„Why is it supposed to be romantic to point out stars?”
Seria: The eldest curses/Najstarsze klątwy
Tytuł: The Red Scrolls of Magic/Czerwone Zwoje Magii
Autor: Cassandra Clare, Wesley Chu
Wydawnictwo: Simon&Schuster/We need YA
Wydawnictwo: Simon&Schuster/We need YA
Ilość stron: ENG: 350/PL: 472
Ocena: ENG: 10/10, kocham to totalnie miłością największą i dałabym więcej, gdybym mogła!
PL: Nawet nie potrafię tego wyrazić, było źle, to wydanie wpada na moją osobistą listę dramatów 2020.
PL: Nawet nie potrafię tego wyrazić, było źle, to wydanie wpada na moją osobistą listę dramatów 2020.
Opis: Jedyne, o czym marzył Magnus Bane, to podróż po Europie z Alekiem Lightwoodem – Nocnym Łowcą, który wbrew przeciwnościom losu w końcu został jego chłopakiem. Jednak gdy tylko para zadomawia się w Paryżu, przybywa stary przyjaciel z wiadomościami o sławiącym demona kulcie zwanym Szkarłatną Ręką. Kult został lata temu założony przez Magnusa dla żartu, teraz pod nowym przywództwem dąży do wywołania chaosu na całym świecie. Magnus i Alec wyruszają w pogoń po Europie, aby wyśledzić Szkarłatną Rękę i ich nieuchwytnego nowego przywódcę, zanim zgrupowanie spowoduje więcej szkód. Magnus i Alec będą musieli zaufać sobie bardziej niż kiedykolwiek – nawet jeśli oznacza to ujawnienie tajemnic, które chcieli zatrzymać tylko dla siebie. (Po angielsku było w sumie tak samo, a ja jestem leniem.)
„Magnus wondered if he would ever get used to being surprised by Alec Lightwood. He hoped not.”
Gdyby z pięć
lat temu ktoś mi powiedział, że Cassandra Clare wyda książkę,
której głównymi bohaterami będą Magnus Bane i Alec Lightwood, a
fabuła będzie skupiać się na tym, że Magnus narobił przypału,
że będzie to osadzone podczas ich wakacji pomiędzy „Miastem
szkła” i „Miastem
upadłych aniołów”, byłabym
chodzącą kulką szczęścia. Kiedy około dwa lata temu okazało
się, że będzie o nich cała seria… No cóż, stałam się
szczęśliwą bułą,
bo Magnus i Alec są najpiękniejszymi postaciami, jakie było mi
dane poznać, wyżej jest już jedynie moja najukochańsza Ahsoka.
Wiecie, uwielbiam ich na tyle, że przełamałam się i kupiłam
książkę, zamiast rozbijać cały swój pieniądz na łyżwy. Mało
tego, w końcu przeczytałam coś po angielsku tak w całości, od
początku do końca. Warto było, a angielski wcale nie był taki
straszny.
Szczerze
mówiąc, uważam, że „The Red
Scrolls of Magic” to nie jest
książka, od której można zacząć czytać Clare. Nie i koniec.
Weźcie sobie każdą inną serię, ale ta się po prostu nie nada.
Mogę to delikatnie porównać do „Avengers:
Endgame” – żeby się tym w pełni
cieszyć, musisz znać przynajmniej „Dary
Anioła”, bo nie ogarniesz, o czym
oni gadają, nie poczujesz tego klimatu, pospoilerujesz sobie nie
dość, że DA to jeszcze „Diabelskie
Maszyny”. Clare w tym wypadku
zakłada, że znasz przynajmniej rodzeństwo Aleca, wiesz, o czym
były pierwsze trzy części „Darów
Anioła” i nie potrzebujesz, żeby
ktoś ci po kolei tłumaczył mechanikę świata przedstawionego.
Poza tym jest tam tyle easter eggów, że bez znajomości uniwersum
stracisz sporo zabawy. „The Red
Scrolls of Magic” to książka dla
fanów Nocnych Łowców. (Dlatego też kompletnie nie rozumiem, jak
polski wydawca mógł powysyłać egzemplarze recenzenckie ludziom ze
swojej listy bez pytania, czy są zainteresowani. I dowiedziałam się
tego bezpośrednio od jednej recenzentki, żeby nie było, że sieję
ferment.)
Fabuła jest
podsumowaniem całego żywota Wysokiego Czarownika Brooklynu. Magnus,
znowu to zrobiłeś! Nasi bohaterowie wyjeżdżają na romantyczne
wakacje – żeby bliżej się poznać i sprawdzić, czy ich związek
ma jakąś przyszłość – jednak szybko zostają one przerwane.
Okazuje się, że Magnus wiele lat wcześniej dla żartu założył
kult czczący Wielkiego Demona. Wiadomo, czarownik był pijany, a
głównym założeniem sekty było robienie głupich żartów i
hedonizm. Niestety, coś się zmieniło i w chwili obecnej jego
wyznawcy mordują przyziemnych i faerie, wzywają demony, no nie są
najgrzeczniejszymi obywatelami. Sam Magnus o tym nie pamięta i jest
szczerze zdziwiony, kiedy okazuje się, że jest oskarżony o bycie
ich przywódcą. Ogólnie rzecz ujmując przypał, trzeba opanować
sytuację, żeby rada czarowników i Clave ukrócili
żywota
naszego ulubionego czarownika. Kiedy
pierwszy raz zobaczyłam, o czym ta książka będzie, prawie spadłam
z krzesła. Kto inny, jak nie Magnus, mógł po pijaku i dla żartu
założyć demoniczny kult? Już wtedy wiedziałam, że mam nową
ulubioną książkę z tego uniwersum. No i się nie pomyliłam.
„The Red
Scrolls of Magic” spełnia wszystkie
moje oczekiwania. Jestem w stanie przyjmować Magnusa i Aleca we
wszelkich ilościach, a Clare wybrała sobie jeden z ciekawszych
momentów ich związku. Dopiero zaczęli być ze sobą tak na
poważnie i oboje z lekka nie ogarniają, jak się do siebie odnosić.
Alec jak zwykle jest trochę nieogarnięty, nie ma pojęcia, co robi
i czegoś by chciał, ale nie wie jak, wydaje mu się, że nie jest
wystarczająco dobry, a potem nagle mówi coś kompletnie kochanego i
aż chce się go wytulić. Nieważne, że jest świetnie wytrenowanym
zabójcą demonów. To jak z kotami, niby taki perfekcyjny
drapieżnik, ale ciężko się nie rozpływać, jaką jest puchatą
kuleczką. Magnus też ma swoje wątpliwości, bo kto to widział
umawiać się z Nocnym Łowcą, jak to zawsze są najwredniejsze,
chodzące ideały, gotowe wsadzić cię za kratki za jeden mały
pentagram, a Bane w ogóle z większością dzieci anioła ma raczej
chłodne stosunki. To nie ma szans się udać. Tylko przy okazji
bardzo chce, żeby to się udało. Alec i jego niewinność rozwalają
wszelkie stereotypy, a wszyscy jego znajomi Magnusa
zastanawiają się, czy aby na pewno nasz
czarownik jest przy zdrowych zmysłach.
Dochodzi do tego całe dramatyzowanie na temat jego pochodzenia, że
odwalił kompletną głupotę z tym kultem, a że nasz czarownik ma
dobre serducho to czuje się potwornie winny całej sytuacji. Ci dwaj
przez całą książkę motają się między sobą, są trochę
zakochanymi idiotami, trochę słodkimi bułami i tworzy to mieszankę
idealną. Każda ich rozmowa jest jak miód na moje serce. Do tego
Clare zaczyna układać między nimi dramę, przez którą w
kolejnych częściach „Darów Anioła”
co chwilę łamią mi serce. Wiecie, że Magnus nie opowiada Alecowi
o swojej przeszłości, nie chce powiedzieć, kto był jego ojcem,
strach Aleca przed nieśmiertelnością Magnusa… Wybornie się o
tym czytało, nieważne, jak bardzo by mnie to bolało, uwielbiam
takie rzeczy i obserwowanie początku tego bałaganu było czymś
niesamowitym. Teraz wiem, jak się czuje kot sprawdzający, kiedy
szklanka spadnie ze stołu. Jednak to nie tylko to, Clare nawrzucała
tu trochę szczegółów, na które nigdzie indziej nie znalazło się
miejsca, a były mi potrzebne do szczęścia. Na przykład poza naszą
ulubioną parką pojawiają się Helen i Aline, które zawsze były
gdzieś na boku i wiedziało się o nich głównie tyle, że są
razem. Miały kilka akcji w „Królowej
mroku i powietrza”, w których
złapały mnie za serducho, ale nadal było tego mało. Tym razem
dostały trochę więcej czasu antenowego
(?) i
kurde, kocham je! Szczególnie Aline, ta dziewczyna jest wspaniała,
jak gada prosto z mostu, o co jej chodzi i ciężko jej jakkolwiek
przeszkodzić jak już coś postanowi.
Helen może nie dało się od razu lubić, bo przepraszam bardzo, ale
wróg Magnusa jest moim wrogiem, ale trudno też było jej nie
wybaczyć.
W wersji
oryginalnej styl Clare naprawdę nie różnił się zbytnio od tego,
co znałam z tłumaczeń Maga, a raczej to
polskie wydania dobrze odzwierciedlały tekst po angielsku.
Od razu poczułam znajomy klimat i aż chciało czytać się dalej.
Wcześniej trochę się bałam ruszać książki po angielsku, bo
jednak wymaga to trochę więcej skupienia i nadal nie ogarniam
części słówek, więc bałam się, jak będzie z rozumieniem
tekstu. No i tak, momentami nie wiedziałam, co to za dziwne słowo,
ale sporo dało się wyciągać z kontekstu i nie przeszkadzało mi
to. Poza tym doceniłam te ich duże wydania. Tekst jest jakoś tak
przyjemniej sformatowany, samo czytanie mniej męczyło mi oczy i
szło zaskakująco szybko. Chociaż to też może być zasługa
autorki, bo „The Red Scrolls of Magic”
naprawdę potrafi wciągnąć i gdyby nie moje granie w trzeciego
Wiedźmina i przeżywanie nowych odcinków „The
Clone Wars”, skończyłabym to w
kilka dni. W sumie sporą część przeczytałam po prostu na raz.
Teraz
wyobraźcie sobie, że tą część piszę dwa miesiące później.
Po części dlatego, że wpadłam w wir pisania fanfików o Ahsoce,
ale muszę przyznać, że też chętniej zajmowałam się innymi
sprawami niż czytaniem. Bo było mi, kurde, przykro. Błagam was,
czytajcie tę książkę w oryginale!
Kiedy
dowiedziałam się, że to nie Mag a We need YA wyda „The
Red Scrolls of Magic” w Polsce,
poczułam lekki niepokój. Nie miałam wcześniej zbyt wiele do
czynienia z tym wydawnictwem. Czytałam od nich, chociaż wtedy
jeszcze działających pod Czwartą Stroną, „Okrutną
pieśń” i do dzisiaj zastanawiam
się, czy ta książka w oryginale by mi się spodobała. Kupowałam
ją w przedpremierze i pierwsze wydanie chyba korektora nie widziało
na oczy. Błędy były nawet tego kalibru, że wypowiedzi bohaterów
lądowały w narracji i jedynie nagła zmiana płci mnie
uświadamiała, że coś jest nie tak. Do tego już wcześniej
słyszałam, że ich tłumaczenia Adama Silvery okropnie spłaszczają
tekst i zabierają z niego cały klimat. Jednak starałam się być
optymistyczna. Kurde, dostali książkę, na którą czekało pół
fandomu, bo to w końcu Malec. Clare jest jedną z większych autorek
młodzieżówek i mamy w Polsce już 15 książek jej autorstwa.
Dlatego chciałam wierzyć, że się do tego przyłożą i zadbają o
to, żeby fani nie poczuli zmiany wydawcy. Teraz czuję się mniej
więcej, jak tego pamiętnego razu, kiedy źle wyliczyłam moment
hamowania na łyżwach i zderzyłam się z bandą. Jedyną różnicą
jest to, że nie mam wielkiego siniaka na samym środku czoła.
Chciałabym tu
zaznaczyć, że naprawdę nie chcę wyżywać się na tłumaczu. O
ile dobrze wystalkowałam, to była pierwsza książka, jaką
tłumaczył i ostatecznie to wydawca decydował o jego zatrudnieniu
[i w sumie ostatecznej akceptacji tłumaczenia i wydaniu – Cup
zwróciła uwagę, a to ważne, więc zostawiam]
. Ja też za jakiś czas pójdę do pierwszej pracy po ukończeniu
studiów i mogę mieć tylko nadzieję, że się nie wyrżnę na
samym starcie. Jeżeli kogoś należy winić, to tych ludzi na górze,
którzy taki tekst zaakceptowali. Przepraszam bardzo, ale tłumaczenie
i korekta tutaj kuleją i zepsuły mi całą radość z czytania. To
jest dramat, cytując słynnego stawonoga. Odniosłam wrażenie, że
wydawca postanowił kompletnie zignorować wszystkie inne książki
Clare i tłumaczenia, które już znaliśmy z Maga, a wręcz zrobić
wszystko na odwrót. Szczerze mówiąc, jako fanka Nocnych Łowców,
czuję się jakby ktoś po prostu pokazał mi środkowy palec.
Gdybym miała
przytaczać tu wszystkie błędy, jakie znalazłam w „Czerwonych
Zwojach Magii” to siedziałabym nad
tym tekstem cały dzień. Dlatego pozwólcie, że zalinkuję swojego
Instagrama, tam w zapisanych stories jest większość kwiatków,
jakie udało mi się znaleźć (o tu relacja z czytania). Jednak nie odmówię
sobie przytoczenia pewnych przykładów. Jak na przykład
stwierdzenia, że Tessa „uwielbiała” Nocnych Łowców. W
oryginale było „loved”. Mowa o Tessie, kurde, ktoś właśnie
totalnie olał całe „Diabelskie
Maszyny” i relacje między Tessą,
Willem i Jemem. Kto czytał, wie, jak łamali serducho. Kurde,
przepłakałam całą „Mechaniczną
księżniczkę” właśnie przez nich,
to nie było „uwielbiała”, nie w tym kontekście. Co jeszcze?
Nagle w Sali Anioła pojawiły się portrety! Nie wiem skąd, w
oryginale nie było nic o portretach, no ale cóż… Okazuje się
też, że Magnus rzucił na Clary zaklęcie pozwalające jej odzyskać
pamięć, ale to tylko w polskiej
wersji dzieją się takie cuda. Przypominam tylko – zaklęcia nie
dało się zdjąć ani przywrócić od tak pamięci, Fray sobie
wszystko przypominała z czasem, jak to zaklęcie słabło. Padło
też stwierdzenie, że Alec walczył w Powstaniu. Szkoda tylko, że
Alec miał wtedy 2 lata, a po angielsku w tym miejscu było „war”.
Tak poza tym, Miecz Anioła nagle został Śmiertelnym Mieczem.
Super, nie ma to jak dosłowne tłumaczenie i olanie nazw własnych z
15 innych książek. Raphael, wiecie, ten wampir latynoskiego
pochodzenia, został Rafaelem. Subtelna różnica? Może, ale Raphael
właśnie brzmi latynosko i tak powinno zostać, Rafael uderza w
bardziej włoskie tony. Po co w ogóle zmieniać zapis czyjegoś
imienia, skoro nijak nie przeszkadza to w tłumaczeniu? Jeszcze co do
naszego wampira, to okazało się też, że leci na Magnusa!
Poważnie, myślałam, że się opluję, kiedy to przeczytałam. Przy
okazji, Raphael był aseksualny i aromantyczny, gratuluję, właśnie
zignorowaliście jego orientację. Po angielsku mieliśmy „I forgot
you have no interest in Magnus”, kiedy po polsku nagle było
„Zapomniałem, że nie lecisz na Magnusa”. Są jeszcze takie
rzeczy jak dziwne akcje z odmianą przez przypadki. Idris czasami był
odmieniany, innym razem nie, Isabelle, która zawsze pozostawała w
tej jednej formie, nagle dostała odmianę, Edom w ogóle nie był
odmieniany („w Edom” brzmi po prostu strasznie), a za to Gard już
zostało odmienione, chociaż nigdy nie było. Czy to są błędy czy
nie, no przepraszam, byłam przyzwyczajona do pewnych form i w te
zmian brzmiały
po prostu krzywo.
Oczywiście
trafiły się też błędy niezwiązane z kanonem. Zaczynając z
grubej rury: Magnus w oryginale miał przydomek The Great Poison, po
polsku zmieniło się to na Wielkiego Beja i jest to tak bardzo
bezsensowne, że ja nie mogę! Po angielsku była to gra słów,
zarówno great jak i Magnus znaczą wielki, a poison i Bane to
trucizna. To była po prostu gra słów. Wielki Bej znaczy tyle, co
nic i do tego brzmi źle. Chyba ktoś próbował nawiązać do
nazwiska Magnusa w kosmicznie łopatologiczny sposób. Jakby nie
można było zrobić Wielkiego Truciciela i tadam, kryzys zażegnany.
Ewentualnie na odpowiedniej stronie zrobić przypis z tłumaczeniem
obu członów nazwiska Magnusa. Już taka sytuacja miała miejsce z
Churchem w „Królowej mroku i
powietrza”, po prostu zrobiono
przypis, że church znaczy kościół i wszyscy szczęśliwi.
Ostatecznie się zdenerwowałam, jak doszło do momentu, w którym
Magnus sam mówi, że jego przydomek to gra słów, bo to jego imię
i nazwisko. Po polsku nie ma to najmniejszego sensu! Pojawił się
też taki dziwny wygibas językowy jak „Ich związek trwał
niedługo”. Wystarczyło zamiast „niedługo” napisać „krótko”.
Na samym początku jest, że spali w hotelu, kiedy od początku
nocowali w paryskim apartamencie Magnusa, który pojawia się chyba
rozdział później. Tessa poza „uwielbianiem Nocnych Łowców”
wykazała się też „olimpijskim spokojem”. Nigdy wcześniej nie
widziałam takiego sformułowania i aż rozesłałam to do znajomych,
którzy też sądzili, że to jakiś błąd. Dopiero jedna osoba na
Instagramie napisała mi, że takie sformułowanie istnieje naprawdę.
I tu zapytam, czy nie byłoby bardziej zrozumiałe napisanie, że po
prostu była spokojna? Albo użycie „stoickiego spokoju”? To jest
młodzieżówka, a nie tekst dla językoznawców, fajnie by było nie
dostawać zawieszenia systemu podczas czytania. Były momenty, w
których kompletnie zmieniało się znaczenie danego zdania. Na
przykład ojciec Aleca w rozmowie z nim używa słowa „men” i
definitywnie chodzi tam o mężczyzn, szczególnie biorąc pod uwagę
dalszą część jego wypowiedzi, która odnosi się do
homoseksualizmu. Po polsku „men” zostało przetłumaczone na
„człowiek”, co jest totalnie bezsensowne, tym bardziej, że
Robert miał w tym momencie na myśli Magnusa i już określił go
jako Podziemnego. Poza tym rodzeństwo Aleca umawiało się zarówno
z ludźmi jak i z Podziemnymi i nigdy nie mieli z tego tytułu
problemów, w tej rozmowie chodziło głównie o bycie w związku z
innym mężczyzną. Ktoś też nie przetłumaczył słowa „party”.
Powiedzcie mi, czy ktoś w przedziale wiekowym 15 – 25 w ogóle u
nas używa słowa „party” jako synonimu „impreza”? Bo brzmi
to trochę jak taka próba wpasowania się w „młodzieżowy slang”
i zakończyła się ona taką samą porażką, jak wszystkie inne.
Błagam, nie róbcie tego. Mogę jeszcze wymienić epickie wywalenie
się na zrozumieniu tytułu serii. Po angielsku mamy „The
eldest curses”, seria po polsku
nazywa się „Najstarsze klątwy”.
Do tego momentu było wszystko okej. Po czym Magnus w książce
został nazwany jako „eldest curse” co było wręcz oczywistym
wyjaśnieniem tytułu serii. W naszym wydaniu został „najstarszą
plagą”. To jest ten moment, kiedy zaczynam się śmiać z
bezsilności.
Mam jeszcze
dwie bolączki, które powodowały, że non stop zgrzytałam zębami
podczas czytania. Zwą się one „młody łowca” i „Łowca”.
Te dwa określenia pojawiały się tak często, że gdybym dostawała
złotówkę, za każde znalezienie ich w tekście, stać by mnie było
na wycieczkę do Czech połączoną ze sterylizacją i tygodniowym
balowaniem w imię wolności od widma posiadania bombelka.
(Przysięgam to kiedyś zrobić.) Może zacznę od „młodego
łowcy”, bo taki oto przydomek nagminnie otrzymywał Alec.
Widziałam to dosłownie co chwila i za każdym razem czułam się
trochę, jak Anakin na widok piasku. No nie, po prostu, kurde, nie.
To było tak niezgrabne jak określanie postaci w opowiadaniach na
wattpadzie jako „czarnowłosa” czy „niebieskooki”. Tylko
jeszcze gorzej, bo to zostało opublikowane w książce. Naprawdę,
Alec zostawał co chwila „młodym łowcą”, jakby nie dało się
go wymienić z nazwiska czy z perspektywy Magnusa określić go „jego
chłopakiem”. Często były to zdania, które nawet nie
potrzebowały doprecyzowania, o kogo chodzi, bo to po prostu wynikało
z kontekstu i każdy by się domyślił, że chodzi właśnie o Aleca
Lightwooda, słodką bułę i najbardziej uroczego zabójcę demonów
na tej planecie. Co do „Łowcy” to pojawiał się często jako
zamiennik „Nocnego Łowcy”. Jest tylko jeden problem, „Nocny
Łowca” to nazwa własna, wiecie? Bez pierwszego członu wydawało
się to łyse, a do tego też pojawiało się non stop. Istnieją
inne określenia na naszych ulubionych pogromców demonów, na
przykład Nefilim, Dzieci Anioła. Momentami wystarczyło określić
ich narodowością i zamiast „Łowcy z rzymskiego Instytutu” dać
„Włosi”. Często nie trzeba było tego dookreślania ich, bo w
samym kontekście zdania chodziło o nich, czyli taki sam przypadek
jak z „młodym łowcą”. Błagam, niech nikt nie robi tego
więcej, może jeszcze byłoby to znośne, gdyby nie pojawiało się
co akapit. Niech też nikt mi nie mówi, że to tylko po to, żeby
unikać powtórzeń, bo czasami to były właśnie te straszne
powtórzenia, zresztą inne też wyłapałam. A moim skromnym
zdaniem, człowieka znającego się na tyle, na ile pisze głupie
opowiadania, zbyt mocno boimy się powtórzeń. Czasem lepiej już
walnąć dwa razy to samo słowo w zbyt krótkim odstępie niż
stworzyć językowego potwora, byleby tylko trzymać się świętych
zasad. (Cup pewnie na tym momencie sprawdzania ma mnie kompletnie
dość i mamrocze coś, że jednak mogłabym te powtórzonka opanować
XD Love u! [it’s not that bad this time] ←
To ona sama napisała, ja nie zmuszałam!)
Chętnie
jeszcze zrobię osobisty rant na to, jak wydawca mówił wszystkim
naokoło, że „Czerwone Zwoje Magii”
można czytać bez znajomości reszty książek Clare. Ja rozumiem,
że marketing przede wszystkim, ale tu nasuwa się jeden komentarz: X
D. Wszystko w teorii można czytać bez znajomości reszty uniwersum.
Mogę sobie wyciągnąć „Dom Hadesa”
bez czytania reszty „Olimpijskich
herosów” albo obejrzeć „The
rise of Skywalker” jako pierwszy film
z „Gwiezdnych Wojen”
(dobra, to w sumie można, bo ten film to totalny chaos czy się zna
SW, czy nie), nikt wam nie broni zobaczyć „Endgame”
bez znajomości MCU. Pytanie tylko, ile z tego zrozumiecie? Jak
dobrze będziecie się bawić? Ile sobie zaspoilerujecie z innych
części? „Najstarsze klątwy”
to nowa seria, tak, ale osadzona dokładnie w środku „Darów
Anioła”. Pojawiają się w niej
postaci z innych książek, które spoilerują chociażby „Diabelskie
Maszyny”. Wiecie, co było jednym z
moich największych pytań podczas premiery „Miasta
niebiańskiego ognia”? Tożsamość
ojca Magnusa, którą tu macie podaną w pierwszej połowie książki.
No ale cóż, patrząc po treści, nawet ludzie odpowiedzialni za
wydanie „Czerwonych Zwojów Magii”
nie orientują się w uniwersum, więc
może po prostu nie wiedzieli. Wypadałoby, ale kto by się
przejmował. Przecież to tylko książka, której
wyczekiwali fani. Ta o jednej z ulubionych par w uniwersum Nocnych
Łowców. Kto by się przejmował?
Wiem, tupię
tu nogą, warczę i w ogóle denerwuję się jak dzieciak, ale prawda
jest taka, że jestem po prostu zła na to, jak zostaliśmy
potraktowani. Czuję się, jakby wydawca wziął tę książkę tylko
ze względu na jej popularność, żeby się bardziej wybić (i tak
też wyglądały ich reklamy), a wszystko pod płaszczykiem takiej
przychylności dla czytelnika. Tak, daliście nam błyszczącą
okładkę, a przy okazji tekst z wręcz śmiesznymi błędami,
ignorując wszystkie poprzednie książki Clare. Chętnie wymienię
tę okładkę na dobrze zredagowaną
wersj. A jeżeli dalej chcecie olewać pozostałe książki Cassie,
nieważne z jakiego powodu, to pamiętajcie, że drugi tom dzieje się
pomiędzy „Darami Anioła”,
a „Mrocznymi Intrygami”,
dodając do tego dwa zbiory opowiadań, bo w „The
Lost Book of White” pojawia się Max.
Będziecie mieli o wiele więcej okazji do popełnienia błędów. Mi
w tej chwili jest najzwyczajniej w świecie przykro, Magnus i Alec
zasługiwali na coś lepszego, a tym bardziej czytelnicy. Ja sobie
poradzę, chętnie wesprę autorkę czytając jej książki po
angielsku, ale są też osoby, które nie znają tego języka na
takim poziomie (chociaż mówię wam, skoro ja dałam radę, to nie
był to skomplikowany tekst) albo nie są w stanie wydać 70 złotych
na jedną książkę. I dlatego też trzymam kciuki, że to Mag
wynegocjował prawa do „Chain of
gold”. Ostatecznie, oryginał
„The Red Scrolls of Magic”
był wspaniały i polecam go każdemu,
wydanie polskie co najwyżej przyczyniło się do mojego ekspresowego
przejścia trzeciego Wiedźmina.
I dopisuję
ten akapit kilka dni później, już bez poprawek, bo jestem
nieogarem. Pisząc wszystko wyżej tak się zajęłam tymi błędami,
że zapomniałam o jednej ważnej rzeczy. To nie było tak, że
całych „Czerwonych Zwojów Magii”
nie dało się czytać. Były momenty, kiedy tekst był nawet
przyjemny w odbiorze. Tylko te minusy przeważyły, zbyt mocno mnie
drażniły i nawet kiedy nie było żadnych większych błędów, co
chwila pojawiał się ten nieszczęsny „młody łowca”. Po
porządnych poprawkach to mogło być dobre. Także za tłumacza
trzymam kciuki, żeby kolejne zlecenia szły lepiej i miały dobrą
korektę. Upraszam też, żeby nie znęcać się nad tym człowiekiem,
bo nie on jeden był odpowiedzialny za ostateczną wersję tekstu.
PS Zanim ktoś
się na mnie rzuci, że sama piszę na poziomie pantofelka, podpowiem
tylko tyle: nie trzeba być piekarzem, żeby ocenić smak chleba. Nie
muszę skakać Lutza, żeby zauważyć, że był najechany na złej
krawędzi. I nie muszę być Magdą Gessler, żeby wiedzieć, że
zupa smakuje jak pomyje po praniu bielizny bawarskiego himalaisty.
PS2 Polecam
granie w Wiedźmina, skoro już się pojawił jako bohater
trzecioplanowy. Może partyjka Gwinta?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz