Ariana | Blogger | X X X X

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Tajne akta Obozu Herosów, Rick Riordan

Tytuł: Tajne akta Obozu Herosów 
Autor: Rick Riordan 
Wydawnictwo: Galeria Książki 
Ilość stron: 170 
Ocena: 9/10 
Opis: W tym przewodniku Percy Jackson i inni mieszkańcy Obozu Herosów odpowiadają między innymi na takie pytania jak: „Co to jest miejsce?” i „Czy mogę zatrzymać koszulkę?”. Nowicjusze mogą poczytać o domkach, sprawdzić swoją wiedzę o magicznych znakach i zapoznać się z rozdziałem poświęconym treningom. Ale Tajne akta Obozu Herosów opisują nie tylko teren obozu i budynki. Książkę uzupełniają opowieści o herosach, dla których obóz jest domem, i takich, którzy zawitali tu tylko na chwilę w drodze w nieznane. Chejron osobiście napisał wstęp zawierający krótki rys historyczny treningu półbogów oparty na tysiącach lat jego doświadczenia. No i oczywiście są tu też boskie słowa mądrości Apollina, ponieważ… no, ponieważ półboscy autorzy woleliby nie zostać pobici, dziękujemy. 

„Nico: Bogowie, wolałbym zostać zamknięty w spiżowym dzbanie z samymi upiornymi ziarnkami granatu niż jeść to pożałowania godne żarcie.

Perseusz Jackson. Tak, mój ulubiony syn Posejdona i początek mojej książkowej obsesji. W końcu musiało pojawić się coś o Riordanie, bo nie ukrywam, że kupię wszystko, co związane z mitologią, a tym bardziej z Obozem Herosów i jest przy tym podpisane nazwiskiem wujka Ricka. Boję się, że kiedyś zabraknie na te wszystkie książki miejsca. A co w tym najlepsze, mam wrażenie, że kolejne dzieła tego autora są coraz lepsze, chociażby „Magnus Chase”, który pobił na głowę wszystko, co wcześniej wyszło spod pióra Riordana, a poprzednie książki były świetne. I tak przechodzimy do najnowszego tworu, jakim są „Tajne akta Obozu Herosów”. 
Szczerze, od wydania „Hotelu Walhalla” miałam wielką nadzieję, że powstanie coś podobnego o Obozie Herosów. Niby powstał jeden przewodnik, ale może lepiej o nim nie wspominać? Nie było to nic odkrywczego, a ilustracje doprowadzały mnie do załamania nerwowego. Najbardziej ucierpiał Nico di Angelo, który jest jedną z moich ukochany postaci. To tak nie mogło zostać. Tym bardziej się cieszę, że polskie wydanie „Tajnych akt...” wyszło bardzo szybko, Galeria Książki pod tym względem nigdy mnie nie zawodzi! A co do samej książki, to pomogła mi zapomnieć o tamtym feralnym przewodniku. Czemu? 
Zacznijmy od samego wydania, bo jest ono przepiękne! Mówię tu zarówno o okładce, która świetnie pasuje do „Hotelu Walhalla”, jak i o wnętrzu. Wspominałam o okropnych ilustracjach w poprzedniku „Tajnych akt...”? Teraz to już przeszłość! W środku znajdziemy wiele pięknych ilustracji przedstawiającymi różne miejsca w Obozie Herosów jak i kilka postaci, w tym wiele odsłon naszego ukochanego boga słońca, muzyki i bojowego ukulele – Apollina, oraz Percy'ego! Poszczególne części mają świetne strony tytułowe, tak jak strony fragmentami apollowego filmu wprowadzającego w świat herosów udają, że są wyciągnięte z kliszy. Po prostu jeden wielki cud! 
Po drugie: treść! „Hotel Walhalla” był typowym przewodnikiem, za to „Tajne Akta...” dorobiły się własnej fabuły, bo to sami mieszkańcy Obozu Herosów po obejrzeniu „Witajcie w Obozie Herosów” postanowili stworzyć coś mniej strasznego. Pojawiło się nawet Solangelo! Kocham Riordana za to, że dał mi chociaż trochę tych kochanych buł! Tutaj poza opisami miejsc i dziwacznymi występami Apolla mamy również kilka obozowych historii, Chejron opowiada o tym, jak w ogóle powstał obóz, czasami trafiamy na wywiad zamiast zwykłej historii i... I przez chwilę nawet Percy i Nico mają bardzo kochaną interakcję, a po rewelacjach z „Domu Hadesa” i „Krwi Olimpu” jest to dla mnie porównywalne do wycieczki do Disneylandu! Są kochani, nawet dali mi zapomnieć, że tam między nimi Annabeth próbowała coś gadać. (A kysz!) No i samo poczucie humoru Nico, tak, to kocham! Trupi humor syna Hadesa... Ej, czekajcie! Nico i poczucie humoru! Widzicie? To ostateczny dowód, że on wreszcie jest szczęśliwy! Coś pięknego. Na koniec oczywiście mamy słowniczek i opis poszczególnych postaci z CHB i tu... Tu mam pewne zastrzeżenie! GDZIE SIĘ PODZIAŁ WILL SOLACE?! Sprawdzałam kilka razy i nigdzie nie było Willa! Co to za pominięcie?! Gdyby nie jego tajemnicze zniknięcie ten dodatek byłby czystym ideałem! 
Polecam „Tajne akta Obozu Herosów” każdemu wielbicielowi Percy'ego i reszty herosowego uniwersum! Może jest to zwykły dodatek, ale jest świetnie zrobiony, czuć w nim wszystko, co tak bardzo ludzie kochają w książkach Riordana. Czyta się szybko i z uśmiechem na ustach, to ideał na jeden wieczór albo jakiś leniwy dzień na plaży. 

Żadne dzieci Hadesa nie zostały zamknięte w dzbanie na potrzeby tej recenzji,
Lucy
0

piątek, 4 sierpnia 2017

Twierdza Kimerydu, Magdalena Pioruńska

Tytuł: Twierdza Kimerydu
Autor: Magdalena Pioruńska
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 443
Ocena: 8/10
Opis: Czasem badania genetyczne są przyczyną katastrofy, a nie przełomu. Gdy w Mieście Krokodyli dochodzi do krwawego stłumienia pokojowej konferencji asymilacyjnej, nikt jeszcze nie podejrzewa, do czego doprowadzi konflikt między Miastem Krokodyli a Twierdzą Kimerydu. Organizatorce konferencji, Annie Guiteerez, antropolog z Uniwersytetu Krokodyli, udaje się zbiec z samego centrum zamieszek i uratowana przez strażnika wąwozu Tyrsa Mollinę, pół człowieka, pół raptora, trafia do rezydencji burmistrza Twierdzy – Teobalda. W obliczu niedawnej rzezi i wiszącej w powietrzu rewolucji nawet zatajenie prawdziwego powodu przybycia pani profesor do Twierdzy Kimerydu wydaje się nieistotnym szczegółem. Na jaw wychodzą bowiem znacznie bardziej przerażające fakty, sprawiające, że żadne z miast Afryki Południowo-Wschodniej nie może dłużej pozostać obojętne wobec krzywdzących wpływów Europy i hegemonii cesarza Brytanika. Usilna chęć przypodobania się Cesarstwu Europy nagle gaśnie zastąpiona determinacją i pragnieniem odzyskania autonomii kraju Złocistych Piasków.


A potem matce odwaliło i zostałem pterodaktylem.


*Eee... Lucy, zachowuj się dzisiaj!* 
Tak, ja i zachowywanie się... Zrobię taką wieś, że uzyska prawa miejskie. Na wstępie pragnę serdecznie pozdrowić Magdę i delikatnie pogonić ją do pisania! Bo tak się składa, że tym razem recenzuję książkę, którą zaczęłam czytać z polecenia samej autorki. Ja mam jakieś dziwne szczęście, a to Aneta Jadowska każe mi pisać (dowody mam na piśmie), a to Kubie Ćwiekowi wypisuje się długopis i odstawiam z nim jakieś dziwne rzeczy, a to moje najlepsze zdjęcie z Martą Kisiel przedstawia jak Ałtorka wygraża swoim znajomym. Tym razem ta dziwna tajemna siła wpakowała mnie na Magdę Pioruńską, która okazała się bardzo kochaną osobą i z pomocą bookstagramu sprawiła, że zamówiłam i prawie od razu przeczytałam jej książkę. A wszystko zaczęło się od zakładek w EpikBoxie. Bo ja nie mogę przeczytać książki zwyczajnie, bo wpadła mi w oko i chcę przeczytać. Albo polecę na okładkę, albo na jakieś konkretne wątki (magiczny Londyn, mitologia, demony, LGBT), albo zdarzy się jakaś dziwna rzecz... Zapraszam do zadinozaurowanej™ Afryki. 
Dobra, oczywistym jest, że samo polecanie u mnie dałoby niewiele, gdybym nie poczuła chociaż trochę interesujących mnie klimatów. Badania genetyczne, dinozaury, trochę ilustracji z ładnymi panami (link będzie pod recenzją, polecam zajrzeć) i (co najważniejsze) pytanie samej autorki, czy lubię wątki gejowskie. TO KTO MNIE WZYWAŁ?! Wątki gejowskie przyciągają lepiej niż dramy na fandomowych grupkach! „Twierdza Kimerydu” trafiła do mnie w idealnym momencie, musiałam zrobić sobie małą przerwę od trylogii „Złej krwi” i dać się czemu innemu sponiewierać emocjonalnie.



Przyznam, że sama nie wiedziałam czego dokładnie spodziewać się w środku, więc może brak konkretnych oczekiwań też wpłynął na mój odbiór tej książki. Zaczęło się od pani antropolog, której ani trochę nie polubiłam (tak miało być, potwierdzone), potem przez pierwszą połowę było dość łagodnie, miałam czas na poznanie bohaterów, powoli wszystkie intrygi i wątki wychodziły na światło dzienne albo się kształtowały, aż w końcu kawałek po 200 stronie nastąpiło jakieś JEBUDU i nie dało się już przestać czytać. Nie da się tutaj nudzić, bo pomimo dość spokojnego początku, co chwila coś się dzieje. Podobało mi się na przykład przedstawienie szkolnej rzeczywistości głównych bohaterów, w ogóle ich codzienności, po tym końcówka dowala jeszcze mocniej. No przynajmniej mi, bo jestem głupią istotą, która zawsze przeżywa, jak ulubionym bohaterom rozwala się życie. Miałam to samo z „Nie poddawaj się”, chociaż Simon nawet nie ogarniał magii. No i lubię mieć dobrze przedstawiony grunt, na którym powstaje akcja, chyba, że autor nudzi. Czytając „Twierdzę Kimerydu” na pewno nie ziewałam. 
Najlepszym elementem na pewno byli bohaterowie, czyli to, co najmocniej wpływa na moją ocenę. Dziwnym trafem jak wymieniam moje ulubione książki, zaraz za nimi idzie cała lista postaci, które z jakiegoś powodu pokochałam, a jak wymieniam te, których szczerze nie cierpię, pojawia się też cały wywód o tym, jak bohaterowie byli nieznośni, czym mnie irytowali i tak dalej, chociaż były to postacie, które czytelnik powinien polubić. Magda Pioruńska zrobiła mi to samo, co Maggie Stiefvater – stworzyła kilku złotych chłopców, których pokochałam. Jak chwilę o tym pomyślę, to odnoszę wrażenie, że Tyrs mógłby dogadać się z Ronanem. Pół raptor i jego rodzinka zgotowali mi trochę problemów podczas czytania, bo co chwila musiałam korygować moje zdanie o którymś z nich. Największym zaskoczeniem był mały Taniel. Nie dajcie się kupić tym uroczym oczkom! Alicja i Terra wiecznie mi mieszali, aż już nie wiedziałam czy spodziewać się po nich jakiegoś większego numeru, czy to po prostu typowe zwarcia między starszym i młodszym rodzeństwem. Sam Tyrs nie jest koniecznie w moim typie i ciężko mi stwierdzić, jak to dokładnie z nim jest, chociaż lubię go jako postać. Moimi faworytami za to stali się Tycjan i Tuliusz. (Tulię to bym chętnie przez okno wyrzuciła.) Może to jakaś słabość do postaci z problemami. Taki Tycjan na przykład ma problem z innym panem, którego imię zaczyna się na „T”, w dodatku nie tylko z nim. Poza tym elasmozaury kojarzą mi się z laprasem z pokemonów (nie pytajcie). Problemem Tuliusza jest Tulia, tak w skrócie. I co ja mogę powiedzieć o ich charakterach? Są tak wielobarwni, że musiałabym zrobić jakieś rozprawki na kilka stron o tym, czemu ich kocham. To jest kolejny atut „Twierdzy Kimerydu”, wszystkie postacie, nie tylko pierwszoplanowe, są świetnie przemyślane. Dobrze napisane postacie to ja szanuję jak diabli, bo to jedna z bolączek większości książek, co chwila to samo, nudnawi bohaterowie, Mary Sue i Gary Stu, totalny karton, szara myszka i bad boy. Jeśli macie dość źle stworzonych charakterów, to ta książka będzie dla was wybawieniem. A na koniec coś o Annie, bo z nią miałam problem od początku. Najpierw widziałam naiwną antropolog zapatrzoną w jakieś ideały, a później wstrętną intrygantkę. W jej rozdziałach coś ciągle mi przeszkadzało. Co się okazuje? To kolejne cwane zagranie! Stworzenie postaci, które czytelnik ma polubić tak, żeby plan wyszedł to połowa sukcesu, trudniejsze jest wykreowanie tych nielubianych tak, żeby byli skazani na niełaskę odbiorcy. We wszystkich była taka naturalność, że nawet Tycjan i Tuliusz czasem mnie denerwowali, jak normalni ludzie. Jakoś tak dziwnie mi jest zawsze, kiedy o konkretnej postaci nie mogę powiedzieć, że „a tu to spartolił/zirytował mnie”. Za to wszystko składam głęboki ukłon autorce. 


Nie jestem jakimś znawcą literatury, po prostu czytam książki, często niezbyt wysokich lotów i po prostu oceniam na ile dobrze się przy nich bawiłam. Nawet nie wiem pod jaki gatunek dokładnie mogłabym podciągnąć „Twierdzę Kimerydu”, bo po prostu jestem zapaleńcem fantastyki i łapię za to, co ściągnie moją uwagę. Wiem tyle, że jeśli lubicie klimaty z alternatywną historią, wizjami przyszłości i czymś wręcz niemożliwym (wspominałam o dinozaurach?), a do tego ważni są dla was dobrze napisani bohaterowie, to ta książka jest dla was. Mimo spokojnego początku, kończy się z wielkim przytupem, a epilog kompletnie miesza w głowie. Jest tu równowaga, bo takie sielskie książki, w których ciągle obserwujemy życie głównych bohaterów po prostu usypiają, za to jeśli coś jest naładowane akcją na każdej stronie, to nie ma kiedy się wyspać, a w końcu można się zmęczyć i pogubić. Tak samo dobrze wyważone są postacie, a całość splata się w interesującą i sensowną historię, o tym jak Arabella Donner sprowadziła kłopoty na Twierdzę Kimerydu. W dodatku to książka z ilustracjami! Zawsze tak jest, że kocham szatę graficzną i ubolewam, że w niektórych polskich wydaniach ich brakuje *zerka na „Kroniki Bane'a”*. Tym bardziej kocham komiksowe formy niektórych scen, tak jak to było tutaj! Ania Niemczak dodała tej książce jeszcze więcej uroków i pragnę wam szczerze polecić jej instagrama, będzie kawałek niżej.
Ufff... Przyjemnie było odpocząć od wstrętnych białych czarodziejów, brakuje mi tu raptora na plażowym leżaku popijającego drinka z palemką. (Tak, to mała sugestia. Raptorom też należą się wakacje!) Poczułam się zmaltretowana po kilku wydarzeniach, ale ostatecznie świetnie się bawiłam w towarzystwie Tyrsa, Tycjana i Tuliusza. Wsi trochę zrobiłam i mam nadzieję, że Magda się jeszcze nie załamała – serio nie chciałam, żebyś pokutowała za to polecanie! Moja ocena wynika głównie z tego, że „Twierdza Kimerydu” była naprawdę dobrą książką, ale 10 wystawiam tym, które zniszczyły mnie do reszty albo wywołały w mojej głowie stan szczęśliwego odlotu, a 9 za to są dla tych, które przypominają już wyżej wymienione, ale podpadły mi jakimiś dobrymi szczegółami. (Może w końcu zrobię jakąś skalę oceniania, żeby było łatwiej?) Także polecam! Mamy kolejną polską autorkę, która udowadnia, że polska literatura też zasługuje na spojrzenie na nią przychylniejszym okiem. 
Tak serio to kiedy „Twierdza Kimerydu” podbijała instagrama najpierw pomyślałam, że to coś zagranicznego. Ciii, głupia jestem. 

@anianiemczak <--- o tu, tu są same śliczności! Te cuda powyżej również tam znajdziecie. (I bardzo za nie dziękuję!)

Ten post oryginalnie wcale nie nazywał się "Dinożarły",
Lucy

Ps. Przepraszam za te zwalone akapity, ale HTML to zło najgorsze i to najlepsze, co udało mi się zrobić.
4

środa, 2 sierpnia 2017

War. War never changes.

Tytuł: Dunkierka (Dunkirk)
Reżyseria: Christopher Nolan
Scenariusz: Christopher Nolan
Gatunek: Dramat, wojenny
Czas trwania: 106 minut
Produkcja: Francja, Holandia, USA,                                             Wielka Brytania
Premiera w Polsce: 21 lipca 2017
Premiera na świecie: 13 lipca 2017
Muzyka: Hans Zimmer
Zdjęcia: Hoyte van Hoytema
Studio: Warner Bros., Syncopy, StudioCanal,                         Cine+, Canal+
Dystrybucja: Warner Bros. Entertainment

Ocena: 7,5/10


„War. War never changes.” Cytat pochodzący z serii gier „Fallout”, a tak idealnie opisujący realia tych strasznych wydarzeń. Nasze pokolenie nie zaznało wojny i tego, co za sobą niesie, lecz nasza historia poznała ją bardzo dobrze i to 2 razy. Mówiąc „nasza” mam na myśli historię całej ludzkości, bo musimy pamiętać, że w obronie wolności nie walczono tylko w Polsce, ale także w innych krajach. Za ten sam cel umierali żołnierze różnych narodowości. W dzisiejszych czasach może to się wydać nierealne, oderwane od rzeczywistości, dlatego powstają filmy oraz książki o tej tematyce. Pozwalają nam zobaczyć choć niewielką część emocji związanych z tymi strasznymi czasami.

Najnowsza produkcja Christophera Nolana „Dunkierka” (bądź „Dunkirk” w wersji angielskiej, którą to bardziej preferuję) zabiera nas w realia II Wojny Światowej. Rok 1940, francuskie miasteczko o tytułowej nazwie, 400 000 żołnierzy brytyjskich jak i francuskich należących do korpusu ekspedycyjnego okrążonych przez nieprzyjaciół, a jedyną drogą ucieczki są nieliczne statki. Właśnie w taki świat zostaje wrzucony widz. Bardzo brutalnie i surowo, bez większych wstępów i powolnego rozkręcania fabuły.

A jeśli już zacząłem od fabuły… Do ok. 2/3 filmu czułem się jak dziecko we mgle. Brak mocno zarysowanego głównego bohatera, chaotycznie oraz bardzo surowo prowadzona narracja, są to czynniki, które na początku wprowadzały spory zamęt w mojej głowie. Nie potrafiłem się kompletnie skupić na danych wydarzeniach, tak jakbym chciał jednocześnie spojrzeć się w prawo i w lewo. Lecz właśnie taki zabieg idealnie wprowadzał widza w emocje i nastrój panujący w filmie. Czułem się jakbym był jednym z tych żołnierzy czujących nadchodzącą śmierć, zagubienie i przede wszystkim strach. Bez zbędnych „rozjaśniaczy” czy koloryzowania, bez bohaterskich czynów, czysta, najprymitywniejsza wola przetrwania. Z wielką chęcią napisałbym więcej o fabule oraz narracji, ale zepsułbym tym samym efekt zaskoczenia osobom, które jeszcze tego filmu nie oglądały, także przejdę teraz do ścieżki dźwiękowej.

Tutaj nawet nie ma nad czym się rozwodzić, za muzykę odpowiedzialny jest mistrz w swoim fachu czyli Hans Zimmer, klasa sama w sobie. Muzyka jest nastrajająca, różnorodna, nie patetyczna ani sztucznie napompowana, idealnie oddaje grozę w scenach grozy, napięcie w scenach pełnych napięcia oraz radość w zwycięskich scenach. Jedno co mi wpadło w ucho dopiero w połowie filmu (czego później wyjątkowo pilnowałem) to niecodzienne rozwiązanie w kwestii podprogowego narzucenia umysłowi oglądającego odczuwania ciągłego napięcia i uciekającego czasu. Jak tego dokonał? W każdy (bądź w prawie każdy) utwór wplótł dźwięk tykającego zegarka. Niby nic, ale po zauważeniu tego i świadomym odbieraniu tego zabiegu, dochodzi się do wniosku, że to rzeczywiście działa. Daje to złudzenie uciekającego czasu, co spowodowane jest świadomością nadchodzącego zagrożenia. To w połączeniu z narracją daje niecodzienny efekt.

Jeśli chodzi o ujęcia i prace kamery to nie będę się tutaj zbytnio rozgadywał. Kto zna Nolan’a, ten wie, czego się spodziewać. Całkiem statyczne ujęcia, bez chaosu i niepotrzebnych ruchów kamery. Sprana kolorystyka, zabawa cieniem. Odpowiednie rozwiązania w odpowiednim miejscu. Ani nic nadzwyczajnego, ani też nic złego.

 Przejdźmy teraz do kwestii aktorów. Sprawa wygląda tak, że nikt się tam zbytnio w pamięci nie zachowuje. Jest to też kwestia wspomnianej wcześniej narracji i, szczerze mówiąc, ciężko mi jest ocenić czy to jest dobre, czy złe. Lobby filmowe przyzwyczaiło nas już do pewnego standardu, w którym mamy mocno zaznaczonego bohatera idącego przez jasną i widoczną fabułę. Tutaj tego nie ma. Skaczemy od jednej postaci do drugiej, tak naprawdę nie wiedząc, na kim w końcu skupi się fabuła. Jest to bardzo ciekawe rozwiązanie, które daje wiele do myślenia i bezsprzecznie jest pewnym powiewem świeżości w kinie mainstream’owym.

I jakby to teraz zwięźle podsumować? „Dunkierka” jest przykładem filmu, którego głównym rdzeniem jest mocny i surowy sposób narracji. Dopiero do tego aspektu podoczepiane są kwestie dźwiękowe, wizualne oraz aktorskie, których rolą jest potęgowanie efektu narracji. Chaos i brak orientacji w filmie idealnie odwzorowuje chociaż w kilku procentach emocje, jakie panowały podczas II Wojny Światowej, pokazuje, że to nie jest kolorowe miejsce pełne bohaterów lecz szare, wyprane z kolorów miejsce pełne strachu i woli przetrwania. 
0