Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzucam mięchem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzucam mięchem. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 września 2018

Zupa Zła #2 - Dlaczego fani Shadowhunters powinni zostać odcięci od Internetu.

Kreditsy za przepiękną grafikę wędrują do @Silverydragonfly



Wiecie co? Czasami myślę, że trafiłam już na szczyt ludzkiej głupoty, ale wtedy odpalam Internet i rzeczywistość bardzo boleśnie pokazuje mi, że się myliłam. Tak też się stało, kiedy na początku czerwca ogłoszono anulowanie „Shadowhunters”. O samym serialu wypowiem się oddzielnie. Czemu? Bo z połączenia tych dwóch postów powstałaby powieść, poza tym chcę spokojnie powtórzyć wszystkie sezony. Jak możecie się domyślić, sam tytuł lubię, ale za nim stoją fani. Dzisiaj będę wredna, pozwolę mojemu pierdolcowi wyjść na wierzch, nie uwzględniam żadnej cenzury. Pozwolę sobie zacytować słynne powiedzenie: to jest, kurwa, dramat!
Nawet nie wiem od czego zacząć. Ci ludzie zatruwają mi mózg od 2016 roku. Od dwóch lat nie potrafię przeglądać Tumblra czy Instagrama w poszukiwaniu czegoś z moimi ulubionymi postaciami. Oni tam są, tłamszą wszelkie szczęście płynące z ładnych fanartów czy fanowskich pomysłów. Muszą w każdym możliwym miejscu zasiać tą swoją truciznę i na potęgę hejtować. Przysięgam, fani książek, którym nie podoba się serial to pikuś przy fanatykach serialu. Bo to fanatycy, fani nie są tak przeżarci nienawiścią. Może najpierw przejdę do końca.
5 czerwiec 2018 roku pańskiego, do sieci trafia wiadomość o anulowaniu „Shadowhunters”. Pozostało jeszcze dziesięć odcinków – druga połowa trzeciego sezonu. Razem z tą informacją podane jest jeszcze coś – zostanie nakręcony dwugodzinny finał, który pozwoli na zamknięcie historii. Twórcy chcą negocjować kolejne produkcje z tego świata. Na chwilę obecną, po pierwszej połowie ostatniego sezonu, jesteśmy pomiędzy „Miastem upadłych aniołów”, a „Miastem zagubionych dusz”. Z tego, co widziałam, tytuły odcinków drugiej połowy nawiązywały do dwóch ostatnich tomów książek. Dodajmy do tego dwie godziny – według mnie sprawnie się wyrobią z zamknięciem wątków. Mają mniej więcej tyle czasu, co przeciętny film z uniwersum Marvela. Sprawdziłam, Infinity War, które wywróciło wszystko do góry nogami, trwało dwie i pół godziny. Tak z napisami końcowymi, które nie były krótkie – siedziałam do końca, po tym filmie naprawdę ciężko było wrócić do życia. Według mnie „Shadowhunters” znalazło się w bardzo dobrym położeniu, patrząc na całą sytuację. Ostatnio naprawdę wiele seriali zostało anulowanych, nieliczne ktoś odkupił, większość została urwana i już. Wyobrażacie sobie jak to jest zostać bez kontynuacji? Pewnie wielu z nas tego kiedyś doświadczyło, śmiało mogę powiedzieć, że gdyby pewne tytuły otrzymały tyle dodatkowego czasu na zakończenie byłabym wyjątkowo szczęśliwa. Z resztą po latach Disney postanowił wznowić „The clone wars” i jeszcze nigdy nie widziałam tyle radości, sama po miesiącu od tej wiadomości nadal prawie płaczę ze szczęścia. Wiecie, co tymczasem robią fanatycy serialu?
Chwilę po ogłoszeniu anulowania powstał hashtag #saveshadowhunters. Zaczęło się niewinnie. Wiadomo, że fani zawsze chcą ratować swój serial. Tylko czemu chcę powiedzieć, że to jak jedno niewinne zachorowanie na chwilę przed wybuchem epidemii? No właśnie, po dwóch dniach byłam już przeciążona tą histerią i hipokryzją. Ludziom naprawdę odwaliło. Zaczęło się pisania „Jakim prawem oni zdejmują TAK WARTOŚCIOWY serial?”, „Ja bez tego serialu się zabiję, umrę, zdechnę!”, „Ten serial ratuje życia!”. Przepraszam, co? Po pierwsze to młodzieżowy serial, nie jest jakimś wielkim dziełem, służy głównie rozrywce (bo oglądanie swoich ulubionych postaci to rozrywka, nie życiowy cel). Ratuje życia? Ok, to można zamknąć szpitale. No i pomyślcie jak czuli się twórcy czytając te wszystkie teksty, że ktoś bez serialu się zabije. Naprawdę współczułam aktorom, dla których to też był wielki szok. Ludzie potrafili im kulturalnie podziękować za te 55 odcinków, ale pomiędzy tym znalazło się milion takich wylewów histerii. W ich położeniu to musiało być straszne. Wspomniałam też o hipokryzji, bo ta wylewała się zewsząd. Sama widziałam, jak ludzie, którzy nigdy nie obejrzeli tego serialu legalnie wypisywali do Netflixa, że ma koniecznie ratować ten serial. Tak, wiem, że te konkretnie osoby oglądały na CDA – mam nadzieję, że to czytacie, powinniście czuć się winni. Otóż do oglądalności danego tytułu liczy się tylko LEGALNA oglądalność. Od dawna było wiadomo, że serial w Polsce jest udostępniany poprzez Netflix, w takim razie żadna inna platforma nie może mieć do niego praw. Wiecie co wpływa na decyzje o kontynuacjach seriali? Oglądalność. Bo to oznacza też jak serial zarabia. Powinien zarabiać, wypłaty całej ekipy od statystów, reżyserów, scenarzystów, aż po tak uwielbianych przez wszystkich aktorów nie biorą się znikąd. Trzeba przy tym sporo włożyć w obróbkę materiału, dekoracje, stroje, charakteryzacje, muzykę i wiele innych dupereli. „Shadowhunters” padło właśnie przez pieniądze. Nie chciano już finansować serialu – najwyraźniej niższa oglądalność sprawiła, że zyski nie były odpowiednio wysokie. Pozwólcie, że zwrócę się do tych, którym szkoda wydać 13 polskich złotych na Netflix.* Jesteście z siebie dumni? Gdybyście wszyscy byli uczciwi, serial mógłby mieć szansę. Nie piszcie mi tutaj „tak nie zbawisz świata”, „moralistka się znalazła”. Gdzieś to mam, oglądajcie sobie gdzie chcecie, ale to wam odbiera prawo do wymagania czegokolwiek od twórców i sponsorów serialu. Możecie ryczeć przez rok, pochlastać się, błagać na kolanach – jesteście hipokrytami, okradacie aktorów, których podobno tak mocno kochacie. Równocześnie pragnę zapewnić, że znam też osoby, które nie oglądały tego legalnie, ale same mi przyznały, że nie chcą kręcić o to dramy, nie wykazują się roszczeniową postawą. Nie przyjdę nikomu do domu, nie zmuszę do płacenia, ale będę oceniać reakcje.
Mija trochę czasu i co się dzieje? Nie, sytuacja ani trochę się nie uspokaja, fanatycy robią się agresywni, w głowach im się miesza. To naprawdę zaczyna wyglądać na jakąś wyjątkowo złośliwą zarazę. Czas na teorie spiskowe. Szybko ładne prośby o danie szansy serialowi zmieniły się w agresywne komentowanie każdej wzmianki o Freeform i wszystkich postów na oficjalnym instagramie serialu. Tu ciężko mówić o jakiejkolwiek krytyce, ci ludzie po prostu rzucali gównem i wieszali psy na każdym, kogo podejrzewali o jakikolwiek udział w tej jakże tragicznej decyzji. Przykro to mówić, ale to nie był pierwszy raz, kiedy pokazali się od tej strony. Powstały jakieś chore teorie o tym, że Freeform sabotowało „Shadowhunters”. Rozumiecie? Stacja sabotuje swój własny serial! W momencie zamawiania 3 sezonu wierzyli w tą produkcję, ale tak z nudów postanowili ją uśmiercić. Przecież to nie oznaczało strat, nikt się nie domyślił, że zbiorą krytykę, przecież stacją zarządzają kretyni! Tak to się ciągnie już od lipca, a z dnia na dzień ich wymysły są coraz bardziej dziecinne, nie zatrzymuje się to w miejscu – wzięli się za przywalanie się do innych produkcji tej stacji! Najlepsze i tak przeczytałam całkiem niedawno. Jak stoicie to usiądźcie. Uznali, że to Cassandra Clare, autorka książek postanowiła zniszczyć serial! To ona się przyłożyła do decyzji o anulowaniu! Cholera wie jak, bo od dawna odcina się od tej produkcji. Nieważne, to zła wiedźma, pewnie odpowiedniej osobie mózg wyprała, żeby anulowali! Latający Potworze Spaghetti, spraw, żeby tym ludziom już nigdy nie zasmakował makaron!
Mam nadzieję, że dobrze się bawicie, bo to nie jest koniec! Wspominałam już, że ci ludzie od początku byli okropni. Oczywiście, nie ma po co przejmować się tym, co inni sądzą o twoich ulubionych książkach. Nie będę płakać po nocach, bo krytykują Clare. Tylko cholernie nie lubię bezsensownego wylewania szamba, zmyślania powodów do nienawiści, plucia na coś, czego się nie zna i hipokryzji. Tak wygląda ten fandom. Nie mówię, że fani książek są święci, z nimi też przez pewien czas miałam kosę – trzeba rozumieć, że serial to adaptacja, a nie ekranizacja. Tylko, że od dawna nie widziałam ich ataków na serial. Krytykę tak, może nie zgadzałam się z nią, ale to była jedynie krytyka. Fanatycy „Shadowhunters” to zupełnie inna skala. Przeżarli się przez wszystko, co kochałam w tym fandomie i wszędzie wylali swoją nienawiść.
Na początek mój ulubiony „argument” przeciwko książkowej serii. „Alec jest bifobem.” Uwaga, będą spoilery! Jeżeli jeszcze nie znacie tomów od 4 do 6 i nie zgadzacie się z powyższą tezą, omińcie ten akapit. Tutaj padają zawsze dwa „dowody”. Po pierwsze: Alec robił Magnusowi wyrzuty, że ten umawiał się z kobietami. Po drugie: w 5 tomie Magnus mówi, że jest „nieskrępowanym biseksualistą”, a Alec prosi, żeby nie powtarzał tego przy jego rodzicach. Czujecie już ten bullshit? Pozwolę tu sobie na małą analizę postaci Aleca i jego związku z Magnusem – zawsze kochałam to robić. Powinno się zacząć od tego, jak wyglądało życie Aleca. Od zawsze był przytłoczony oczekiwaniami ze strony rodziców, chciał, żeby byli z niego dumni, jednak przez cały czas czuł, że nie jest wystarczająco dobry. Chłopak stał w cieniu rodzeństwa, przez 18 lat swojego życia nie zabił ani jednego demona, brakowało mu pewności siebie, w kilku miejscach pada nawet, że jak najmocniej się starał, żeby nikt go nie zauważał. Rodzice, jak zresztą większość ich społeczeństwa była kompletnie homofobiczna – jeżeli pojawiała się taka sprawa to albo aranżowano ślub, albo człowiek znikał. Jakby tego było mało, dość długo wzdychał do swojego parabatai, co nawet w relacji hetero było czymś złym, wstrętnym i oznaczało ostateczne potępienie, wykluczenie ze społeczności, odebranie znaków i końcem jedynego życia, jakie znał. Mogę powiedzieć, że Alec naprawdę wiele zniósł. Miał pełne prawo czuć się zagrożony. Czym? Otóż Alec nie robił Magnusowi wyrzutów o związki z kobietami. Był zazdrosny, o wszystkich, idealnie przedstawia to sytuacja z Camille i z Woosley'em. Nie było różnicy czy to kobieta czy mężczyzna. Nie był idealny. Nikt nie jest, a idealne związki nie powstają od razu. Nie będę tu mówić, że jest niewinny. Obaj są winni. Magnus w tamtym momencie nie zrobił absolutnie nic, żeby załagodzić sytuację. Zbywał Aleca, nie traktował poważnie jego obaw i niepewności, nie chciał z nim rozmawiać na te tematy – to już nawet nie chodziło o związki, w ogóle nie chciał się dzielić swoją przeszłością. Moglibyście być w związku z kimś, kto wie o was wszystko, a o sobie nie mówi nic i jedynie was zbywa? To właśnie tutaj zawiniło, nie rzekoma bifobia Aleca. Potem ich związek dojrzewa, w „Mieście niebiańskiego ognia” uznają, że muszą razem popracować nad związkiem i sobą, w kolejnych książkach widać, że naprawdę wzięli to sobie do serca. Bo są tylko ludźmi, oboje mają uczucia i problemy. Doceniam to, nie potrzeba mi kolejnych idealnych książkowych par, potrzeba mi realności. A ten dialog, czyli powód numer dwa? Proszę was. Konserwatywni rodzice, którzy ledwo znoszą ten związek – to jest powód, dla którego Alec to powiedział. Nie chciał pogarszać sytuacji, a mogę się też domyślić, że Magnus to nie idiota i wiedział o co chodzi. Jednak fanatycy tego nie rozumieją. Dla nich ma być idealnie, a jeśli masz jakieś wady, obrażasz całe środowisko LGBT, pewnie jesteś seksistą i rasistą. Pamiętajcie, przeginanie w żadną stronę jest złe. To nie jest walka o tolerancję, to jest po prostu chore i niczym nie różni się od ataków na mniejszości. Ci ludzie oczekują, że Alec będzie tylko uszczęśliwiać Magnusa, wiecznie mu powtarzać, że jest cudowny i idealny, nie traktują go jak człowieka tylko jak kukłę na ich usługach. Stąd też pochodzi większość hejtu na książki.
Wiele nienawiści jest też kierowane w stronę autorki. Przysięgam wam, nie szukam tego typu rzeczy, po prostu muszą wszędzie dorzucić ten dopisek, że Cassandra Clare jest źródłem wszelkiego zła. Nie powiem czy autorka jest idealna, kocham książki nie ich autorów. Tylko, że widząc jak ta serialowa strona fandomu ją traktuje, nóż się w kieszeni otwiera. Od ponad dwóch lat po internecie latają najróżniejsze teksty mające przedstawić jak oni jej nienawidzą. Czasami mam wrażenie, że urządzili zawody w udowadnianiu kto bardziej zgnoi tą kobietę. „Tak nienawidzę ludzi w mojej szkole, że jutro zacznę im czytać Dary Anioła przez megafon. Niech to gówno się na coś przyda.” I co? Mam zacząć klaskać? To kolejny przykład hipokryzji, ci sami ludzie kreują się na największych przyjaciół każdej mniejszości. W jednym poście piszą jak to wszystkich trzeba wspierać i kochać, a w kolejnym wypisują teksty, których powstydziliby się nawet chłopcy z ONR, Zbigniew Stonoga i kibole Legii. Raz autorka, zaczepiona przez jakąś faneczkę serialu, odpisała w takim stylu jak oni wypowiadali się o niej. Nie mówię, że zrobiła dobrze, ale też się nie dziwię. Znosiła to przez dwa lata, podejrzewam, że nie ograniczali się jedynie do publicznych wypowiedzi. Oczywiście trzeba mieć twardą dupę, jak jest się kimś choć trochę rozpoznawalnym, ale ile można znosić takie zachowania? Spójrzmy na to ile aktorek ostatnio znika z internetu przez zatwardziałych „fanów” pewnych wytworów popkultury? Choćby taka Kelly Marie Tran, która od premiery „Ostatniego Jedi” musiała znosić hejt ze strony fanatyków „Gwiezdnych Wojen”. Tylko, że Clare nie usunęła się z Internetu, a odpyskowała. Mogła tego nie znieść. Ale z niej postanowiono zrobić kozła ofiarnego, nikt nie widział, że od premiery pierwszego sezonu serialu jest stale obiektem nienawiści. Nie krytyki, nienawiści. Te same osoby, które tak obrzucają ją błotem spinają się, że ona krytykuje serial. Ja się pytam, w czym oni są lepsi w takim razie? Bo sami sobie wmówili, że ich powód nienawiści jest słuszny? Argumentują, że ona atakuje ciężką pracę serialowej ekipy, a jak sami szmacą ją i jej książki, to co robią? Orzą pole? Żeby było zabawniej, jedno i drugie często pojawia się w tej samej wypowiedzi.
Nie myślcie, że oszczędzili sam serial! Oni łapią każdą okazję do zrobienia dramy na tle „JESTEM TOLERANCYJNY, TO MNIE OBRAŻA, ZDECHNIJ SZMATO!!!!”. Nie przesadzam, taki jest obraz tego fandomu. Piję tutaj do konkretnej sytuacji – podczas kręcenia 3 sezonu, Matthew Daddario (serialowy Alec) prowadził relację na żywo. W pewnym momencie wpadł do niego Dominic Sherwood (serialowy Jace) i nieświadomy tego, że to leci na żywo rzucił do Matta „What's up, fag?”. Fag to coś jak u nas pewna część od roweru (jeszcze mnie zbanują na własnym blogasku). Tylko, że w tym kontekście i sytuacji nie miało to być obraźliwe. Ci dwaj są kumplami, a wszyscy wiemy, jak często gadamy z naszymi znajomymi. Pedały, szmaty, debile, frajerzy, wszelka paleta dzikich zwierząt. Jakoś to tak jest, że się za to nie obrażamy. To nie tak, że za granicą jest inaczej. Pewne znajomości po prostu mają taką specyfikę. Pech Doma chciał, że nie wiedział, co robi Matt, a ten fandom jest przewrażliwiony nawet na złe skinięcie palcem. Podniósł się wielki wrzask, bo Matthew gra geja! Homofobia! Ci ludzie zachowują się jakby nie widzieli różnicy między człowiekiem, a graną przez niego postacią, nie potrafią nic wyciągać z kontekstu. Dla nich coś jest czarne albo białe, chyba, że chodzi o nich samych – dla siebie mają podwójne standardy. Bo znowu, wypowiadali się ludzie, których fanarty przeglądałam, pomiędzy nimi był ich posty i tam jakoś nie mieli oporów od rzucania na przykład „my bitch/slut/whore”. Część z nich wręcz gloryfikuje Kardashianki, ale kiedy Dominic wypowiedział jedno złe słowo, stał się ich kolejnym celem. Znowu nikt nie potrafił zobaczyć w kimś innym drugiego człowieka, bo jest sławny. Sława odbiera wszystkim prawo do zachowywania się jak człowiek, jesteś perfekcyjny albo cię zniszczą. Można uznać, że Dom powinien oficjalnie przeprosić, ale tutaj to powinno się skończyć, a rozpoczął się festiwal nienawiści. W czasie pomiędzy livem a przeprosinami ci ludzie doprowadzili do tego, że obaj aktorzy na nagraniu wyglądają dosłownie jak zbite psy. Oglądając to miałam wrażenie, że nie grają w serialu, a są jeńcami wojennymi. To już pozwala sobie wyobrazić, ile musieli o sobie przeczytać, bo Matthew też nie był oszczędzony. Na tym nie stanęło, bardzo długo się nad nimi pastwiono, Dominic prawie zniknął z Internetu. Znowu: powiedzcie mi, kto tu okazał się gorszy? Czy każdego trzeba zaszczuć za jedną pomyłkę? Gdzie istnieje granica pomiędzy kulturalną krytyką, która ma sprawić, że ktoś się nad czymś zastanowi czy poprawi, a pluciem jadem tak długo, aż ofiara umrze, a będzie umierać długo i boleśnie?
To nie jedyne przypadki, kiedy ci fanatycy wykazali się swoją głupotą. Emeraude Toubia (serialowa Isabelle) jakiś czas temu zgodziła się na nagą sesję zdjęciową. Jej sprawa, nie usłyszałabym o tym, gdyby gdzieś się nie pojawiło, że fandom znowu dostał pierdolca. No jakim prawem dziewczyna zdecydowała, że chce pokazać swoje ciało? Tfu, co za zgorszenie, uprzedmiotowienie, jak ona ma prawo podejmować takie decyzje? Nagie sesje to seksizm i dlatego fandom postanowił się spinać o jej własny wybór. Wcześniej też zrobili jej dramę o rasizm, bo... Zrobiła sobie warkoczyki! Wiecie, te takie cienkie, których na głowie jest chyba kilkaset. Jaśnie państwo fanatycy stwierdzili, że tylko członkowie jakiejś tam kultury mają prawo do takiej fryzury i ona wykazuje się ignorancją i rasizmem! Dziwne, bo ile razy wychodzi temat przyjmowania czegoś z innych kultur, to sami ich członkowie cieszą się, że ludziom podoba się dana rzecz czy zwyczaj i w ogóle to takie super, że ktoś się interesuje ich życiem. Ale obrońcy uciśnionych wiedzą lepiej niż sami zainteresowani. Nawet Matthew Daddario doczekał się swoich antyfanów. Sama byłam w szoku, ten człowiek jest piękny. Nie tylko fizycznie, on jest naprawdę najbardziej pozytywnym i uroczym człowiekiem, jakiego widziałam na tej planecie! W dodatku gra połówkę najbardziej popularnej pary w serialu... No właśnie, gra Aleca. Książkowy Alec: wysoki, szczupły, oczy niebieskie, włosy czarne. Powiedzieć można, że lepszego aktora nie dało się znaleźć. Tylko ktoś w fandomie uznał, że Alec nie powinien być biały i żądał zwolnienia Matta, żeby Aleca grał ktoś kolorowy. Ja. Pier. Do. Lę. No jak to skomentować?
Jest jeszcze kilka spraw. Na przykład to, że w pewnym momencie powstał ruch „jeżeli jesteś hetero, nie masz prawa shipować Maleca, bo to fetyszyzm”. Czyli kiedy najpierw ludzie się cieszą z reprezentacji LGBT, ale potem uznają, że hetero nie są godni tego związku i na pewno tylko się do niego masturbują. Idiotyzm sam w sobie, właśnie chodzi o to, żeby taki wątek spodobał się ludziom, wszystkim bez względu na orientację, żeby w pozytywny sposób promować tolerancję i akceptację. To są też strasznie roszczeniowi ludzie. Część tego tematu już przedstawiłam w fragmencie o anulowaniu serialu, ale to nie wszystko. Co chwila wyskakują z coraz to bardziej odważnymi pomysłami, co MA się znaleźć w serialu. To już nie polega na pisaniu, że komuś by się bardzo podobało gdyby coś tam. Oni coś chcą i ma być! Na początku kiedy kilka pomysłów się przyjęło, było fajnie. To były takie drobne szczegóły, ale potem zaczęło się wręcz tworzenie swoich fanficków. Tylko, że oni chcieli to w serialu. Bo to nie ma być pomysł twórców, to ma być robione tak, jak chcą fani i koniec! No kurde jego mać. Daj im palec a zeżrą cię całego. Najbardziej to mnie irytuje wypisywanie, że Alec ma być nieśmiertelny, żeby Magnus był szczęśliwy. Kolejny dowód na to, że mają Aleca jedynie za kukłę do uszczęśliwiania Magnusa i kompletnie nie rozumieją tej postaci – nawet w serialu. Moi drodzy, to najgorsze wyjście. Alec poza Magnusem ma też rodzinę, którą kocha, parabatai, a taka strata jest naprawdę wielkim ciosem. (Patrz, „Diabelskie Maszyny". Boli do dzisiaj.) Wyobraźcie sobie, że miałby być nieśmiertelny, patrzeć jak oni wszyscy odchodzą, pożegnać się z nadzieją, że kiedykolwiek ponownie zobaczy Jace'a. Nieśmiertelność nie jest wyjściem, ale według fanatyków Alec nie ma psychiki, którą można zniszczyć. Na koniec przypomina mi się, jak pewną dziewczynę zmuszono do usunięcia jej fanartu. Czemu? Bo wielcy państwo uznali, że jej rysunek jest rasistowski, bo Magnus na nim jest "wybielony". Cóż, nikt nie zauważył, że sama autorka jest Azjatką, a Magnus po prostu nie był typowo żółty i skośnooki. Pomińmy fakt, że książkowy pierwowzór pochodził z Indonezji, a mieszkańcy tego kraju to nieco inny typ niż "typowy Azjata" zamieszkujący Japonię czy Chiny. No i nagle zapomniano o tym, że Azjaci mogą mieć jaśniejszą lub ciemniejszą karnację. Kto tu jest rasistą? Bo dla mnie osoby, które widzą wszystkich ludzi zamieszkujących Azję jako tych żółtych, skośnookich, nie zostawiający miejsca na żadne różnice.
Podsumowując: czuję się, jakbym przedstawiała profile psychopatów. Nie boli mnie krytykowanie lubianej przeze mnie serii, boli mnie ludzka głupota, hipokryzja i brak jakiejkolwiek refleksji. Niektórzy powinni się pogodzić z tym, że świat nie jest idealnym, przyjaznym miejscem, w którym każdy będzie nad nimi drżał, żeby tylko ich nie urazić. Chciałabym, żeby ten fandom był normalny, ale jest bardziej toksyczny niż mrożona goloneczka! Naprawdę, wystarczy mi jeden post takiego fanatyka i wysiadam, jest mi zwyczajnie, po ludzku przykro, że z czegoś, co tak kocham robią poligon nienawiści. Nie szanuję ich w najmniejszym stopniu, mogę jedynie współczuć aktorom, autorce i twórcom, bo pewnie nie raz i nie dwa musieli to znosić, a nie mają gdzie uciec. Nawet się cieszę, że to już koniec. Dobrze, że z serialu nie zrobią durnego tasiemca, 55 odcinków to dużo. Poza tym, może fandom się uspokoi, zniknie, znowu będę mogła się cieszyć ładnymi pracami na Tumblrze. Na koniec taki smaczek: istnieje taka grupa jak „Shadowhunters Poland”. Istnieje od wieeeeelu lat, bo shadowhunters to po prostu nocni łowcy. Tak, poszedł bunt „czemu ktoś jest na tej grupie, jak mu się serial nie podoba”. Nie przetłumaczysz, że to grupa dla fanów, że książki były tu pierwsze i każdy ma prawo do krytyki dopóki jest to uzasadniona krytyka. Oni są nawet w Polsce. No kurdebele, niech ludzie zaczną używać mózgów i nauczą się czytać ze zrozumieniem! Mówiła wasza blogowa wredota. Niech te pozytywne recenzje was nie zmylą. Za klawiaturą siedzi szatan lubujący się w analizowaniu pewnych rzeczy i zjawisk!

*Ceny nie wzięłam z kosmosu. Najdroższy pakiet na Netflixie kosztuje 52zł, dzielone przez 4, bo tyle kont możne istnieć na jednym pakiecie (chociaż nie mam 100% pewności, czy nawet nie 5) wychodzi po 13zł na głowę. To mniej niż jedno wyjście do słynnej knajpy z wielkim, żółtym „M” w logo. 

PS Przepraszam, jakby gdzieś formatowanie ześwirowało, ten plik przeszedł tak wiele zawirowań, formatowań i innych dziwnych zabiegów, że chyba potrzebowałby terapeuty.



0

niedziela, 8 października 2017

Mary Sue kontratakuje: Dwór mgieł i furii, Sarah J. Maas


Seria: Dwór cierni i róż
Tytuł: Dwór mgieł i furii
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 768
Ocena: 2/10
Opis: Po tym, jak Feyra ocaliła Prythian, mogłoby się wydawać, że baśń dobiega końca. Dziewczyna, bezpieczna i otoczona luksusem, przygotowuje się do poślubienia ukochanego Tamlina. Przed nią długie i szczęśliwe życie.
Sęk w tym, że Feyra nigdy nie chciała być księżniczką z bajki. Zresztą zupełnie nie nadaje się do tej roli. W snach wciąż powracają do niej wymyślne tortury Amaranthy i zbrodnia, którą popełniła, by się od nich uwolnić. Pragnący zapewnić jej bezpieczeńtwo Tamlin próbuje zamknąć Feyrę w złotej klatce. W jej nowym nieśmiertelnym ciele drzemią moce, których dziewczyna nie umie opanować. W dodatku o spłatę swojego długu upomina się największy wróg Tamlina - Rhysand, Książę Dworu Nocy. Zwabioną podstępem Feyrę raz w miesiącu okrywa mrok jego niebezpiecznego królestwa. To pewne, że władca ciemności będzie chciał wykorzystać ją do swoich celów. Chyba że... to nie Rhysand jest tym, kogo Feyra powinna się obawiać. Na Dworze Wiosny również bowiem nie jest bezpiecznie, a sam Tamlin ma przed ukochaną coraz więcej tajemnic. Czy rzeczywiście tylko po to, by ją chronić?
Gdy nad Prythian i krainę ludzi nadciąga widmo wojny tak groźnej jak żadna dotąd, Feyra musi zdecydować, komu może ufać. Stawką jest życie jej rodziny i losy całego świata. A w magicznym świecie fae przyjaciele potrafią być bardziej niebezpieczni niż wrogowie. (Ten opis to jakiś żart)

Prawda jest niebezpieczna. Prawda jest wolnością. Prawda potrafi łamać, naprawiać i spajać.



To będzie długie i niezbyt przyjemne. Przysięgam, że jeszcze nigdy nie napisałam tak złej recenzji i już miałam ochotę robić plebiscyt na najgłupszy cytat Feyry, żeby dać go w nagłówku, ale jestem tym tworem zbyt zmęczona. To jakoś pasuje to niech będzie. Zapraszam do cyrku!
Jestem tak cholernie szczęśliwa, że skończyłam tę książkę. Naprawdę, jak zobaczyłam, że dotarłam do podziękowań, to prawie się popłakałam ze szczęścia, że przetrwałam. Jeszcze bardziej cieszy mnie to, że nie wydałam na to ani złotówki. Jeśli ja uznałam, że naprawdę nie chcę tracić pieniędzy na książkę, to znak, że jest źle. Poza tym w bibliotece poznałam wyjątkowo pięknego kota, więc tym lepiej dla mnie.
Co z tą Maas? Kilka miesięcy temu recenzowałam „Imperium burz”, którym byłam prawie w całości oczarowana. Jak dostaję kolejną część „Szklanego tronu”, to prawie piszczę ze szczęścia. Wyobraźcie sobie, że moja miłość do serii o Celaenie jest równie wielka co moja szczera niechęć do „Dworu cierni i róż”. Powodów jest wiele. Kiedyś naprawdę miałam nadzieję, że to będzie dobre, bo ufałam Maas. W trakcie czytania zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno te dwie serie pisała ta sama osoba. Mówili, że drugi tom jest lepszy, że Feyrę da się lubić... NOPE! Jedyne, co się udało to jeszcze popsuć mi obraz jedynych postaci, jakie polubiłam w pierwszym tomie. Przepraszam Lucien, Rhys, najbardziej ucierpieliście na tym „eksperymencie”. Czemu w ogóle się dręczyłam? W dużej mierze dla Zupy Zła, bo gdybym napisała tylko o ACOTAR, to fani by mnie zjechali, że ACOMAF jest lepszy. Lecim z tym dramatem!
Ogólnie od pierwszego zdania w tej książce poczułam się zażenowana. Przyznam, że to rekord. Wracamy na Dwór Wiosny, który nagle stał się jakąś karykaturą wyższych sfer czasów nieokreślonych. Już pojawia się pierwszy zgrzyt, bo naprawdę jak rozumiem, że Maas miała cel w takim przedstawieniu podwórka księcia wiosny, to zrobiła to z dupska. Pamiętam, że to nie było tak popieprzone miejsce, a z tekstu wynika, że zaraz po powrocie Feyry i Tamlina zaczął się tam odwalać jakiś śmieszny szajs. W ogóle rozumiem, że autorka bardzo chciała pokazać jak nasza (tfu tfu) heroina bardzo ucierpiała Pod Górą, ale tutaj też nie zgadza mi się wieeele rzeczy. Momentami to się zastanawiałam czy Feyra ma to PTSD czy co tam to mogło być, czy też chwilowo magicznie się uleczyła, a wyjątkowo często to było takie użalanie się nad sobą... No i ram pam pam, niby w tekście przebąkuje się, że Tamlin też źle to zniósł, ale jest to jedynie furtka, żeby zrobić z niego tego złego. No wcześniej też za nim nie przepadałam, ale na litość! Jest tyle sposobów, na które można to poprowadzić i nie byłoby po prostu robieniem głupot, bo fabuła musi się zgadzać. Bardzo długo miałam wielką rozkminę, czemu wszyscy nagle zaczęli tak bardzo nienawidzić Tamlina, kiedy dla mnie ciągle czegoś brakowało. Jak się zgodzę, że zachowywał się okropnie, to... No ej, naprawdę nie widzicie, że to była taka byle jaka przeróbka części jego charakteru, żeby czytelnikowi się wytłumaczyć, czemu Feyra nagle woli drugiego Tru Loffa? W dodatku przeróbka bardzo słabo przedstawiona. Co do tego? Jak już wspominałam, Maas wspomina, że Tamlin też ma problemy po wydarzeniach z moją ulubioną komediantką – Amaranthą. No Feyrze trzeba pomóc, biedna sobie nie radzi, ale to, że w widoczny sposób Tamlin też sobie nie radzi to nic, najwyżej powód do nienawidzenia go! Nie cierpię ich oboje, ale bardziej nie lubię takiego wartościowania, że ktoś musi być biedną owieczką i pomoc się należy, a ten tam to niech najlepiej się zabije, walić jego psychikę. To był dopiero początek, ugh.
Pomińmy większość „bla, bla, bla”, bo to głównie takie fragmenty nadają tej książce objętości. Nie jest tajemnicą, że większość linii fabularnej spędzamy na Dworze Nocy. Tak, Rhys! Tak... A nie, jednak nie. Współczułam większości postaci obcowania z Feyrą, ale przez tę jej narrację nie byłam też w stanie większości z nich polubić, a do Rhysa to wręcz się zdystansowałam. No jasne, pojawiło się tu kilka ciekawszych elementów i naprawdę mi ich szkoda, bo wiem, że Maas miałaby potencjał na zrobienie tych rzeczy dobrze. Dwór Rhysa mógł mnie naprawdę ująć, jego rodzina miała szanse zostać świetną zgrają, którą bym kochała. Wyszło jak wyszło, mam wrażenie, że patrzyłam tylko na jakieś duchy kręcące się dookoła dramy Feyry. Książę Dworu Nocy oberwał najbardziej ze względu na oczywiste rozwiązanie – no jak nie Tamlin, to Rhys. I co? I tu jest już subtelność różowego radzieckiego czołgu wymalowanego w kwiatki. Cały czas wiadomo jak to się skończy, Maas nawet tego nie ukrywa, ale wiecznie przeciąga. Próbuje się bawić w kotka i myszkę, kiedy od dawna mysz jest już złapana. To męczące i bezsensowne. Albo daje się to cholerne romansidło od początku albo odpuszcza się z wiecznymi „sugestiami”, które są tak delikatne, jak mój kot podczas podawania mu tabletki. Perfidnie widać, że autorka nie mogła się doczekać wyswatania naszej Mary Sue z Rhysem i to bardzo wpływa na całokształt. Wielokrotnie widziałam, kiedy postacie właśnie powoli, coraz bardziej zbliżają się do siebie i nie było to męczące, bo pozostawała ta delikatność. Cholera, odsyłam do „Szklanego Tronu”, jak na ironię znajdzie się kilka przykładów. Ona to umie dobrze zrobić! Aelin i Rowan, byli dość oczywistą parą, w dodatku mam wrażenie, że Feyra i Rhys to nieudana próba powtórzenia tej historii, tylko, że ci pierwsi nie byli tym radzieckim czołgiem! Nie, Ogniste Serce i Naczelna Zrzęda bardzo płynnie przechodzili przez kolejne etapy znajomości, kochałam ich wspólne docinki, a rozwój ich relacji był raz, że widoczny, a dwa, że dobrze napisany. Parka z Dworu Nocy to w tym temacie gigantyczna porażka. No i tak Rhys traci w moich oczach bardzo wiele, bo mimo zachowywania się jak on, widać, że robi się coraz bardziej spłaszczony ze względu na Feyrę, zaczyna dookoła niej orbitować. Chyba nikt nie lubi parek, które zlewają się razem w taką dwugłową wiedźmę. Jego historia jest ciekawa, były momenty, które nawet chętnie czytałam właśnie przez Rhysa, ale to takie krótkie epizody.
Sama Feyra wbiła kolejny poziom w irytowaniu mnie! Głupoty się nie wyzbyła, skoro najpierw daje się traktować jak laleczkę, a potem ma pretensje, że ją tak traktują. No przepraszam, ale jak najpierw czytam, że jej w sumie pasuje, że taka Iantha wszystko za nią ogarnia, a za kilka stron ma tego dość to... Co? Do tego dochodzi wieczne wychwalanie jej jako zbawicielki. Szybki rzut okiem na to, co było w pierwszym tomie? PANI ZBAWICIELKO, ALE TY W TYM ZBAWIANIU MIAŁAŚ FARTA. Nigdy nie przeboleję tej zagadki. To był banał. Do tego przerysowany do granic możliwości czarny charakter i wszystko takie bez wyrazu. Aż nie wierzyłam, że naprawdę Maas postanowiła tak wywyższyć tą kluchę. Ej, Aelin, a jak tam odbijanie JEDNEGO królestwa? No, pięć tomów i jeszcze nic? Sojuszników potrzebujesz? O ty nieudacznico! Taki kontrast między tymi seriami – w ACOTAR wyzwolenie całego Prythianu możne załatwić jedna Feyra, a w „Szklanym Tronie” wszyscy bohaterowie tkwią po pachy w bagnie już kilka ładnych części i nadal ciężko jest zapanować nad tym szajsem. Feyra gra na poziomie bardzo łatwym, a Aelin ma jakąś wersję „no spróbuj przetrwać”. Mało tego! Teraz ta moja „ulubiona” bohaterka ma dosłownie wszystkie moce, jakie tylko mogła Maas wymyślić. Naprawdę no genialne rozwiązanie, przecież Feyra musi być taka niesamowicie niesamowita i potężniejsza od wszystkich innych postaci. Też tak kiedyś robiłam, jak nie mogłam się zdecydować jaką moc ma mieć moja bohaterka, różnica jest taka, że miałam wtedy jakieś 13/14 lat.
Największy problem z czytaniem sprawia akcja, a raczej jej brak. Dosłownie, wiadomo, że tam w tle jest fabuła i dzieją się jakieś rzeczy, które w sumie byłyby czymś interesującym, ale na pierwszym planie przez większość czasu jest totalny bełkot. Jak miałam dość, to zaczynałam pomijać zdania albo i całe akapity, jeśli widziałam, że nic ciekawego tam nie ma, że nic nie wnoszą. Do tego jeszcze sceny erotyczne. To mi przeszkadzało nawet w „Imperium burz”, a co dopiero tutaj. Pomijałam całe rozdziały bo chodziło w nich jedynie o seks. Nie uważam, żeby Maas w ogóle potrafiła to robić, próbowałam jedną przeczytać i wzięło mnie zażenowanie. Po prostu przez większość czasu kulamy się przez wielkie nic, ta książka jest strasznie przegadana. Rozwiązania fabularne w wielu miejscach są potwornie głupie. Miałam wiele pomysłów na to, co autorka tam zrobi i przykro mi przyznać, że ta sama osoba, która rozwala mi mózg swoimi pomysłami, nie sprostała moim niezbyt wymagającym przewidywaniom. Najpierw miałam nadzieję, że czegoś nie poprowadzi w dany sposób, a jak przychodziło co do czego, to robiła to jeszcze gorzej! Nie chcę spoilerować, ale miałabym kilka lepiej przemyślanych rozwiązań, niż to, co otrzymałam. W pewnym momencie nagle większość postaci dostaje takiego amebizmu, że aż mi szczęka opadła. Dosłownie wszyscy, których podejrzewałam o posiadanie mózgu narobili tylu głupot i to z tak marnych powodów, że mogę jedynie załamywać ręce. Rozumiem, że to miała być intryga, ale zupełnie nie wyszło i wzięło się to znikąd. Nie byłoby to złym rozwiązaniem, gdyby wcześniej położyć pod to jakiekolwiek fundamenty i dobrze to wszystko uknuć. Ta autorka to potrafi, a w ACOMAF nagle wszystko wyskakuje z czarnej dziury fabularnej. W sumie problemem są też czasy. Nie wiem, czy Maas w ogóle o tym myślała, ale ciężko cokolwiek sobie wyobrazić, kiedy na każdym dworze panuje inna epoka, a na ziemiach ludzi to w ogóle jakaś abstrakcja. Mam wrażenie, że po prostu autorka tworzyła tak, jak jej się aktualnie podobało, ale to miesza w głowie.
Na koniec, bo powoli brakuje mi siły na to wszystko: kwestie problematyczne. Daleko mi do typowej social justice warrior (dla nieświadomych, to tacy ludzie, którzy twierdzą, że np. każdy biały jest rasistą), więc tym bardziej należało się postarać, żebym w recenzji o tym pisała. Cholera jasna, nie obchodzi mnie, jak powalony jest dwór Tamlina, bo to zdanie nie odnosiło się do jego dworzan. Po prostu jak przeczytałam tą kwestię, że nieposiadanie dzieci to bezczeszczenie kobiecego daru dawania życia zagotowało się we mnie. Iantha tam odniosła się do kapłanek, które są rozsiane po całych ziemiach fae, więc można powiedzieć, że to dość popularne przekonanie. Przepraszam, ale podejście, że kobieta koniecznie musi mieć dzieci denerwuje mnie prawie jak cała postać Feyry. Już w ogóle nie wspominam o tym, że z jednej strony ktoś tu próbuje w feminizm, a potem główna bohaterka zachowuje się jakby facet był jej panem i władcą. No tak to wychodzi, jak próbujesz równocześnie promować postępowość i tworzysz typowe romansidło, bo właśnie tak widzę tę serię.
Jakieś plusy tam były. Tarquin okazał się całkiem uroczy, taki miły dla oka szczegół. Poza tym jako tako doceniam pomysł z Kotłem i przedstawienie świata fae, chociaż nadal mi go mało i czuję, że czegoś tam brakuje. Nie wiem, Maas jakimś cudem zapomniała jak dobrze pisać postacie, ale świat nadal potrafi kreować. Nie ogarniam tej logiki. Krainy fae, ich mitologia i ogólny wygląd są naprawdę interesujące, w tym widzę największy potencjał. Ledwo daje się tego liznąć, bo oczywiście na tapecie musi być Feyra, ale kiedy już się dostaje ten skrawek świata, to nagle wyczuwam tą Maas, która napisała "Szklany Tron". Gdyby tylko to bardziej rozbudować, zrobić cokolwiek, żeby czytelnik mógł zobaczyć więcej świata, poznać jego strukturę, mity i wszelkie magiczne bestie, już czytałoby się lepiej. Z drugiej strony widzę, że autorka próbowała nawiązywać do swojej drugiej serii, w pewnych momentach po prostu cisnęło się na usta coś o bramach Wyrda, o tamtejszych bogach, innych wymiarach. Mam jednak nadzieję, że nie zwiastuje to jakiegoś crossoveru, bo... No nie róbmy tego Aelin! Dostałam tu papierek po cukierku, zamiast jego zawartości, lepsze to niż nic, ale to też potwornie działa na nerwy. No doceniam, chociaż nieścisłości, tak jak wyżej wspomniane problemy z pomieszaniem wszelkich epok, tutaj też psioczą.
Nie polecam. To znaczy wiem, że są ludzie, którym się to spodoba, ale jeśli szukasz dobrej przygody z fantastyką, a nie rozmemłanej kluch i romansu na tle magicznych stworków, to pomiń tą pozycję. „Szklany Tron” może ci się spodobać, ale nie to. W pełni zdaję sobie sprawę, że ta recenzja jest jednym wielkim marudzeniem, ale nie wiem, co innego mogłabym napisać o „Dworze mgieł i furii”. Autorka wielu kwestii nie przemyślała, za bardzo chciała coś zrobić i równocześnie przeciągać, lała wodę, a większość postaci po prostu zachowuje się i czuje tak, jak akurat jej pasuje. Przez sporą część lektury zwyczajnie wieje nudą i dostajemy feyrowy bełkot. Najgorsze jest jednak to, że mogło być dobrze. Gdyby wszystko przemyśleć, lepiej zrobić bohaterów, świat, linię fabularną i wywalić niepotrzebny bełkot, no i gdyby zamiast cisnąć na romans, pomyśleć najpierw o akcji, a reszta niech się rozwija na drugim planie. Nie, po prostu... Nie. Przykro mi, że muszę tak ocenić autorkę jednej z moich ulubionych serii.

Poziom zażenowania wyleciał w kosmos, na mnie chyba też pora
Lucy Zażenowana
17

sobota, 30 września 2017

Drama alert: Czytam Pierwszy

Drama, drama drama, drama, drama drama... Ktoś mnie wzywał?!


O czym tym razem? O nowym portalu dla czytelników, Czytam Pierwszy. Ruszył on na początku września i już wywołał sporo burz wśród recenzentów. Czemu? A no temu, że niektórzy sobie wymyślili, że to jakiś wyzysk blogerów, brak szacunku do ich pracy i tak dalej. Szczerze to czytelnikom i recenzentom do zarzucenia mam wiele, a ostatnio to środowisko coraz mocniej się pogrąża. (Nie wszyscy, oczywiście, są też osoby, które uwielbiam.) Na rany Latającego Potwora Spaghetti! Zapytam tak: czy ktoś nas zmusza do używania tego portalu? Czy wydawnictwa wypowiedziały ludziom współpracę bo powstało Czytam Pierwszy? No właśnie, że nie!
Słowem wstępu: witryna jest kierowana do początkujących blogerów (wielka neonowa strzałka wskazująca mnie, nawet nie zaczęłam raczkować). Dołączyć tam może każdy, kto posiada social media związane z książkami, wszystkie są wymienione na stronie internetowej ze szczegółową punktacją TUTAJ. Wystarczy pięć minut, żeby zorientować się na jakiej zasadzie przyznawane są punkty. Oczywiście zrozumiałym jest, że przy dłuższych wypowiedziach najważniejsza jest ocena tekstu. Trzeba być osłem, żeby dawać za każdą recenzję maksymalną pulę punktów, bo nastąpiłby wysyp postów „wstaw streszczenie, napisz, że bardzo ci się podobało”. Ciężko też określić stałą wartość „wynagrodzenia” za post na instagramie, więc w pełni rozumiem przyznawanie punktów ze względu na liczbę obserwujących nas użytkowników. Po uzbieraniu odpowiedniej puli możemy zamienić punkty na książki, elektroniczne: udostępniane przez stronę internetową lub papierowe. Jeden fizyczny egzemplarz kosztuje 100 pkt, wersje przedpremierowe są tańsze niż finalne. Czasami też są najróżniejsze promocje na dane tytuły. No i tak: wersja elektroniczna nie jest zbyt wygodna, ale to też kwestia przyzwyczajenia, ja w ogóle nie przepadam za czytaniem na laptopie czy tablecie. Za to na wersję papierową trzeba sobie zapracować. (Taaaak, znajomi się śmieją z moich skomplikowanych wyliczeń, jak mogę zdobyć więcej punktów.)
Zabawa się zaczęła, kiedy recenzenci doszli do wniosku, że to jakiś jawny wyzysk, że od recenzentów „wymaga się” (???), żeby wstawiali swoje teksty na więcej platform. Kurde, przeczytałam kilka żalipostów, że to takie okropne, że jakieś Instagramy, Lubimy Czytać, księgarnie internetowe... Tylko to nie są żadne wymagania. Widziałam już wcześniej nieco okrojone recenzje na instagramach (na przykład u Emilki z Weź nie czytaj, polecam tego allegrowicza), na innych stronach zawsze była opcja oceniania książek, są grupy książkowe, na które ludzie wstawiają swoje opinie. Nikt niczego nie wymaga, zanim portal ruszył jego założyciele pisali, że nawet nie trzeba mieć bloga. Wiąże się to z mniejszą ilością przyznanych punktów, ale czy to jest wymuszanie zakładania YouTube albo konta w Empiku? Nie sądzę. Ja czasami też gdzieś indziej napiszę o danej książce, na prośbę Magdy Pioruńskiej nawet odkopałam moje Lubimy Czytać, bo czemu nie? Nie zachowuję się też, jakby recenzowanie było dla mnie pracą. Nie, uważam, że to dość zgubne podejście. Dla mnie tacy blogerzy nie są zbyt wiarygodni. Nie czytam dla egzemplarzy recenzenckich i nigdy nie będę tego robić. Robię to i piszę swoje marne teksty dlatego, że to lubię. Nie robiłabym Zupy Zła, gdybym naprawdę nie miała chęci tego zrobić i jeśli ktoś mi powie, że wylewam swoje największe bóle dupska, bo szukam atencji – zaśmieję się prosto w twarz. Robię to ze świadomością, że możecie mnie zjeść żywcem, ale potrzebuję gdzieś wyrzucić swoje negatywne odczucia (aka ścisk czterech liter). Może dlatego nie postrzegam też Czytam Pierwszy jako ataku na recenzenckie środowisko – dla mnie to jest bardziej hobby niż praca. No i takie pitu pitu, a jednak oczy mi się błyszczą na myśl o współpracy, tylko też nigdy nie będę chciała pisać o książkach, które po prostu mnie nie interesują. Nie zamierzam się zmuszać do czytania. Stąd plus dla wymienionego wyżej portalu: sama wybieram książki!
Mogę powiedzieć, że już czytałam pierwsza (to znaczy mam przeczytać). W ramach promocji zamówiłam swój egzemplarz „Moja Lady Jane”, został mi jeden punkt i jestem teraz biedna. Na razie mogę powiedzieć, że kontakt z twórcami portalu był świetny, kiedy kod promocyjny nie chciał działać i poza tym wielkich turbulencji nie było. Paczka przyszła cała i zdrowa, nie jest to przedpremiera ani żaden projekt, więc nie muszę się śpieszyć z czytaniem. Teraz pozostaje mi jedynie ruszyć dupsko do czytania.
Co poza tym: nikt poza nami i administratorami nie widzi naszego konta. Jakaś aktywność jest jednak wymagana, jeśli będziemy się lenić dłużej niż 3 miesiące, zostaną nam odjęte punkty. Poza tym dzięki zgarnianiu kolejnych ISBNów (czyli punktów) otrzymujemy kolejne rangi, a z nimi przywileje (jakie, nie wiem, bo obecnie jestem na samym dole łańcucha pokarmowego). Jeśli umieścimy na naszej stronie baner portalu, też wpadnie nam kilka dodatkowych punktów. U mnie jest on w pasku bocznym i będzie na koniec tego tekstu, jeśli jesteście zainteresowani stroną, możecie wejść przez nie i wspomóc trochę studencką biedę. Co prawda nie posiadam „horej curki” i do niczego nie zmuszam, po prostu będzie mi miło, że to zrobiliście.
Na moje ta drama to po prostu burza w szklance wody. Odnoszę wrażenie, że ci „więksi” się oburzyli, bo oni musieli sobie zapracować na współpracę, a teraz początkujący mają trochę lżej. Zaraz potem krzyczą jakie to nie fair, że trzeba sobie zapracować na te punkty, więc tak z lekka błędne koło. Tak źle, tak niedobrze. Mi cała inicjatywa się podoba i trzymam kciuki za rozwój portalu. Jak nie, to nie, przecież nie ma przymusu zakładania tam konta. Każdemu jego porno, po cholerę się kłócić o coś takiego?

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Hora curka to specjalnie, bez spiny
Lucy
13

środa, 16 sierpnia 2017

Zupa Zła #1 - Lusiowy problem z Potterem.

Czemu przestałam być fanką Pottera?

Welp, mój paskudnik musiał tu kiedyś zadebiutować. Macie słodkości przed tym wstrętnym postem!

Na początek szybko się wytłumaczę. Mam trochę, a nawet więcej niż trochę, problemów z niektórymi książkami, fandomami czy innymi tego typu rzeczami. I stąd Zupa Zła, potrzebuję się wygadać, napisać co mnie tu i tam uwiera. Taka moja bardzo nieregularna i zależna od emocji seria o wszystkim co, według mnie, jest nieodpowiednie. Nazwa, raz że w nawiązaniu do zupy z "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców", dwa, że bardzo zwięźle opisuje to, co będę tu tworzyć, zupę z totalnie wszystkiego, co "złe". ("Złe" to takie lekkie przekoloryzowanie i uproszczenie, cśśśśś.)
Jestem okropna. Wspominam o tym chyba przy każdej okazji. Dzisiaj okropność wyjdzie ze mnie jak jeszcze nigdy. Tak mnie naszło na ten post przy rozmowie z Kingą z In Love With Books (której przy okazji dziękuję za śliczny nagłówek i w ogóle polecam tego człowieka, wpadajcie tam). Bo już dłużej nie wytrzymam tego wychwalania Pottera! Tak, biorę się za klasykę klasyki literatury młodzieżowej, bo coś mnie w końcu rozsadzi od środka. Nie zrozumcie mnie źle, ten tekst ma być o tym, czemu uważam gloryfikowanie tej serii za przereklamowane. Sama byłam fanką Pottera przez dość długi czas, ale w końcu dotarło do mnie, że to wcale nie są takie niesamowite książki. Doszedł do tego jeszcze fandom, bo Potterheads jako społeczność są nie do zniesienia. No i jeszcze Rowling, bo najbardziej się do tego przyłożyła.
Oczywiście wszyscy książkoholicy znają serię o młodym czarodzieju, nie musieli jej nawet czytać, bo przed HP się nie ucieknie. Większość z nas zaczęła czytelniczą przygodę właśnie od książek Rowling i uważam, że to najbardziej wpływa na ocenę tej serii. Wielu z nas wychowywało się z tymi książkami, a jak nie to chociaż z filmami. Wpadliśmy do magicznego świata, który pokochaliśmy jako dzieci. Tutaj leży pies pogrzebany – często coś, co dobrze wspominamy z dzieciństwa, jest dla nas czymś nieskazitelnym, uważamy, że to musi być dobre i przymykamy oczy na wady tego cosia. Zauważam to wszędzie, chyba nawet sobie zapiszę to zjawisko na jakiś awaryjny temat magisterki. Harry'ego Pottera też to nie ominęło i wątpię, żeby się skończyło równo z rocznikami, które dorastały z Harrym, bo jest to seria, którą uważa się za jakiś prekursor. Co dać dziecku do przeczytania na dobry początek? Harry Potter! Co bywa lekturą w klasach 4-6? Harry Potter! Co kupi się na urodziny początkującemu, młodemu czytelnikowi? Harry Potter! Nie da się zaprzeczyć, że jest to seria dobra dla młodych ludzi. A potem już z górki. Mam wrażenie, że jeśli zapyta się większość książkoholików, od czego zaczęła się ich czytelnicza przygoda, wielu wymieni Pottera. Potteromania ma się bardzo dobrze, ale... Właśnie, moje „ale” – to nie jest wcale genialna seria, jedynie się ją gloryfikuje, bo czy ktoś jeszcze pamięta świat przed Hogwartem?
Wrócę szybko do pytania o początek przygody z książkami. Nie powiem, że moja rozpoczęła się od świata wykreowanego przez Rowling. Tak, to była pierwsza seria, jaką sama się zainteresowałam, ale nie od niej zaczął się mój książkoholizm. Tu składam ukłon w stronę Ricka Riordana, którego uważam za mistrza fantastycznych młodzieżówek. Po HP nie czułam potrzeby zabrania się za cokolwiek innego. Był Potter i się skończył, tyle. Oczywiście, byłam nim zachwycona, ale nie poczułam też zainteresowania czytelnictwem, nie potrzebowałam tego. Jakiś czas później pojawił się Percy Jackson i tutaj coś mnie ruszyło. Nie twierdzę, że to wina oczekiwania na kolejne części „Olimpijskich Herosów”. Miałam potrzebę zajęcia się czymś innym, zajrzenia do innego świata, żeby mnie wiecznie nie skręcało z oczekiwania na kolejne przygody syna Posejdona i reszty półboskiego gangu. Jednak Riordan pobudził mnie do szukania dalej, kolejnych interesujących książek, przez Nico di Angelo wpadłam na „Dary Anioła”, bo nagle wyszło na to, że lubię wątki homoseksualne i jakoś wtedy też przepadłam tak totalnie, że dzisiaj rodzice mi grożą, że jeszcze trochę książek i chyba mnie z domu wywalą. Riordana od Rowling odróżnia też brak zmęczenia materiału. Ten człowiek pisze kolejne rzeczy i kiedy myślę, że już bardziej mnie nie oczaruje, pojawia się taki Magnus Chase! W dodatku widzę, że ma na to wszystko pomysł, nie ciągnie, bo się dobrze sprzedaje, a dlatego, że nadal ma coś do powiedzenia, ostatnio nawet czytałam coś o tym, że planuje wspomagać innych autorów chcących tworzyć na podstawie mitów, chyba powstanie coś na zasadzie półboskiego megawersum. No i nie zachowuje się, jakby zaraz cały świat miał o nim zapomnieć i jakby to była najstraszniejsza rzecz pod słońcem.
Po co to było? Dla skontrastowania z J. K. Rowling, która zachowuje się jak jakaś pisarska diva. Nie twierdzę, że wszystkie jej zachowania są złe, ale spójrzcie chociaż na „Przeklęte Dziecko”, które zdaje się być zbitkiem najbardziej typowych i przy tym najsłabszych pomysłów z fanfiction. Przepraszam za spoilery, zamknijcie oczy, jeśli Wam zależy, ale nie stracicie nic na tym, może uratuję Wasz portfel. Niech to hipogryf kopnie! Dziecko Bellatrix i Voldemorta?! Urodzone na trochę przed Bitwą o Hogwart?! W KTÓRYM MIEJSCU ONI MOGLI TO ZROBIĆ?! Zastanawiałam się nad tym kilkanaście razy i widzę tu kolejny zabieg w stylu „a no bo nic nie wspomniałam w żadną stronę to nie macie prawa się przywalić, jakkolwiek nielogiczne by to było”. To jest nielogiczne, robi z czytelników debili, chociażby z tego względu, że Voldemrot... No kurde, jakiś romans z Lestrange, chociażby kompletnie bezuczuciowy z jego strony, nie jest w jego stylu. Przez cały czas skupiał się na pokonaniu Pottera, tak bardzo spłycając, nie mówiąc o tym, że ten człowiek wolałby się pozbyć problemu, jakim jest dziecko, w tak ważnym dla jego osobistego zwycięstwa momencie. I nie mówię tylko o tym, większość „Przeklętego Dziecka” to żart z fanów, próby zaspokojenia wielbicieli oklepanych fanfiction i totalne OOC (out of character). Powiecie, że to nie jest jej wina, bo nie ona pisała sztukę? Ja twierdzę, że to jej wina, bo miała w nią wgląd, mogła powiedzieć, że coś się nie zgadza, ale przyklepała to swoim nazwiskiem i nie widzi problemu w całej sprawy. (Dla skontrastowania, jeśli kojarzycie ekranizacje Percy'ego Jacksona, wiecie jak bardzo niszczą one książki. A najgłośniej o tym mówi sam Riordan.) Trzeba też spojrzeć na twittera Rowling. Tutaj to się zaczyna prawdziwa kopalnia i najłatwiej to skomentować podejrzanym na tumblrze zdaniem „Zaraz napisze, że Tiara Przydziału jest transseksualna.”. Nietrudno odnieść wrażenie, że większość „nowinek” ze świata Pottera jest robiona pod publikę, byleby mówiono o Harrym i o autorce. Nie zapomnę też akcji związanej z kolorem skóry Hermiony. Dla niezorientowanych – do teatralnego „Przeklętego Dziecka” wybrano czarnoskórą aktorkę, która grała Hermionę. Część ludzi podniosła raban o kolor jej skóry. W tym miejscu należałoby powiedzieć, że najwyraźniej na castingach była najlepsza i z tego tytułu dostała rolę. Jednak teatr rządzi się własnymi prawami i naprawdę liczy się talent. Co robi Rowling? Odpowiada, że nigdzie nie wspomniała o tym, jaki kolor skóry miała książkowa Hermiona. Na nic zdały się zdjęcia fragmentów, bodajże z „Więźnia Azkabanu”, w których dawała wskazanie na jej kolor. Cóż, na miejscu aktorki nie czułabym się najlepiej, że sama autorka nawet nie pomyślała, żeby wspomnieć o jej talencie, tylko sprowadziła to do batalii o kolor skóry postaci, żeby to siebie pokazać z jak najlepszej strony. Szczerze wątpię, żeby akurat Rowling najbardziej nie zależało na takim super słodkopierdzącym wizerunku. Jednak najbardziej mnie bawi i denerwuje jej przepraszanie za śmierć postaci. Ja przepraszam, ale czy jeśli autor podejmuje decyzję o śmierci jakiejś postaci, to nie jest to jego autonomiczna decyzja, za którą nie powinno się przepraszać? Ja to widzę tak, że ma się podstawy do zabicia znanych czytelnikowi postaci, a to żeby bardziej przybliżyć nam realia, żeby wzbudzić odpowiednie emocje, żeby nadać fabule dynamiki, żebyśmy odpowiednio odbierali czarny charakter... Powodów jest wiele i przeprosiny za coś takiego są niczym niepoparte. Ostatnio chyba padło na Snape'a. Pamiętacie jak umarł? Jeśli tak, to wiecie, że ta śmierć była jak najbardziej zasadna i nie mówię tego tylko dlatego, że Tłustowłosy to jeden z moich nemezis. Dla mnie autor, który przeprasza za to, że właśnie w taki sposób poprowadził fabułę, przestaje być wiarygodny. No kurde, zachowujmy się, jakbyśmy wiedzieli co robimy, bo inaczej wydźwięk książek traci sens. Mimo to w całej rowlingowej pogoni za „Nie zapomnijcie o mnie!” powstało coś dobrego – „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Ten film był najpiękniejszą produkcją ze świata czarodziejów i mam nadzieję, że kolejne części będą równie dobre. Jednak scenariusz, mimo że pięknie wydany, nie znajdzie się na mojej półce. Widziałam film, po co mi to? Wolałabym przeczytać coś w zwykłej formie odnośnie samego Scamandera.
To był długi akapit. Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam.
Odnośnie samych książek, obecnie mam mieszane uczucia. Powtarzałam je ostatnio w liceum, czyli nie tak dawno temu. Nie czytało mi się już tak dobrze, jak za pierwszym razem, zauważałam błędy, język był jakiś taki mało zachęcający, momentami się nudziłam. Okazało się, że ten uwielbiany przeze mnie Potter, ideał książek, jest bardzo przeciętny. Od tego momentu zauważam u siebie coraz większy sceptycyzm wobec Harry'ego. Młody czytelnik nie zwraca uwagi na wiele szczegółów, liczy się, żeby łatwo się czytało, ale nie ma też obycia z wieloma książkami, więc sam styl nie jest na pierwszym miejscu. No i tutaj Rowling naprawdę wiele straciła. Po raz kolejny Riordan wygrał, tym razem warsztatem, bo Percy'ego czytałam co najmniej trzy razy, w zeszłe wakacje powtarzałam „Kroniki rodu Kane” i co chwila łapię kolejny Riordanowy twór, który nadal jest skierowany do młodzieży o szerokim przedziale wiekowym. Jego styl nie wydaje mi się taki dziecinny, nie budzi we mnie znudzenia. Mogę go polecić trochę starszym czytelnikom, czego nie zrobiłabym z Rowling. Chociaż najbardziej uwierają mnie liczne błędy w Potterze, zauważyłam, że to dość popularny temat wśród bardziej doświadczonych czytelników. Mogę wspomnieć na przykład o niezbyt przemyślanej liczbie uczniów w Hogwarcie, bo raz odnosi się wrażenie, że jest ich multum, a potem nagle próbujesz przeliczyć to na dormitoria i wychodzi zaskakująco niewielka liczba. Wielokrotnie sprawiało mi to problem, jak jeszcze bawiłam się w potterowskie fanfiction. Gdybym miała recenzować teraz Pottera, nie dostałby on zbyt wysokiej noty, bo po prostu wyłapałabym tyle rozmaitych problemów, że zgrzytałabym zębami. Nie powiem, że tylko Rowling jest tak słaba. Pewnego razu próbowałam przeczytać „Zwiadowców”, pojawił się dokładnie taki sam problem, odpadłam przy początku trzeciego tomu, bo zwyczajnie nie mogłam znieść stylu Flanagana, miałam wrażenie, że autor traktuje mnie jak dziesięcioletnie dziecko. Może na niektóre książki jestem już po prostu zbyt stara, jednak patrzę chociażby na takie „Magisterium”, które jest kierowane do młodszych czytelników i szczerze boli mnie brak kolejnych tomów po polsku! Nie wiem, co się dzieje, że niektóre książki dla młodszych pokocham, a inne staną się dla mnie zbyt dziecinne, chociaż wszystkie powinny być na tym samym poziomie. Właśnie z tego tytułu Potter przestał być moim faworytem, a dostał status przeciętnej książki. Nie jest on jakoś odkrywczy, widać w nim wiele schematów, które istniały na długo przed pojawieniem się Rowling, nie uważam też, żeby był wyjątkowo wartościowy, bo miłość, przyjaźń czy poświęcenie są czymś, co poznajemy od małego i może te czynniki nadają książkom piękna, ale nie uważam, żeby nadawały jakiegoś większego wydźwięku. To takie podstawy i większość zdolnych do życia w społeczeństwie ludzi je rozumie. Śliczne morały nie sprawią, że książka bardziej zaplusuje i jak widzę te teksty „Harry Potter nauczył mnie, co to przyjaźń” chce mi się parsknąć śmiechem. Czy ktoś przed przeczytaniem HP był socjopatą, że nie miał pojęcia na czym polega przyjaźń? Jasne, książki mogą uczyć i poruszać ważne tematy, zmieniać postawy, ale wtedy nie są to oczywistości tylko coś, o czym toczy się dyskusje, o czym być może nie mamy większej wiedzy, bo nas nie dotknęło. Tutaj bym mogła poruszyć temat Dursley'ów czy ofiar przeróżnych konfliktów, bo tu mamy chociażby Freda, Potterów, Lupina i Tonks. Jednak najlepiej brnąć w miłość i przyjaźń, bo to takie C U D O W N E!
Ostatecznym źródłem mojej frustracji jest fandom. Teraz już nie należę do żadnej potterowskiej społeczności, bo szkoda mi psuć sobie nerwy. Czasami mam wrażenie, że ci ludzie są kompletnie zaślepieni, widzą przed sobą jedynie Pottera. Jak raz na tydzień nie padnie, że cała seria powinna być lekturą szkolną, zamiast jakiegoś, tfu, Mickiewicza, to tydzień stracony. Nie bronię tutaj lektur szkolnych, bo i w tym temacie mam wiele uwag, ale nie rozumiem, w czym Potter jest taki niesamowity, że powinniśmy go koniecznie czytać w szkołach. Nie ma tu nic wyjątkowego, żeby można było poprowadzić na lekcjach jakąś dyskusję. Rozumiem dodatkowo w klasach 4-6, gdzie czyta się głównie książki łatwe i przyjemne, ale poza tym? Nie widzę żadnego powodu. Potterheads za to uważają HP za największe dzieło świata i często, jak się z takimi nie zgodzisz, zostajesz zjechany z góry do dołu, wyzywany od debili, dowiadujesz się, że nie znasz się na książkach. Nie widzę wśród tych ludzi zbyt wielu przejawów samodzielnego myślenia, siedzą wśród swoich, wiecznie gloryfikując całą serię, Snape'a, Draco, powtarzając te frazesy, że są Ślizgonami, bo są taaaaaacy wredni, należą do Gryffindoru, bo Gryfoni mają najlepsze postacie i w ogóle to najszlachetniejsi mieszkańcy Hogwartu. Co chwila pojawiają się tematy w stylu „POWINNO BYĆ WIĘCEJ CZĘŚCI!!!” jakby nie widzieli, jak to się skończyło dla Nowego Pokolenia, zapominają, że Potter to zamknięta historia. Są przy tym bezkrytyczni, najlepsi, krystalicznie idealni, same z nich specjalne płatki śniegu i wszelkie próby dyskusji kończą się gównoburzami, którymi jestem już zmęczona. Zawsze na początku maja musi być spam „różdżki w górę”, spam komentarzami, postami i żalami jak to ich boli, że im MĄŻ umarł. Rozumiem jakieś specjalne akcje związane z fandomem, jak danego dnia zobaczę na instagramie ładne potterowskie zdjęcie, to się uśmiechnę, sama czasem wrzucam coś tematycznego, ale niech to będzie coś więcej, niech ludzie się wypowiadają, jak mają coś do powiedzenia i wysilą się na minimum kreatywności zamiast wiecznego „/*”. W pewnym momencie cały fandomowy content stał się tak przewidywalny, że przeglądając facebooka, grałam w potterowe bingo. Nie było trudno zebrać wszystkie punkty programu, a ja byłam coraz bardziej znudzona i coraz mniej rozumiałam ten fenomen. To nie jest jedyny „martwy” fandom, ale na mojej ukochanej (i już martwej) ostoi gównoburzowania czuję jakąś więź z tymi ludźmi, kocham te chwilowe zrywy, kiedy wspólnie cały dzień spędzamy na nabijaniu się z naszych dawnych „problemów” i postów. Pozdrawiam całe Demigods Polska, wszystkich rewolucjonistów, fejmy i ich obrońców, bo z perspektywy czasu to jest po prostu piękne! A w przypadku Potterheads? Shitstormy były wyjątkowo denerwujące, bo ich uczestnicy ani nie potrafili zauważyć pewnych granic, ani nie widzą do teraz swoich błędów i uważają się za wyjątkowo wyjątkowych. Ten fandom jest jak taki rozkładający się zombiak, nie chce umrzeć, ale niewiele może i działa w jakimś zapętleniu. Aż mi przykro, że nie mogę podać tu linka do pierwszej Inkwizytorni, na której znajdowały się największe akcje z Kamaną. Jeśli kojarzycie tą panią, to łączę się z Wami w bólu, jeśli nie to cieszę się Waszym szczęściem. Właśnie ona z całą resztą fandomowych „mistrzyń pióra” najbardziej wpłynęła na moje postrzeganie fanów Pottera. Nie, nigdy nie zrozumiem fanficka o romansie Artura Weasley'a z gumową kaczką. Nie pojmę sensu tych wszystkich Dramione, które są dokładnie tak samo przerysowane, schematyczne, we wszystkich tak samo z Hermiony robi się jakąś top model z Hogwartu, a przy tym zimną sucz, a Dracze jest jakimś bogiem seksu, przestaje być nieznośnym wypłoszem, skarżącym na wszystko ojcu i pogardzającym dosłownie każdym „gorszym” od niego. Jest tego naprawdę wiele. I tak oto fandom obrzydził mi Pottera. Mam totalny przesyt HP na kolejne 20 lat, wątpię, żebym szybciej wróciła do tych książek. Dziękuję.
Na zakończenie chcę powiedzieć, że nie miałam na celu obrazić tutaj normalnych fanów młodego czarodzieja. Ej, no przecież wy możecie uważać moje ukochane książki za słabe i jeśli wyrażacie sensowną, uargumentowaną opinię, to ją uszanuję, chociaż pewnie lekko ugodzi w moje uczucia. Tak zawsze jest. Cały powyższy post jest jedynie moją opinią, nie chcę mówić, co macie uważać, o książkach, fandomie czy autorce. Całość, wraz z porównaniami do innych książek miała przedstawić jedynie mój punkt widzenia. Musiałam w końcu coś o tym napisać. Nie uważam Pottera za naprawdę dobrą książkę, w moich oczach nie zasługuje na gloryfikację, jaka napływa z tak wielu stron, nie czuję się już fanką tej serii. Przybyłam, zobaczyłam i potrafię zrozumieć, że to kochacie, ja też tak miałam, ale w moim wypadku coś się zepsuło. Na pewno pozostanie jakiś sentyment, pójdę na kontynuacje „Fantastycznych zwierząt, być może czasem wrzucę zdjęcie tych książek czy w recenzji nawiążę do mojej dawnej miłości do Hogwartu. No i nigdy nie przestanę kochać Huncwotów, bo oni w tym wszystkim uchowali się względnie bezpieczni. Nie żałuję, że przeczytałam HP, bo za pierwszym razem zapewnił mi niesamowitą przygodę. Tak się stało, że miłość przeminęła. Pewnie ten tekst jest jakiś totalnie rozwalony, zbyt emocjonalny i w ogóle niedotegowany. Straszny zwierz w końcu ze mnie wylazł i trochę zaszalał. Teraz wracam do kluskowatej wersji, która popiskuje na widok kochanych postaci i ładnych fabularnych przekrętów.
Nie zjedzcie mnie, jestem niesmaczna i żylasta
Lucy
16

środa, 19 kwietnia 2017

Unpopular opinions

Bry! Dziś promocja na buły, dwie w jednym poście! Przybywamy trochę pomarudzić, ponarażać się internetom. Nasz pierwszy TAG, żebyście mogli nas trochę poznać. Pokazujemy rogi, pazury, kły, a Lucy rzuca mięchem jak opętana. Unpopular opinions wjeżdża na bloga! Ale spokojnie, zaraz wrócimy do stanu mniej lub bardziej kochanych buł. Zapraszamy również do sekcji komentarzy, też się wyżyjcie, a co tam!

1. Popularna książka lub seria, której nie lubisz.

Lucy: "Rywalki", cholera jasna. Przeczytałam wszystkie części dzięki analizkom (analizki to jedyne dobre, co mnie spotkało podczas czytania tego). Ja nie wiem jak trzeba się postarać, żeby nawet wątek LGBT mnie dobijał. Główni bohaterowie to dla mnie takie kartonowe figurki, najbardziej irytujące Mary Sue i Antychryst. (Z całym szacunkiem dla Antychrysta, ale inaczej nie mogę określić pewnej postaci.) Ostatnio też mam ochotę kogoś zagryźć przez "Dwór cierni i róż", Maas zawiodła mnie na całej linii. Główna bohaterka jest niewyobrażalnie głupia, chociaż dobrze się zapowiadała, Tamlin jest jakiś nijaki, fabuła ni to jest, ni to jej nie ma. Miało być mrocznie, miała być przygoda, MIAŁY BYĆ FAERIE! W ostateczności dostałam najwyżej tak przerysowany czarny charakter, że to było bardziej komiczne, a reszta to rozdziabana romansem papka. Jedyne, co było dobre, to Lucien i Rhys, ale nawet Rhys nie jest w stanie mnie przekonać do drugiej części. A i dopełnię to "Igrzyskami Śmierci". Swego czasu ta seria wyskakiwała wszędzie, aż bałam się otworzyć lodówkę! Z tego powodu zraziłam się zupełnie.

Cupcake: Cóż, "Gwiazd naszych wina" zupełnie nie przypadło mi do gustu. Totalnie nie dociera do mnie fenomen tej książki - przeidealizowani bohaterowie, nazbyt głębokie przemyślenia nastolatków doświadczonych przez los. Rozumiem, że to miało być wzruszające, zmuszające do reflekcji i tak dalej, ale jak dla mnie wyszło kompletnie nienaturalnie. Oprócz tego mogę tu wspomnieć o kochanych przez praktycznie wszystkich Kruczych Chłopcach Maggie Stiefvater. Tak jak uwielbiam autorkę, tak sam "Król kruków" mnie nie zachwycił. Przynajmniej po pierwszym tomie pozostałam z totalnym niedosytem i poczuciem... znudzenia. Ale póki co nie spisuję serii na zupełne straty, wciąż usiłuję się zabrać za "Złodziei snów", trzymajcie kciuki!

2. Popularna książka lub seria, której wszyscy nienawidzą, ale Ty kochasz.

Lucy: Może nie "wszyscy", ale seria dość często obrywa, choć fanów też ma wielu. "Dary Anioła" moi drodzy. Kocham wszystkie książki o Nocnych Łowcach. Główna bohatera mnie denerwuje, ale w sumie przy całej reszcie nie miało to tak wielkiego znaczenia. Kocham Świat Cieni, większość postaci, fabułę też, chociaż jest bardzo schematyczna. Te książki po prostu mnie kupiły. Jest jeszcze "Mroczniejszy odcień magii", u nas na razie wyszła tylko jedna część i też wydaje mi się, że nie została zbyt ciepło przyjęta. Zakochałam się w alternatywnych Londynach, postaciach, pomyśle... Rany, książę Czerwonego Londynu jest moim cudownym dzieckiem.

Cupcake: Z tymi wszystkimi to gruba przesada, ale spotkałam się wielokrotnie z negatywnymi opiniami co do "Wyścigu śmierci" Maggie Stiefvater. Moi znajomi (może z powodu mojego nagabywania co do tej pozycji - Ty też, Lucy!) jakoś przez tę książkę nie przebrnęli, a wiele osób było zawiedzionych tym, że główna akcja to nie był tytułowy wyścig. Jest to jedna z moich ulubionych książek, krytyka co do niej więc dość mocno mnie boli. Inną książką, o której mogę tu wspomnieć jest "Czerwona królowa". Może nie pokochałam tej książki, ale zdecydowanie wspominam ją z uśmiechem na twarzy, czego nie można powiedzieć o wielu czytelnikach. Jak dla mnie jest naprawdę sprawnym miksem popularnych książek, co nie kłuje mnie specjalnie w oczy. Boję się jednak, czy po "Szklanym mieczu" nie zmienię zdania o serii, dlatego wciąż wstrzymuję się z czytaniem...

3. Trójkąt miłosny, w którym główny bohater/bohaterka, według Ciebie, wybrała złą osobę LUB literacka para, której nie lubisz.

Lucy: Po prostu nie cierpię Percabeth! Nie, chyba nie da się gorzej! Percy'ego uwielbiam, ale Annabeth to moja prywatna Nemezis. Jeśli mowa o trójkącie, to tutaj nawet nie da się mówić, o wybraniu "złej" osoby. Rachel sprawdza się w swojej roli i jest świetna właśnie w takim położeniu, z Percym jej sobie nie wyobrażam, ale... Nadal lepiej niż Annabeth. Do cholery jasnej, ona traktuje go jak ostatniego idiotę (chociaż nim NIE JEST), wszystkich traktuje jak debili, bo "och, ach, jestem córeczką Ateny, jestem taka super mądra, ja wszystko zaplanuję, bo ja wiem najlepiej, nie mogę ci normalnie odpowiedzieć, tylko muszę się popisać wszelką wiedzą, która i tak ci się nie przyda". Naprawdę... Już wolę Piper, ona przynajmniej nie zachowuje się jak najmądrzejszy pępek świata! Chwała jej, że w "Krwi Olimpu" jakkolwiek dała pannie Chase do zrozumienia, że czasem to swoje mądrości może sobie wsadzić!

Cupcake: Oh well, zdecydowanie należę do osób, które zazwyczaj kibicują przeciwnej stronie. Jak chociażby w sztampowym "Zmierzchu" - zawsze byłam za Jacobem! Edward nigdy do mnie nie przemawiał z tym swoim błyszczeniem i kłami; może zazdrościłam mu miodowych oczu, ale nic poza tym. Podobnie ma się sprawa co do "Igrzysk Śmierci", Peeta mnie nie porwał, ale... Gale również nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia (no dobra, zrobił, ale do Katniss zupełnie mi nie pasował). Czy nie lepiej sprawdziłby się trójkąt Katniss - bimber - Haymitch? ...okej, tylko żartowałam!

4. Popularny gatunek literacki, po który rzadko sięgasz.

Lucy: Romanse, nie cierpię romansideł! Paranormal też się do tego zalicza, omijam to szerokim łukiem. Czasami sięgam po coś, co jest blisko związane z romansem, tylko to są takie rzeczy jak 'The song of Achilles" czy "Nie poddawaj się", nie dość, że romans LGBT, to powiązane z fantastyką i albo emocjonalnym sponiewieraniem, albo totalną komedią.

Cupcake: Ogólnie patrząc, nie ograniczam się co do gatunków. Owszem, niektóre łatwiej wpadają mi w ręce, ale tak ma chyba każdy. W moje łapki najrzadziej trafiają chyba biografie i czyste przygodówki, naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio coś takiego czytałam. Oprócz tego New Adult i erotyki, jakoś nieszczególnie nam po drodze.

5. Popularny bądź uwielbiany bohater, którego Ty nie lubisz.

Lucy: Draco Malfoy i Severus Snape. Nie rozumiem zupełnie skąd hype na nich. Draco to taki rozpieszczony synalek tatusia. Można jeszcze uznać, że się wyrobił, jak dorósł, ale do mnie w ogóle to nie przemawia. Snape... No cóż, większość ludu pewnie chociaż raz spotkało się ze wzdychaniem do słynnego "Always", że Snape jest takim wielkim bohaterem, że się tak poświęcił. A pffffffff! Nikt nie widzi, że zawsze był tchórzem i egoistą? "Dumbledore, ratuj Lily, bo zrobiłem coś totalnie głupiego! Jej mąż i syn mogą umrzeć!" No naprawdę, gratuluję. Taka miłość, że ma się gdzieś, jak ona by się po takim czymś czuła? Potem się mścił na wszystkich Gryfonach, bo miał uraz do Jamesa, zachował się jak dzieciak. James miał na sumieniu trochę grzechów, ale nie robił niczego, czego nie widziało się wśród swoich rówieśników. Czy teraz ktoś się mści na gimnazjalnych upierdliwcach? Nie, a Snape mścił się na wszystkich po kolei i faworyzował swoich podopiecznych. Czy ktoś z jego fanów pamięta, jak panicznie bał się go taki Neville? Jak Snape traktował Lupina za samo wilkołactwo? Severus naprawdę wielokrotnie zachowywał się dziecinnie i nagannie, dlatego nie rozumiem za co to całe uwielbienie. Zrobił coś dobrego, tylko w jego wypadku to się nie równoważy.

Cupcake: Nie będę się tu za bardzo rozgadywać, bo takich znalazłoby się sporo. Nie da się ukryć, że tak jak Lucy nie przepadam za Draco. Nie mam pojęcia, skąd taki szał na niego, naprawdę. Wciąż kojarzy mi się z takim maminsynkiem (tatinsynkiem? whatever!) i zupełnym tchórzem. Nawet masa fanficków, które dawniej czytałam, mnie do niego nie przekonała... Oprócz niego na mojej długaśnej liście honorowe miejsce zajmują takie postaci jak Peeta Mellark, Edward Cullen, Katniss Everdeen czy... Harry Potter. No cóż, Wybraniec nigdy nie był moim ulubieńcem, jego przygody wciągały mnie bez reszty, ale on sam nie rozkochał mnie w sobie zupełnie.

6. Popularny autor, za którym nie przepadasz. 

Lucy: Wracamy do punktu pierwszego! Kiera Cass. Po prostu jej nie trawię. Jest strasznie infantylna, co potwornie się odbija na jej stylu, tworzy przesłodzone postacie, oparte na stereotypach (Celeste chyba jest tu świetnym przykładem, geja też świetnie wrzuciła w sztywne ramy, aż w analizie zyskał sobie miano Project Runway), Mary Suizm to chyba jej drugie imię. Dodajmy do tego urywanie wątków zaraz po odratowaniu tyłka głównej bohaterce, totalnie przerysowane podziały społeczne (a Dwójki to niech będą tępymi dzidami zainteresowanymi tylko plotami i kolorowymi magazynami) i The Best Of czyli król zbyt smutny, żeby rządzić! Nie, no spoko, rozumiem załamanie nerwowe, ale zrzucanie całej odpowiedzialności za rozsypujące się państwo na barki osiemnastolatki, która to w sumie ma prawo być jeszcze bardziej roztrzęsiona, a tu tatuś zrzuca jej na głowę ogarnianie państwowego bajzlu i jeszcze ma przy tym wybrać sobie męża i pocieszać rodzeństwo, bo jej ojciec jest "zbyt smutny". Nope, pani Kass, nie tak działa królowanie i rodzicielstwo, a tego drugiego matka powinna być chyba świadoma, nie?
Mało? J. K. Rowling! Potter to Potter, ma swoje lepsze i gorsze strony, ale sentyment zawsze pozostaje, za to Rowling w ogóle nie trawię! Robi wszystko, żeby tylko o niej nie zapomniano, "Przeklęte Dziecko" to jakiś żart, a to, co wymyśla na swoim twitterze? Kurde, jak to gdzieś na tumblrze kiedyś padło "Zaraz napisze, że Tiara Przydziału była transseksualna". Nie mam nic do transów, mam problem z tymi "gorącymi newsami" pani autorki. Pamiętacie głośną sprawę z aktorką, grającą Hermionę w teatrze? Nie, nie udowodni mi, że nigdzie nie podała koloru skóry Hermiony i zamiast zachowywać się, jakby każdy, kto powie inaczej był rasistą powinna napisać, że ta aktorka dostała rolę, bo była najlepsza na castingach. Tak tylko próbowała nawciskać czytelnikom głupot. Teraz niby taka wspierająca mniejszości, ale też - po fakcie! Dumbledore jest gejem, tak, cieszmy się z reprezentacji LGBT... Tylko po co wspomnieć o tym, kiedy jego brat opowiadał o młodości Albusa? Lepiej powiedzieć kilka lat po premierze, bo będzie pewność, że nie wywoła takiego skandalu, a hajs będzie się zgadzał. Nie przeczę, że wspiera wiele szczytnych akcji, ale zastanówmy się czemu ona tak uparcie stara się wszystkim o sobie przypominać? Potter się skończył i o ile "Fantastyczne Zwierzęta" były świetne, tak wszystko inne jej ni diabła nie wychodzi, jedynie irytuje fanów.

Cupcake: Odpowiedź jest tylko jedna - John Green. Wystarczyło mi "Gwiazd naszych wina", by stwierdzić, że się z tym autorem nie polubię. Jego styl zupełnie mi nie podszedł, nie wspominając nawet o postaciach. Wątpię, bym jeszcze kiedykolwiek sięgnęła po jakąś książkę tego wychwalanego przez praktycznie wszystkich autora. 

7. Popularny wątek/motyw, którego masz już dosyć.

Lucy: "O nie, którego mam wybrać?", nie cierpię tych miłosnych rozterek głównych bohaterek. Świat się może palić, walić, a one będą rozkminiały, z którym facetem się umówić! Męczą mnie już też wszystkie książki z nieuleczalnie chorymi nastolatkami, każda jest nazywana fenomenem, bo opisuje jakąś szczególnie przykrą przypadłość. Niby powinno mnie to ruszyć, ale tak serio przy tych zapowiedziach mam ochotę przewrócić oczami. Do świętej trójcy dorzucę też "Tą jedną jedyną super heroinę, jedyną tak silną główną bohaterkę, która ma zbawić cały świat". NOPE. Jeszcze głównych bohaterów jestem w stanie polubić, bo oni nie są idealizowani. Najczęściej reagują na takie rzeczy jak "Chłopie, ale, że ja mam ogarnąć ten burdel?", a panie to wiecznie chcą pokazać, jakie to one są super niesamowite, chociaż wszystkie są dokładnie takie same i byłyby w czarnym dupsku, gdyby nie cała reszta postaci, która im pomaga. Jestem zwolenniczką grupy postaci, które mają jakiś bajzel do ogarnięcia. Raz, że jest zabawniej, a dwa, że wtedy są bardziej stonowane pod względem "Och, ale jestem zajebista".

Cupcake: Podbijam trójkąty miłosne. Mam ich po dziurki w nosie. Jest tego tak dużo wszędzie, że teraz nawet jak trójkąta w książce nie ma, będę doszukiwać się go uparcie z przyzwyczajenia. Dodam do tego bohaterki rozmemłane szare myszki, które bez faceta nawet słowa nie powiedzą - te drażnią mnie chyba nawet bardziej niż te, które uważają się za kolejny cud świata. Naprawdę, potwornie irytują mnie postaci, które nie potrafią podjąć same żadnej decyzji - co prawda ja też mam z tym problem, ale jednak w książkach takie bohaterki mnie dobijają. Do tego dorzucę jeszcze postaci, które są takie rozmyte, płynne, jakby autor sam nie wiedział, jakie mają być. Meh.

8. Popularna seria, której nie chcesz przeczytać.

Lucy: "Igrzyska Śmierci" - nie, za dużo tego było. Mam dość, po książki już nie dam rady sięgnąć! "Niezgodna" już w ogóle mnie odrzuca. "50 twarzy Grey'a" odpada w ogóle, nie rozumiem jak to mogło się aż tak wybić. I... "After"! Trzy razy NIE! Odrzuca mnie fakt, że to fanfik o *ehem* PEWNYM zespole przerobiony na coś "oryginalnego" (ani trochę) i wydany z Wattpada. Dodajmy do tego milion streszczeń w stylu "Ciągle się kłócą, ona obwinia go o wszystko, robi coś głupiego, uprawiają seks, znowu się kłócą". Zeusie szumiący, musiałabym się nienawidzić!

Cupcake: Jeszcze jakiś czas temu bez wahania wskazałabym "Dary Anioła". Miałam wrażenie, że ta seria jest dosłownie wszędzie, byłam nią bombardowana z każdej strony. W zeszłym roku jednak przełamałam się i zaczęłam swoją przygodę ze światem Nocnych Łowców. Myślę, że teraz taką serią, która coraz bardziej mnie od siebie odpycha jest "Więzień labiryntu". Wiele osób czytało, wiele osób poleca, jednak z drugiej strony nasłuchałam się tylu narzekań na książki Dashnera, że wątpię, bym miała w najbliższej przyszłości chęć się za nie zabrać. Filmy obejrzałam - i wystarczy.

9. Mówi się, że „Książka jest zawsze lepsza od filmu", ale który film lub serial, podobał Ci się bardziej niż książka?

Lucy: Zabijcie mnie, ale ekranizacje "Więźnia labiryntu". Nie mogę się doczekać "Leku na śmierć", chociaż książki jeszcze nie przeczytałam. Poprzednie dwie części mnie wymęczyły, ciągnęły się jak diabli, wykonanie było takie sobie i Tereska! Wszędzie pełno Tereski, Thomas ciągle o Teresce! Nie cierpię tej zarazy, to jedna z najbardziej irytujących postaci książkowych. Filmy były w stanie zainteresować mnie książkami, czy na odwrót byłoby podobnie? Wątpię.

Cupcake: To trudne pytanie, bo jednak zazwyczaj zdecydowanie wolę książkowe wersje historii. Jedyną ekranizacją, jaka przychodzi mi na myśl to "50 twarzy Grey'a". Historii się nie zmieni - jak marna była, tak i jest - ale w filmie przynajmniej nie musimy męczyć się z tragicznym stylem autorki i dennymi przemyśleniami głównej bohaterki. Nie polecam, ale w razie czego radzę sięgnąć po film a nie książkę.

I tym akcentem kończymy marudzenie! Chciałybyśmy jeszcze nominować kilka osób:
Imperium Książkomaniaczki
Różowe Recenzje (Polecam też obczaić jej etui na książki! ~Luś)
Booksunset
Zakładka 

A jak komuś jeszcze się chce, to niech też czuje się nominowany. My się kłaniamy. Kurtyna!
3