Ariana | Blogger | X X X X

czwartek, 18 lutego 2021

Milion uniwersów wzajemnie nieświadomych swojego istnienia: Zorza polarna, Philip Pullman

 


Seria: Mroczne Materie
Tytuł: Zorza Polarna
Autor: Philip Pullman
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 396
Ocena: 10/10
Opis: „Bez tego dziecka wszyscy zginiemy”.
W „Zorzy Polarnej” poznajemy Lyrę Belacquę, sierotę z równoległego świata, w którym nauka, teologia i magia splatają się ze sobą. Lyra i jej dajmon w zwierzęcej postaci mieszkają – na wpół dzicy i beztroscy – wśród akademików oksfordzkiego Kolegium Jordana. Kiedy Lyra wyruszy na poszukiwanie uprowadzonego przyjaciela, odkryje złowieszczą intrygę, w której główną rolę odkrywają porwane dzieci, a jej wyprawa przeobrazi się w pogoń za zrozumieniem tajemniczego zjawiska zwanego „Prochem”. Los zawiedzie ją na skute lodem ziemie Arktyki, gdzie władzę sprawują klany wiedźm, a niedźwiedzie polarne toczą wojny. Niezwykła podróż Lyry będzie miała poważne konsekwencje wykraczające daleko poza granice świata, który zamieszkuje.


„Właśnie otarłem się o dziesięć milionów innych wszechświatów i nawet tego nie zauważyłem”


No ten, trochę mnie tu nie było, bo trochę też nie miałam weny na czytanie, życie jest nobelom i inne takie. Dlatego też wyobraźcie sobie, jak zajebista albo zła musiała być Zorza polarna, że coś tutaj piszę. (Spoiler: była, kurła, zajebista.)

Moja historia z Mrocznymi materiami jest dość chaotyczna. Bo kiedyś próbowali je zekranizować i nawet obejrzałam Złoty kompas. Zapamiętałam z tego głównie niedźwiedzie polarne, dajmony, tytułowy kompas i Tą Złą Babę. Potem odkryłam, że to jest seria książek, ale były tak trudno dostępne, że nie chciało mi się w to bawić. Tak sobie zleciało ileś lat, gdzieś tam wiedziałam, że to istnieje, ale niespecjalnie się interesowałam tematem. W końcu okazało się, że będzie drugie podejście do ekranizacji, tym razem w formie serialu. Na HBO Go. Nie miałam HBO Go. Jednak serial oznaczał mniej więcej tyle, że jest szansa na wznowienie tej serii w polskim wydaniu. Tym sposobem w moje łapy wpadła Zorza polarna… I luj, bo jestem bułą, ciągle zajmowałam się czymś innym i tak czekała sobie na przeczytanie. Później dzięki ludzkiej wspaniałomyślności dostałam dostęp do HBO Go, obejrzałam pierwszy sezon, chwilę później drugi, stwierdziłam, że to jest zajebiste, dokupiłam pozostałe dwie części i tym sposobem znalazłam się tutaj. Bo Mroczne materie są cudowne i muszę o tym trochę pogadać.

Historia zaczyna się w równoległym świecie, w którym ludzie są związani z przyjmującymi postać zwierząt dajmonami, kościół pod postacią Magisterium sprawuje władzę, wszelka nauka jest ściśle związana z teologią, a na północy żyją pancerne niedźwiedzie (które nawet gadają i wykształciły własną kulturę). Istnieje też równoległy do naszego Oxford, w którym niewinny, dziecięcy żywot prowadzą Lyra i jej dajmon. Do czasu aż w ich życiu nie pojawi się pani Coulter, a tajemniczy Pożeracze nie porwą najlepszego przyjaciela Lyry.

W pierwszej kolejności muszę powiedzieć o światotwórstwie, bo to było tak doskonałe, że już podczas oglądania serialu przeglądałam angielską wiki na temat Mrocznych Materii, żeby dostać jeszcze więcej tej magii. Świat Lyry jest na tyle podobny do naszego, a równocześnie tak różny, że czułam się jak dzieciak, który odkrywa otaczającą go rzeczywistość i jest w niej absolutnie zakochany. Nie potrafię określić, w jakiej epoce została osadzona akcja. Próbowałam, ale kiedy już myślałam, że to jest to, pojawiał się jakiś szczegół, który kompletnie nie pasował. Musiałam sobie powiedzieć, że no debilu, ten świat po prostu rozwijał się w innym kierunku niż nasz, zaakceptuj to. Koncepcja dajmonów, które są odzwierciedleniem ludzkich charakterów i emocji, kupiła mnie całkowicie, szczególnie przez wszelkie puchate i pierzaste formy Pantalaimona (wcale nie sprawdzam pisowni w książce). To, jak dajmony i ludzie obchodzą się ze sobą, co im wolno, a co jest kompletnym tabu, jak dajmony Asriela i i Marisy zachowywały się wobec siebie w ostatnim rozdziale... to wszystko było tak dobre, że poczułam się trochę jakbym wychowywała się w tym świecie od dziecka. Tak samo było z pancernymi niedźwiedziami czy czarownicami. Nadal nie wiem wiele o tym świecie i trzeba mi więcej, ale jest tak opisany, że czuję się jakby był mój. To jest moje (kolejne już) bagno, adoptowałam je i koniec.

Motyw multiwersum też przemówił prosto do mojego serducha. W momencie, w którym zobaczyłam miasto odbite w zorzy polarnej byłam kupiona. Rany, ja już po czołówce serialu zostałam przekonana, że to będzie genialny wątek. Przekonało mnie to tak bardzo, że wykopałam wszelkie spoilery do całej serii, żeby lepiej zrozumieć, jak autor to sobie wymyślił. A mimo to, czytając Zorzę polarną” byłam na nowo oczarowana tym pomysłem. Zresztą nie pierwszy raz lecę na podróże między wymiarami, po prostu Odcienie Magii dorobiły się teraz rodzeństwa. (Przy okazji: to też są cudowne książki, którym potrzeba więcej atencji!) Bez spoilerów, ale ostatnie rozdziały tej książki to było coś równocześnie strasznego, smutnego, tajemniczego i tak kosmicznie magicznego.

Poza tym w Zorzy polarnej” jest tak wiele niesamowitych rzeczy, że momentami czułam się, jakbym trzymała w rękach cały kosmos. Jest wątek Magisterium, kościoła trzymającego całą władzę, rozporządzającego nauką, który ukarze cię za herezję, jeżeli twoje odkrycia będą się gryzły z ich doktryną. I pewnie to też wpływ serialu, w którym ten wątek był mocniej rozbudowany, może to też wina przeczytania WSZYSTKICH spoilerów, ale widzę w tym piękną krytykę Kościoła. Naprawdę ciekawy moment sobie wybrałam na poznawanie się z tą serią. Jest też tajemniczy Proch, którego dorośli się boją, w którym Kościół widzi dowód na istnienie grzechu pierworodnego i który jest właściwym napędem całej fabuły. Tu też mogę się zachwycać, jak autor wziął pewne naukowe zagadnienie, połączył je z religią i wyszło coś absolutnie genialnego. Może też jestem trochę stronnicza, bo sama lubię wyciągnąć jakiś drobny fragment czegoś i obudować do tego całą historię. (Może i mam gdzieś na dnie szuflady dziwne notatki o wszelakiej alchemii od czasów starożytnych po Crowleya i jakieś dziwne pomysły na fabuły. Może…)

Świat Mrocznych materii jest piękny. A wiecie, co jeszcze jest piękne? Postacie. Philip Pullman to moje mieć ciastko i zjeść ciastko. Mam genialny świat i postacie, które są tak zajebiście napisane, że gdybym mogła, niektóre bym zaprosiła na herbatkę, a innym wywaliła lepę na pysk. Lyra i Pantalaimon okazali się genialnymi przewodnikami po tym świecie. Nie wiedziałam, że tak bardzo potrzebowałam opisu dziecięcych wojen gangów. Lyra to absolutnie dziki dzieciak i mam nadzieję, że się nigdy nie zmieni, bo kocham tę chaotyczną energię, jej stawianie na swoim i ciekawość świata. Pan za to zaskoczył mnie swoim stosunkiem do Lyry. Na samym początku sądziłam, że dajmon powinien być zawsze posłuszny człowiekowi, zgadzać się z nim i tak dalej. Ale Pan potrafił się postawić, kiedy wiedział, że Lyra się myli albo waha przed zrobieniem czegoś, rzucał kąśliwe uwagi i tego typu rzeczy. Gdyby był bardziej sarkastyczny i zrobiony z cienia, pomyślałabym, że Pan Życzliwy przelazł z Nibynocy do Zorzy polarnej. Chyba mam słabość do gadających zwierząt uczepionych głównych bohaterek.

Ale trzeba też porozmawiać o Tej Złej Babie. Marisa god damn Coulter. To jest ten typ postaci, której się nienawidzi do tego stopnia, że podziwia się autora za napisanie jej. Mam tyle pytań odnośnie tej kobiety, tyle teorii, a ona cały czas dokłada kolejne. Wydawało mi się, że w serialu już widziałam z jej strony wszystko, ale rany, w książkach jest jeszcze większą jędzą. I to jest w niej na swój sposób fascynujące, jak ją widzę, zastanawiam się, co tym razem ta baba odwali. Za każdym razem czuję, że powinnam być zaskoczona, ale już sobie przyjęłam, że to jedna z najgorszych person w tym uniwersum. No jest jeszcze jedna postać, ale spoilery, spoilery…

Pullman każdą pojawiającą się postać przedstawia w sposób po prostu fascynujący. Niektórzy mają tajemnice, inni  tak wyrazisty charakter, że z miejsca się w nich zakochujesz albo zaczynasz ich nienawidzić. Lee Scorsby czy Iorek Byrnison są dla mnie po prostu ikonami tej książki. Pani Coulter prawie od razu weszła do mojej topki najbardziej jędzowatych charakterów. Lyra daje mi podobną energię co Percy Jackson, tylko jest jeszcze bardziej chaotyczna i kocham ją za to. Lord Asriel załatwił mi taki zwrot fabularny, że no kurde go mać. W wiedźmach się po prostu zakochałam i oby było ich jak najwięcej w kolejnych częściach.

Raczej widać, że jestem kompletnie, bez pamięci zakochana w Zorzy polarnej” i w ogóle w Mrocznych materiach. Ta książka była tak niesamowita, magiczna i pokrętna, że nie rozumiem, jak mogła wcześniej nie zaistnieć w naszej popkulturze i w ogóle jakim prawem ktokolwiek kiedyś stwierdził, że nie warto robić dodruków. Naprawdę rzadko wydaje mi się, że mogłabym dany tytuł polecić każdemu bez wyrzutów sumienia. Często przy tych książkach, które sama kocham całym serduchem, mam poczucie, że nie każdemu mogę je zaproponować, bo gdzieś jest jakieś „ale”. Tutaj nie ma żadnego „ale”, po prostu przeczytajcie/obejrzyjcie, ta seria to coś pięknego. Samą czołówkę serialu mogłabym oglądać w zapętleniu. A przy czytaniu bardzo polecam włączyć sobie serialowy soundtrack, bo to też jest absolutna magia.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza