, a to ze względu na to, że opowiadają one historie różnych bohaterek i oparte są na innych baśniach. Tym razem przyszedł czas na Czerwonego Kapturka.
Muszę przyznać, że ta konkretna bajka nie była moją ulubioną. Kiedy byłam młodsza baśń o dziewczynce w czerwonej pelerynie i wilku pożerającym ją i babcię była dość przerażająca. Potwornie bałam się wilków i potrafiłam urządzić niezłą dramę, jak rodzice chcieli mnie zabrać na spacer do lasu. Może mi przeszło, ale podczas czytania ani na chwilę nie przestawałam być czujna. Postać Wilka wywoływała u mnie niepokój, choć nie od początku. Najpierw naprawdę wydawało mi się, że to całkiem przyjemny koleś, potem wszystko zaczęło się babrać i już nie wiedziałam, komu ufać. Muszę przyznać, że jednak takiego dziwnego zwrotu akcji się nie spodziewałam. Czy wilk jest naprawdę zły? O tym musicie przekonać się sami.
Nie mogę powiedzieć, że fabularnie to jest w 100% Czerwony Kapturek, byłoby to wielkie niedopowiedzenie! Jeśli czytaliście „Cinder”, wiecie, że zakończenia nie dało się od tak pozostawić i zająć się kolejną postacią. Nasza znajoma cyborg powraca i to z przytupem, w dodatku w towarzystwie kapitana Throne'a. Razem pakują się w kłopoty, a przy tym odkrywają kolejne fakty na temat księżniczki Selene. Nie da się też zapomnieć o księciu Kaito, odstawienie go na boczny tor byłoby zbrodnią! Jednak mniej więcej połowa książki skupia się właśnie na Wilku, Scarlet i poszukiwaniach zaginionej babci tytułowej bohaterki. Po drodze natrafiamy na coraz więcej tajemnic i zagadek. Jak już wspomniałam, postać Wilka jest dość skomplikowana, przez większość czasu nie ma się pojęcia, kim ten koleś jest naprawdę. Kiedy już tajemnica się wyjaśnia, zaczyna się dziać. Księżycowi również nie zostają w tyle, można powiedzieć, że dopiero teraz pokazują pazury. Bez spoilerów mogę napisać, że robią wielką, pokrętną zadymę. Jak nie wiesz o co chodzi, chodzi o księżycowych. To tacy Reptilianie... O chwila! A może to są Reptilianie? *mroczna muzyka w tle*
„Scarlet” zawiera w sobie znacznie więcej wątków, a przy tym zachowuje spójność, którą miałam okazję poznać w „Cinder”. Trzeba przyznać autorce, że świetnie sobie radzi z ogarnianiem tylu postaci, intryg i akcji naraz. Nie wyłapałam tu żadnej niespójności, choć przyznaję, że byłam nastawiona na rozrywkę, a nie wyłapywanie błędów. Chociaż z drugiej strony jestem marudą i jakby coś mi zgrzytnęło, od razu bym na to marudziła. Nie da się nudzić przy tej książce, co chwila dzieje się coś, co wymaga kolejnych wyjaśnień, wywołuje sprzeciw, rozbudza ciekawość i tak dalej. Przy „Scarlet” nie da się nudzić.
W postaciach również nie zauważam żadnych odstępstw od pierwszego tomu. Każdy jest jak figura na szachownicy, przy czym rozgrywka jest od początku przemyślana. Znajdują się w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie (choć może sami tak nie uważają). Są napisani idealnie do swoich ról, wydają się przemyślani od A do Z. No i kapitan Throne, który kompletnie ujął moje serce. Mam podejrzenia, że był wzorowany na pewnym galaktycznym szmuglerze, o nazwisku Solo i imieniu Han. O Wilku już się wypowiedziałam. Pozostała Scarlet. Mogę powiedzieć, że to po prostu nie mój typ? Sama jakoś wyjątkowo mocno jej nie polubiłam, ale nie wynika to z niczego konkretnego. Jako bohaterka, nie irytowała.
„Scarlet” naprawdę dobrze poradziła sobie jako drugi tom. Była kosmiczna przygoda, ucieczki z więzienia, tajemnice, intrygi i wszystko to, z czym zapoznała nas „Cinder”. Ma się wrażenie, że czyta się nieco inną książkę, osadzoną w tym samym świecie, jednak jest to zrozumiałe. Po „Cress” oczekuję klimatu trochę jak z „Zaplątanych”. Głupie, ale już nie potrafię wyobrazić sobie Roszpunki bez patelni! Pomimo odmienności każdej z części, zaczyna się to składać w bardzo spójną historię, postacie spotykają się w odpowiednim punkcie, jedne tajemnice zostają rozwikłane, a kolejne się formują. Przy tym zakończenie jest na tyle dramatyczne, że chcę dorwać trzeci tom już w tej chwili! Kai, błagam, uciekaj na Marsa, byle dalej od tej księżycowej raszpli! Nie sądziłam, że tyle rzeczy posypie się już w tym momencie, jednak wielki clifhanger następuje w przedostatniej części, a nie gdzieś w środku! Świat zapłoną! Mam nadzieję na jak najszybsze wydanie „Cress”. Jeśli poznaliście „Cinder”, koniecznie musicie sięgnąć po „Scarlet”.

10

piątek, 16 marca 2018

36,28%: Cinder, Marissa Meyer

Chamska reklama Insta ♥

„POZIOM MODYFIKACJI: 36,28%”

Seria: Saga Księżycowa
Tytuł: Cinder
Autor: Marissa Meyer
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Ilość stron: 416
Ocena: 10/10
Opis: Ulice Nowego Pekinu zapełniają ludzie i androidy. Szaleje śmiertelna zaraza. Bezlitośni księżycowi ludzie patrzą z kosmosu, czekając na swoją okazję. Nikt nie wie, że los ziemi spoczywa w rękach jednej dziewczyny…
Cinder, utalentowana mechanik, jest cyborgiem. Tym samym należy do obywateli drugiej kategorii. Jej przeszłość to tajemnica. Macocha jej nienawidzi i wini ją za chorobę przyrodniej siostry. Ale kiedy jej życie splątuje się z życiem przystojnego księcia Kaia, Cinder nagle wpada w sam środek międzygalaktycznej wojny i doświadcza zakazanego zauroczenia. Rozdarta pomiędzy obowiązkiem a pragnieniem wolności, lojalnością a zdradą, musi odkryć prawdę o swojej przeszłości, by uratować przyszłość świata.

„Mam plan. Moim planem jest nieżenienie się z nią. I chrzanić dyplomację.”

„Cinder” już kiedyś czytałam i mgliście pamiętałam, że to był dobry kawałek shitstormu. Miałam wielkiego focha na Egmont, że porzucili „Sagę Księżycową” po drugim tomie, aż Papierowy Księżyc postanowił mnie uszczęśliwić. Panie i panowie, byłam tu zanim wybuchł hype! (A z niewielu rzeczy jestem tak dumna, jak z wyprzedzenia hype'u, który tak bardzo mnie do wszystkiego zniechęca.) No i tak, mam dwie pierwsze części w starym wydaniu, ale to mnie nie powstrzymuje od kupowania nowego. „Scarlett” jeszcze nie czytałam, bo tak jakoś wyszło. (Wina mojej słabej organizacji czasu.) Po drugim razie z „Cinder” mogę powiedzieć: cholera, to było lepsze, niż pamiętałam!
To czas na retelling „Kopciuszka”, ale bez słodzenia, dobrej wróżki i idealnych kiecek. Cała seria ma szkielet zbudowany na baśniach, autorka połączyła je wszystkie w cwany sposób. Bardzo lubię adaptowanie baśni w książkach, o ile robi się to dobrze. Jaki mam stosunek do innej serii opartej na historii bardzo włochatego księcia, to już chyba każdy wie. Tam się bardzo nie udało, a tu dzieje się dokładnie odwrotnie. Marissa Meyer to geniusz. Naprawdę na początek można uznać, że będzie to jakiś nudnawy romans osadzony w trochę odmienionej rzeczywistości, wszystko z góry przewidzimy, no ogólnie jak jedzenie pizzy dziesiąty raz z rzędu. Nie. To nie jest odgrzewany kawał włoskiego placka. Jak już pisałam, baśnie są jedynie szkieletem. Jasne, że część fabuły będzie przewidywalna, ale nawet nie wiecie, jaką przyjemność sprawia odnajdywanie tych fragmentów powiązanych z oryginalną historią. Autorka całą resztę tworzy sama. Ziemia po czwartej wojnie światowej, księżycowa cywilizacja w połączeniu z dobrze zbudowanymi postaciami, przemyślaną fabułą i odrobiną magii dają razem coś świeżego. Meyer świetnie poradziła sobie z przedstawieniem świata, który odkrywa się podczas czytania. Wszystko jest tak zgrane, żeby czytelnik się nie pogubił, przy okazji dostawał jakieś wskazówki odnośnie poszczególnych wątków, ale żeby też nie wiedział zbyt wiele. Idealne wyczucie! Nie pojawiają się żadne nielogiczne zgrzyty, a czyta się z przyjemnością, nie tylko dla głównego wątku.
Zaczynamy w Nowym Pekinie, na Ziemi szaleje śmiertelna zaraza, desperacko poszukuje się leku. Nad ludźmi wisi wojna z Księżycowymi, rządzonymi przez bezlitosną królową, zdolną do manipulowania umysłami całych narodów. Zaawansowana technologia pozwoliła na tworzenie cyborgów, którzy mimo swojej ludzkiej natury są traktowani jak obywatele drugiej kategorii ze względu na bycie w mniejszym lub większym stopniu maszyną. Na scenie są: cyborg mechaniczka razem z macochą, przybranymi siostrami i androidem, młody książę, trochę pokręcony naukowiec i zła królowa. Co złego może się wydarzyć? Nie chcę spoilerować, bo mnie zjecie, ale jakby ktoś chciał, to wiecie, do kogo uderzać. Po prostu „Cinder” nie skupia się jedynie na romantycznej historii, jak to biedna dziewczyna znalazła swojego księcia i została księżniczką. W sumie tutaj też autorka trochę kombinuje, żeby nie było to tak oczywiste. Może jestem dziwna, ale od zawsze lubię wątki ze śmiertelnymi zarazami, a Meyer spisała się z litumozą, na koniec skombinowała wyjaśnienie epidemii, które jeszcze bardziej miesza w fabule serii... Kocham tę kobietę. Do tego dworskie intrygi, bo zła królowa nie zajmuje się jedynie złym pierdzeniem w stołek. Levana od początku pracuje sobie na opinię największej zakały „Sagi Księżycowej”, jest taką typową, złą postacią, ale przedstawioną tak dobrze, że nie trzeba się starać, żeby jej nienawidzić. Przybrana rodzina Cinder też ma swoją rolę do odegrania, kolejny cwany przekręt, bo przez dłuższy czas autorka nie ujawnia, czemu w ogóle główna bohaterka trafiła tam, gdzie trafiła, a na koniec wszystko robi sens. Wątek Cinder i księcia Kaia też nie jest jakiś bardzo przewidywalny, chociaż tu akurat widać mocne powiązanie z „Kopciuszkiem”. Nie jest romantycznie na siłę, słodko i przewidywalnie, reszta to już odpowiednie podejście do książki. Nie zapomnijcie, że to nadal młodzieżówka, która czerpie z opowieści czytanych dzieciakom, głównie płci żeńskiej. Chociaż ja bardzo obniżyłam próg swoich oczekiwań i mocno się zdziwiłam. (Wspominałam, że kocham tę kobietę? Bo kocham.)
Kreacja postaci to jakaś magia. Każda z nich ma dość stereotypowe role, zła macocha musi być zapatrzona w swoje córki i w siebie, Kopciuszkowi musi być zawsze piachem w oczy, przyrodnie siostry zapatrzone w siebie, książę przystojny, dobry i mdlejcie kobiety... Wiadomo, o co chodzi. Wszyscy są tak dobrze napisani, że nie zwraca się uwagi na ich szablonowość, zresztą autorka postarała się, żeby w miarę możliwości wychodzili z tych szablonów. Dobrze to widać w relacji Cinder i Kaia, gdzie nie ma takiego bicia po oczach romansem, można to nawet bardziej sprowadzić na grunt przyjaźni. Wiadomo, że w końcu skończy się romansem, ale nie pojawia się on tylko dlatego, że autorka tak chce. Budowanie relacji od podstaw – tak trzeba to robić. No i nie zmieniają się w ameby, które potrafią tylko orbitować wokół siebie choćby się paliło i waliło. Każde ma własną osobowość i ani na chwilę jej nie traci. O Levanie się już w sumie wypowiedziałam, napisana tak, żeby wypełniać swoją rolę i odpowiednio działać na czytelnika. Wszyscy tam są tak stworzeni. Obsługa postaci na świetnym poziomie, tak po prostu. Nie pojawia się żadne gloryfikowanie, robienie z kogoś Wybrańca Ostatecznego, któremu trzeba padać do stóp, Meyer nie przesadza z dramatyzowaniem, romansami ani niczym innym. Może Peony jest z lekka przerysowana, ale taka była jej rola. Poza tym spodobało mi się czynne wprowadzenie doktora Erlanda do akcji, staruszek mnie mocno zaskoczył i mam nadzieję jeszcze o nim usłyszeć.
Odnoszę wrażenie, że wszystkie elementy są tutaj wyjątkowo dobrze połączone. Przedstawianie świata, postaci i łączenie wszystkiego w jedną, spójną, fabularną całość. Przez „Cinder” się po prostu płynie jak na zjeżdżalni wodnej. Wiecie, takiej nie za wolnej, ale też nie za szybkiej, tylko na koniec wpada się pod wodę w basenie i następuje wielkie zdziwienie, że to już, że co się wydarzyło na samym końcu i w ogóle jak to. W „Cinder” wszystko wydaje się być idealnie wyważone i zrobione na tyle dobrze, że mogę to polecić wszystkim po kolei i nie martwić się, że zaraz ktoś wyśmieje mój gust czytelniczy. No może opis trochę by mnie pogrążył, bo sugeruje więcej romansidła niż jest. Jeszcze trochę za dużo informowania potencjalnego czytelnika o tym, że ta książka to bestseller czy hit wydawniczy. To było trochę zbyt natarczywe i czy naprawdę trzeba wszystkie książki tak opisywać? Mam wrażenie, że wszyscy byśmy się bez tego obyli. „Cinder” broni się sama i nie potrzebuje przekonywać w ten sposób – wystarczy spojrzeć, ile osób czekało na wznowienie i dręczyło wydawcę o jakiekolwiek informacje o „Sadze Księżycowej”. Z drugiej strony to wydanie jest przepiękne i nawet lżej się je czyta. Czekam na „Scarlett”, bo w sumie mam wydanie z Egmontu, ale jak teraz się za nią wezmę, będę dłużej zdychać za „Cress”. Dramat, no nie?
16