Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucy grasuje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucy grasuje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 września 2017

Drama alert: Czytam Pierwszy

Drama, drama drama, drama, drama drama... Ktoś mnie wzywał?!


O czym tym razem? O nowym portalu dla czytelników, Czytam Pierwszy. Ruszył on na początku września i już wywołał sporo burz wśród recenzentów. Czemu? A no temu, że niektórzy sobie wymyślili, że to jakiś wyzysk blogerów, brak szacunku do ich pracy i tak dalej. Szczerze to czytelnikom i recenzentom do zarzucenia mam wiele, a ostatnio to środowisko coraz mocniej się pogrąża. (Nie wszyscy, oczywiście, są też osoby, które uwielbiam.) Na rany Latającego Potwora Spaghetti! Zapytam tak: czy ktoś nas zmusza do używania tego portalu? Czy wydawnictwa wypowiedziały ludziom współpracę bo powstało Czytam Pierwszy? No właśnie, że nie!
Słowem wstępu: witryna jest kierowana do początkujących blogerów (wielka neonowa strzałka wskazująca mnie, nawet nie zaczęłam raczkować). Dołączyć tam może każdy, kto posiada social media związane z książkami, wszystkie są wymienione na stronie internetowej ze szczegółową punktacją TUTAJ. Wystarczy pięć minut, żeby zorientować się na jakiej zasadzie przyznawane są punkty. Oczywiście zrozumiałym jest, że przy dłuższych wypowiedziach najważniejsza jest ocena tekstu. Trzeba być osłem, żeby dawać za każdą recenzję maksymalną pulę punktów, bo nastąpiłby wysyp postów „wstaw streszczenie, napisz, że bardzo ci się podobało”. Ciężko też określić stałą wartość „wynagrodzenia” za post na instagramie, więc w pełni rozumiem przyznawanie punktów ze względu na liczbę obserwujących nas użytkowników. Po uzbieraniu odpowiedniej puli możemy zamienić punkty na książki, elektroniczne: udostępniane przez stronę internetową lub papierowe. Jeden fizyczny egzemplarz kosztuje 100 pkt, wersje przedpremierowe są tańsze niż finalne. Czasami też są najróżniejsze promocje na dane tytuły. No i tak: wersja elektroniczna nie jest zbyt wygodna, ale to też kwestia przyzwyczajenia, ja w ogóle nie przepadam za czytaniem na laptopie czy tablecie. Za to na wersję papierową trzeba sobie zapracować. (Taaaak, znajomi się śmieją z moich skomplikowanych wyliczeń, jak mogę zdobyć więcej punktów.)
Zabawa się zaczęła, kiedy recenzenci doszli do wniosku, że to jakiś jawny wyzysk, że od recenzentów „wymaga się” (???), żeby wstawiali swoje teksty na więcej platform. Kurde, przeczytałam kilka żalipostów, że to takie okropne, że jakieś Instagramy, Lubimy Czytać, księgarnie internetowe... Tylko to nie są żadne wymagania. Widziałam już wcześniej nieco okrojone recenzje na instagramach (na przykład u Emilki z Weź nie czytaj, polecam tego allegrowicza), na innych stronach zawsze była opcja oceniania książek, są grupy książkowe, na które ludzie wstawiają swoje opinie. Nikt niczego nie wymaga, zanim portal ruszył jego założyciele pisali, że nawet nie trzeba mieć bloga. Wiąże się to z mniejszą ilością przyznanych punktów, ale czy to jest wymuszanie zakładania YouTube albo konta w Empiku? Nie sądzę. Ja czasami też gdzieś indziej napiszę o danej książce, na prośbę Magdy Pioruńskiej nawet odkopałam moje Lubimy Czytać, bo czemu nie? Nie zachowuję się też, jakby recenzowanie było dla mnie pracą. Nie, uważam, że to dość zgubne podejście. Dla mnie tacy blogerzy nie są zbyt wiarygodni. Nie czytam dla egzemplarzy recenzenckich i nigdy nie będę tego robić. Robię to i piszę swoje marne teksty dlatego, że to lubię. Nie robiłabym Zupy Zła, gdybym naprawdę nie miała chęci tego zrobić i jeśli ktoś mi powie, że wylewam swoje największe bóle dupska, bo szukam atencji – zaśmieję się prosto w twarz. Robię to ze świadomością, że możecie mnie zjeść żywcem, ale potrzebuję gdzieś wyrzucić swoje negatywne odczucia (aka ścisk czterech liter). Może dlatego nie postrzegam też Czytam Pierwszy jako ataku na recenzenckie środowisko – dla mnie to jest bardziej hobby niż praca. No i takie pitu pitu, a jednak oczy mi się błyszczą na myśl o współpracy, tylko też nigdy nie będę chciała pisać o książkach, które po prostu mnie nie interesują. Nie zamierzam się zmuszać do czytania. Stąd plus dla wymienionego wyżej portalu: sama wybieram książki!
Mogę powiedzieć, że już czytałam pierwsza (to znaczy mam przeczytać). W ramach promocji zamówiłam swój egzemplarz „Moja Lady Jane”, został mi jeden punkt i jestem teraz biedna. Na razie mogę powiedzieć, że kontakt z twórcami portalu był świetny, kiedy kod promocyjny nie chciał działać i poza tym wielkich turbulencji nie było. Paczka przyszła cała i zdrowa, nie jest to przedpremiera ani żaden projekt, więc nie muszę się śpieszyć z czytaniem. Teraz pozostaje mi jedynie ruszyć dupsko do czytania.
Co poza tym: nikt poza nami i administratorami nie widzi naszego konta. Jakaś aktywność jest jednak wymagana, jeśli będziemy się lenić dłużej niż 3 miesiące, zostaną nam odjęte punkty. Poza tym dzięki zgarnianiu kolejnych ISBNów (czyli punktów) otrzymujemy kolejne rangi, a z nimi przywileje (jakie, nie wiem, bo obecnie jestem na samym dole łańcucha pokarmowego). Jeśli umieścimy na naszej stronie baner portalu, też wpadnie nam kilka dodatkowych punktów. U mnie jest on w pasku bocznym i będzie na koniec tego tekstu, jeśli jesteście zainteresowani stroną, możecie wejść przez nie i wspomóc trochę studencką biedę. Co prawda nie posiadam „horej curki” i do niczego nie zmuszam, po prostu będzie mi miło, że to zrobiliście.
Na moje ta drama to po prostu burza w szklance wody. Odnoszę wrażenie, że ci „więksi” się oburzyli, bo oni musieli sobie zapracować na współpracę, a teraz początkujący mają trochę lżej. Zaraz potem krzyczą jakie to nie fair, że trzeba sobie zapracować na te punkty, więc tak z lekka błędne koło. Tak źle, tak niedobrze. Mi cała inicjatywa się podoba i trzymam kciuki za rozwój portalu. Jak nie, to nie, przecież nie ma przymusu zakładania tam konta. Każdemu jego porno, po cholerę się kłócić o coś takiego?

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Hora curka to specjalnie, bez spiny
Lucy
13

poniedziałek, 25 września 2017

Najgorsza relacja ze Zlotu Nocnych Łowców™


Jedyne, na którym dobrze wyglądam (dzięki naszemu helperowi).
W sumie minął już miesiąc. Jestem najgorszą autorką blożka w historii, są za to jakieś medale? Poza tym jak chcecie poczytać coś sensownego to może po prostu to sobie odpuścicie? Zawiedziecie się. Welp... Karuzela śmiechu rusza.
Ogólnie to był bardzo dziwny trip, wiele pokręciłam, wiele samo się rypło, a w ostateczności było zabawnie, a ja jak zwykle wyszłam na kosmitę. Nic nowego, ale było cudownie i to jeden z lepszych eventów na jakich byłam.
W końcu! Od kilku lat podpatrywałam to wydarzenie i zawsze żałowałam, że nie dałam rady kupić biletu albo nie kupiłam, bo nie miałam jak dojechać. Aż do tego roku. Trochę było kombinatorstwa, ale udało się, dotarłam do Poznania na Zlot Nocnych Łowców. Zaliczyłam trochę przypałów, mandat, jechałam w wagonie, który chyba pamięta samego Stalina... Bo nie mogło być normalnie! Warto było.
Widzicie, w tym fandomie część osób ogarniam i kojarzę, sama jestem zaskoczona, że ludzie mnie kojarzą (serio, idę gdziekolwiek, a tam „aaa to ty wrzuciłaś to opko z chorym Alekiem”), ale z główną organizatorką zlotu nigdy nie było mi po drodze. To znaczy wiedziałam, że taka osoba istnieje, ale nie kojarzyłam z nią nic poza tym wydarzeniem, bo nie jestem zainteresowana książkową stroną YouTube (o czym będzie jakiś oddzielny post). Jednak wiem, że jest bardzo kochana. A w ogóle Nocni Łowcy to taki dziwnie rozstrzelony fandom, że część tych ludzi bym podusiła, do innej się nie przyznawała, a resztę kocham. Pisiont twarzy Szedołhanters. Oczywiście poza Embers było tam naprawdę wiele wspaniałych osób i nadal jestem w ostrym szoku po zobaczeniu kilku chłopaków. Tak samo byłam zaskoczona po dotarciu do Poznania, że w dosłownie kilka minut wpadłam na tylu przypadkowych uczestników Zlotu. No halo, ja rozumiem, że podczas Pyrkonu okolice MTP przejmują konwentowicze, ale nie spodziewałam się czegoś podobnego na spotkaniu jednego fandomu. (Chyba pora przemyśleć wyjazd na paradę równości...) Także ani chwili nie byłam samotna (spróbowałabym tylko tak twierdzić, a to byłby mój ostatni post), poznałam kilka kochanych osób i mam nadzieję, że mnie nikt nie wspomina ze zgrozą. W Poznaniu na pewno był ten kochany odłam fandomu, a reszcie na pohybel, traficie do Zupy Zła!
Jeśli mam być szczera to wszystko tam było niesamowicie dobre, ale najlepsze może być tylko jedno: „mój” team! Wyobraźcie sobie, że na kilka dni przed Zlotem większość osób nam uciekła, bo jakieś sprawy rodzinne, bo choroby, bo, bo, bo. Nikogo nie winię, ale kiedy macie 8 osób do obstawienia scenki, trzeba zmodyfikować scenariusz, przerobić swoje plany na strój i na koniec okazuje się, że brakuje rekwizytów, jest dość gorąco. Inni by spanikowali, a my przez większość czasu mieliśmy niezły ubaw. Było osiem osób, miecz zwinięty z jakieś izby pamięci bitwy pod Grunwaldem, tarcza ze zlotowej torby i najlepsze demony świata: jeden w różowym szlafroku, drugi w czapce z księżniczkami, w dodatku oba zeszkalowały Clary. (Podpowiedź, mój różowy szlafrok jest bardzo ciepły i raczej nikogo nie dziwi, że mam wypaczony pogląd na mieszkańców Piekła.) Specjalne pozdrowienia dla mojego złotego pomocnika – bez Ciebie ten Zlot nie byłby tak śmieszkowy i pełen szkalunku na Clary i ACOTAR. Do tego nasz genialny helper, biedny pewnie musiał mieć anielską cierpliwość, żeby nas ogarnąć, a w dodatku na czas scenki podarował mi demoniczne rogi. Ogólnie rzecz ujmując jak dla mnie to ten Zlot wygrał Team Ravener, a czwarte miejsce jak na osiem osób w starciu z drużynami po dwa razy większymi to już zwycięstwo.
Co poza tym? Na pewno genialne konkursy i tutaj... Tutaj przeprosiny dla mojego Magnusa za to, co odwaliłam. Jestem dziwnym stworem i wyobraźcie sobie, wychodzimy we dwie, żeby razem odpowiadać, no i liczył się czas. Co stało się ze zestresowaną Lusi? Zaczęła strzelać jak z karabinu maszynowego odpowiedziami (jedyny raz kiedy byłam przygotowana do odpytania). Ja naprawdę nie chciałam czegoś takiego odwalić i masz tu pisemnie, że jeszcze to wynagrodzę tylko sama określisz jak (tylko bez wysyłania Jace'a na Antarktydę, pingwiny mogą mu przypominać kaczki). A już zupełnie ześwirowałam na stoiskach z fandomowym szajsem, głównie u EpikPage – te dziewczyny robią za dużo pięknych rzeczy i pewnie z moich pieniędzy wydanych u nich uzbierałoby się dobrych kilka stówek. Teraz czekam na premierę ich świeczek, bo koniecznie chcę dużą! A i wiankiem nie pogardziłam, złapałam zakładki z „Twierdzy Kimerydu” za darmo, zostałam Plisieckim w wianku Victora. Jak mnie ciotka wieczorem zobaczyła to poddała się z zadawaniem pytań. Rozrywka dla mnie, rozrywka dla portfela, wszyscy się bawimy. A jeśli kiedykolwiek powstanie kolejny Zlot to błagam, Embers, koniecznie atrakcja z łapaniem książkowych przystojniaków! Jeszcze Ci Jonathan ucieknie z piwnicy i co wtedy? U mnie Magnus i Alec się dobrze trzymają, ale kto wie... A łowieckie umiejętności trzeba ćwiczyć, nie?
W ogóle w jednym wielkim skrócie: było G E N I A L N I E! Przywróciliście moją wiarę w fandom (ale nie chowam dzid na tych złych fanów), w końcu mogłam legalnie poświrować tak, jak tygryski lubią najbardziej. Wydałam tyle pieniędzy, że spokojnie dorównałabym jednemu dniu na Pyrkonie, wydurniłam się co najmniej dwa razy i mam nadzieję, że nie znajdzie się to na nagraniach bo to przebija nawet Razjela gubiącego swoją magiczną księgę w „Siewcy Wiatru” – nie ufajcie tym pierzastym, udają takich super ważnych, a jak zawalą sprawę to nagle komediodramat i koalicje z Lucyferem. Szkoda, że to miał być ostatni zlot, bo pojechałabym jeszcze kilka razy. Zawsze mogę liczyć na jakieś niesprecyzowane spotkania na większych konwentach, chociaż to nie to samo. Nawet te 90 złotych monet na mandat mnie zbytnio nie telepie po tym wydarzeniu. Prawie niczego nie żałuję, bo jak mi się pierdolec udzielił przy tym konkursie to sama sobą byłam zażenowana. Matka przecież ostrzegała, żeby nie dawać pierdolcowi dojść do głosu... Daję 12/10, dorzucam odstraszacz kaczek, skrzynkę mango i dożywotni zapas brokatu.

Ps. Zdjęcie ukradłam z wydarzenia, bo sama żadnych nie zrobiłam, byłam zajęta świrowaniem.
Ps.2 Jeśli czyta to jakiś uczestnik Zlotu to ja krzyczałam, że znam spoilery do „Lord of Shadows”. Nic nie powiem, nie będziecie gotowi na cierpienie. HA! (No kurde, zaraz premiera, Lusi.)

Ja sama na YT nie siedzę, ale macie tu linki do ludzi bardziej ogarniętych niż ja.
Papierowa Embers
NIEwymuszony

Z zażenowania własną osobą rozpocznę nowe życie jako kaktus
Lucy
0

środa, 16 sierpnia 2017

Zupa Zła #1 - Lusiowy problem z Potterem.

Czemu przestałam być fanką Pottera?

Welp, mój paskudnik musiał tu kiedyś zadebiutować. Macie słodkości przed tym wstrętnym postem!

Na początek szybko się wytłumaczę. Mam trochę, a nawet więcej niż trochę, problemów z niektórymi książkami, fandomami czy innymi tego typu rzeczami. I stąd Zupa Zła, potrzebuję się wygadać, napisać co mnie tu i tam uwiera. Taka moja bardzo nieregularna i zależna od emocji seria o wszystkim co, według mnie, jest nieodpowiednie. Nazwa, raz że w nawiązaniu do zupy z "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców", dwa, że bardzo zwięźle opisuje to, co będę tu tworzyć, zupę z totalnie wszystkiego, co "złe". ("Złe" to takie lekkie przekoloryzowanie i uproszczenie, cśśśśś.)
Jestem okropna. Wspominam o tym chyba przy każdej okazji. Dzisiaj okropność wyjdzie ze mnie jak jeszcze nigdy. Tak mnie naszło na ten post przy rozmowie z Kingą z In Love With Books (której przy okazji dziękuję za śliczny nagłówek i w ogóle polecam tego człowieka, wpadajcie tam). Bo już dłużej nie wytrzymam tego wychwalania Pottera! Tak, biorę się za klasykę klasyki literatury młodzieżowej, bo coś mnie w końcu rozsadzi od środka. Nie zrozumcie mnie źle, ten tekst ma być o tym, czemu uważam gloryfikowanie tej serii za przereklamowane. Sama byłam fanką Pottera przez dość długi czas, ale w końcu dotarło do mnie, że to wcale nie są takie niesamowite książki. Doszedł do tego jeszcze fandom, bo Potterheads jako społeczność są nie do zniesienia. No i jeszcze Rowling, bo najbardziej się do tego przyłożyła.
Oczywiście wszyscy książkoholicy znają serię o młodym czarodzieju, nie musieli jej nawet czytać, bo przed HP się nie ucieknie. Większość z nas zaczęła czytelniczą przygodę właśnie od książek Rowling i uważam, że to najbardziej wpływa na ocenę tej serii. Wielu z nas wychowywało się z tymi książkami, a jak nie to chociaż z filmami. Wpadliśmy do magicznego świata, który pokochaliśmy jako dzieci. Tutaj leży pies pogrzebany – często coś, co dobrze wspominamy z dzieciństwa, jest dla nas czymś nieskazitelnym, uważamy, że to musi być dobre i przymykamy oczy na wady tego cosia. Zauważam to wszędzie, chyba nawet sobie zapiszę to zjawisko na jakiś awaryjny temat magisterki. Harry'ego Pottera też to nie ominęło i wątpię, żeby się skończyło równo z rocznikami, które dorastały z Harrym, bo jest to seria, którą uważa się za jakiś prekursor. Co dać dziecku do przeczytania na dobry początek? Harry Potter! Co bywa lekturą w klasach 4-6? Harry Potter! Co kupi się na urodziny początkującemu, młodemu czytelnikowi? Harry Potter! Nie da się zaprzeczyć, że jest to seria dobra dla młodych ludzi. A potem już z górki. Mam wrażenie, że jeśli zapyta się większość książkoholików, od czego zaczęła się ich czytelnicza przygoda, wielu wymieni Pottera. Potteromania ma się bardzo dobrze, ale... Właśnie, moje „ale” – to nie jest wcale genialna seria, jedynie się ją gloryfikuje, bo czy ktoś jeszcze pamięta świat przed Hogwartem?
Wrócę szybko do pytania o początek przygody z książkami. Nie powiem, że moja rozpoczęła się od świata wykreowanego przez Rowling. Tak, to była pierwsza seria, jaką sama się zainteresowałam, ale nie od niej zaczął się mój książkoholizm. Tu składam ukłon w stronę Ricka Riordana, którego uważam za mistrza fantastycznych młodzieżówek. Po HP nie czułam potrzeby zabrania się za cokolwiek innego. Był Potter i się skończył, tyle. Oczywiście, byłam nim zachwycona, ale nie poczułam też zainteresowania czytelnictwem, nie potrzebowałam tego. Jakiś czas później pojawił się Percy Jackson i tutaj coś mnie ruszyło. Nie twierdzę, że to wina oczekiwania na kolejne części „Olimpijskich Herosów”. Miałam potrzebę zajęcia się czymś innym, zajrzenia do innego świata, żeby mnie wiecznie nie skręcało z oczekiwania na kolejne przygody syna Posejdona i reszty półboskiego gangu. Jednak Riordan pobudził mnie do szukania dalej, kolejnych interesujących książek, przez Nico di Angelo wpadłam na „Dary Anioła”, bo nagle wyszło na to, że lubię wątki homoseksualne i jakoś wtedy też przepadłam tak totalnie, że dzisiaj rodzice mi grożą, że jeszcze trochę książek i chyba mnie z domu wywalą. Riordana od Rowling odróżnia też brak zmęczenia materiału. Ten człowiek pisze kolejne rzeczy i kiedy myślę, że już bardziej mnie nie oczaruje, pojawia się taki Magnus Chase! W dodatku widzę, że ma na to wszystko pomysł, nie ciągnie, bo się dobrze sprzedaje, a dlatego, że nadal ma coś do powiedzenia, ostatnio nawet czytałam coś o tym, że planuje wspomagać innych autorów chcących tworzyć na podstawie mitów, chyba powstanie coś na zasadzie półboskiego megawersum. No i nie zachowuje się, jakby zaraz cały świat miał o nim zapomnieć i jakby to była najstraszniejsza rzecz pod słońcem.
Po co to było? Dla skontrastowania z J. K. Rowling, która zachowuje się jak jakaś pisarska diva. Nie twierdzę, że wszystkie jej zachowania są złe, ale spójrzcie chociaż na „Przeklęte Dziecko”, które zdaje się być zbitkiem najbardziej typowych i przy tym najsłabszych pomysłów z fanfiction. Przepraszam za spoilery, zamknijcie oczy, jeśli Wam zależy, ale nie stracicie nic na tym, może uratuję Wasz portfel. Niech to hipogryf kopnie! Dziecko Bellatrix i Voldemorta?! Urodzone na trochę przed Bitwą o Hogwart?! W KTÓRYM MIEJSCU ONI MOGLI TO ZROBIĆ?! Zastanawiałam się nad tym kilkanaście razy i widzę tu kolejny zabieg w stylu „a no bo nic nie wspomniałam w żadną stronę to nie macie prawa się przywalić, jakkolwiek nielogiczne by to było”. To jest nielogiczne, robi z czytelników debili, chociażby z tego względu, że Voldemrot... No kurde, jakiś romans z Lestrange, chociażby kompletnie bezuczuciowy z jego strony, nie jest w jego stylu. Przez cały czas skupiał się na pokonaniu Pottera, tak bardzo spłycając, nie mówiąc o tym, że ten człowiek wolałby się pozbyć problemu, jakim jest dziecko, w tak ważnym dla jego osobistego zwycięstwa momencie. I nie mówię tylko o tym, większość „Przeklętego Dziecka” to żart z fanów, próby zaspokojenia wielbicieli oklepanych fanfiction i totalne OOC (out of character). Powiecie, że to nie jest jej wina, bo nie ona pisała sztukę? Ja twierdzę, że to jej wina, bo miała w nią wgląd, mogła powiedzieć, że coś się nie zgadza, ale przyklepała to swoim nazwiskiem i nie widzi problemu w całej sprawy. (Dla skontrastowania, jeśli kojarzycie ekranizacje Percy'ego Jacksona, wiecie jak bardzo niszczą one książki. A najgłośniej o tym mówi sam Riordan.) Trzeba też spojrzeć na twittera Rowling. Tutaj to się zaczyna prawdziwa kopalnia i najłatwiej to skomentować podejrzanym na tumblrze zdaniem „Zaraz napisze, że Tiara Przydziału jest transseksualna.”. Nietrudno odnieść wrażenie, że większość „nowinek” ze świata Pottera jest robiona pod publikę, byleby mówiono o Harrym i o autorce. Nie zapomnę też akcji związanej z kolorem skóry Hermiony. Dla niezorientowanych – do teatralnego „Przeklętego Dziecka” wybrano czarnoskórą aktorkę, która grała Hermionę. Część ludzi podniosła raban o kolor jej skóry. W tym miejscu należałoby powiedzieć, że najwyraźniej na castingach była najlepsza i z tego tytułu dostała rolę. Jednak teatr rządzi się własnymi prawami i naprawdę liczy się talent. Co robi Rowling? Odpowiada, że nigdzie nie wspomniała o tym, jaki kolor skóry miała książkowa Hermiona. Na nic zdały się zdjęcia fragmentów, bodajże z „Więźnia Azkabanu”, w których dawała wskazanie na jej kolor. Cóż, na miejscu aktorki nie czułabym się najlepiej, że sama autorka nawet nie pomyślała, żeby wspomnieć o jej talencie, tylko sprowadziła to do batalii o kolor skóry postaci, żeby to siebie pokazać z jak najlepszej strony. Szczerze wątpię, żeby akurat Rowling najbardziej nie zależało na takim super słodkopierdzącym wizerunku. Jednak najbardziej mnie bawi i denerwuje jej przepraszanie za śmierć postaci. Ja przepraszam, ale czy jeśli autor podejmuje decyzję o śmierci jakiejś postaci, to nie jest to jego autonomiczna decyzja, za którą nie powinno się przepraszać? Ja to widzę tak, że ma się podstawy do zabicia znanych czytelnikowi postaci, a to żeby bardziej przybliżyć nam realia, żeby wzbudzić odpowiednie emocje, żeby nadać fabule dynamiki, żebyśmy odpowiednio odbierali czarny charakter... Powodów jest wiele i przeprosiny za coś takiego są niczym niepoparte. Ostatnio chyba padło na Snape'a. Pamiętacie jak umarł? Jeśli tak, to wiecie, że ta śmierć była jak najbardziej zasadna i nie mówię tego tylko dlatego, że Tłustowłosy to jeden z moich nemezis. Dla mnie autor, który przeprasza za to, że właśnie w taki sposób poprowadził fabułę, przestaje być wiarygodny. No kurde, zachowujmy się, jakbyśmy wiedzieli co robimy, bo inaczej wydźwięk książek traci sens. Mimo to w całej rowlingowej pogoni za „Nie zapomnijcie o mnie!” powstało coś dobrego – „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Ten film był najpiękniejszą produkcją ze świata czarodziejów i mam nadzieję, że kolejne części będą równie dobre. Jednak scenariusz, mimo że pięknie wydany, nie znajdzie się na mojej półce. Widziałam film, po co mi to? Wolałabym przeczytać coś w zwykłej formie odnośnie samego Scamandera.
To był długi akapit. Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam.
Odnośnie samych książek, obecnie mam mieszane uczucia. Powtarzałam je ostatnio w liceum, czyli nie tak dawno temu. Nie czytało mi się już tak dobrze, jak za pierwszym razem, zauważałam błędy, język był jakiś taki mało zachęcający, momentami się nudziłam. Okazało się, że ten uwielbiany przeze mnie Potter, ideał książek, jest bardzo przeciętny. Od tego momentu zauważam u siebie coraz większy sceptycyzm wobec Harry'ego. Młody czytelnik nie zwraca uwagi na wiele szczegółów, liczy się, żeby łatwo się czytało, ale nie ma też obycia z wieloma książkami, więc sam styl nie jest na pierwszym miejscu. No i tutaj Rowling naprawdę wiele straciła. Po raz kolejny Riordan wygrał, tym razem warsztatem, bo Percy'ego czytałam co najmniej trzy razy, w zeszłe wakacje powtarzałam „Kroniki rodu Kane” i co chwila łapię kolejny Riordanowy twór, który nadal jest skierowany do młodzieży o szerokim przedziale wiekowym. Jego styl nie wydaje mi się taki dziecinny, nie budzi we mnie znudzenia. Mogę go polecić trochę starszym czytelnikom, czego nie zrobiłabym z Rowling. Chociaż najbardziej uwierają mnie liczne błędy w Potterze, zauważyłam, że to dość popularny temat wśród bardziej doświadczonych czytelników. Mogę wspomnieć na przykład o niezbyt przemyślanej liczbie uczniów w Hogwarcie, bo raz odnosi się wrażenie, że jest ich multum, a potem nagle próbujesz przeliczyć to na dormitoria i wychodzi zaskakująco niewielka liczba. Wielokrotnie sprawiało mi to problem, jak jeszcze bawiłam się w potterowskie fanfiction. Gdybym miała recenzować teraz Pottera, nie dostałby on zbyt wysokiej noty, bo po prostu wyłapałabym tyle rozmaitych problemów, że zgrzytałabym zębami. Nie powiem, że tylko Rowling jest tak słaba. Pewnego razu próbowałam przeczytać „Zwiadowców”, pojawił się dokładnie taki sam problem, odpadłam przy początku trzeciego tomu, bo zwyczajnie nie mogłam znieść stylu Flanagana, miałam wrażenie, że autor traktuje mnie jak dziesięcioletnie dziecko. Może na niektóre książki jestem już po prostu zbyt stara, jednak patrzę chociażby na takie „Magisterium”, które jest kierowane do młodszych czytelników i szczerze boli mnie brak kolejnych tomów po polsku! Nie wiem, co się dzieje, że niektóre książki dla młodszych pokocham, a inne staną się dla mnie zbyt dziecinne, chociaż wszystkie powinny być na tym samym poziomie. Właśnie z tego tytułu Potter przestał być moim faworytem, a dostał status przeciętnej książki. Nie jest on jakoś odkrywczy, widać w nim wiele schematów, które istniały na długo przed pojawieniem się Rowling, nie uważam też, żeby był wyjątkowo wartościowy, bo miłość, przyjaźń czy poświęcenie są czymś, co poznajemy od małego i może te czynniki nadają książkom piękna, ale nie uważam, żeby nadawały jakiegoś większego wydźwięku. To takie podstawy i większość zdolnych do życia w społeczeństwie ludzi je rozumie. Śliczne morały nie sprawią, że książka bardziej zaplusuje i jak widzę te teksty „Harry Potter nauczył mnie, co to przyjaźń” chce mi się parsknąć śmiechem. Czy ktoś przed przeczytaniem HP był socjopatą, że nie miał pojęcia na czym polega przyjaźń? Jasne, książki mogą uczyć i poruszać ważne tematy, zmieniać postawy, ale wtedy nie są to oczywistości tylko coś, o czym toczy się dyskusje, o czym być może nie mamy większej wiedzy, bo nas nie dotknęło. Tutaj bym mogła poruszyć temat Dursley'ów czy ofiar przeróżnych konfliktów, bo tu mamy chociażby Freda, Potterów, Lupina i Tonks. Jednak najlepiej brnąć w miłość i przyjaźń, bo to takie C U D O W N E!
Ostatecznym źródłem mojej frustracji jest fandom. Teraz już nie należę do żadnej potterowskiej społeczności, bo szkoda mi psuć sobie nerwy. Czasami mam wrażenie, że ci ludzie są kompletnie zaślepieni, widzą przed sobą jedynie Pottera. Jak raz na tydzień nie padnie, że cała seria powinna być lekturą szkolną, zamiast jakiegoś, tfu, Mickiewicza, to tydzień stracony. Nie bronię tutaj lektur szkolnych, bo i w tym temacie mam wiele uwag, ale nie rozumiem, w czym Potter jest taki niesamowity, że powinniśmy go koniecznie czytać w szkołach. Nie ma tu nic wyjątkowego, żeby można było poprowadzić na lekcjach jakąś dyskusję. Rozumiem dodatkowo w klasach 4-6, gdzie czyta się głównie książki łatwe i przyjemne, ale poza tym? Nie widzę żadnego powodu. Potterheads za to uważają HP za największe dzieło świata i często, jak się z takimi nie zgodzisz, zostajesz zjechany z góry do dołu, wyzywany od debili, dowiadujesz się, że nie znasz się na książkach. Nie widzę wśród tych ludzi zbyt wielu przejawów samodzielnego myślenia, siedzą wśród swoich, wiecznie gloryfikując całą serię, Snape'a, Draco, powtarzając te frazesy, że są Ślizgonami, bo są taaaaaacy wredni, należą do Gryffindoru, bo Gryfoni mają najlepsze postacie i w ogóle to najszlachetniejsi mieszkańcy Hogwartu. Co chwila pojawiają się tematy w stylu „POWINNO BYĆ WIĘCEJ CZĘŚCI!!!” jakby nie widzieli, jak to się skończyło dla Nowego Pokolenia, zapominają, że Potter to zamknięta historia. Są przy tym bezkrytyczni, najlepsi, krystalicznie idealni, same z nich specjalne płatki śniegu i wszelkie próby dyskusji kończą się gównoburzami, którymi jestem już zmęczona. Zawsze na początku maja musi być spam „różdżki w górę”, spam komentarzami, postami i żalami jak to ich boli, że im MĄŻ umarł. Rozumiem jakieś specjalne akcje związane z fandomem, jak danego dnia zobaczę na instagramie ładne potterowskie zdjęcie, to się uśmiechnę, sama czasem wrzucam coś tematycznego, ale niech to będzie coś więcej, niech ludzie się wypowiadają, jak mają coś do powiedzenia i wysilą się na minimum kreatywności zamiast wiecznego „/*”. W pewnym momencie cały fandomowy content stał się tak przewidywalny, że przeglądając facebooka, grałam w potterowe bingo. Nie było trudno zebrać wszystkie punkty programu, a ja byłam coraz bardziej znudzona i coraz mniej rozumiałam ten fenomen. To nie jest jedyny „martwy” fandom, ale na mojej ukochanej (i już martwej) ostoi gównoburzowania czuję jakąś więź z tymi ludźmi, kocham te chwilowe zrywy, kiedy wspólnie cały dzień spędzamy na nabijaniu się z naszych dawnych „problemów” i postów. Pozdrawiam całe Demigods Polska, wszystkich rewolucjonistów, fejmy i ich obrońców, bo z perspektywy czasu to jest po prostu piękne! A w przypadku Potterheads? Shitstormy były wyjątkowo denerwujące, bo ich uczestnicy ani nie potrafili zauważyć pewnych granic, ani nie widzą do teraz swoich błędów i uważają się za wyjątkowo wyjątkowych. Ten fandom jest jak taki rozkładający się zombiak, nie chce umrzeć, ale niewiele może i działa w jakimś zapętleniu. Aż mi przykro, że nie mogę podać tu linka do pierwszej Inkwizytorni, na której znajdowały się największe akcje z Kamaną. Jeśli kojarzycie tą panią, to łączę się z Wami w bólu, jeśli nie to cieszę się Waszym szczęściem. Właśnie ona z całą resztą fandomowych „mistrzyń pióra” najbardziej wpłynęła na moje postrzeganie fanów Pottera. Nie, nigdy nie zrozumiem fanficka o romansie Artura Weasley'a z gumową kaczką. Nie pojmę sensu tych wszystkich Dramione, które są dokładnie tak samo przerysowane, schematyczne, we wszystkich tak samo z Hermiony robi się jakąś top model z Hogwartu, a przy tym zimną sucz, a Dracze jest jakimś bogiem seksu, przestaje być nieznośnym wypłoszem, skarżącym na wszystko ojcu i pogardzającym dosłownie każdym „gorszym” od niego. Jest tego naprawdę wiele. I tak oto fandom obrzydził mi Pottera. Mam totalny przesyt HP na kolejne 20 lat, wątpię, żebym szybciej wróciła do tych książek. Dziękuję.
Na zakończenie chcę powiedzieć, że nie miałam na celu obrazić tutaj normalnych fanów młodego czarodzieja. Ej, no przecież wy możecie uważać moje ukochane książki za słabe i jeśli wyrażacie sensowną, uargumentowaną opinię, to ją uszanuję, chociaż pewnie lekko ugodzi w moje uczucia. Tak zawsze jest. Cały powyższy post jest jedynie moją opinią, nie chcę mówić, co macie uważać, o książkach, fandomie czy autorce. Całość, wraz z porównaniami do innych książek miała przedstawić jedynie mój punkt widzenia. Musiałam w końcu coś o tym napisać. Nie uważam Pottera za naprawdę dobrą książkę, w moich oczach nie zasługuje na gloryfikację, jaka napływa z tak wielu stron, nie czuję się już fanką tej serii. Przybyłam, zobaczyłam i potrafię zrozumieć, że to kochacie, ja też tak miałam, ale w moim wypadku coś się zepsuło. Na pewno pozostanie jakiś sentyment, pójdę na kontynuacje „Fantastycznych zwierząt”, być może czasem wrzucę zdjęcie tych książek czy w recenzji nawiążę do mojej dawnej miłości do Hogwartu. No i nigdy nie przestanę kochać Huncwotów, bo oni w tym wszystkim uchowali się względnie bezpieczni. Nie żałuję, że przeczytałam HP, bo za pierwszym razem zapewnił mi niesamowitą przygodę. Tak się stało, że miłość przeminęła. Pewnie ten tekst jest jakiś totalnie rozwalony, zbyt emocjonalny i w ogóle niedotegowany. Straszny zwierz w końcu ze mnie wylazł i trochę zaszalał. Teraz wracam do kluskowatej wersji, która popiskuje na widok kochanych postaci i ładnych fabularnych przekrętów.
Nie zjedzcie mnie, jestem niesmaczna i żylasta
Lucy
16

środa, 3 maja 2017

(Pyr)Relacja": Zimnioki feat Pomarańczowe Stwory. Straszyłam w Poznaniu!

Tak, straszyłam głównie ryjem.
Pyr, pyr, pyr... Rany, nawet nie wyobrażacie sobie, jak wszystko mnie boli, jakim szczęściem jest normalne łóżko i ciepła woda pod prysznicem. Dobra, konwentownicze wiedzą. Warto było. Cholera jasna, naprawdę niczego nie żałuję, poza wyborem pociągu powrotnego. To mój drugi Pyrkon, a pierwszy w osławionej Pomarańczowej Koszulce. Właśnie zaliczam pokonwentową depresję. Kładę się spać i nikt nie klaszcze, nikt nie krzyczy "Zaraz będzie ciemno!" albo "Zamknij się!", idę do łazienki i jestem zszokowana brakiem kolejki, nikt w owej łazience nie gotuje wody na zupkę chińską. Całe szczęście, że nikt tam nie ogarnia cosplay'u, bo jak szanuję dobre stroje, tak jak widziałam te tłumy blokujące kabiny i umywalki, żeby nałożyć tapetę i peruki, to coś mnie strzelało. (Dobrze, że męska była tak serio koedukacyjna i gender friendly, dziękuję panowie!) Co roku się zastanawiam, czemu ja to sobie robię, a potem nie chcę wracać, bo jest zbyt genialnie. 
Zaczęło się już w lutym, kiedy postanowiłam zgłosić się na gżdacza. Przyznaję, na początku pomyślałam o tej opcji ze względu na cenę biletu, w tym roku było to 80 złociszy, a ja jestem biednym studentem. Bałam się jak cholera, bom buła naczelna i wszystko potrafię sknocić, bałam się czy mnie przyjmą (uwaga, większość ludu przyjmują, więc niepotrzebnie obgryzałam pazury!). Pierwsze zwycięstwo: przy moim zgłoszeniu pojawił się piękna informacja "przyjęty". Zwycięstwo drugie: trochę przed imprezą dostałam telefon od najlepszego organizatora na świecie, zostałam przydzielona do bloku naukowego! Naprawdę, niektórych zadań się bałam, a tu się okazało, że będę pilnować jednych z lepszych punktów programu! Nie mogłam trafić lepiej, patrząc po prelekcjach i całej ekipie. W sumie bawiłam się lepiej niż na swoim pierwszym Pyrkonie, a rok temu naprawdę byłam oczarowana tym konwentem, jakby mnie cała fantastyka trzasnęła w mordę. 
Do moich zadań należało pilnowanie sali, ogarnianie kolejkonu i nadzorowanie prelekcji, żeby nikt nie przedłużał. W sumie bywało trochę dziko, najczęściej brakowało wolnych miejsc, a na ostatnim wykładzie w sobotę odstawił się prawdziwy stan umysłu. W sumie dwie ostatnie prelekcje były oblegane. Nie ma to jak epidemie i dewiacje seksualne! Ludzie aż utworzyli dwie kolejki, z czego jedna zawijała przez cały korytarz i kończyła gdzieś w toaletach. Ludu chyba trzy razy więcej niż miejsc na sali. Czemu się dziwić, kiedy dwóch dorosłych panów w koszulkach z jednorożcami opowiada o dewiacjach seksualnych? Poważnie, prelegenci byli genialni. Poza tym bycie gżdaczem to genialna sprawa. Mieliśmy "oddzielny" sleeproom na antresoli, w którym było o wiele więcej przestrzeni niż na dole. Dostaliśmy też obiady, raz dziennie mogliśmy otrzymać posiłek, chyba że jakaś dobra dusza oddała swój karnet. (Tak, ja trafiłam na dobrą duszę!) Do tego darmowe wejście, genialna koszulka i miejsca gwarantowane na prelekcjach, których pilnujemy. Poza tym miałam na tyle świetnego orga, że czasem dostawało nam się coś słodkiego. Na początku byłam przerażona, pierwszy dyżur, a tu dostaję wiadomość, że druga dziewczyna nie dała rady dotrzeć na Pyrkon. Ja po raz pierwszy w takiej sytuacji mam zostać sama, pewnie coś sknocę, ludzi wkurzę, wyjdę na totalną ciapę. No, nie tak szybko! Najpierw organizator pomógł mi przeżyć początek, potem pod drzwiami zorganizował się kolega gżdacz z magicznym artefaktem Pyrkonu - taśmą - i prawie od razu zgłosił się na pomoc. Potem się zmienił z innym złotym panem. Później już miałam ekipy więcej, niż się spodziewałam, dziewczyny też były cudowne. W ogóle poczułam się tam adoptowana przez wszystkich, a spróbowałabym powiedzieć, że przed dyżurem nic nie zjadłam! Marny mój los! Spać i jeść, to moje najświętsze obowiązki! Jestem ukochana i wyściskana za całe życie! Hitem okazała się moja czapka z uszami, wszyscy musieli ją wytarmosić. 
TEN DIABEŁEK!
Tylko pewnie bardziej was interesują atrakcje i sama jakość konwentu. Powiem tak: jak nie byliście, możecie żałować! Nie byłam na niczym z bloku literackiego ze względu na to, że wszystkie wyczekiwane przeze mnie prelekcje kolidowały mi z dyżurami, ale też się nie nudziłam. Wiecie skąd się wzięła dżuma? Ja już wiem! A od takich wiewiórowatych stworów z Mongolii. Co zrobić, żeby nie rozwaliła nas asteroida? Przemalujmy ją, Słońce załatwi resztę! Nawet fizyka była interesująca, trafił nam się taki prelegent, który dosłownie porywał tłumy. Coś o trupach? Jak głęboki musi być grób? Co zrobić z gwoździem z trumny? Jak powstrzymać umarlaka przed wypełznięciem z mogiły? A jak już wypełzł, co zrobić, żeby go powstrzymać? Prelekcja o umarlakach była czystym złotem. Macałam też Marsa. Tak, Marsa! Miałam również przyjemność spędzić chwilę z Jakubem Ćwiekiem i Mają Lidią Kossakowską. Z Ćwiekiem w ogóle wygrałam sprawę, bo w kolejkonie byłam trzecia. Może rozmowa była krótka, ale rany, ja nie wiem, jak można takiego człowieka nie polubić! Ma świetne podejście do swoich fanów, a książki podpisywał do ostatniej osoby. Nie wiem, jak to było z Kossakowską, ale ja zdążyłam! Ta pani też jest świetna! U niej już się spinałam, żeby inni też zdążyli, ale diabełek pod autografem jest przeuroczy. Niestety, do Marty Kisiel nie udało mi się dotrzeć, tak samo do Samanty Shannon. Szkoda, bo kiedy Shannon miała autografy, ja miałam dyżur dosłownie OBOK! Mało tego, mój org mnie uświadomił, że gdybym tylko mu powiedziała o sprawie, puściłby mnie bez problemu. Oczywiście, ja chciałam być grzecznym stworkiem i uznałam, że informacja o ostateczniej wersji grafiku zakłada, że nie ma wyrywania się z dyżurów. Jednak pomimo to jestem szczęśliwa, a Martę Kisiel mam nadzieję spotkać na WTK. 
Imperium leci po kosztach.
Co poza tym? HALA WYSTAWCÓW! Ile ja kasy wydałam to jest wręcz niewyobrażalne! Głównie u dziewczyn z EpikPage. Nowe zakładki, ludzie! Nowe zakładki! A jakie urocze! Kupiły mnie ich produkty z Yuri on Ice (może kiedyś coś tu o tym napiszę, bo to jest PIĘKNE), szczególnie mały Yurio! Epik Pack właśnie z YoI jest definicją uroczości, poza tym zakładki z Newtem Scamanderem i Niuchaczem to słodkość. Miały też breloczki i wisiorki, a ja przyleciałam do nich chyba cztery razy, o ile dobrze liczę. Kolejne jest wydawnictwo SQN, ksiunżki! Wincyj ksiunżków! Przypinków i naklejków też! Mają teraz naklejki z Robinem i Nikitą z nowej serii Anety Jadowskiej! Ja nawet koszulkę kupiłam  YoI, ze Strażników Galaktyki, rany... A i bubble tea! Bubble tea jak zawsze jest cudowne! (Czemu w tym moim Toronto zlikwidowali bubble tea?!) Do tego spoktania z cudownymi osobami. No i sleeproom. To się równocześnie kocha i nienawidzi. Gorzej niż w obozie dla uchodźców (bez urazy dla uchodźców), ale za to jaka zabawa! Kolejkony do łazienek to świetne miejsce do nawiązywania znajomości, pod prysznicami teleportujesz się na Antarktydę, a noce są pełne klasyki. Jakiej klasyki? Konwentowej! W tym roku hitami okazały się: 
  • "Zaraz będzie ciemno!" - "Zamknij się!" (klasyka klasyki) 
  • "Już jest ciemno!" 
  • "Arka Gdynia..." (tego słynnego powiedzenia przytaczać w całości nie muszę, prawda?) 
  • "Korona Kielce kurwa widelce!" (te memy) 
  • Oklaski dla samych oklasków, każdy lubi klaskać! 
  • Najbardziej memiczne budziki. Tyle ludu poustawiało "Poka sowę", że zabrakło nam naboi. John Cena też był i Emotional Flute, He Man... Wymieniać dalej? 
Cóż poza tym? Rzymski fort i samolociki z papieru, a w niedzielę sceneria totalnego postapo. Cholernie jestem obolała, pomimo dmuchanego materaca. No bywa. 
Ostatecznie, bardzo polecam taką przygodę! Pewnie będziecie w stanie agonalnym, ale za to szczęśliwi jak nigdy! Poważnie, pyrkonowy weekend to najlepszy weekend w roku! Zabiło mnie, że kilka osób wzięło mnie za Yuriego Plisieckiego z YoI. Nie żebym już nie była biedo Plisieckim przez całe życie, ale okazuje się, że koszulka z tygrysem i plecak w panterkę dodaje mi +100 do "biedo kospleju", szkoda tylko, że nie spodziewałam się żadnej reakcji i ostatecznie byłam jak "Eee, ale ja tu tylko egzystuję? Ale awwww w końcu w życiu mi wyszło!". Nie mam na co marudzić, poza tym, że kolejny Pyrkon dopiero za rok! Chociaż może założę fundusz Pyrkonowy... 
Dobra, mam na co narzekać! Byliście na Dworzeckonie? JA BYŁAM! To taki konwent po konwencie, kiedy pociąg z konwentu spóźnia się cholerne 145 minut, a większość oczekujących to konwentowicze. Chociaż pan w średnim wieku z poduszką z Poniaczem (nie, to nie był niewinny Poniacz, to była poduszka ZŁA) był bardzo przerażający. Gdyby nie to, byłabym szczęśliwa aż do powrotu, a tak... Nie chcielibyście się znaleźć w pobliżu, kiedy odgrażałam się całym polskim kolejom za aktualną sytuację. Plus podróży był jeden: w obie strony przedział dzieliliśmy z innymi fantastycznymi świrami! Żadnych smutnych Grażyn, Pyrkon był wszędzie. To jak z pociągami na Woodstock, tylko nie aż tak ciasno. 
(Jeden akapit wcześniej post powinien się kończyć, ale no hm... Przypomniało mi się.) 

Zaraz będzie ciemno! 
2