Ariana | Blogger | X X X X

niedziela, 26 kwietnia 2020

"Bycie martwym jest fajne": Zabójcza zabawa, Alex Bell

Tytuł: Zabójcza zabawa
Tytuł oryginału: Frozen Charlotte
Autor: Alex Bell
Tłumaczenie: Weronika Różycka
Data premiery: 18 marca 2020
Wydawnictwo: Młody Book
Liczba stron: 302
Krótka ocena: Po przeczytaniu ostatniej strony, zostałam z kompletnym mętlikiem w głowie i chęcią poznania kolejnej części natychmiast (bo będzie kolejna, prawda?). Powoduje dreszczyk niepokoju i potrafi zaskoczyć!

Ciężko będzie mi opowiedzieć Wam o fabule tej książki, bo jest jak pajęcza nić - każdy element jest w jakiś sposób ze sobą powiązany i zdradzenie nawet najdrobniejszej rzeczy może odebrać Wam znaczną część przyjemności z czytania. A tego Wam robić nie chcę, bo wielkim plusem Zabójczej zabawy jest właśnie to skomplikowanie i zawikłanie. Jeden sekret wiedzie do kolejnego, ukrywając jeszcze inny. Istna piramida tajemnic! Wierzcie mi - albo zapytajcie mojej siostry! - wielokrotnie odkładałam książkę na chwilę na bok, by dać sobie moment na przetrawienie kolejnego niespodziewanego odkrycia.

No dobra, ale o czym opowiada Zabójcza zabawa?
Nastoletnia Sophie ma spędzić wakacje u kuzynowstwa na wyspie Skye. Craigowie, bo tak mają na nazwisko, mieszkają na wyspie Skye w budynku, który dawniej był szkołą dla dziewcząt zamkniętą po pewnych niezbyt przyjemnych incydentach. Rodzina ta jest dość specyficzna - ojciec artysta, matka zamknięta w zakładzie psychiatrycznym, muzyczny geniusz Cameron z okaleczoną ręką, chodząca perfekcja o nienagannym uśmiechu Piper, zamknięta w sobie Lilas i... Rebecca. Rebecca, która zginęła siedem lat wcześniej. Naprawdę boję się zdradzić Wam coś więcej, ale tak tylko szepnę, że w sprawę zamieszane są laleczki z serii Zamarznięta Charlotte, wzorowane na martwej dziewczynce z ludowej piosenki maleńkie porcelanowe lalki. Brrr!

Jak wygląda sprawa z bohaterami?
ig: @chaos_cupcake
Większość z nich jest w wieku nastoletnim - nic dziwnego, patrząc na wiek czytelników, do których teoretycznie ta pozycja jest skierowana - i całkiem zgrabnie jest to oddane w tekście. Nie mamy tutaj postaci, które zdają się wychodzić swoim zachowaniem znacząco poza przedstawiony wiek. Dodatkowo ich tajemniczość, skrywane sekrety i historia, jaką mają za sobą dodaje im głębi. Sprawia to, że postaci nie są zupełnie płaskie, a co więcej pokusiłabym się o stwierdzenie, że wręcz intrygują, co procentuje w chęci poznania ich przeszłości. Dzięki temu naprawdę ciężko się od tej pozycji oderwać. Zdarzają się niestety momenty, w których bohaterowie postępują absurdalnie, ale z drugiej strony - w życiu też się to zdarza, prawda?
Myślę, że najmocniejszym punktem, jeśli chodzi o postaci, jest powolne odkrywanie ich prawdziwych charakterów i spowijająca niemal każdą z nich aura tajemniczości. Wpływa to bardzo dobrze na samą atmosferę książki, ale także na fakt zainteresowania czytelnika. Odkrywanie kolejnych smaczków względem bohaterów czyni lekturę naprawdę... smakowitą!

A jak autorka poradziła sobie z przedstawieniem fabuły?
Przyznam szczerze, całkiem nieźle! Zabójczą zabawę niemal dosłownie się połyka. Kolejne niespodziewane zwroty akcji potrafią zawrócić w głowie i odwrócić kota ogonem. Mówię Wam, spodziewacie się już czegoś, macie w głowie ułożone pewne podejrzenia - przychodzi Alex Bell i śmieje się Wam w twarz, stawiając na drodze maleńką zamarzniętą Charlotte. Niemal dosłownie tak można by przedstawić obrazowo, jak autorka się z nami, czytelnikami bawi. No i trzeba przyznać, że jest to ten rodzaj grania odbiorcy na nosie, który bardzo cenię. Bell zostawia nam pewne poszlaki, ale robi to na tyle subtelnie, że w dużej mierze nie idzie się domyślić, co zaplanowała.
Nie będę tu też jednak przesadnie słodzić, mam wrażenie, że w kilku miejscach wkradły się pewne logiczne wpadki. Mnie osobiście zastanowiły, jednak nie gryzły zanadto, nie dotyczyły aż tak kluczowych faktów, by mnie zupełnie wytrącić z tego zawrotnego tempa, w jakim kręci się cała historia.
Aha, no i nie ma się co tu spodziewać wybitnego pióra. Historia napisana jest dość prosto, większość dotyczy nastolatków. Króluje potoczny, lekki, przystępny język. Myślę, że dzięki temu Zabójcza zabawa może nabierać zawrotnego tempa i nawet nie zauważy się, kiedy dociera się do samego końca, by pragnąć rozwinięcia!

Tak więc, kończąc już, chciałabym Wam polecić tę książkę, jako lekką (o zgrozo!) historię z dreszczykiem, teoretycznie przeznaczoną dla nastolatków (wciąż nie wiem, czy się z tym zgadzam - jako dwudziestokilkulatka sama momentami byłam nieźle przerażona), ale myślę, że i starszy czytelnik będzie mógł całkiem nieźle bawić się, odkrywając tajemnice starej szkoły na wyspie Skye...


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania


0

wtorek, 3 marca 2020

Książę i niewolnik wchodzą do burdelu... Książęcy Gambit, C.S. Pacat


„Piękna twarz, przebiegły umysł i bezwzględna natura.”


Seria: Zniewolony książę
Tytuł: Książęcy gambit
Autor: C.S. Pacat
Wydawnictwo: Studio JG
Ilość stron: 427
Ocena: 10/10
Opis:Nad Vere i Akielos zawisło widmo wojny. W obliczu nadchodzącego zagrożenia Laurent zostaje wysłany na granicę, aby ustabilizować napiętą sytuację. Młody książę postanawia zabrać ze sobą również Damena, który w wyprawie upatruje szansy na powrót do ojczyzny. Za sprawą decyzji regenta prócz paru zaufanych przybocznych towarzyszyć im będzie oddział złożony z osobników najgorszego sortu. Niezdyscyplinowana hałastra, pełna podżegaczy i awanturników, niechybnie zwiastuje druzgocącą klęskę. Czy uda się stworzyć z nich skuteczną drużynę, zanim przyjdzie im stawić czoła śmiertelnym intrygom i zasadzkom, jakie na następcę tronu przygotował regent?
Damen i Laurent będą musieli walczyć ramię w ramię, aby przeżyć i uratować swoje królestwa. Jednak im bardziej się do siebie zbliżą, tym cięższym brzemieniem staną się sekrety, które przed sobą skrywają. Jakie mają szanse, by uniknąć śmierci, skoro nikomu nie mogą ufać, a nic nie jest takie, jakim się wydaje?

„Doskonale wiem, jak to jest pragnąć kogoś zabić i czekać.”

„Zniewolony książę” zachwycił mnie kompletnie i nie mogłam się doczekać kontynuacji. Pokochałam Damena i Laurenta, styl autorki wyjątkowo przypadł mi do gustu i włączyło mi się wymuszanie spoilerów, bo nie wytrzymam czekania pół roku na kolejną część. „Książęcy gambit” podziałał na mnie jeszcze gorzej, bo chyba bym umarła, gdybym nie sprawdziła kilku rzeczy. Ta seria powinna zostać wydana od razu w całości, ze wszystkimi dodatkami i opowiadaniami. Chcę trzeci tom. To zakończenie zrobiło mi wyrwę w dupie. Laurent, kocham cię, pij ze mną kompot!
Zacznijmy od tego, jak obie części się różnią. BARDZO! Bo wiecie, na początku zaczyna się od tej dramy, że Damen jest zdradzony i trafia do niewoli, no i w sumie pierwszy tom mógłby być bardzo nudny, gdyby autorka nie potrafiła pisać. Jednak przez większość „Zniewolonego księcia” Pacat przedstawia królewski dwór Vere i wszystkie ich zwyczaje (którymi w większości się gardzi). Laurent jest wiecznie obrażonym dupkiem (kocham go), Damen kombinuje jak uciec i łazi prawie nago, a przy okazji jest wątek o niewolnictwie i jakieś polityczne kombinatorstwo. Na szczęście autorka potrafi pisać i podbiła moje serducho. Potem jest „Książęcy gambit” i *chwila na wyguglowanie słowa „gambit”*. Dobra, Wikipedia coś tam mówi o rozgrywkach szachowych, no i w sumie trochę to pasuje. Laurent razem z Damenem zostają wysłani do służby na granicę Vere z Akielos, do towarzystwa dostają oddział złożony z najgorszych ludzi pod słońcem. Robi się trochę bardziej militarnie, a przy tym przez całą książkę Laurent bawi się z wujem w ich pokręcone, potencjalnie śmiertelnie gierki. To powoduje, że co chwila pojawiają się zamachy, ucieczki po dachach, polowania na posłańców i wiele innych przygód. Damen bierze czynny udział w tej kampanii. Choć nadal jest niewolnikiem księcia, dostaje tu o wiele więcej swobody i gdyby nie on, to to wszystko padłoby, zanim oddział dotarłby do drugiego postoju. Czuje się tutaj, że szykuje się walka o koronę, przy okazji wychodzi wiele brudów z przeszłości książąt. Nie ma tu pięknych sypialni, jedwabnych strojów i wystawnych uczt jak w „Zniewolonym księciu” i chyba to tak mocno zmienia charakter tego tomu. Jednak nie czułam, żeby to nie była ta sama seria, Pacat zaczyna dokładnie w tym momencie, w którym skończyła i płynnie przechodzi między obiema częściami.
Uwielbiam postacie w tej serii. Autorka bardzo starannie je buduje i za ich pomocą mami czytelnika. Nawet nie próbowałam odgadywać, kto i jaką rolę odegra, bo autorka lubi odkrywać karty dosłownie w ostatniej chwili. Nie dotyczy to Damena i Laurenta. Ci dwaj mimo swoich tajemnic są bardzo szczerzy. Może nie da się odgadnąć, co Laurentowi roi się w głowie, jednak wobec niego trudno było mi mieć wątpliwości. Nie chodzi mi tu o jego posunięcia, bo cała fabuła tej książki opiera się na jego pokręconych planach i sojuszach, o których byśmy nawet nie pomyśleli. Jednak czuję, że udało mi się go rozgryźć jako człowieka i w tym temacie doskonale rozumiałam jego zachowania. No ale ja sama odgadłam pewien plot twist z 3 tomu. Uwielbiam jego złożoność, humorzasty charakter i to, jak potrafi przystosowywać się do sytuacji – a to powoduje, że niektóre sceny po prostu powalają. Damen nie zmienia się zbytnio, ale za to ewoluuje jego stosunek do Laurenta – kocham to, jak ogarnia, że chyba coś się zmieniło i zaczyna zachowywać się, jakby nie miał pojęcia, jak się obchodzić z innymi ludźmi. Jest w tym kosmicznie kochany. W ogóle relacja tej dwójki i wszelkie interakcje między nimi są piękne i to jest mój największy powód do kochania „Zniewolonego księcia”. Przy okazji Damen nieco zmienia swój stosunek do Vere, a przynajmniej do pewnych spraw związanych z tym państwem. Przez to ma też trochę dylematów, w które wkręciłam się, jakby to były moje problemy. Przy okazji udało mi się znienawidzić kogoś nowego, ale nie będę spoilerować. Po prostu… Łeb urwać to za mało. Szkoda, bo ta postać zapowiadała się naprawdę dobrze.
Może ktoś zastanawia się co z erotyką? Przecież to tym zasłynął „Zniewolony książę”… Może raczej tym, że nagle ludzi zabolało, że autorka tak swobodnie pisze o erotyce. W pierwszym tomie wszystko było w pewnym stopniu zseksualizowane(?), ale w jego recenzji pisałam, że sama autorka nie opisuje tego pozytywnie, a raczej chce wzbudzić w czytelniku oburzenie. No i tak, potrafi pisać erotykę bez wywoływania we mnie gigantycznego zażenowania. Nie to co większość autorów fantastyki, którzy postanowili wrzucić jakiś „hehe, seksik” między rozdziały. W „Książęcym gambicie” jest tego dużo mniej, chociaż nie mówię, że temat znika. Oddalenie się od dworu i zagrywki polityczne sprawiają, że nie zostaje za dużo miejsca na tego typu atrakcje, poza tym w tym tomie autorka nakierowuje naszą uwagę głównie na Damena i Laurenta. Ten drugi wydaje się wręcz aseksualny, więc siłą rzeczy skupiamy się na innych aspektach. Jednak co najmniej dwa razy pojawiają się nieco dłuższe fragmenty nakierowane właśnie na erotykę. Pacat, pisząc je, pozwoliła sobie na więcej niż w „Zniewolonym księciu” i naprawdę nie ma na co narzekać. Nie przepadam za takimi wstawkami w książkach, ale w tej konkretnej nie raziło mnie to, nie wydawało się zrobione na siłę, autorka naprawdę potrafi pisać takie sceny i nie były one przeciągnięte czy przegięte. Doceniam też fakt, że nikt nie wspominał o podwijaniu palców u stóp. Przyznaję, na jedną z tych scen nawet czekałam, no ale zależało mi, żeby między tymi postaciami doszło do czegokolwiek.
Raczej nie muszę dodawać więcej fabularnych rozważań, Laurent i Regent zapewniają tu kombinatorstwo na mistrzowskim poziomie. W dodatku każdy ma takie układy, że wszelkie zwroty akcji wyjaśniają się dopiero, jak ktoś wyraźnie wskaże, która strona na tym zyskała. Kocham to! Zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło i zrobiłabym wszystko, żeby dostać już trzeci tom. Spoilery wszystkiego nie opiszą, a tu jest o czym pisać.
Zakładam, że nie muszę dodawać, że tematyka tej serii jest specyficzna i nie każdemu będzie odpowiadać. Kurde, to jest drugi tom, jeżeli przeczytaliście pierwszy i nie dopadło was święte oburzenie, to nie musicie się już martwić. Już po samym opisie „Zniewolonego księcia” można sobie ocenić, czy to książka, którą możecie przeczytać bez zgrzytania zębami. Jeżeli tak – polecam! Według mnie „Książęcy gambit” dostarcza o wiele więcej rozrywki, a sama relacja między głównymi bohaterami jest na tyle ciekawa, że ciężko się oderwać od czytania.

0

niedziela, 10 listopada 2019

Książęta i magowie: Kandydatka, Rachel E. Carter



Seria: Czarny Mag
Tytuł: Kandydatka
Autor: Rachel E. Carter
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 412
Opis: Dwudziestoletnia Ryiah jest czarną maginią frakcji bojowej, ale nie jest Czarnym Magiem. Jeszcze. Niemal od zawsze pragnęła zdobyć legendarną szatę, jednak tylko tego jednego roku będzie mogła wziąć udział w prestiżowym – i jedynym w swoim rodzaju – turnieju dla magów… Szkoda, że będzie musiała wystąpić przeciwko pewnemu księciu – temu, którego dotąd jeszcze nigdy nie pokonała. Nabór kandydatów wreszcie nadchodzi. Zwycięzca otrzymuje szaty, ale w królestwie czyha coś mrocznego. Wrogie królestwa otaczają ojczyznę Ryiah. Pora zawrzeć sojusz. Niestety dla Ryiah to dopiero początek. Bo największy wróg mieszka w samym pałacu.

„Ponieważ chłopak ze światem u swych stóp tak naprawdę na nic nigdy sobie nie zasłużył.”


Nie jestem dzisiaj zbyt kreatywna. Wstępów nie będzie, zapraszam na recenzję „Kandydatki”.
Trzecia część serii Czarnego Maga opowiada głównie o tym, co działo się zarówno przed, jak i po naborze kandydatów do rady magii. W końcu Darren oświadczył się Ry, jednak ta niedługo po zakończeniu nauki w akademii wyjeżdża na służbę w Ferren’s Keep. Po roku ma na stałe zamieszkać w pałacu jako żona księcia. W tym czasie też stara się jak najlepiej przygotować na nabór kandydatów do starcia o tytuł Czarnego Maga. Równocześnie Jerar stara się przygotować do wojny z Caltothem. W międzyczasie wyjdzie na jaw trochę dworskich intryg, a buntownicy dorzucą się do ogólnego zamieszania.
Główną osią „Kandydatki” jest, oczywiście, relacja Ry i Darrena. Po dwóch poprzednich częściach raczej ciężko spodziewać się czegoś innego. Podtrzymuję moją opinię o pozostałych tomach, to jest taka przyjemna seria, którą można poczytać dla czystego relaksu. Jest wiele oczywistych wątków, postacie zachowują się w dość przewidywalny sposób znany już z niejednej książki o podobnej tematyce, a autorka nie bawi się w ukrywanie swoich zamiarów. To nie ma być superambitna książka z milionem plot twistów. Jednak ta prostota nadal jest mocną stroną tej serii. Przy tym wszystkim, postacie nie zachowują się w sposób głupi, autorka nie traktuje czytelnika, jakby ten nie miał rozumu, a wszystkie wydarzenia są odpowiednio umotywowane.
Mimo całej tej prostoty, ten tom potrafił mnie zaskoczyć. Nie spodziewałam się znaleźć tu jakichś większych dworskich intryg. Wcześniej wszystko wydawało się dość jednoznaczne: kto jest zły, kto dobry (może poza Darrenem), sądziłam, że wiem, czego po kim się spodziewać. W „Kandydatce” autorka powoli zaczynała przełamywać ten schemat. Zresztą udało jej się uśpić moją czujność i na koniec dałam się zaskoczyć. Nawet jeżeli większość tych wątków w końcu dawała przewidzieć jak się zakończą, bardzo przyjemnie się o tym czytało i odkrywało, jak do tego doszło. Pod koniec zostało kilka nierozwiązanych linii fabularnych i nawet nie potrafię stwierdzić, jak się one potoczą. W poprzednich częściach jednak nie było takich zakończeń, więc teraz jeszcze bardziej chciałabym już dorwać czwarty tom. Zaskoczyło mnie też to, że wątek Ry i Darrena nie zdominował tej książki. Jako główna para w serii, która mocno opiera się na romansie, byli bardzo nieinwazyjni. Obyło się bez gorących wyznań miłości co dziesięć stron, umierania z tęsknoty i przydługich opisów pocałunków. Mieli między sobą kilka dram, ale autorka już nie raz udowodniła, że potrafi pisać takie stereotypowe wątki na tyle dobrze, że czytelnik nieświadomie się w nie angażuje i zaczyna je przeżywać.
Nie mogę powiedzieć, że wszystko było idealne. Nie czuję się jakoś mocno związana z konkretnymi postaciami z tej serii. Większość ma swoją rolę do odegrania i tyle. Jednak Ry momentami trochę odbijało. Za bardzo się obrażała w sumie o nic, kręciła nosem na nawiązywanie kontaktów z innymi postaciami poza książętami. Trochę jej charakter rozjechał się z tym, co poznaliśmy w poprzednich częściach. No i popełniła grzech numer jeden w tematyce przeżywania swoich uczuć. Co chwila „rozpadała się na kawałki”. Serio, w „Kandydatce” miałam wrażenie, że jeszcze raz rzuci tym tekstem i zostanie z niej tylko kupka pyłu jak po pstryknięciu Thanosa. Z drugiej strony muszę pochwalić kreację Darrena i Blayne’a. Pamiętając, jak to było z książętami w „Czerwonej Królowej”, do samego końca nie potrafiłam zaufać żadnemu z nich. Jak jeden mówił „A”, a drugi „B”, stwierdzałam, że coś tu nie gra i zaraz się okaże, że jest na odwrót. Kiedy zaczynali grać inaczej, myślałam, że to kolejna przykrywka i jednak było tak, jak wcześniej. Książęca paranoja, ale w takim dobrym znaczeniu. Spodobało mi się też to, że autorka poświęciła trochę czasu na przedstawienie ich przeszłości i zbudowanie relacji. Dzięki temu obaj nabrali więcej kolorów, bo do tej pory Darren był po prostu mrocznym księciem, który chce dobrze, a Blayne był jego starszym, złym bratem. Teraz nawet mogę ich tak trochę kochać.
Bardzo spodobał mi się też sam nabór kandydatów. Może ten wątek nie zajął wyjątkowo dużo miejsca, jak sugeruje tytuł i opis okładkowy, ale był wyjątkowo dobrze zaplanowany i opisany. Oczywiście autorka skupiła się głównie na magach bojowych, jednak pozostałe dwie frakcje też dostały swoje kilka minut i udało się tam wpleść trochę fabuły. Same bitwy o szatę Czarnego Maga były świetnie napisane. Potrafiły nieźle podnieść ciśnienie i momentami nawet moje przekonanie, że autorka pozwoli Ry wygrać, gdzieś sobie uciekało i nabierałam wątpliwości.
Ostatecznie „Kandydatka” kilka razy mnie zaskoczyła i w tym wypadku nie chodziło o to, z jaką lekkością i przyjemnością się ją czytało. Może styl autorki nie zmienił się jakoś wybitnie, nadal jest prosty, nie ma rozbudowanych opisówi jakichś niesamowitych dialogów, ale zaczęła rozwijać fabułę i bawić się wątkami. Przez to „Kandydatkę” czytało się jeszcze lepiej i naprawdę nie mogę się doczekać ostatniej części! Poza tym, ta seria nadal jest lekka i przyjemna, nie zarzuca milionami wątków ani kilometrowymi opisami. Byłam w stanie ją czytać po przetyraniu mnie na lodowisku, gdzie po takich atrakcjach moje zdolności umysłowe ograniczają się do kreskówek, grania w pokemony i rozważania wad i zalet drzemki. Nie jest to wybitna książka, nie mogę jej dać 10/10, ale ciężko jej odmówić zalet. Czasem każdy potrzebuje takiej czystej, prostej rozrywki.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Uroboros.
1

sobota, 12 października 2019

Jakieś duże te jaszczury: Twierdza Tytonu, Magdalena Pioruńska



Tytuł: Twierdza Tytonu
Autor: Magdalena Pioruńska
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 550
Opis: Cała Europa znajduje się pod władzą totalitarnego cesarstwa rządzonego przez Brytanika. Ekscentryczna nastolatka Livia Reeves nie zamierza podporządkować się zasadom panującym w Spin School, uczelni, do której państwo wysłało ją na studia. Doprowadzi to do wielu zabawnych scen, ale też do ważnych konfrontacji, do których bohaterka będzie musiała stanąć. Poszczególne zdarzenia prowadzą wychowywaną przez starszą kuzynkę dziewczynę do odkrywania kolejnych sekretów dotyczących jej pochodzenia. Tymczasem po upadku Twierdzy Kimerydu Tyrs Mollina, jego rodzeństwo i afrykańscy poplecznicy zawiązują istotne sojusze międzynarodowe i szykują się, by zadać cesarstwu decydujący cios. Z różnych perspektyw, oczyma poszczególnych bohaterów, obserwujemy kolejne zaskakujące wydarzenia.


Chciałam tu jakoś nawiązać do tego gagu, że Awięc jest jaszczurem, ale zadzwonili do mnie ze statku matki… Znaczy się reptilianie nie istnieją. Ziemia jest kulista. No i zaszczepcie swoje dzieci. Oh shit, mają folię aluminiową, cały misterny plan padł. Przerwać misję!
Może mi uwierzycie, że całe dwa miesiące nic nie czytałam, bo zajęłam się robotą dla kosmicznych jaszczurów? Wiecie, dolewałam siusiaczanu do szczepionek i pilnowałam, żeby nikt nie dotarł do krawędzi Ziemi. Serio! A potem poczytałam o takich większych jaszczurach i do tego ludzio-jaszczurach. Także wiecie, Magda to żadnej fantastyki nie pisze, może nie wie, ale to totalna literatura faktu i gady są wśród nas!
Dobra, koniec mojego osobistego koncertu żenady, będzie recenzja. Totalnie czekałam na „Twierdzę Tytonu”, więc chyba jeszcze większy przypał, że jak już ją dostałam w łapy, odechciało mi się czytania. Życie jest nobelom i takie tam, a ja najwidoczniej musiałam zrobić sobie wolne od tego typu rozrywek. Jednak już jestem i mam nadzieję, że ta niechęć już mi przeszła, a tak na dobry powrót opowiem wam, jak to znowu miałam zbyt wysokie oczekiwania. „Twierdzą Kimerydu” byłam przecież totalnie zachwycona i naprawdę nie mogłam doczekać się kontynuacji. Byłam święcie przekonana, że „Twierdza Tytonu” będzie równie dobra. Okazała się niestety... średnia. To jest chyba ta słynna klątwa drugiego tomu. Bo jestem na sto procent przekonana, że Magda Pioruńska chciała, żeby to wyszło jak najlepiej i starała się, dowody mam choćby w naszej konwersacji na Instagramie! Problem polega na tym, że przesadziła w tych staraniach i zaszkodziło to samej książce.
Mój problem zaczął się już na początku. Livia jest największą bolączką tej książki. Rozdziałów z jej perspektywy nie byłam w stanie czytać bez odczuwania bólu istnienia. Musiałam się pilnować, żeby przed nimi nie kończyć, bo wtedy kilka razy mniej chciało mi się wracać do czytania. Wiadomo, ona jest inna niż wszystkie, taka zbuntowana, musi ponaginać wszystkie zasady, w każdej sytuacji jest „ponad to” i tak dalej, i tak dalej. Wiecie już, o jaki typ postaci chodzi, nie? No właśnie. Jest do tego tak przekonana o własnej zajebistości, jakby już obroniła dwa doktoraty, wygrała całe Igrzyska Olimpijskie i odebrała piątego Oscara. Jej interakcje z innymi postaciami są nacechowane właśnie takimi postawami jak powyżej, aż się dziwię, że po pierwszym rozdziale nikt jej nie urwał łba. Przy tym wydaje się cholernie niedojrzała. Jej wypowiedzi kojarzą mi się z rozpieszczoną siedmiolatką z tą różnicą, że Livia często nawiązuje do (uwaga, najśmieszniejszy żart świata) s e k s u. Powinna mieć na czole wypisane „haha ruchańsko”. No i żeby to jeszcze było jakkolwiek umieszczone w kontekście, ale nie, ona randomowo strzela czymś w stylu „Golisz cipkę?”. Do teraz nie załapałam, co to miało na celu. W ogóle jej rozdziały są potwornie chaotyczne, często nie wiedziałam, o co w nich chodziło, treści w nich było naprawdę mało i szczerze mówiąc, jej historia mogłaby zostać przedstawiona bez udziału samej zainteresowanej. Wystarczyłoby przedstawić relacje z nią z perspektywy Patricka i jak to on odkrywa, kim Livia jest w całej tej historii.
O pozostałych postaciach mogę wypowiedzieć się o wiele przyjemniej. Oczywiście najlepiej czytało mi się o Tanielu, Tyrsie i Tycjanie. Przy nich czułam klimat z poprzedniego tomu i naprawdę z przyjemnością poznawałam ich historię. Tutaj znowu muszę pochwalić Magdę za to, jak świetnie przedstawia relacje między tymi chłopakami, a nawet i między raptorami. Mogłabym przeczytać całą książkę o nich, nawet bez większej fabuły, niech po prostu sobie raptorzą w Afryce! I tak jak Livia zupełnie mi nie podeszła, tak Patricka i Terrę pokochałam tak totalnie. Obaj są bardzo dobrze napisani, ich charaktery nie są tak chaotyczne, a ich motywy po prostu da się zrozumieć. Do tego nawiązali między sobą naprawdę przyjemną w odbiorze relację. Totalnie żałuję, że ta książka nie skupiła się głównie na Terrze, bo biorąc pod uwagę końcowy plot twist, byłby z tego o wiele ciekawszy materiał! A Pati świetnie by się nadał jako ta postać z wewnątrz, która dałaby czytelnikowi obraz europejskiej arystokracji. Ci dwaj mieli naprawdę wielki potencjał i trzymam kciuki, żeby w kolejnej części był on lepiej wykorzystany. Muszę też dodać, że przydałaby się rozpiska postaci. Biorąc pod uwagę, że już w „Twierdzy Kimerydu” narobiło się trochę podwójnych tożsamości, można się nieźle pogubić, kto kim tu jest. Ja na przykład miałam na początku straszny problem, żeby połączyć Cerę z Anną. Naprawdę, na przyszłość proszę o jakiś diagram z postaciami i ich powiązaniami w takim stanie, w jakim zastajemy je na początku książki. W tym wypadku to bardzo ułatwi życie.
Jednak to nie tylko wina Livii, że „Twierdza Tytonu” okazała się bardzo średnia. Fabuła też była chaotyczna, chociaż ciężko mi nawet stwierdzić, czy była tam jedna konkretna linia fabularna. Biorąc pod uwagę zakończenie, to tak naprawdę było 550 stron gry wstępnej do tego, co naprawdę ma zacząć się dziać. Naprawdę, „Twierdza Tytonu” wydaje mi się bardzo przydługim wstępem do kolejnej części i niezbyt rozumiem, czemu w ogóle musiało to zająć aż tak wiele stron i to w takiej formie. Gdyby ta książka była głównie z perspektywy Terry, a jeden z plot twistów po prostu nie byłby plot twistem, to miałoby ręce i nogi. W takiej formie mamy za dużo wątków pobocznych, które strasznie mącą i utrudniają odbiór, wydają się zbędne albo niewykorzystane, bo zamiast mieć jakieś znaczenie, po prostu są i znikają. Przez sporą część książki naprawdę nie wiedziałam, o czym ja właściwie czytam, a spójne wydawały się jedynie rozdziały osadzone w Kimerydzie. Te w Europie to była zbieranina jakichś scenek, czasem nawet interesujących, ale często po prostu zbędnych. Wolałabym wywalić kilka scen z Patrickiem i Livią (sorry Pati), a mieć jasno wytłumaczoną sytuację polityczną. Bo to też jest problem, że każda z postaci wspomina coś o dworze cesarza, ale przez większość czasu ciężko w ogóle ogarnąć, co się tam właściwie dzieje, a jednak w perspektywie książki wydaje się to dość istotne. Strasznie mnie to drażniło, że od samego początku rzuca się, że Brytanik i Sin coś tam, a ja zupełnie nie wiem, o co chodzi w tej sytuacji. Dowiedziałam się gdzieś po połowie książki. W takiej formie, pierwsze 250 stron (jak nie więcej) było wyrwane z kontekstu. Mogę się najwyżej domyślać, że autorka nie chciała się zdradzić z kilkoma faktami, ale tak bardzo tego pilnowała, że zrobiła z czytelnika dziecko we mgle. Starczy mi, że nasza sytuacja polityczna to totalny chaos, nie chcę się tak czuć też w trakcie czytania. Przepraszam, ale większość fabuły jest do luftu. Nie można dosłownie wszystkiego trzymać w tajemnicy, bo robi się straszny bałagan i okazuje się, że większość tekstu jest o niczym. Do teraz nie łapię po co w ogóle był wprowadzony wątek z uniwersytetem. Na początku sądziłam, że po prostu książka będzie mocno powiązana ze szkolnymi realiami, skoro praktycznie cały pierwszy rozdział był właśnie o tym. No ale zupełnie tak nie było. Uniwerek był sobie dla bycia. Tak samo turniej. Nawet widziałam, jakie były zamysły dla niektórych wątków, ale odnoszę wrażenie, że w trakcie pisania autorce zmieniły się plany i pourywała to, co nie pasowało do nowego planu.
„Twierdza Tytonu” jest bardzo chaotyczna i osobiście bardzo się zawiodłam po tym, jak zakochałam się w „Twierdzy Kimerydu”. Te książki reprezentują dwa zupełnie inne poziomy. Gdyby „Twierdza Tytonu” była pierwszą częścią, nie skusiłabym się na kolejne. Niestety. W tej sytuacji mam nadzieję, że trzeci tom będzie lepszy. Magda, tak ode mnie z serca – wydaje mi się, że naprawdę chciałaś aż za bardzo. Nie musisz mieć dziesięciu wielkich zwrotów akcji i trzymać wszystkiego w tajemnicy, żeby zaskoczyć czytelnika. Główne bohaterki nie muszą być totalnie silne i niezależne aż do bólu, nawet Capitan Marvel potrzebuje, żeby czasem flerken zeżarł jakichś złodupców. No i darujmy sobie tyle nawiązań do erotyki, bo wychodzi to dość nienaturalnie, jeżeli kogoś szokuje „cipka”, to prawdopodobnie przedwczoraj pierwszy raz zobaczył dział o układzie rozrodczym w podręczniku od biolki. Poza tym błagam Cię, kobieto! Daj mi więcej relacji między postaciami, wiesz, tak jak w pierwszej części! To były chyba najcudowniejsze fragmenty!


Za książkę dziękuję Magdzie Pioruńskiej. Proszę, nie bij, że tyle to trwało! :c
0

środa, 18 września 2019

"Przestańcie, świnie!": Grzesznica, Petra Hammesfahr

Tytuł: Grzesznica
Tytuł oryginału: Die Sünderin
Autor: Petra Hammesfahr
Tłumaczenie: Barbara Tarnas
Data premiery: 31 stycznia 2018 (pierwsze wydanie: 2004)
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 429
Szerokość grzbietu: 2,8cm
Krótka ocena: Sieć kłamstw, a pomiędzy nimi niespodziewane ziarenka prawdy, układające się w niesamowitą (w pewnym stopniu brutalną) historię. Niesamowita, wciągnęła mnie na całą noc.

Czasami wydaje nam się, że nie ma innego wyjścia niż samobójstwo. Życie wydaje się zbyt ciężkie, nic się nie układa, dopada nas depresja. Takie myśli pojawiły się również w głowie Cory Bender. Dwudziestokilkulatka wiodła ustabilizowane, znośne życie u boku miłego mężczyzny i ukochanego synka. Co mogło wskazywać, że i ona rozważa zakończenie swojego istnienia? Kiedy, chcąc spełnić swoje zamiary, udaje się z rodziną na plażę, zamiast - według planu - pójść popływać i ostatecznie pójść na dno, młoda kobieta rzuca się z nożem na nieznajomego mężczyznę, który z przyjaciółmi również wybrał się tego nieszczęsnego popołudnia na plażę. Co skłoniło pozornie spełnioną matkę i żonę do morderstwa? Czy to szaleństwo popchnęło ją do zbrodni? A może prawda jest o wiele bardziej skomplikowana, a kłamstwa czające się na każdym kroku mają w sobie tylko jej drobne skrawki?

Wierzcie lub nie, ale ta książka to jeden z najlepszych przypadków, jaki wydarzył się w moim życiu. Dzięki wypełnieniu jakiejś ankiety na stronie wydawnictwa Znak, dorwałam ją za marne grosze, a kilka dni temu - wiedząc, że czeka mnie kolejka w przychodni - chwyciłam ją i wrzuciłam do torby, bo była akurat jakimś cudem na wierzchu. Przyprawiła mnie o zawroty głowy, małą depresję i pogrzebała moje plany na bycie superdetektywem - nie przewidziałam, jak to wszystko ostatecznie się rozwiąże.

Wciąga od pierwszych stron. Już w pierwszym zdaniu zostaje nam oznajmione, że Cora postanowiła umrzeć. Z każdym kolejnym zdaniem chcemy wiedzieć jedynie więcej i więcej. Akcja rozwija się dość szybko, ale - o dziwo - ładnie trzyma napięcie, nie dając czytelnikowi wielu chwil oddech. Większość książki toczy się wokół wyjaśnienia tego zaskakującego wyskoku - młoda kobieta rzuca się znienacka na nieznajomego mężczyznę. I wbrew oczekiwaniom Cory przesłuchanie ciągnie się długo, a prawda jest z niej stopniowo, powoli wyciągana... ale spokojnie, nie będę Wam tu spojlerować!

Ciekawym zabiegiem jest tu sposób narracji: książka pisana jest narracją trzecioosobową i pierwszoosobową, które dość płynnie przeplatają się w rozdziałach. Tworzy to nieco chaotyczną mieszankę, ale moim zdaniem, pozwala bardziej wczuć się w sytuację Cory. Daje poczucie, jakby weszło się do nie do końca zdrowego umysłu. Wspomnienia są wymieszane z teraźniejszością i zmyślonymi zeznaniami Cory. Daje to niesamowitą mieszankę i daje przysłowiowego kopa, by - nieudolnie! - bawić się w detektywa wraz z policjantem Rudolfem Grovianem (którego, nawet nie wiem kiedy, pokochałam).

I właśnie teraz pozwolę sobie przejść do bohaterów. Skoro dopiero co wspomniałam o Grovianie (zwanym często po prostu szefem), pozwolę sobie na kilka słów uwielbienia. Jeśli w policji pracowaliby tylko równie co on zaangażowani funkcjonariusze, świat stałby się naprawdę piękniejszy. Jego oddanie sprawie, dążenie do odkrycia prawdy i wytrwałość są godne podziwu. Przy tym jest w jakiś sposób ciepłym, przyjemnym mężczyzną i mimowolnie zapałałam do niego ogromną sympatią, mimo że nie od samego początku budził we mnie takie odczucia. Cora z kolei jest jedną z niewielu żeńskich bohaterek, których nie mam ochoty zdzielić przez łeb. Jest interesująca, jej historia pogmatwana, a sama kobieta po ciężkiej szkole życia okazuje się twardą, cwaną babką. Błagam, więcej tak dobrze wykreowanych bohaterek w książkach! Nie wiem, czy tylko ja stale trafiam na takie rozlazłe mumy, czy rzeczywiście w literaturze tak bardzo brakuje tych twardych babek...
Wracając do bohaterów, w Grzesznicy znajdziemy mnóstwo innych pobocznych bohaterów, do których nie mamy nawet za bardzo okazji się przywiązać. I tak na przykład adwokat Cory według mnie mógłby być lepiej nakreślony, trochę mi go tam brakowało. Mamy też kilkoro bohaterów, którzy z pewnością zapadną czytelnikom w pamięć nieco bardziej, ale by uniknąć większych spojlerów, nie będę się o nich rozpisywać. No ale nadal nie mogę przestać myśleć z nutą niechęci o matce Cory i ciepło wspominać Grit Adigar czy marzyć sobie nieśmiało o Johnnym Guitarze...

Bez dwóch zdań, mogę z czystym sumieniem polecić tę książkę - ciekawa, wciągająca historia, tajemnice z przeszłości i niebanalni bohaterowie to coś, czym wyróżnia się Grzesznica. Wy bierzcie się za książkę, a ja tymczasem sprawdzę, że serial - dostępny na Netflixie! - jest równie dobry.
2

wtorek, 30 lipca 2019

Schematy, schematy i schematy: Cień, Adrianne Strickland, Michael Miller


Seria: Kroniki Kaitanu
Tytuł: Cień
Autor: Adrianne Strickland, Michael Miller
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 522
Opis: Qole Uvgamut jest najlepszą poławiaczką cienia na Alaxaku, prymitywnej i biednej planecie na peryferiach. Do załogi statku poławiaczy dołącza ładowniczy Nev. Nikt nie wie, że to dziedzic arystokratycznego rodu, który występuje w przebraniu, aby zdobyć zaufanie Qole. Tajemnica wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy statek zostaje zaatakowany przez niszczyciel. Okazuje się, że nie tylko Nev i jego krewni mają plany wobec młodej Alaxakanki, rywalizujący ród również chce dopaść dziewczynę. Kluczowy jest tutaj cień – substancja, która stanowi niezwykłe źródło energii. Nev, syn głowy rodu, chce skłonić Qole do wzięcia udziału w badaniach nad cieniem. Po wymknięciu się z rąk wroga poławiaczka zgadza się polecieć z Nevem do siedziby jego rodu i poddać się badaniom prowadzonym przez stryja młodego arystokraty. Na miejscu okazuje się jednak, że ród Dracortów nie ma czystych intencji. Nev staje przed wyborem: ocalenie Qole lub lojalność wobec rodziny.
Ocena: 5/10


Można być mądrym człowiekiem, który nie poleci na „książka dla fanów Kapitan Marvel”. Można też być mną. Dzień dobry, tu wasza książkowa Halinka! Moją dzisiejszą wymówką jest: miałam warsztaty łyżwiarskie, cały zwierzyniec na głowie i okazało się, że nadal mam dramę na studiach. Spokojnie, do września nie stać mnie już na żadne łyżwowe czary mary, więc postaram się bardziej ogarniać sytuację tutaj.
Dzisiaj na tapecie ląduje „Cień”. Na początek przyda się wspomnieć, czego się spodziewałam. Po przeczytaniu opisu miałam nadzieję, że trafi się jakiś kosmiczny pierdolnik z odrobiną fantastyki. Wiecie, jakieś zarąbiste, nadnaturalne zdolności, kosmiczne starcia, szalone loty przez galaktykę, a na dokładkę jakieś nadworne intrygi i przepychanki o władzę czy inną potęgę w postaci tytułowego cienia. Liczyłam też, że nikt nie zacznie monologu o tym, że nie lubi piasku i nie został wyniesiony do rangi mistrza. Znając klasykę space oper cieszmy się, że nikt nie umarł ze smutku. Chociaż nie pogardziłabym jakimś ucinaniem nóg i wpadaniem do lawy. Pomijając nową trylogię „Gwiezdnych Wojen”, moje oczekiwania raczej wydawały się adekwatne do opisu i specyfiki gatunku. No i cóż… Nadal – cieszmy się, że nikt nie był chętny do dzielenia się swoimi uczuciami wobec piasku.
Wiadomo, że jeżeli książka zahacza o tematykę YA, musi być romansik. On zawsze będzie się czaił gdzieś tam w rogu i dźgał pod żebra dość oczywistymi wskazówkami. Jak już się człowiek naczyta czegokolwiek kierowanego do nastolatek, potrafi od razu wywęszyć, w jakim kierunku autor chce pchnąć daną relację. Tylko że w „Cieniu” stosowane są te najbardziej oczywiste schematy i zagrania. To są te najbardziej podstawowe rzeczy, których sama kiedyś używałam. Większość społeczności fanfikowej z nich kiedyś korzystała. I jasne, można to napisać w sposób ciekawy, można się tym bawić, można zrobić to w sposób nieszablonowy. Problem leży w tym, że autorzy „Cienia” zatrzymali się na podstawach i ani razu nie wykroczyli poza nie. Zresztą większość tej książki okazała się bardzo schematyczna. Nev i Qole są najbardziej typowymi postaciami, jakie można było stworzyć. Oboje są kosmicznie niesamowici w tym, co robią, rozwalają przeciwników jak leci, czyste ideały bez ani jednej skazy. Przez to są też niesamowicie nudni i ciężko było mi przejąć się ich losem. Tak naprawdę najciekawszymi postaciami okazali się Eton i Basra, oni dwaj przynajmniej mieli jakąś tajemnicę i nie byli przedstawieni jako ktoś totalnie idealny. Jeszcze Arjan się jakoś łapał na ten wózek, ale on wydawał mi się bardzo mocno zepchnięty na boczny tor, miał do odegrania tylko jedną rolę. „Cień” poległ właśnie na postaciach i schematyczności, bo potencjał miał naprawdę niezły.
Ostatecznie fabuła też nie okazała się bardzo porywająca. Tak naprawdę spodobał mi się wszechświat, który został tu wykreowany. Wielki Upadek, te tajemnicze umiejętności wywoływane przez cień i relacje między królewskimi rodami ciągnęły mnie do tej książki. Przez cały czas miałam nadzieję, że autorzy popchną fabułę w tym kierunku. Tak naprawdę pierwsza połowa książki była potwornie przeciągniętą grą wstępną. Miała z dwa jasne punkty, ale naprawdę, te 250 stron, które głównie opierały się na pogaduchach podczas lotu na Luvos, nie było bardzo porywające. Miałam nadzieję, że chociaż potem coś się rozkręci, że zaczną się jakieś pokrętne intrygi na dworze królewskim i tajemnicze badania. Niewiele tego było, za to dostaliśmy kilka rozdziałów o przygotowaniu Qole na bal i samej imprezie. Zaraz potem szybka akcja i odkrycie większości kart.. No i tyle. Do tego rodzinka królewska też okazała się bardzo typowa i schematyczna, a do tego ta typowa, wredna laska, której zależy tylko na jednym. Miałam trochę skojarzeń z „Czerwoną królową”, ale tamta książka o wiele głębiej weszła właśnie w te dworskie intrygi i pozwoliła trochę się zagłębić w nadnaturalne zdolności bohaterów. W „Cieniu” wątek o mocy Qole został potraktowany naprawdę po macoszemu, wykazała się w sumie jedną umiejętnością, a przez większość książki przejawia się to głównie w tym, że oczy jej ciemnieją. Kurde no, szkoda, bo zdolności związane z cieniem wydawały się jednym z ciekawszych elementów tej książki.
„Cień” to takie bardzo przeciętne sci-fi dla młodzieży. Nie trzeba się bać, że nie odnajdzie się w gatunku. Nie pojawiają się tu żadne kosmiczne zawiłości, nie ma naukowego bełkotu. Mogę uwierzyć, że jeżeli ktoś lubi romanse czy jest nieco młodszym czytelnikiem, będzie zadowolony po przeczytaniu „Cienia”. Ja spodziewałam się dużo więcej. Nie mogę powiedzieć, że to był głupi do bólu gniot. To bardzo schematyczny przeciętniak. Ujął mnie pomysłem na świat i ze względu na to czytanie mnie nie męczyło. Ciągle liczyłam, że autorzy zagłębią się w wątki powiązane z Wielkim upadkiem i cieniem, więc czytałam. Jednak to za mało, żeby mnie zadowolić. Mogłabym wyciągnąć kilka innych książek o tej tematyce, które o wiele chętniej bym poleciła, ale próbuję spojrzeć bardziej obiektywnie. Biorąc pod uwagę, że „Cień” totalnie łapie się w tematykę YA, a ja sama w wieku 14 lat leciałam na takie historie – dzieciaki, będziecie zadowolone. No i może przekonacie się do kosmicznych opowieści, one naprawdę nie są tak ciężkie, nie przyprawiają o ból głowy, a odległe galaktyki potrafią być zarąbiście piękne i magiczne!


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Uroboros!

0