Ariana | Blogger | X X X X

poniedziałek, 6 lipca 2020

Magnus znowu to zrobił: The Red Scrolls of Magic/Czerwone Zwoje Magii, Cassandra Clare, Wesley Chu



„Why is it supposed to be romantic to point out stars?”


Seria: The eldest curses/Najstarsze klątwy
Tytuł: The Red Scrolls of Magic/Czerwone Zwoje Magii
Autor: Cassandra Clare, Wesley Chu
Wydawnictwo: Simon&Schuster/We need YA
Ilość stron: ENG: 350/PL: 472
Ocena: ENG: 10/10, kocham to totalnie miłością największą i dałabym więcej, gdybym mogła!
PL: Nawet nie potrafię tego wyrazić, było źle, to wydanie wpada na moją osobistą listę dramatów 2020.
Opis: Jedyne, o czym marzył Magnus Bane, to podróż po Europie z Alekiem Lightwoodem – Nocnym Łowcą, który wbrew przeciwnościom losu w końcu został jego chłopakiem. Jednak gdy tylko para zadomawia się w Paryżu, przybywa stary przyjaciel z wiadomościami o sławiącym demona kulcie zwanym Szkarłatną Ręką. Kult został lata temu założony przez Magnusa dla żartu, teraz pod nowym przywództwem dąży do wywołania chaosu na całym świecie. Magnus i Alec wyruszają w pogoń po Europie, aby wyśledzić Szkarłatną Rękę i ich nieuchwytnego nowego przywódcę, zanim zgrupowanie spowoduje więcej szkód. Magnus i Alec będą musieli zaufać sobie bardziej niż kiedykolwiek – nawet jeśli oznacza to ujawnienie tajemnic, które chcieli zatrzymać tylko dla siebie. (Po angielsku było w sumie tak samo, a ja jestem leniem.)

„Magnus wondered if he would ever get used to being surprised by Alec Lightwood. He hoped not.”



Gdyby z pięć lat temu ktoś mi powiedział, że Cassandra Clare wyda książkę, której głównymi bohaterami będą Magnus Bane i Alec Lightwood, a fabuła będzie skupiać się na tym, że Magnus narobił przypału, że będzie to osadzone podczas ich wakacji pomiędzy „Miastem szkła” i „Miastem upadłych aniołów”, byłabym chodzącą kulką szczęścia. Kiedy około dwa lata temu okazało się, że będzie o nich cała seria… No cóż, stałam się szczęśliwą bułą, bo Magnus i Alec są najpiękniejszymi postaciami, jakie było mi dane poznać, wyżej jest już jedynie moja najukochańsza Ahsoka. Wiecie, uwielbiam ich na tyle, że przełamałam się i kupiłam książkę, zamiast rozbijać cały swój pieniądz na łyżwy. Mało tego, w końcu przeczytałam coś po angielsku tak w całości, od początku do końca. Warto było, a angielski wcale nie był taki straszny.
Szczerze mówiąc, uważam, że „The Red Scrolls of Magic” to nie jest książka, od której można zacząć czytać Clare. Nie i koniec. Weźcie sobie każdą inną serię, ale ta się po prostu nie nada. Mogę to delikatnie porównać do „Avengers: Endgame” – żeby się tym w pełni cieszyć, musisz znać przynajmniej „Dary Anioła”, bo nie ogarniesz, o czym oni gadają, nie poczujesz tego klimatu, pospoilerujesz sobie nie dość, że DA to jeszcze „Diabelskie Maszyny”. Clare w tym wypadku zakłada, że znasz przynajmniej rodzeństwo Aleca, wiesz, o czym były pierwsze trzy części „Darów Anioła” i nie potrzebujesz, żeby ktoś ci po kolei tłumaczył mechanikę świata przedstawionego. Poza tym jest tam tyle easter eggów, że bez znajomości uniwersum stracisz sporo zabawy. „The Red Scrolls of Magic” to książka dla fanów Nocnych Łowców. (Dlatego też kompletnie nie rozumiem, jak polski wydawca mógł powysyłać egzemplarze recenzenckie ludziom ze swojej listy bez pytania, czy są zainteresowani. I dowiedziałam się tego bezpośrednio od jednej recenzentki, żeby nie było, że sieję ferment.)
Fabuła jest podsumowaniem całego żywota Wysokiego Czarownika Brooklynu. Magnus, znowu to zrobiłeś! Nasi bohaterowie wyjeżdżają na romantyczne wakacje – żeby bliżej się poznać i sprawdzić, czy ich związek ma jakąś przyszłość – jednak szybko zostają one przerwane. Okazuje się, że Magnus wiele lat wcześniej dla żartu założył kult czczący Wielkiego Demona. Wiadomo, czarownik był pijany, a głównym założeniem sekty było robienie głupich żartów i hedonizm. Niestety, coś się zmieniło i w chwili obecnej jego wyznawcy mordują przyziemnych i faerie, wzywają demony, no nie są najgrzeczniejszymi obywatelami. Sam Magnus o tym nie pamięta i jest szczerze zdziwiony, kiedy okazuje się, że jest oskarżony o bycie ich przywódcą. Ogólnie rzecz ujmując przypał, trzeba opanować sytuację, żeby rada czarowników i Clave ukrócili żywota naszego ulubionego czarownika. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam, o czym ta książka będzie, prawie spadłam z krzesła. Kto inny, jak nie Magnus, mógł po pijaku i dla żartu założyć demoniczny kult? Już wtedy wiedziałam, że mam nową ulubioną książkę z tego uniwersum. No i się nie pomyliłam.
The Red Scrolls of Magic” spełnia wszystkie moje oczekiwania. Jestem w stanie przyjmować Magnusa i Aleca we wszelkich ilościach, a Clare wybrała sobie jeden z ciekawszych momentów ich związku. Dopiero zaczęli być ze sobą tak na poważnie i oboje z lekka nie ogarniają, jak się do siebie odnosić. Alec jak zwykle jest trochę nieogarnięty, nie ma pojęcia, co robi i czegoś by chciał, ale nie wie jak, wydaje mu się, że nie jest wystarczająco dobry, a potem nagle mówi coś kompletnie kochanego i aż chce się go wytulić. Nieważne, że jest świetnie wytrenowanym zabójcą demonów. To jak z kotami, niby taki perfekcyjny drapieżnik, ale ciężko się nie rozpływać, jaką jest puchatą kuleczką. Magnus też ma swoje wątpliwości, bo kto to widział umawiać się z Nocnym Łowcą, jak to zawsze są najwredniejsze, chodzące ideały, gotowe wsadzić cię za kratki za jeden mały pentagram, a Bane w ogóle z większością dzieci anioła ma raczej chłodne stosunki. To nie ma szans się udać. Tylko przy okazji bardzo chce, żeby to się udało. Alec i jego niewinność rozwalają wszelkie stereotypy, a wszyscy jego znajomi Magnusa zastanawiają się, czy aby na pewno nasz czarownik jest przy zdrowych zmysłach. Dochodzi do tego całe dramatyzowanie na temat jego pochodzenia, że odwalił kompletną głupotę z tym kultem, a że nasz czarownik ma dobre serducho to czuje się potwornie winny całej sytuacji. Ci dwaj przez całą książkę motają się między sobą, są trochę zakochanymi idiotami, trochę słodkimi bułami i tworzy to mieszankę idealną. Każda ich rozmowa jest jak miód na moje serce. Do tego Clare zaczyna układać między nimi dramę, przez którą w kolejnych częściach „Darów Anioła” co chwilę łamią mi serce. Wiecie, że Magnus nie opowiada Alecowi o swojej przeszłości, nie chce powiedzieć, kto był jego ojcem, strach Aleca przed nieśmiertelnością Magnusa… Wybornie się o tym czytało, nieważne, jak bardzo by mnie to bolało, uwielbiam takie rzeczy i obserwowanie początku tego bałaganu było czymś niesamowitym. Teraz wiem, jak się czuje kot sprawdzający, kiedy szklanka spadnie ze stołu. Jednak to nie tylko to, Clare nawrzucała tu trochę szczegółów, na które nigdzie indziej nie znalazło się miejsca, a były mi potrzebne do szczęścia. Na przykład poza naszą ulubioną parką pojawiają się Helen i Aline, które zawsze były gdzieś na boku i wiedziało się o nich głównie tyle, że są razem. Miały kilka akcji w „Królowej mroku i powietrza”, w których złapały mnie za serducho, ale nadal było tego mało. Tym razem dostały trochę więcej czasu antenowego (?) i kurde, kocham je! Szczególnie Aline, ta dziewczyna jest wspaniała, jak gada prosto z mostu, o co jej chodzi i ciężko jej jakkolwiek przeszkodzić jak już coś postanowi. Helen może nie dało się od razu lubić, bo przepraszam bardzo, ale wróg Magnusa jest moim wrogiem, ale trudno też było jej nie wybaczyć.
W wersji oryginalnej styl Clare naprawdę nie różnił się zbytnio od tego, co znałam z tłumaczeń Maga, a raczej to polskie wydania dobrze odzwierciedlały tekst po angielsku. Od razu poczułam znajomy klimat i aż chciało czytać się dalej. Wcześniej trochę się bałam ruszać książki po angielsku, bo jednak wymaga to trochę więcej skupienia i nadal nie ogarniam części słówek, więc bałam się, jak będzie z rozumieniem tekstu. No i tak, momentami nie wiedziałam, co to za dziwne słowo, ale sporo dało się wyciągać z kontekstu i nie przeszkadzało mi to. Poza tym doceniłam te ich duże wydania. Tekst jest jakoś tak przyjemniej sformatowany, samo czytanie mniej męczyło mi oczy i szło zaskakująco szybko. Chociaż to też może być zasługa autorki, bo „The Red Scrolls of Magic” naprawdę potrafi wciągnąć i gdyby nie moje granie w trzeciego Wiedźmina i przeżywanie nowych odcinków „The Clone Wars”, skończyłabym to w kilka dni. W sumie sporą część przeczytałam po prostu na raz.
Teraz wyobraźcie sobie, że tą część piszę dwa miesiące później. Po części dlatego, że wpadłam w wir pisania fanfików o Ahsoce, ale muszę przyznać, że też chętniej zajmowałam się innymi sprawami niż czytaniem. Bo było mi, kurde, przykro. Błagam was, czytajcie tę książkę w oryginale!
Kiedy dowiedziałam się, że to nie Mag a We need YA wyda „The Red Scrolls of Magic” w Polsce, poczułam lekki niepokój. Nie miałam wcześniej zbyt wiele do czynienia z tym wydawnictwem. Czytałam od nich, chociaż wtedy jeszcze działających pod Czwartą Stroną, „Okrutną pieśń” i do dzisiaj zastanawiam się, czy ta książka w oryginale by mi się spodobała. Kupowałam ją w przedpremierze i pierwsze wydanie chyba korektora nie widziało na oczy. Błędy były nawet tego kalibru, że wypowiedzi bohaterów lądowały w narracji i jedynie nagła zmiana płci mnie uświadamiała, że coś jest nie tak. Do tego już wcześniej słyszałam, że ich tłumaczenia Adama Silvery okropnie spłaszczają tekst i zabierają z niego cały klimat. Jednak starałam się być optymistyczna. Kurde, dostali książkę, na którą czekało pół fandomu, bo to w końcu Malec. Clare jest jedną z większych autorek młodzieżówek i mamy w Polsce już 15 książek jej autorstwa. Dlatego chciałam wierzyć, że się do tego przyłożą i zadbają o to, żeby fani nie poczuli zmiany wydawcy. Teraz czuję się mniej więcej, jak tego pamiętnego razu, kiedy źle wyliczyłam moment hamowania na łyżwach i zderzyłam się z bandą. Jedyną różnicą jest to, że nie mam wielkiego siniaka na samym środku czoła.
Chciałabym tu zaznaczyć, że naprawdę nie chcę wyżywać się na tłumaczu. O ile dobrze wystalkowałam, to była pierwsza książka, jaką tłumaczył i ostatecznie to wydawca decydował o jego zatrudnieniu [i w sumie ostatecznej akceptacji tłumaczenia i wydaniu – Cup zwróciła uwagę, a to ważne, więc zostawiam] . Ja też za jakiś czas pójdę do pierwszej pracy po ukończeniu studiów i mogę mieć tylko nadzieję, że się nie wyrżnę na samym starcie. Jeżeli kogoś należy winić, to tych ludzi na górze, którzy taki tekst zaakceptowali. Przepraszam bardzo, ale tłumaczenie i korekta tutaj kuleją i zepsuły mi całą radość z czytania. To jest dramat, cytując słynnego stawonoga. Odniosłam wrażenie, że wydawca postanowił kompletnie zignorować wszystkie inne książki Clare i tłumaczenia, które już znaliśmy z Maga, a wręcz zrobić wszystko na odwrót. Szczerze mówiąc, jako fanka Nocnych Łowców, czuję się jakby ktoś po prostu pokazał mi środkowy palec.
Gdybym miała przytaczać tu wszystkie błędy, jakie znalazłam w „Czerwonych Zwojach Magii” to siedziałabym nad tym tekstem cały dzień. Dlatego pozwólcie, że zalinkuję swojego Instagrama, tam w zapisanych stories jest większość kwiatków, jakie udało mi się znaleźć (o tu relacja z czytania). Jednak nie odmówię sobie przytoczenia pewnych przykładów. Jak na przykład stwierdzenia, że Tessa „uwielbiała” Nocnych Łowców. W oryginale było „loved”. Mowa o Tessie, kurde, ktoś właśnie totalnie olał całe „Diabelskie Maszyny” i relacje między Tessą, Willem i Jemem. Kto czytał, wie, jak łamali serducho. Kurde, przepłakałam całą „Mechaniczną księżniczkę” właśnie przez nich, to nie było „uwielbiała”, nie w tym kontekście. Co jeszcze? Nagle w Sali Anioła pojawiły się portrety! Nie wiem skąd, w oryginale nie było nic o portretach, no ale cóż… Okazuje się też, że Magnus rzucił na Clary zaklęcie pozwalające jej odzyskać pamięć, ale to tylko w polskiej wersji dzieją się takie cuda. Przypominam tylko – zaklęcia nie dało się zdjąć ani przywrócić od tak pamięci, Fray sobie wszystko przypominała z czasem, jak to zaklęcie słabło. Padło też stwierdzenie, że Alec walczył w Powstaniu. Szkoda tylko, że Alec miał wtedy 2 lata, a po angielsku w tym miejscu było „war”. Tak poza tym, Miecz Anioła nagle został Śmiertelnym Mieczem. Super, nie ma to jak dosłowne tłumaczenie i olanie nazw własnych z 15 innych książek. Raphael, wiecie, ten wampir latynoskiego pochodzenia, został Rafaelem. Subtelna różnica? Może, ale Raphael właśnie brzmi latynosko i tak powinno zostać, Rafael uderza w bardziej włoskie tony. Po co w ogóle zmieniać zapis czyjegoś imienia, skoro nijak nie przeszkadza to w tłumaczeniu? Jeszcze co do naszego wampira, to okazało się też, że leci na Magnusa! Poważnie, myślałam, że się opluję, kiedy to przeczytałam. Przy okazji, Raphael był aseksualny i aromantyczny, gratuluję, właśnie zignorowaliście jego orientację. Po angielsku mieliśmy „I forgot you have no interest in Magnus”, kiedy po polsku nagle było „Zapomniałem, że nie lecisz na Magnusa”. Są jeszcze takie rzeczy jak dziwne akcje z odmianą przez przypadki. Idris czasami był odmieniany, innym razem nie, Isabelle, która zawsze pozostawała w tej jednej formie, nagle dostała odmianę, Edom w ogóle nie był odmieniany („w Edom” brzmi po prostu strasznie), a za to Gard już zostało odmienione, chociaż nigdy nie było. Czy to są błędy czy nie, no przepraszam, byłam przyzwyczajona do pewnych form i w te zmian brzmiały po prostu krzywo.
Oczywiście trafiły się też błędy niezwiązane z kanonem. Zaczynając z grubej rury: Magnus w oryginale miał przydomek The Great Poison, po polsku zmieniło się to na Wielkiego Beja i jest to tak bardzo bezsensowne, że ja nie mogę! Po angielsku była to gra słów, zarówno great jak i Magnus znaczą wielki, a poison i Bane to trucizna. To była po prostu gra słów. Wielki Bej znaczy tyle, co nic i do tego brzmi źle. Chyba ktoś próbował nawiązać do nazwiska Magnusa w kosmicznie łopatologiczny sposób. Jakby nie można było zrobić Wielkiego Truciciela i tadam, kryzys zażegnany. Ewentualnie na odpowiedniej stronie zrobić przypis z tłumaczeniem obu członów nazwiska Magnusa. Już taka sytuacja miała miejsce z Churchem w „Królowej mroku i powietrza”, po prostu zrobiono przypis, że church znaczy kościół i wszyscy szczęśliwi. Ostatecznie się zdenerwowałam, jak doszło do momentu, w którym Magnus sam mówi, że jego przydomek to gra słów, bo to jego imię i nazwisko. Po polsku nie ma to najmniejszego sensu! Pojawił się też taki dziwny wygibas językowy jak „Ich związek trwał niedługo”. Wystarczyło zamiast „niedługo” napisać „krótko”. Na samym początku jest, że spali w hotelu, kiedy od początku nocowali w paryskim apartamencie Magnusa, który pojawia się chyba rozdział później. Tessa poza „uwielbianiem Nocnych Łowców” wykazała się też „olimpijskim spokojem”. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego sformułowania i aż rozesłałam to do znajomych, którzy też sądzili, że to jakiś błąd. Dopiero jedna osoba na Instagramie napisała mi, że takie sformułowanie istnieje naprawdę. I tu zapytam, czy nie byłoby bardziej zrozumiałe napisanie, że po prostu była spokojna? Albo użycie „stoickiego spokoju”? To jest młodzieżówka, a nie tekst dla językoznawców, fajnie by było nie dostawać zawieszenia systemu podczas czytania. Były momenty, w których kompletnie zmieniało się znaczenie danego zdania. Na przykład ojciec Aleca w rozmowie z nim używa słowa „men” i definitywnie chodzi tam o mężczyzn, szczególnie biorąc pod uwagę dalszą część jego wypowiedzi, która odnosi się do homoseksualizmu. Po polsku „men” zostało przetłumaczone na „człowiek”, co jest totalnie bezsensowne, tym bardziej, że Robert miał w tym momencie na myśli Magnusa i już określił go jako Podziemnego. Poza tym rodzeństwo Aleca umawiało się zarówno z ludźmi jak i z Podziemnymi i nigdy nie mieli z tego tytułu problemów, w tej rozmowie chodziło głównie o bycie w związku z innym mężczyzną. Ktoś też nie przetłumaczył słowa „party”. Powiedzcie mi, czy ktoś w przedziale wiekowym 15 – 25 w ogóle u nas używa słowa „party” jako synonimu „impreza”? Bo brzmi to trochę jak taka próba wpasowania się w „młodzieżowy slang” i zakończyła się ona taką samą porażką, jak wszystkie inne. Błagam, nie róbcie tego. Mogę jeszcze wymienić epickie wywalenie się na zrozumieniu tytułu serii. Po angielsku mamy „The eldest curses”, seria po polsku nazywa się „Najstarsze klątwy”. Do tego momentu było wszystko okej. Po czym Magnus w książce został nazwany jako „eldest curse” co było wręcz oczywistym wyjaśnieniem tytułu serii. W naszym wydaniu został „najstarszą plagą”. To jest ten moment, kiedy zaczynam się śmiać z bezsilności.
Mam jeszcze dwie bolączki, które powodowały, że non stop zgrzytałam zębami podczas czytania. Zwą się one „młody łowca” i „Łowca”. Te dwa określenia pojawiały się tak często, że gdybym dostawała złotówkę, za każde znalezienie ich w tekście, stać by mnie było na wycieczkę do Czech połączoną ze sterylizacją i tygodniowym balowaniem w imię wolności od widma posiadania bombelka. (Przysięgam to kiedyś zrobić.) Może zacznę od „młodego łowcy”, bo taki oto przydomek nagminnie otrzymywał Alec. Widziałam to dosłownie co chwila i za każdym razem czułam się trochę, jak Anakin na widok piasku. No nie, po prostu, kurde, nie. To było tak niezgrabne jak określanie postaci w opowiadaniach na wattpadzie jako „czarnowłosa” czy „niebieskooki”. Tylko jeszcze gorzej, bo to zostało opublikowane w książce. Naprawdę, Alec zostawał co chwila „młodym łowcą”, jakby nie dało się go wymienić z nazwiska czy z perspektywy Magnusa określić go „jego chłopakiem”. Często były to zdania, które nawet nie potrzebowały doprecyzowania, o kogo chodzi, bo to po prostu wynikało z kontekstu i każdy by się domyślił, że chodzi właśnie o Aleca Lightwooda, słodką bułę i najbardziej uroczego zabójcę demonów na tej planecie. Co do „Łowcy” to pojawiał się często jako zamiennik „Nocnego Łowcy”. Jest tylko jeden problem, „Nocny Łowca” to nazwa własna, wiecie? Bez pierwszego członu wydawało się to łyse, a do tego też pojawiało się non stop. Istnieją inne określenia na naszych ulubionych pogromców demonów, na przykład Nefilim, Dzieci Anioła. Momentami wystarczyło określić ich narodowością i zamiast „Łowcy z rzymskiego Instytutu” dać „Włosi”. Często nie trzeba było tego dookreślania ich, bo w samym kontekście zdania chodziło o nich, czyli taki sam przypadek jak z „młodym łowcą”. Błagam, niech nikt nie robi tego więcej, może jeszcze byłoby to znośne, gdyby nie pojawiało się co akapit. Niech też nikt mi nie mówi, że to tylko po to, żeby unikać powtórzeń, bo czasami to były właśnie te straszne powtórzenia, zresztą inne też wyłapałam. A moim skromnym zdaniem, człowieka znającego się na tyle, na ile pisze głupie opowiadania, zbyt mocno boimy się powtórzeń. Czasem lepiej już walnąć dwa razy to samo słowo w zbyt krótkim odstępie niż stworzyć językowego potwora, byleby tylko trzymać się świętych zasad. (Cup pewnie na tym momencie sprawdzania ma mnie kompletnie dość i mamrocze coś, że jednak mogłabym te powtórzonka opanować XD Love u! [it’s not that bad this time] ← To ona sama napisała, ja nie zmuszałam!)
Chętnie jeszcze zrobię osobisty rant na to, jak wydawca mówił wszystkim naokoło, że „Czerwone Zwoje Magii” można czytać bez znajomości reszty książek Clare. Ja rozumiem, że marketing przede wszystkim, ale tu nasuwa się jeden komentarz: X D. Wszystko w teorii można czytać bez znajomości reszty uniwersum. Mogę sobie wyciągnąć „Dom Hadesa” bez czytania reszty „Olimpijskich herosów” albo obejrzeć „The rise of Skywalker” jako pierwszy film z „Gwiezdnych Wojen” (dobra, to w sumie można, bo ten film to totalny chaos czy się zna SW, czy nie), nikt wam nie broni zobaczyć „Endgame” bez znajomości MCU. Pytanie tylko, ile z tego zrozumiecie? Jak dobrze będziecie się bawić? Ile sobie zaspoilerujecie z innych części? „Najstarsze klątwy” to nowa seria, tak, ale osadzona dokładnie w środku „Darów Anioła”. Pojawiają się w niej postaci z innych książek, które spoilerują chociażby „Diabelskie Maszyny”. Wiecie, co było jednym z moich największych pytań podczas premiery „Miasta niebiańskiego ognia”? Tożsamość ojca Magnusa, którą tu macie podaną w pierwszej połowie książki. No ale cóż, patrząc po treści, nawet ludzie odpowiedzialni za wydanie „Czerwonych Zwojów Magii” nie orientują się w uniwersum, więc może po prostu nie wiedzieli. Wypadałoby, ale kto by się przejmował. Przecież to tylko książka, której wyczekiwali fani. Ta o jednej z ulubionych par w uniwersum Nocnych Łowców. Kto by się przejmował?
Wiem, tupię tu nogą, warczę i w ogóle denerwuję się jak dzieciak, ale prawda jest taka, że jestem po prostu zła na to, jak zostaliśmy potraktowani. Czuję się, jakby wydawca wziął tę książkę tylko ze względu na jej popularność, żeby się bardziej wybić (i tak też wyglądały ich reklamy), a wszystko pod płaszczykiem takiej przychylności dla czytelnika. Tak, daliście nam błyszczącą okładkę, a przy okazji tekst z wręcz śmiesznymi błędami, ignorując wszystkie poprzednie książki Clare. Chętnie wymienię tę okładkę na dobrze zredagowaną wersj. A jeżeli dalej chcecie olewać pozostałe książki Cassie, nieważne z jakiego powodu, to pamiętajcie, że drugi tom dzieje się pomiędzy „Darami Anioła”, a „Mrocznymi Intrygami”, dodając do tego dwa zbiory opowiadań, bo w „The Lost Book of White” pojawia się Max. Będziecie mieli o wiele więcej okazji do popełnienia błędów. Mi w tej chwili jest najzwyczajniej w świecie przykro, Magnus i Alec zasługiwali na coś lepszego, a tym bardziej czytelnicy. Ja sobie poradzę, chętnie wesprę autorkę czytając jej książki po angielsku, ale są też osoby, które nie znają tego języka na takim poziomie (chociaż mówię wam, skoro ja dałam radę, to nie był to skomplikowany tekst) albo nie są w stanie wydać 70 złotych na jedną książkę. I dlatego też trzymam kciuki, że to Mag wynegocjował prawa do „Chain of gold”. Ostatecznie, oryginałThe Red Scrolls of Magic” był wspaniały i polecam go każdemu, wydanie polskie co najwyżej przyczyniło się do mojego ekspresowego przejścia trzeciego Wiedźmina.
I dopisuję ten akapit kilka dni później, już bez poprawek, bo jestem nieogarem. Pisząc wszystko wyżej tak się zajęłam tymi błędami, że zapomniałam o jednej ważnej rzeczy. To nie było tak, że całych „Czerwonych Zwojów Magii” nie dało się czytać. Były momenty, kiedy tekst był nawet przyjemny w odbiorze. Tylko te minusy przeważyły, zbyt mocno mnie drażniły i nawet kiedy nie było żadnych większych błędów, co chwila pojawiał się ten nieszczęsny „młody łowca”. Po porządnych poprawkach to mogło być dobre. Także za tłumacza trzymam kciuki, żeby kolejne zlecenia szły lepiej i miały dobrą korektę. Upraszam też, żeby nie znęcać się nad tym człowiekiem, bo nie on jeden był odpowiedzialny za ostateczną wersję tekstu.

PS Zanim ktoś się na mnie rzuci, że sama piszę na poziomie pantofelka, podpowiem tylko tyle: nie trzeba być piekarzem, żeby ocenić smak chleba. Nie muszę skakać Lutza, żeby zauważyć, że był najechany na złej krawędzi. I nie muszę być Magdą Gessler, żeby wiedzieć, że zupa smakuje jak pomyje po praniu bielizny bawarskiego himalaisty.
PS2 Polecam granie w Wiedźmina, skoro już się pojawił jako bohater trzecioplanowy. Może partyjka Gwinta?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza