Ariana | Blogger | X X X X

piątek, 4 sierpnia 2017

Twierdza Kimerydu, Magdalena Pioruńska

Tytuł: Twierdza Kimerydu
Autor: Magdalena Pioruńska
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 443
Ocena: 8/10
Opis: Czasem badania genetyczne są przyczyną katastrofy, a nie przełomu. Gdy w Mieście Krokodyli dochodzi do krwawego stłumienia pokojowej konferencji asymilacyjnej, nikt jeszcze nie podejrzewa, do czego doprowadzi konflikt między Miastem Krokodyli a Twierdzą Kimerydu. Organizatorce konferencji, Annie Guiteerez, antropolog z Uniwersytetu Krokodyli, udaje się zbiec z samego centrum zamieszek i uratowana przez strażnika wąwozu Tyrsa Mollinę, pół człowieka, pół raptora, trafia do rezydencji burmistrza Twierdzy – Teobalda. W obliczu niedawnej rzezi i wiszącej w powietrzu rewolucji nawet zatajenie prawdziwego powodu przybycia pani profesor do Twierdzy Kimerydu wydaje się nieistotnym szczegółem. Na jaw wychodzą bowiem znacznie bardziej przerażające fakty, sprawiające, że żadne z miast Afryki Południowo-Wschodniej nie może dłużej pozostać obojętne wobec krzywdzących wpływów Europy i hegemonii cesarza Brytanika. Usilna chęć przypodobania się Cesarstwu Europy nagle gaśnie zastąpiona determinacją i pragnieniem odzyskania autonomii kraju Złocistych Piasków.


A potem matce odwaliło i zostałem pterodaktylem.


*Eee... Lucy, zachowuj się dzisiaj!* 
Tak, ja i zachowywanie się... Zrobię taką wieś, że uzyska prawa miejskie. Na wstępie pragnę serdecznie pozdrowić Magdę i delikatnie pogonić ją do pisania! Bo tak się składa, że tym razem recenzuję książkę, którą zaczęłam czytać z polecenia samej autorki. Ja mam jakieś dziwne szczęście, a to Aneta Jadowska każe mi pisać (dowody mam na piśmie), a to Kubie Ćwiekowi wypisuje się długopis i odstawiam z nim jakieś dziwne rzeczy, a to moje najlepsze zdjęcie z Martą Kisiel przedstawia jak Ałtorka wygraża swoim znajomym. Tym razem ta dziwna tajemna siła wpakowała mnie na Magdę Pioruńską, która okazała się bardzo kochaną osobą i z pomocą bookstagramu sprawiła, że zamówiłam i prawie od razu przeczytałam jej książkę. A wszystko zaczęło się od zakładek w EpikBoxie. Bo ja nie mogę przeczytać książki zwyczajnie, bo wpadła mi w oko i chcę przeczytać. Albo polecę na okładkę, albo na jakieś konkretne wątki (magiczny Londyn, mitologia, demony, LGBT), albo zdarzy się jakaś dziwna rzecz... Zapraszam do zadinozaurowanej™ Afryki. 
Dobra, oczywistym jest, że samo polecanie u mnie dałoby niewiele, gdybym nie poczuła chociaż trochę interesujących mnie klimatów. Badania genetyczne, dinozaury, trochę ilustracji z ładnymi panami (link będzie pod recenzją, polecam zajrzeć) i (co najważniejsze) pytanie samej autorki, czy lubię wątki gejowskie. TO KTO MNIE WZYWAŁ?! Wątki gejowskie przyciągają lepiej niż dramy na fandomowych grupkach! „Twierdza Kimerydu” trafiła do mnie w idealnym momencie, musiałam zrobić sobie małą przerwę od trylogii „Złej krwi” i dać się czemu innemu sponiewierać emocjonalnie.



Przyznam, że sama nie wiedziałam czego dokładnie spodziewać się w środku, więc może brak konkretnych oczekiwań też wpłynął na mój odbiór tej książki. Zaczęło się od pani antropolog, której ani trochę nie polubiłam (tak miało być, potwierdzone), potem przez pierwszą połowę było dość łagodnie, miałam czas na poznanie bohaterów, powoli wszystkie intrygi i wątki wychodziły na światło dzienne albo się kształtowały, aż w końcu kawałek po 200 stronie nastąpiło jakieś JEBUDU i nie dało się już przestać czytać. Nie da się tutaj nudzić, bo pomimo dość spokojnego początku, co chwila coś się dzieje. Podobało mi się na przykład przedstawienie szkolnej rzeczywistości głównych bohaterów, w ogóle ich codzienności, po tym końcówka dowala jeszcze mocniej. No przynajmniej mi, bo jestem głupią istotą, która zawsze przeżywa, jak ulubionym bohaterom rozwala się życie. Miałam to samo z „Nie poddawaj się”, chociaż Simon nawet nie ogarniał magii. No i lubię mieć dobrze przedstawiony grunt, na którym powstaje akcja, chyba, że autor nudzi. Czytając „Twierdzę Kimerydu” na pewno nie ziewałam. 
Najlepszym elementem na pewno byli bohaterowie, czyli to, co najmocniej wpływa na moją ocenę. Dziwnym trafem jak wymieniam moje ulubione książki, zaraz za nimi idzie cała lista postaci, które z jakiegoś powodu pokochałam, a jak wymieniam te, których szczerze nie cierpię, pojawia się też cały wywód o tym, jak bohaterowie byli nieznośni, czym mnie irytowali i tak dalej, chociaż były to postacie, które czytelnik powinien polubić. Magda Pioruńska zrobiła mi to samo, co Maggie Stiefvater – stworzyła kilku złotych chłopców, których pokochałam. Jak chwilę o tym pomyślę, to odnoszę wrażenie, że Tyrs mógłby dogadać się z Ronanem. Pół raptor i jego rodzinka zgotowali mi trochę problemów podczas czytania, bo co chwila musiałam korygować moje zdanie o którymś z nich. Największym zaskoczeniem był mały Taniel. Nie dajcie się kupić tym uroczym oczkom! Alicja i Terra wiecznie mi mieszali, aż już nie wiedziałam czy spodziewać się po nich jakiegoś większego numeru, czy to po prostu typowe zwarcia między starszym i młodszym rodzeństwem. Sam Tyrs nie jest koniecznie w moim typie i ciężko mi stwierdzić, jak to dokładnie z nim jest, chociaż lubię go jako postać. Moimi faworytami za to stali się Tycjan i Tuliusz. (Tulię to bym chętnie przez okno wyrzuciła.) Może to jakaś słabość do postaci z problemami. Taki Tycjan na przykład ma problem z innym panem, którego imię zaczyna się na „T”, w dodatku nie tylko z nim. Poza tym elasmozaury kojarzą mi się z laprasem z pokemonów (nie pytajcie). Problemem Tuliusza jest Tulia, tak w skrócie. I co ja mogę powiedzieć o ich charakterach? Są tak wielobarwni, że musiałabym zrobić jakieś rozprawki na kilka stron o tym, czemu ich kocham. To jest kolejny atut „Twierdzy Kimerydu”, wszystkie postacie, nie tylko pierwszoplanowe, są świetnie przemyślane. Dobrze napisane postacie to ja szanuję jak diabli, bo to jedna z bolączek większości książek, co chwila to samo, nudnawi bohaterowie, Mary Sue i Gary Stu, totalny karton, szara myszka i bad boy. Jeśli macie dość źle stworzonych charakterów, to ta książka będzie dla was wybawieniem. A na koniec coś o Annie, bo z nią miałam problem od początku. Najpierw widziałam naiwną antropolog zapatrzoną w jakieś ideały, a później wstrętną intrygantkę. W jej rozdziałach coś ciągle mi przeszkadzało. Co się okazuje? To kolejne cwane zagranie! Stworzenie postaci, które czytelnik ma polubić tak, żeby plan wyszedł to połowa sukcesu, trudniejsze jest wykreowanie tych nielubianych tak, żeby byli skazani na niełaskę odbiorcy. We wszystkich była taka naturalność, że nawet Tycjan i Tuliusz czasem mnie denerwowali, jak normalni ludzie. Jakoś tak dziwnie mi jest zawsze, kiedy o konkretnej postaci nie mogę powiedzieć, że „a tu to spartolił/zirytował mnie”. Za to wszystko składam głęboki ukłon autorce. 


Nie jestem jakimś znawcą literatury, po prostu czytam książki, często niezbyt wysokich lotów i po prostu oceniam na ile dobrze się przy nich bawiłam. Nawet nie wiem pod jaki gatunek dokładnie mogłabym podciągnąć „Twierdzę Kimerydu”, bo po prostu jestem zapaleńcem fantastyki i łapię za to, co ściągnie moją uwagę. Wiem tyle, że jeśli lubicie klimaty z alternatywną historią, wizjami przyszłości i czymś wręcz niemożliwym (wspominałam o dinozaurach?), a do tego ważni są dla was dobrze napisani bohaterowie, to ta książka jest dla was. Mimo spokojnego początku, kończy się z wielkim przytupem, a epilog kompletnie miesza w głowie. Jest tu równowaga, bo takie sielskie książki, w których ciągle obserwujemy życie głównych bohaterów po prostu usypiają, za to jeśli coś jest naładowane akcją na każdej stronie, to nie ma kiedy się wyspać, a w końcu można się zmęczyć i pogubić. Tak samo dobrze wyważone są postacie, a całość splata się w interesującą i sensowną historię, o tym jak Arabella Donner sprowadziła kłopoty na Twierdzę Kimerydu. W dodatku to książka z ilustracjami! Zawsze tak jest, że kocham szatę graficzną i ubolewam, że w niektórych polskich wydaniach ich brakuje *zerka na „Kroniki Bane'a”*. Tym bardziej kocham komiksowe formy niektórych scen, tak jak to było tutaj! Ania Niemczak dodała tej książce jeszcze więcej uroków i pragnę wam szczerze polecić jej instagrama, będzie kawałek niżej.
Ufff... Przyjemnie było odpocząć od wstrętnych białych czarodziejów, brakuje mi tu raptora na plażowym leżaku popijającego drinka z palemką. (Tak, to mała sugestia. Raptorom też należą się wakacje!) Poczułam się zmaltretowana po kilku wydarzeniach, ale ostatecznie świetnie się bawiłam w towarzystwie Tyrsa, Tycjana i Tuliusza. Wsi trochę zrobiłam i mam nadzieję, że Magda się jeszcze nie załamała – serio nie chciałam, żebyś pokutowała za to polecanie! Moja ocena wynika głównie z tego, że „Twierdza Kimerydu” była naprawdę dobrą książką, ale 10 wystawiam tym, które zniszczyły mnie do reszty albo wywołały w mojej głowie stan szczęśliwego odlotu, a 9 za to są dla tych, które przypominają już wyżej wymienione, ale podpadły mi jakimiś dobrymi szczegółami. (Może w końcu zrobię jakąś skalę oceniania, żeby było łatwiej?) Także polecam! Mamy kolejną polską autorkę, która udowadnia, że polska literatura też zasługuje na spojrzenie na nią przychylniejszym okiem. 
Tak serio to kiedy „Twierdza Kimerydu” podbijała instagrama najpierw pomyślałam, że to coś zagranicznego. Ciii, głupia jestem. 

@anianiemczak <--- o tu, tu są same śliczności! Te cuda powyżej również tam znajdziecie. (I bardzo za nie dziękuję!)

Ten post oryginalnie wcale nie nazywał się "Dinożarły",
Lucy

Ps. Przepraszam za te zwalone akapity, ale HTML to zło najgorsze i to najlepsze, co udało mi się zrobić.
4

środa, 2 sierpnia 2017

War. War never changes.

Tytuł: Dunkierka (Dunkirk)
Reżyseria: Christopher Nolan
Scenariusz: Christopher Nolan
Gatunek: Dramat, wojenny
Czas trwania: 106 minut
Produkcja: Francja, Holandia, USA,                                             Wielka Brytania
Premiera w Polsce: 21 lipca 2017
Premiera na świecie: 13 lipca 2017
Muzyka: Hans Zimmer
Zdjęcia: Hoyte van Hoytema
Studio: Warner Bros., Syncopy, StudioCanal,                         Cine+, Canal+
Dystrybucja: Warner Bros. Entertainment

Ocena: 7,5/10


„War. War never changes.” Cytat pochodzący z serii gier „Fallout”, a tak idealnie opisujący realia tych strasznych wydarzeń. Nasze pokolenie nie zaznało wojny i tego, co za sobą niesie, lecz nasza historia poznała ją bardzo dobrze i to 2 razy. Mówiąc „nasza” mam na myśli historię całej ludzkości, bo musimy pamiętać, że w obronie wolności nie walczono tylko w Polsce, ale także w innych krajach. Za ten sam cel umierali żołnierze różnych narodowości. W dzisiejszych czasach może to się wydać nierealne, oderwane od rzeczywistości, dlatego powstają filmy oraz książki o tej tematyce. Pozwalają nam zobaczyć choć niewielką część emocji związanych z tymi strasznymi czasami.

Najnowsza produkcja Christophera Nolana „Dunkierka” (bądź „Dunkirk” w wersji angielskiej, którą to bardziej preferuję) zabiera nas w realia II Wojny Światowej. Rok 1940, francuskie miasteczko o tytułowej nazwie, 400 000 żołnierzy brytyjskich jak i francuskich należących do korpusu ekspedycyjnego okrążonych przez nieprzyjaciół, a jedyną drogą ucieczki są nieliczne statki. Właśnie w taki świat zostaje wrzucony widz. Bardzo brutalnie i surowo, bez większych wstępów i powolnego rozkręcania fabuły.

A jeśli już zacząłem od fabuły… Do ok. 2/3 filmu czułem się jak dziecko we mgle. Brak mocno zarysowanego głównego bohatera, chaotycznie oraz bardzo surowo prowadzona narracja, są to czynniki, które na początku wprowadzały spory zamęt w mojej głowie. Nie potrafiłem się kompletnie skupić na danych wydarzeniach, tak jakbym chciał jednocześnie spojrzeć się w prawo i w lewo. Lecz właśnie taki zabieg idealnie wprowadzał widza w emocje i nastrój panujący w filmie. Czułem się jakbym był jednym z tych żołnierzy czujących nadchodzącą śmierć, zagubienie i przede wszystkim strach. Bez zbędnych „rozjaśniaczy” czy koloryzowania, bez bohaterskich czynów, czysta, najprymitywniejsza wola przetrwania. Z wielką chęcią napisałbym więcej o fabule oraz narracji, ale zepsułbym tym samym efekt zaskoczenia osobom, które jeszcze tego filmu nie oglądały, także przejdę teraz do ścieżki dźwiękowej.

Tutaj nawet nie ma nad czym się rozwodzić, za muzykę odpowiedzialny jest mistrz w swoim fachu czyli Hans Zimmer, klasa sama w sobie. Muzyka jest nastrajająca, różnorodna, nie patetyczna ani sztucznie napompowana, idealnie oddaje grozę w scenach grozy, napięcie w scenach pełnych napięcia oraz radość w zwycięskich scenach. Jedno co mi wpadło w ucho dopiero w połowie filmu (czego później wyjątkowo pilnowałem) to niecodzienne rozwiązanie w kwestii podprogowego narzucenia umysłowi oglądającego odczuwania ciągłego napięcia i uciekającego czasu. Jak tego dokonał? W każdy (bądź w prawie każdy) utwór wplótł dźwięk tykającego zegarka. Niby nic, ale po zauważeniu tego i świadomym odbieraniu tego zabiegu, dochodzi się do wniosku, że to rzeczywiście działa. Daje to złudzenie uciekającego czasu, co spowodowane jest świadomością nadchodzącego zagrożenia. To w połączeniu z narracją daje niecodzienny efekt.

Jeśli chodzi o ujęcia i prace kamery to nie będę się tutaj zbytnio rozgadywał. Kto zna Nolan’a, ten wie, czego się spodziewać. Całkiem statyczne ujęcia, bez chaosu i niepotrzebnych ruchów kamery. Sprana kolorystyka, zabawa cieniem. Odpowiednie rozwiązania w odpowiednim miejscu. Ani nic nadzwyczajnego, ani też nic złego.

 Przejdźmy teraz do kwestii aktorów. Sprawa wygląda tak, że nikt się tam zbytnio w pamięci nie zachowuje. Jest to też kwestia wspomnianej wcześniej narracji i, szczerze mówiąc, ciężko mi jest ocenić czy to jest dobre, czy złe. Lobby filmowe przyzwyczaiło nas już do pewnego standardu, w którym mamy mocno zaznaczonego bohatera idącego przez jasną i widoczną fabułę. Tutaj tego nie ma. Skaczemy od jednej postaci do drugiej, tak naprawdę nie wiedząc, na kim w końcu skupi się fabuła. Jest to bardzo ciekawe rozwiązanie, które daje wiele do myślenia i bezsprzecznie jest pewnym powiewem świeżości w kinie mainstream’owym.

I jakby to teraz zwięźle podsumować? „Dunkierka” jest przykładem filmu, którego głównym rdzeniem jest mocny i surowy sposób narracji. Dopiero do tego aspektu podoczepiane są kwestie dźwiękowe, wizualne oraz aktorskie, których rolą jest potęgowanie efektu narracji. Chaos i brak orientacji w filmie idealnie odwzorowuje chociaż w kilku procentach emocje, jakie panowały podczas II Wojny Światowej, pokazuje, że to nie jest kolorowe miejsce pełne bohaterów lecz szare, wyprane z kolorów miejsce pełne strachu i woli przetrwania. 
0

poniedziałek, 31 lipca 2017

Zła Krew, Sally Green

Seria: Zła krew 
Tytuł: Zła krew 
Autor: Sally Green 
Wydawnictwo: Uroboros 
Ilość stron: 398 
Ocena: 10/10 
Opis: Współczesny świat, w którym obok ludzi żyją wiedźmy - dobre białe oraz złe czarne. Piętnastoletni Nathan jest mieszańcem obu zwaśnionych rodów. Ścigany i wyalienowany decyduje się przetrwać za wszelką cenę. Pierwsza część trylogii. O woli przetrwania, która pokonuje wszelkie przeciwności.

Nie mogłabym nawet dotknąć czegoś tak złego jak ty.


Wielkiej filozofii nie będzie. Na „Złą Krew” zwróciłam uwagę, kiedy cała seria wyskoczyła mi na Goodreads między książkami z wątkiem LGBT. Jestem okropna, wcześniej czasami widywałam informacje o tej serii na Facebooku wydawnictwa Uroboros i nigdy się za bardzo nie pokusiłam o chociaż gram zainteresowania, ale... Nie wiedziałam, że to kolejna książka z magią i Londynem! Londynu okazało się być niewiele, ale podczas czytania już mi to nie przeszkadzało. Także historia mojego sięgnięcia po twór Sally Green jest chyba dość płytka, ale co ja mogę za bycie dziwną odmianą sroki? 
Natan, znany też jako półkod, jest dzieckiem czarodziejki i najbardziej poszukiwanego czarownika w całej Wielkiej Brytanii, chłopak jest w połowie biały, a w połowie czarny. Z tego powodu całe społeczeństwo białych czarodziejów go nienawidzi. Traktują go jak tykającą bombę zegarową, coraz bardziej ograniczają mu wolność, rówieśnicy się nad nim znęcają. Jedynymi przychylnymi mu osobami są babcia, dwójka rodzeństwa i koleżanka z klasy. Z roku na rok jego sytuacja pogarsza się, aż zostaje wtrącony do klatki. Coraz szybciej zbliżają się jego siedemnaste urodziny, w które powinien otrzymać swoje trzy dary i napić się krwi członka swojej rodziny, inaczej umrze. W dodatku elitarna grupa czarodziejów – Łowcy – śledzą każdy jego ruch, najchętniej by go zabili. Natan jednak ma nadzieję, że w końcu pojawi się jego ojciec, żeby mu pomóc. 
Nie wiem, co mam zrobić z tą książką. Naprawdę, czegoś takiego jeszcze nie spotkałam, ewentualnie mogę nawiązać do „Magisterium”, ale to nadal nie to. Nigdy jeszcze nie czytałam niczego, w czym nie dało się w ogóle określić, kto tu jest dobry, a kto zły. Nienawidzę białasów, jak to pogardliwie autorka nazwała białych czarodziejów, poza dwójką z trójki rodzeństwa Natana, jego babcią i Annalise, nie potrafię sobie przypomnieć nikogo z nich, kto nie byłby okropny. Celia jeszcze czymś tam się wykazała, ale reszta to totalne dupki. Powinni być tymi dobrymi, bo to czarownicy są „tymi złymi”, w końcu parają się czarną magią, mordują, budzą strach, ale kiedy to biali przez większość książki są oprawcami, czuję kompletną dezorientację. Pośrodku mam Natana, którego jako postać polubiłam, chociaż jest specyficzny, ale i tak widzę, że też nie jest do końca dobry. Nie da się powiedzieć, kto tu jest po jakiej stronie, bo wszyscy są źli. Kibicowałam Natanowi, polubiłam kilka postaci, ale nadal nie mam pojęcia w którą stronę to zmierza i prawie wszyscy mają tu coś za uszami. Było też kilka postaci, które wydawały mi się całkowicie w porządku, szczególnie Gabriel i Arran. Cieszę się, że Natan na nich trafił, bo ten dzieciak zbyt wiele złego musiał znieść. Komu miałam ochotę najbardziej urwać głowy? Jessica i bracia Annalise. Starsza siostra, która wiecznie znęca się nad Natanem i uważa go za źródło wszelkiego zła, wprost mu mówi, że chce go zabić. O rodzeństwie O'Brien to się nawet nie wypowiem, bo chcę zachować chociaż trochę kultury. W sumie to dość ciekawe zagranie, naprawdę jeszcze nigdy nie spotkałam się z książką, w której nie dość, że podział na dobro i zło się zaciera, to większość postaci uważamy za złe. To zapunktowało, ale równocześnie tak rozstroiło mnie emocjonalnie, że przed drugim tomem musiałam zrobić sobie przerwę. 
Nie mogę autorce niczego odmówić. W tym wypadku wiem, że tak dokładnie miałam się czuć. Postacie są dobrze skonstruowane, a wszystko trzyma się kupy. Może część przed uwięzieniem Natana wydaje się dość monotonna, ale mniej więcej w połowie książki, kiedy już jesteśmy naprawdę blisko siedemnastych urodzin Natana, akcja coraz mocniej się rozkręca, żeby w końcu doprowadzić do walk czarodziejów z czarownikami, strzelanin i odnalezienia ojca Natana. Autorka zapewnia wiele zwrotów akcji, nawet w tej nudniejszej części, która ma służyć do zapoznania czytelników ze światem białasów, kiedy wyrabiamy sobie o nich opinię. To bardzo ważna część też ze względu na głównego bohatera. Poznajemy jego historię dla lepszego zrozumienia, czemu dokładnie taki jest - bez tego ciężko byłoby go polubić albo czulibyśmy się potwornie zagubieni. Ja z samego opisu sądziłam, że czarodzieje i czarodziejki są w porządku i muszą mieć jakiś powód dla nieufności wobec Natana, a on sam będzie antybohaterem. Ciekawa wersja, ale nie tak, jak to, co czekało na mnie w środku. Ostro się pomyliłam i na początku byłam w dość sporym szoku, kiedy zaczynałam rozumieć, co tam się w ogóle dzieje. 
Podsumowując: uważam, że „Zła Krew” zasługuje na większą popularność! To naprawdę zaskakująca i oryginalna historia, bo choć jest na poziomie młodzieżówki i widać tu standardowe schematy, to Sally Green tak wszystko obraca i przedstawia, że pojawia się coś nowego. Nie ufałabym tutaj niczemu, mam wrażenie, że w „Dzikiej Krwi” czeka mnie kolejny wielki przewrót. Nie mogę uwierzyć, że Marcus tak sobie to wszystko zostawi, tak samo Mercura. Ta dwójka budzi we mnie sporo niepokoju. Chcę wiedzieć, co dzieje się z Gabrielem i jak zakończy się jego historia z Natanem. To specyficzna książka, pewnie nie dla każdego, ale jak najbardziej godna polecenia. I mam ochotę zamalować to porównanie Sally Green do Stephenie Meyer na okładce. Nie, nie, nie! Gdzie tu to cudo do „Zmierzchu”?! Bez urazy dla fanów wampirów, ale „Zła Krew” stoi w zupełnie innej galaktyce! W ogóle nie dajcie się temu zwieść! A najlepiej to sami sprawdźcie, co mam na myśli! 

Odcinek drugi za jakiś czas. 
Lucy 

4

sobota, 29 lipca 2017

Poczuj lato book tag

Jest tak jakby po połowie wakacji. Tak jakby to miało być wcześniej. Tak jakby jesteśmy leniami. Ale wiecie co? Udało się w końcu ruszyć wszystkie trzy blogowe stwory! Yaaaaay! Brawo my! W pełnym składzie zapraszamy na letni book TAG, w który jakoś tak wmieszały się filmy. Mamy nadzieję, że się nie przestraszycie.

AUTORKI TAGU: ZUZA Z KULTURALNEJ SZAFY I MAJA K.


1. Książka lub seria, którą chcesz przeczytać w wakacje.
Lucy: "Zła Krew", w sumie już zaczęłam, może w końcu dobiorę się do ostatnich dwóch tomów Kruczych Chłopców, hm, hm... O i zacząć czytać Martę Kisiel! Wstyd, że jeszcze nie znam twórczości Ałtorki!
Cupcake.: Kiedy tak patrzę na swoje półki, to stwierdzam, że wakacji mi nie wystarczy... Moim obecnym planem zdecydowanie jest dokończenie serii "Endgame", bo odkładam to już od dłuższego czasu i niektórzy stale mi o tym przypominają... Oprócz tego również Kruczy Chłopcy patrzą na mnie karcąco z półek. W końcu to moja ukochana Maggie, a ja przeczytałam póki co zaledwie jeden tom!
Olorien: Moim zadaniem na wakacje jest nadrobienie kilku seriali, których aż wstyd się przyznać, że jeszcze ich dotąd nie obejrzałem. "Narcos", "Breaking Bad", "Mr. Robot", "Dexter", nowy sezon "Gry o Tron". Poza tym czekam na obejrzenie Dunkierki czyli nowej produkcji Nolana i nadrobienie "Guardians of the Galaxy vol. 2", którego premiera przeleciała mi, nawet nie wiem kiedy.

2. Książka z żółtą lub niebieską okładką.
Lucy: 2w1 czyli "Nie poddawaj się"!


Cupcake.: "Powiedz wilkom, że jestem w domu". Książka, o której duże swego czasu słyszałam, a wciąż czeka na swój czas...
Olorien: Filmy nie mają okładek *thug life* Choć patrząc na to z innej strony, nie miałbym żadnych obiekcji przed odświeżeniem sobie obu części "Kill Bill'a", których plakaty były żółte.

3. Twój plażowy must have.
Lucy: "Kroniki Bane'a"! Przyjemne, zabawne i urocze, szybko się czyta, co się akurat wybierze. Ideał na wylegiwanie się na plaży, chociaż ja pewnie zostawiłabym książkę i popłynęła na poszukiwania Posejdona.
Cupcake.: "Wszystkie twoje marzenia" - książka lekka, przyjemna z piękną okładką, którą nie potrafię przestać się zachwycać. Dodatkowym plusem przecudny Kamil i zwariowana Majka, bohaterowie, którzy na dobre rozgościli w moim serduszku. Jestem pewna, że wyjście na plaży z tą dwójką musiałoby być bardzo ciekawe...
Olorien: Jako, że ciężko brać za każdym razem na plaże laptopa (no i ludzie by się na mnie dziwnie patrzyli) to zarzucę audiobookiem, którego katuje już od dłuższego czasu - "2001: Odyseja kosmiczna" (a tak się fajnie złożyło, że taki film także powstał, więc jestem usprawiedliwiony).

4. Książka z okładką, która kojarzy ci się z wakacjami.
Lucy: "Ognisty Tron" wygląda jak obietnica jakichś dzikich wakacji na łodzi. No tak na pierwszy rzut oka, potem dostrzega się skarabeusze.


Cupcake.: "Maybe someday". Kolor okładki przywodzi mi na myśl ciepły piasek na słonecznej plaży, a dodatkowo ksiażkę tę czytałam latem - nic więc dziwnego, że przywodzi mi na myśl właśnie wakacje.
Olorien: "Piła", od 1 do 7 części. Wybór ciekawy, ale tak się złożyło, że jakieś 3 lata temu zrobiłem sobie całowakacyjny maraton wszystkich części.

5. Powieść, która wywołała u ciebie słoneczny uśmiech.
Lucy: "Simon oraz inni Homo Sapiens", przeurocza i jeszcze bardziej kochana. Simon jest postacią, dzięki której zawsze się uśmiecham, ale w połączeniu z resztą tej książki wywołuje u mnie na twarzy kompletnego banana.
Cupcake.: "Earl i ja, i umierająca dziewczyna"! Całą książkę czytałam z wielkim uśmiechem na twarzy. Uśmiałam się przy niej więcej niż przy jakiejkolwiek innej. Żarty dokładnie trafiały w moje poczucie humoru, a przedstawienie choroby w zupełnie inny sposób to dodatkowy plus. No i do tego cudna ekranizacja!
Olorien: Cokolwiek z Jim'em Carrey'em. Ten człowiek jest mistrzem komedii. Nic dodać, nic ująć.

6. Książka, przez którą wylałeś morze łez.
Lucy: JEDNA? Pfff, oszukuję! "Mechaniczny Książę" i "Mechaniczna Księżniczka", "Achilles: W pułapce przeznaczenia", "Miasto Zagubionych Dusz" (Malec, ok? Do dzisiaj przez to płaczę.) i na koniec "Nie poddawaj się". Jak kogoś dziwi ostatnia pozycja, to mówię, że jestem dziwnym stworem i przez ostatnie rozdziały umierałam od środka, a to historia z Lucy, a to odkrycie, co się dzieje z Simonem, a przez koniec to już w ogóle odpadłam.
Cupcake.: W sumie niezbyt często płaczę, czytając. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć książki, które wycisnęły ze mnie łzy. "Ostatnia piosenka" jednak chyba zmusiła mnie do największego płaczu i to jej zdecydowanie należy się tu miejsce. Przeryczałam dobrą 1/3 książki, zużywając cały zapas chusteczek. 
Olorien: Historia miłości z początku animacji "Odlot". Jedyny raz, kiedy wzruszyłem się na jakimkolwiek filmie bądź animacji.

7. Najlepsza impreza w książce, czyli taka w której chciałbyś uczestniczyć.
Lucy: Jest tylko jedna słuszna odpowiedź! Imprezy Magnusa Bane'a! Chętnie pokręciłabym się z magicznymi stworami, wykąpałabym się w brokacie i napiłabym się czegoś dobrego z Wysokim Czarownikiem Brooklynu, a najlepiej to z nim i jego chłopakiem! Potem rozpoczęłabym nowe życie jako kaktus i polatała na latającym dywanie.
Cupcake.: Marzeniem każdej małej dziewczynki jest uczestniczenie w bajkowym balu. Z wielką chęcią wskoczyłabym w piękną suknię i pokręciła się po sali balowej pałacu w Illei, tańcząc z gwardzistami. Z przyjemnością bawiłabym się w towarzystwie Maxona i innych bohaterów "Rywalek".
Olorien: Projekt X *upuszcza mikrofon*


8. Powieść z historią łatwą, jak jazda na rowerze.
Lucy: (Przeczytałam "jak jazda na łyżwach", mój mózg chyba mnie ostrzega.) "Dusza Cesarza" Brandona Sandersona. W sumie opowiadanie, ale ciiiiii. Bardzo prosta historia i do tego przyjemna, zaczarowana, aż chce się płakać, że nie mam innych jego książek.
Cupcake.: Zastanawiałam się nad tym dość długo i wiecie co? Do głowy wpadł mi jedynie "Zmierzch" Stephanie Meyer. Historia znana chyba wszystkim, nic dodać, nic ująć.
Olorien: La La Land, tak banalnej i sztampowej historii jeszcze w filmach nie widziałem, ale więcej powiem w osobnej recenzji.

9. Powieść, do której musiałeś dojrzeć jak kwiat.
Lucy: Yyy... DŹWIG! Nie ma takiej, ja do niczego nie dojrzewam! Serio, nie ma nic takiego.
Cupcake.: Do niektórych książek miałam kilka podejść. Jedną z nich jest "Tajemniczy ogród", do którego zabierałam się chyba z pięć razy - ale w końcu przeczytałam i jest to jedna z książek, do których mam wyjątkowy sentyment.
Olorien: Trylogia "Matrix". Za każdym razem, gdy oglądam tę serię (a powoli dobijam do dwucyfrowej liczby), wyciągam z tej historii coraz to nowe informacje, coraz więcej głębi i filozoficznych przemyśleń. Film mojego życia, tyle w temacie.

Kurtyna! Wszyscy dotrwali? Żywi? To się cieszymy!

(Ktoś to usunie czy nie udajemy normalnych?) coś tam na zakończenie bo czasami jestem sobie takim podróżnikiem, że włażę na słupy od prądu!!11! :v
2