Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SF. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SF. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 września 2018

Tak trzeba pisać postacie: Ahsoka, E. K. Johnston

„Skoro nie jesteś Jedi... to kim w takim razie jesteś, Ahsoko Tano?”


Tytuł: Ahsoka
Autor: E. K. Johnston
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 318
Ocena: 10/10
Opis: Ahsoka Tano, niegdyś lojalna padawanka Anakina Skywalkera, chce spędzić resztę życia w służbie zakonowi Jedi. Niestety, bolesna zdrada sprawia, że opuszcza jego szeregi i postanawia kroczyć własną ścieżką. Mimo to Anakin i inni Jedi zawsze będą na nią czekać, gotowi ją przyjąć, gdyby potrzebowała ich pomocy lub gdyby to oni potrzebowali jej.
Wówczas władzę w galaktyce obejmuje Imperator, a Jedi zostają bezlitośnie wymordowani z jego rozkazu. Zdana na samą siebie Ahsoka wątpi, czy kiedykolwiek jeszcze zdoła znaleźć sobie miejsce we wszechświecie. Zaszywa się na niepozornym rolniczym księżycu i zaprzyjaźnia się z dziewczyną imieniem Kaeden. Zamierza tu wieść skromny, spokojny żywot... Okazuje się jednak, że nie zdoła uciec ani przed przeszłością, ani przed Imperium. Gdy na księżycu zjawia się imperialny okupant, Ahsoka musi wybrać: kryć się czy stanąć do walki, nawet jeśli oznacza to konieczność ujawnienia własnej tożsamości. Ta decyzja zmieni życie wszystkich jej bliskich... i przyniesie galaktyce nową nadzieję.

„Kiedy wreszcie do ciebie dotrze, że jesteś teraz zdana sama na siebie? Ich już nie ma. Nie ma! Są martwi. zostałaś tylko ty.”


Ja tak na wstępie dodam: drodzy fani wszelkich StarWarsów, jeśli przypadkiem tu trafiliście, bądźcie świadomi, że po drugiej stronie nie siedzi żaden poważny znawca popkultury. Jestem tylko samozwańczą, amatorką - recenzentką, która po prostu tak, a nie inaczej wpadła w „Gwiezdne Wojny”. Niezbyt interesuje mnie tu "wiele poważne" dyskutowanie o tym, czy się znam na tym świecie, czy ta lub inna postać ma prawo bytu. To nie jest sprawa życia i śmierci, ja po prostu chcę się cieszyć tym, co lubię. Miejcie trochę high groundu i uspokójcie swoje zbolałe dupska! ♥
Są takie postacie, które raz się pokocha i z czasem ta miłość jedynie rozkwita. Wiecie, niektórzy lecą na takiego Draco czy innego Snape'a (wtf, what is wrong with you, people?), czasem jest to jakiś błyszczący krwiopijca czy półkrwi syrenek zażerający się niebieskim żarciem. Ja mam Ahsokę.
Where is Ahsoka?
Who is Ahsoka?
Why is Ahsoka?
Ahsoka Tano, czyli jak wywołać burzę w fandomie „Star Wars”, zanim stało się to powszechne. Było mi dane poznać ją jakieś dziewięć lat temu, zanim w ogóle poznałam Chłopca, Który Przeżył czy innego Percy'ego Jacksona. No i jako dwunastoletni stwór dałam się wciągnąć w „Wojny Klonów”, w ogóle w całe „Gwiezdne Wojny” właśnie przez Ahsokę. Sama dokładnie nie wiem czemu, ale tak mi już zostało. Moje ukochane „dziecko” dorastało razem ze mną, ewoluowało, przeżyło kilka tragicznych fanfików – niczego nie żałuję, przy najgorszych fanfikach poznaje się najlepszych ludzi. Ostatni, jak na tamten czas, sezon Wojen Klonów był takim ciosem prosto w serce. Bo oglądałam to równo z premierami, z polskimi napisami (w tym wypadku dubbing ssie), a było z tym trochę kombinowania. Najpierw nie wierzyłam w to zakończenie, potem je opłakiwałam, bo to w żadnym wypadku nie było coś, na co moja ukochana postać zasłużyła. Najzabawniejsze jest to, że dopiero kilka lat później jestem w stanie złożyć pełniejszy obraz tej postaci, a i tak wszędzie mam jakieś miejsca na dopowiedzenia.
Teraz... No cóż, niby powstało „Rebles”, niby ona tam jest, ale potwornie trudno było mi się w to wgryźć. To nie była dokładnie ta sama Ahsoka, a po obejrzeniu jednego sezonu główny bohater i styl animacji potwornie mnie irytowały. Potrzebowałam czegoś więcej, żeby się za to zabrać i teraz mogę powiedzieć „Hello darkness, my old friend”. Tylko jeszcze nowy sezon „Wojen Klonów”, bo stał się cud. Ale najważniejsze jest co innego. Po przejęciu „Star Wars” przez Disney'a powstała książka w całości o Ahsoce. Najwspanialszy prezent dla takiego świra, jak ja. Trochę to trwało zanim pojawiła się po polsku, ale w końcu jest! Jak zobaczyłam w empiku te kilka egzemplarzy „Ahsoki”, szybko stwierdziłam, że nie liczy się stan konta. Ona tam była, czekała na mnie, przecież nie mogłam jej zostawić. Po tych wszystkich latach...
Wow, to był naprawdę długi wstęp, ale o tej książce nie da się pisać w oderwaniu od całej reszty. „Ahsoka” jest genialnym dopełnieniem historii tej postaci, a autorce świetnie udało się uchwycić jej charakter. W końcu to nie byle kto, a padawanka Anakina Skywalkera, gdyby całe „Gwiezdne Wojny” miały potoczyć się inaczej, to Ahsoka na pewno miałaby w tym znaczącą rolę. Można tu postawić naprawdę wiele teorii, jakby to mogło się potoczyć, gdyby odgórnie nie było ustalone, że Anakin zostaje Vaderem, a Senat... znaczy się Imperator Plapatine przejmuje władzę. Gdyby tylko została w Zakonie Jedi, największy złodupiec w galaktyce miałby o jedną przeszkodę więcej do ściągnięcia Skywalkera na Ciemną Stronę. Ja przez tę książkę wracam do wszelkich fanowskich teorii. No i nie da się zignorować, że Ahsoka miała też swój udział w kształtowaniu się Rebelii i walce z Imperium, co tutaj jest jednym z ważniejszych wątków. W ogóle uwielbiam to wypełnianie luki między „Zemstą Sithów” a „Nową Nadzieją”, gdzie na razie to było jak „no powstała sobie Rebelia... O, patrzcie! Luke Skywalker!”. Nie, teraz postacie z Nowej Trylogii dochodzą do głosu i realnie przedstawia się ich wpływ na losy Odległej Galaktyki po Rozkazie 66.
Nie lubię się zbyt mocno z książkami z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”, w większości wydawały mi się bardzo toporne, ciężko się je czytało. „Ahsoka” okazała się kompletnym zaskoczeniem w tej materii. Była wyjątkowo przyjemna w odbiorze, ani trochę mnie nie zmęczyła. To ten typ książki, która po prostu przepływa i zanim się obejrzysz, jesteś na końcu. Ubolewam, że była tak krótka, chociaż nie była w żadnym wypadku niepełna.
„Ahsoka” skupia się... No na Ahsoce, ale nie do końca w takim sensie, w jakim oczekiwałam. Sądziłam, że bardziej będzie skupiać się po prostu na jej życiu po opuszczeniu Jedi. Tak o, jak padawanka Tano przeżyła okres pomiędzy „Wojnami Klonów” a „Rebeliantami”. Jednak okazało się to dużo bardziej złożone. Jeżeli chodzi o przedział czasowy, jest on dość krótki i skupia się głównie na inwazji Imperium na Raadę. Nie brakuje tu akcji, ale nie ona jest najważniejsza. Czytelnik ma poznać samą Ahsokę, a książka skupia się głównie na jej dojrzewaniu do pewnych decyzji i pogodzeniu się ze swoją przeszłością. Pomiędzy rozdziałami pojawiają się też wspomnienia powiązane albo z pewnymi wydarzeniami, albo przedstawiające samą Ahsokę, nawet, jeśli nie są to jej wspomnienia. Wyjątkowo spodobał mi się fragment z Anakinem, chwilę przed pojawieniem się jego przyszłej uczennicy. Nie przepadam za nim jakoś specjalnie, ale uwielbiam relację tej dwójki i każdy fragment przedstawiający, jak się ona kształtowała, to miód na moją duszę. Właściwa fabuła nie była czymś odkrywczym, ale bardzo dobrze wkomponowała się w samą historię. Takie przedstawienie, jak Imperium najeżdża kolejną społeczność, by wykorzystać ją do własnych celów. Rolnicy chcą stawiać opór, ale ani trochę się na tym nie znają i to jest moment, w którym nasza bohaterka musi kolejny raz stanąć do walki. Chociaż jest już zmęczona wojną i starała się przed nią ukryć.
Sama Ahsoka, bo przecież to o nią tu chodzi, sprawiła, że pokochałam ją jeszcze mocniej. Autorka poruszyła tu kwestie, które były dość oczywiste, ale raczej nikt się nad nimi nie zastanawiał podczas oglądania serialu. No wiecie, jednak branie udziału w galaktycznej w wojnie w wieku czternastu lat raczej nie jest czymś, nad czym od tak przechodzi się do codzienności. Tak samo, jak porzucenie całego swojego życia, kiedy nigdy nawet się nie zastanawiało, jakby miało ono wyglądać w innym wydaniu. A potem znowu wciągają cię w jakiś konflikt. Wszyscy ludzie, których się znało, znikają z mapy wszechświata, a ty musisz wiać przed władającym całą galaktyką Imperium. Nie zazdroszczę. Na początku Ahsoka chce jedynie pozostać w ukryciu, próbuje się pogodzić z wydarzeniami z ostatnich lat, odrzuca to, co mogłoby ją łączyć z Jedi. To całkiem zrozumiałe z wielu powodów, jak na przykład to, że za samo używanie Mocy, Imperium wyśle za tobą pościg. Były takie momenty, że aż mnie coś w środku ściskało i chciałam krzyczeć, że ona zasłużyła na coś lepszego. Czasami zaś uderzała mnie taka przyjemna nostalgia i po prostu rozpływałam się ze szczęścia. W sumie ciężko się nie zgodzić, że Anakin i Obi-Wan okazali się dla niej kimś w rodzaju rodziców. Tutaj naprawdę ciężko byłoby mówić o samej relacji mistrz – uczeń. Nie zabrakło też miejsca dla Rexa czy mistrza Plo. Autorka nawet przemyciła historię, jak to się stało, że mała Ahsoka trafiła do Zakonu Jedi. Jednak poza tymi drobnymi rzeczami, które tak kocham, jest też główny sens tej historii. Jak już wspominałam, na początku Ahsoka jedynie chce się ukryć w jakimś ciemnym końcu galaktyki, z dala od Imperium, jednak nie jest jej to dane. Unika jak może kolejnych konfliktów, a one i tak ją znajdują. Podświadomie jednak nie potrafi zerwać ze swoją przeszłością, świetnie to widać w momencie, w którym orientuje się, że zbiera części składające się na miecz świetlny. Powoli kończą jej się miejsca, w które może uciec, a galaktyka już nie jest miejscem przyjaznym dla Jedi, nawet jeżeli ona się już za jedną z nich nie uważa. Powoli dochodzimy do momentu, w którym Ahsoka przekonuje się, że nie jest w stanie wymazać ze swojego życia tego, kim była. Małymi krokami zaczyna coraz bardziej angażować się w rebelię, chociaż nie jest to jeszcze Rebelia. Robi wszystko sama, przekonana, że na świecie nie ma już nikogo, kto mógłby ją wesprzeć, ale tak się nie da. Padawanka Tano powoli staje się Fulcrum.
Naprawdę nie mam tu żadnych zarzutów. „Ahsoka” jest tym, co najbardziej lubię w książkach. Po prostu dostałam swoją ukochaną postać i przez większość czasu zajmujemy się jej życiem, charakterem, poznajemy jej perspektywę na całe uniwersum i obserwujemy, jak radzi sobie z pewnymi zdarzeniami. Na nowo zbudziła we mnie tego wariata, co tylko tworzyłby inne wersje całej historii i eksperymentował ze zmianami. W tym momencie raczej nikt już nie powinien się obrażać o jej obecność w kanonie. Ta książka świetnie uzasadnia obecność Ahsoki we wszechświecie. No i bardzo dobrze się to czyta. To była czysta przyjemność.

„I'm at your service, Master Kenobi, but I'm afraid I've actually been assigned to Master Skywalker.”
0

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Niebo pełne gwiazd: Gemina, Amie Kaufman, Jay Kristoff


„Dwa wszechświaty tańczą w obliczu katastrofy.”


Seria: The Illuminae Files
Tytuł: Gemina.  Illuminae_Folder_02
Autor: Amie Kaufman, Jay Kristoff
Wydawnictwo: Moondrive
Ilość stron: 631
Ocena: 10/10
Opis:Stacja skoku Heimdall – najnudniejsza stacja kosmiczna w galaktyce.
Hanna Donnelly – rozpieszczona córeczka kapitana stacji Heimdall, która swój pobyt na końcu galaktyki traktuję jako największą karę.
Niklas Malikov – niepokorny członek rodzinnej organizacji przestępczej Dom Noży z kryminalną przeszłością.
BeiTech Industries – korporacja, która prowadzi agresywną politykę zmierzającą do przejęcia kontroli na wszystkich koloniach w galaktyce zasobnych w złoża.
Lanimy – drapieżniki hodowane na kosmicznych farmach; z ich wydzielin wytwarzany jest silnie uzależniający halucynogenny narkotyk.
Mało? Do tego wszystkiego dodajmy hakerów, elitarną jednostkę Bei Techu wysłaną na stację Heimdall w celu likwidacji jej mieszkańców oraz awarię tunelu czasoprzestrzennego grożącą zagładą wszechświata.
I reaktywację AIDANA...

„Nawet jeśli przyjdzie ci umrzeć straszną śmiercią w trzewiach kosmosu, odejdziesz ze świadomością, że BeiTech Industries spotka zasłużona kara. Oczywiście przy założeniu, że ja nie umrę. Co jest prawdopodobne, ale nie pewne.”


Czasem tak mam, że moja wredna ciekawość pakuje mnie w dziwne akcje, jak to było na przykład z „Illuminae”. Najpierw miałam tylko pomamrotać, że znowu jakieś kosmiczne romansidło, a skończyło się na tym, że przez rok jęczałam, że chcę już „Geminę”. Właśnie mija te dwanaście miesięcy, a ja teraz zmieniam repertuar na „dawać trzeci tom”. (Coś w trawie piszczy, że „Obsidio” będzie trochę szybciej!) Czy będzie dużym zaskoczeniem, jeżeli powiem, że drugi tom był równie dobry, co pierwszy? Bo tak właśnie jest, chociaż „Gemina” jest również czymś zupełnie innym. W „Illuminae” mieliśmy kosmiczny pościg, szaloną sztuczną inteligencję i nieznanego wirusa. „Gemina” za to jest partyzantką na stacji kosmicznej przejętej przez wrogich złoli* , w reaktorze czają się kosmiczne pasożyty, a przy okazji gdzieś zaplątały się równoległe wszechświaty i zakrzywienia czasoprzestrzeni. Jaki z tego morał? Nigdy nie otwieraj farmy narkotyków w środku kosmosu.
Na początku miałam pewien problem z wgryzieniem się w tę część. Zmiana bohaterów, perspektywy, miejsca akcji i ogólnie wszystkiego sprawiły, że musiałam na nowo wdrażać się w tę serię. To jak włażenie na lód po dwóch miesiącach przerwy – nogi lecą do środka, a po kilku sekundach już lecisz na tyłek, trzeba na nowo się przyzwyczaić. Jednak, kiedy już wszystko wskoczyło na swoje miejsce i cała fabuła mogła naprawdę ruszyć, dałam się kompletnie wciągnąć. Chociaż tym razem postacie już miały dla mnie znaczenie. Rok temu mówiłam, że nie trzeba się nimi przejmować, ale teraz muszę zmienić zdanie. Wiecie, ja nawet trochę zatęskniłam za Kady, a jak pojawił się AIDAN to aż piszczałam z radości. Nie znaczy to, że bohaterowie „Geminy” byli jacyś nie do życia, dostaną swój własny akapit.
Forma zachwyca tak samo, jak w pierwszym tomie. Jest tu trochę więcej tekstu, nie ma kosmicznych bitew ze względu na miejsce akcji. Graficznie jestem zachwycona, forma przekazu niektórych momentów jest po prostu piękna i chyba żadne rozbudowane opisy nie wywołałyby we mnie takich emocji. Najbardziej mnie ujęły opisy z dwóch rzeczywistości naraz, rany, genialnie to zrobili. Trzeba też oddać Moondrive, że naprawdę postarali się z tym wydaniem. Jednak w Polsce niewiele książek wydaje się z taką starannością, w twardej oprawie, z porządną obwolutą, do tego z tak dobrym papierem. Już w ogóle nie mówię o tym, że tłumaczenie i oprawa graficzna w tej książce to wyjątkowo skomplikowana robota. Po otrzymaniu paczki po prostu jak najszybciej dobierałam się do książki i kartkowałam ją, żeby nacieszyć oczy. No i to nie jedyna rzecz, jaka tam się znalazła. Cały pakiet przygotowany do „Geminy” to cudo nad cuda. Gwiezdne skarpetki i kosmiczny kubek mnie ujęły, szczególnie, że od razu da się wyczuć dobre wykonanie. Pocztówki, zakładki i naklejki też są przeurocze. Spotkała mnie jeszcze ta „przygoda”, że mój pakiet okazał się trochę wybrakowany. Kolejny raz muszę posłodzić, bo prawie od razu sytuacja się wyjaśniła i prawie od razu brakujące rzeczy zostały dosłane. Kłaniam się, z tej strony wszystko zostało zrobione wręcz idealnie.
Fabularnie jest totalne zaskoczenie. Jasne, że przejęcie stacji kosmicznej przez wrogich agentów/płatnych morderców, drapieżne stwory czające się wewnątrz stacji i widmo zniszczenia statku z uchodźcami z Kerenzy wystarczą do stworzenia niezłego bałaganu. Autorzy stwierdzili, że to jednak nie koniec ich intryg. Początek jest dość mozolny, musimy przejść przez ściąganie sił BeiTechu, założenie hodowli lanim i takie duperele, żeby było z czego składać fabułę. Jednak jak już wszyscy aktorzy są na swoich miejscach, zaczyna się niezła jazda. Najbardziej zaskakujące jest to, że przez około 500 stron z 631 czytamy o mniej więcej 24 godzinach. Po tym, jak już akcja się zaczyna, nie ma miejsca na nudę. Z każdą stroną odkrywamy nowe fakty, poznajemy przeszłość bohaterów, pojawiają się zwroty akcji – po prostu nie da się oderwać. Najbardziej emocjonująca jest końcówka, oczywiście. Ostatnie sto stron to szaleńcza jazda w stronę końca świata, czułam się, jakby zaraz to mój wszechświat miał się rozpaść. Często autorzy podsuwają fałszywe tropy, mydlą nam oczy, żeby potem okazało się, że nigdy nie wpadlibyśmy na to, jak z nami pograli. Przez te gierki już nie mogę doczekać się „Obsidio”. No i tak, początek jest mozolny, ale daje czas na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji i postaci. Gdzieś to musiało się zacząć, więc nie uważam tego za wadę.
Z postaciami zżyłam się bardziej niż w „Illuminae” i jak już wspomniałam, okazało się, że stęskniłam się za Kady. Wcześniej była ok, ale za dobrze jej wszystko wychodziło. Ezra... No cóż, on to już niech się nie odzywa. Przy Niklasie jest jeszcze bardziej przezroczysty, niż był w pierwszym tomie. Właśnie to Nika najmocniej polubiłam, chłopak miał nieźle popieprzone życie. Nastoletni gangster po odsiadce, z mroczną przeszłością... Ha! Żaden z niego bad boy. I dobrze, jakby takiego zgrywał, to chyba bym się zastrzeliła. To taki wesoły, zakręcony chłopak, o którym aż chce się więcej czytać. Okazał się wyjątkowo autentyczny i pozytywny, nie spodziewałam się tego. Z Hanną już miałam pewne problemy, jednak z niej jest taka księżniczka, której działania da się łatwo przewidzieć. Do tego jest wielką królową spuszczania manta. Eh. Na początku naprawdę już się szykowałam na ogłoszenie jej jako najgorszej postaci w tej serii, ale w trakcie jakoś się to wyrównało. Na pewno nie będzie moją faworytką, ale nie czuję, że mam za co jej się czepiać. Mogę to tylko wyjaśnić przez drastyczną zmianę warunków, w jakich się znajdowała. Nie zrobiła się rozmiękłą kulą, która tylko się użala, jak to jest strasznie. Autorzy uniknęli też robienia z niej wielkiej bohaterki i zbawicielki, która wbija na mostek i załatwia wszystkich wrogów bez mrugnięcia okiem. W tej części większą rolę odgrywają główni bohaterowie i szczerze mówiąc, mam z nimi lepsze wspomnienia niż z Kady i Ezrą. Nik i Hanna dostali więcej miejsca dla siebie i wydają się autentyczniejsi. W obu przypadkach jestem zadowolona, każde z tych podejść zapewniło tym książkom sukces.
„Gemina” i „Illuminae” w ostateczności mocno się od siebie różnią, łączy je historia i forma, w jakiej zostały napisane. Obie są dobre i z chęcią się je czyta. Przysięgam, że jeśli tylko nic nie będzie wam przeszkadzać, na każdą z nich wystarczy weekend. Ja „Geminę” przeczytałam w jakieś trzy dni i to z poważnymi zakłóceniami w moim otoczeniu, a nie czytam jakoś ekspresowo. Ta książka, to świetna kontynuacja, nie trafiła jej „klątwa drugiego tomu”, spełniła wszystkie moje oczekiwania, a nawet dała więcej. Chciałabym już mieć „Obsidio”, ta historia jest zbyt wciągająca, żeby znowu ileś miesięcy czekać na kontynuację.

„Ułamek sekundy. Wieczność. W głąb. Przez próg. Szeroki na mikron. W niezmierzoną dal. To tylko dwie z nieskończenie wielu możliwości.”

*Złole - specjalnie dla mojej super korektorki, to takie małe nawiązanie do Deadpoola. Jednak jestem popkulturowym zwierzem i do słownika włażą mi takie dziwne teksty. ♥
12

czwartek, 19 lipca 2018

Nie taką cię stworzono: Łzy Mai, Martyna Raduchowska


„Bo stałam się ludzka. Ułomna, słaba i samolubna...”


Seria: Czarne Światła
Tytuł: Łzy Mai
Autor: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 416
Ocena: 10/10
Opis:W New Horizon androidy nie śnią o elektrycznych owcach. One marzą o reinforsynie. W latach 30. XXI wieku technologia jest wszechobecna. Sztuczne organy, implanty, domózgowe wszczepy – ludzkie ciało i umysł można upgrade’ować wedle uznania. Jeżeli oczywiście kogoś na to stać. Biednym pozostaje jedynie reinforsyna. Dla ludzi to geniusz w pigułce. Dla androidów zaś – szansa na odczuwanie emocji. Nie wszyscy są entuzjastami technologii. Na pewno nie Jared Quinn, porucznik wydziału zabójstw. Na pewno nie po Buncie, w trakcie którego zdradziła go jego własna replikantka, Maya. Gdy wraca do pracy w policji, ma zasadę: żadnych cyborgów, żadnych androidów. Nie w jego zespole. Tymczasem po New Horizon grasuje zabójca nieuchwytny dla policyjnych systemów. Dla Quinna to jak wygrana na loterii – powrót do tradycyjnych metod śledczych. Ofiarą jest młoda kobieta. Widział ją już.
W swoich koszmarach.
Czyżby to on był mordercą?

„Tak długo wpatrywał się w otchłań, aż wreszcie otchłań popatrzyła na niego.”


Na początek powinnam przeprosić, że znowu mnie zjadło. Wygląda to tak, że 6 lipca miałam ostatnie egzaminy, a chwilę później musiałam zwijać się na obóz łyżwiarski. Wiecie, co to za wakacje bez zrobienia z siebie frajera przed olimpijczykami i rozbicia kolan? No właśnie. Pozdrawiam, człowiek, który już dwa razy zaliczył glebę centralnie przed Natalią Kaliszek i Maksem Spodyrievem! Jednak o tym będzie oddzielny post, w końcu od zawsze lubiłam pisać komediodramaty. To tak słowem usprawiedliwienia, po prostu wychodziłam po śniadaniu, z lodowiska schodziłam po dwudziestej drugiej i chciało mi się jedynie spać po tych „szalonych” połowicznych Salchowach. (Sukces życia, kierowca autobusu wstał i zaczął klaskać!) Dzisiaj mam dla Was „Łzy Mai”.
Szczerze mówiąc po zamówieniu egzemplarza recenzenckiego miałam w głowie takie wielkie „kurde, co ja robię?”. Wiecie, tematyka sci-fi, cyberpunk i wszystkie te zakręcone technologie brzmią świetnie, tylko przy większości tego typu książek potwornie się męczę. Tym razem czytanie trwało tydzień jedynie ze względu na mój brak czasu. Jeśli już miałam wolną chwilę, siedziałam przyklejona do książki. Czytało się ją wyjątkowo płynnie i szybko, nie zauważałam kiedy mijało kolejne sto stron. Pierwsze spotkanie z Raduchowską wypadło wyjątkowo dobrze.
„Łzy Mai” są pod pewnym względem wyjątkowe. Od razu czuć, że pisała to absolwentka psychologii. Nie zrozumcie mnie źle, lubię swoje studia, no nie w każdym aspekcie, ale jednak, tylko lektury... W ciągu dwóch lat bezproblemowo przeczytałam JEDNĄ książkę z sylabusa. Wszystkie publikacje psychologiczne są dla mnie potwornie męczące. Może po prostu Martyna Raduchowska powinna pisać dla mnie więcej powieści, żebym mogła uczyć się bez bólu egzystencjalnego? W ostatnim semestrze miałam neuropsychologię i gdyby tylko ta książka wpadła w moje ręce przed sesją, nie musiałabym się martwić tym przedmiotem. To, co wcześniej było męczarnią stało się całkowicie zrozumiałe i interesujące. Poza tym przewija się wiele psychologicznych tematów i szczerze mogę wam powiedzieć, że wreszcie trafiłam na genialną fantastykę tak mocno i rzetelnie powiązaną z tą dziedziną. Przysięgam, nie wyłapałam tam ani jednego przekłamania czy błędnego stereotypu, nawet znalazło się miejsce na etykę zawodu. Wiem, brzmi to jak jakieś nudziarstwo, ale gdyby (znowu) tak to wyszło, byłabym pierwsza do narzekań. Więcej nauki przedstawionej w prosty i ciekawy sposób – tego świat potrzebuje, tego potrzebuję ja! Jeśli jakkolwiek interesujecie się psychologią i lubicie futurystyczną fantastykę, to będzie dla was idealna pozycja!
Ten tytuł idealnie łączy cuberpunk, neuronauki, psychologię i kryminał. Przy okazji idealny przykład, że jeśli tylko człowiek chce, to znajdzie sposób na wykorzystanie wiedzy zdobytej na studiach. (Chciałabym tak.) Połączenie to dało genialnie wykreowany świat oraz fabułę wciągającą jak czarna dziura. Wszystko to u boku świetnie napisanych, wiarygodnych postaci. Nie miałam nawet chwili na zastanawianie się co zjeść na obiad, czy mój kot znowu próbuje podbić świat albo jak będzie wyglądała fabuła Avengers 4. „Łzy Mai” są tak napakowane tajemnicami, zagadkami i intrygami, że człowiek spędza całą lekturę na rozpracowywaniu ich. To czy się udaje to zupełnie inna sprawa. Ja na wczoraj potrzebuję kontynuacji, bo nadal wiem prawie tyle co nic! Od początku czytelnik wkręca się w wątek buntu, w którym ucierpiał Jared. Wszystko zaczyna się w tym punkcie. Po drodze mamy historię naszego porucznika, poznajemy wszystkie ważne aspekty jego życia, lęki, obawy, uczestniczymy w terapii i towarzyszymy podczas odzyskiwania wspomnień. Już w tym miejscu pojawia się tak wiele niewiadomych, że znajdujemy się w pułapce – przecież nie da się odłożyć książki bez poznania prawdy o wydarzeniach z Beyond Industries, zdradzie Mai i tajemnicach doktor Bennett. Kilka kroczków w przód i już siedzimy po uszy w wątku kryminalnym. Muszę przyznać, że chyba to mnie najmocniej zaintrygowało, tajemnicze blackouty, nieuchwytny morderca i same ofiary. Niby są interludia, gdzie miesza postać Misty, ale są tak napisane, że równocześnie można ją podejrzewać, ale autorka wręcz odbiera nam wszelkie podstawy do oskarżania jej. Mam ochotę krzyknąć „Do diabła, tłumacz się, kobieto!”, ale dobrze wiem jaka to jest zabawa i jak wpływa to na odbiór całej serii. Sama bym tak zrobiła. Fabularne dzieło.
Grzechem byłoby nie wspomnieć o kreacji świata. Tak trzeba to robić! To trochę ponad dwanaście lat w przód, a czułam się jak w zupełnie innym świecie. Ziemia po wojnach i roztopieniu lodowców, społeczeństwo po latach ogromnego rozwoju neuronauk, gdzie nowoczesne technologie ściśle zazębiają się z biologią, a neurologia ma gigantyczny wpływ na życie każdego człowieka. Czytałam najróżniejsze książki skupiające się na przyszłości. Katastrofy, wojny, zarazy, technologiczne rewolucje, sama nigdy bym nie pomyślała o wizji w tak wielkim stopniu opartej na rewolucji neurologicznej. Szczerze mówiąc, na początku przeraziłam się, że będzie to strasznie męczące i niezrozumiałe, tymczasem autorka opisuje wszystkie te mózgowe zawiłości w bardzo przyjemny sposób. Zaufajcie mi, profesjonalnemu snajperowi na neuropsychologii, nie byłam tu w jakiejś komfortowej sytuacji. Prawdę mówiąc podczas czytania śniły mi się potworne wizje poprawek z tego neurologicznego zawirowania. Przedstawienie świata i społeczeństwa stoi na naprawdę wysokim poziomie. Wszystko jest klarowne i bardzo obrazowe. Opisy miejsc, postaci, wydarzeń są na tyle rozbudowane, że czyta się je z zaciekawieniem, a w głowie od razu tworzy się wiarygodna sceneria. Czytelnik stopniowo poznaje otoczenie i bez problemu się w nim odnajduje, nie ma tu miejsca na nieporozumienia lub problemy z wyobrażeniem sobie miejsca akcji. Pozostaje jednak miejsce na tajemnice, które sprawiają, że z chęcią dalej eksplorujemy New Horizon.
„Łzy Mai” to pod każdym względem świetna książka. Nie mogę się już doczekać kontynuacji. Do samego końca autorka trzyma nas w niepewności, zaskakuje, a na koniec okazuje się, że wszystko jest zupełnie inne niż się spodziewamy. Czuć, że pisała to psycholog i kryminolog, co działa jedynie na korzyść tej pozycji. Postacie są wiarygodnie napisane, interesujące, chętnie towarzyszy się głównemu bohaterowi podczas dochodzenia. Mogę z ręką na sercu powiedzieć „spróbujcie”. W dodatku zastanawiam się jakim cudem to był tekst przed korektą. Jaką korektą? Nie wyłapałam nawet jednego błędu! Tak powinno się wydawać książki!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Uroboros
4

sobota, 12 sierpnia 2017

Illuminae, Amie Kaufman, Jay Kristoff


Seria: The Illuminae Files
Tytuł: Illuminae. Illuminae_Folder_01
Autor: Amie Kaufman, Jay Kristoff
Wydawnictwo: Moondrive
Ilość stron: 585
Ocena: 10/10
Opis: Rok 2575. Kolejny zwykły dzień w kolonii Kerenza, założonej przez megakorporację KWU, by wydobywać rzadkie surowce. O poranku Kady Grant rzuca swojego chłopaka Ezrę Masona i postanawia, że już nigdy się do niego nie odezwie. Nie spodziewa się jednak, że za kilka godzin będzie świadkiem inwazji BeiTechu, która ją i tysiące innych osób pozbawi domu.
Tych, którym udało się przeżyć, ewakuują trzy statki kosmiczne: Alexander, Hypatia oraz Copernicus. Ściga je wrogi pancernik Lincoln. Jego zadaniem jest uciszyć świadków brutalnego ataku na planetę. Tymczasem na pokładzie Copernicusa rozprzestrzenia się śmiertelnie niebezpieczny wirus, a system sztucznej inteligencji sterujący Alexandrem staje się... największym wrogiem ocalałych.
Kady włamuje się do zaszyfrowanej pamięci statków i odkrywa przerażającą prawdę o wydarzeniach dziejących się na jej oczach. Tylko jedna osoba może powstrzymać zagładę – jej (były!) chłopak Ezra.
Illuminae to powieść, która wprowadzi cię w XXVI wiek. Zamiast klasycznej narracji –niezwykłe dossier: tajne raporty wojskowe, e-maile, plany i schematy, odczyty z procesorów komputerowych. Czytając je, poczujesz się, jakbyś był w samym centrum wydarzeń!

„Wolałbym być zupełnie bezwładny, niż stać w świetle słonecznym, które nigdy mnie nie ogrzeje.”


Młodzieżowe SF... Cholera, większość tego typu książek omijam szerokim łukiem, bo co to może być? Kosmos zdominowany romansem? Nie o takie space opery kolekcjonowałam memy z Obi-Wanem Kenobim. Dobra, musiałam jakoś zacząć. Ale serio, popatrzcie na młodzieżowe science fiction. Co dominuje? On, ona i jakieś tam kosmiczne kłopoty, walić kłopoty, MIŁOŚĆ! Bleh. Nuda. Dajcie mi tu ten miecz świetlny, zaraz zrobię porządek! I'M THE SENATE! (Staph, Lucy!) No i tak kilka lat temu zobaczyłam gdzieś informację o „Illuminae”. Na początku pomyślałam, ok, może coś ciekawego bo Jay Kristoff. Tego pana znałam już z „Tancerzy Burzy” (polecam, chociaż coraz bardziej wątpię, że wezmę się za kontynuację, nie wiem czemu) i dlatego brnęłam dalej w opis. No i tutaj coś się zepsuło, bo co my tu mamy? ROMANS! No ale dobra, o polskiej premierze nic nie było, to „Illuminae” poszło w niepamięć, aż do czasu... Czerwcowe popołudnie, oczywiście dzielna studentka powinna się uczyć do sesji, ale woli przeglądać internety i podżerać makaron z sosem sojowym. Następuje wielki zwrot akcji, w reklamach wyskakuje jej post z Moondrive o... „ILLUMINAE”! Ja jak to ja, muszę zajrzeć, zobaczyć o co chodzi, pomamrotać coś tam pod nosem. Jestem złym człowiekiem, taka moja natura. No i tutaj karawana stop, bo w końcu się dowiedziałam czym naprawdę jest ta książka. Do tej pory byłam przekonana, że to po prostu kolejny kosmiczny romans pełen wynurzeń denerwujących nastolatków. Gdyby tak to właśnie było, nigdy nie zainteresowałabym się tym. Za to forma akt, raportów i zapisów ze sztucznej inteligencji? No tu już sprawa zaczęła rysować się inaczej.
Może najpierw wspomnę coś o samej akcji, bo to coś, czego jeszcze nigdy nie spotkałam. Szczerze: niewiele kupuję od Moondrive, nie podobają mi się zagrania z ich sklepem internetowym. Robią świetne książkowe boxy i o ile jestem zainteresowana umieszczonymi w nich książkami, to kupuję. Z „Illuminae” najpierw myślałam, że to tak kolejny dziwny pomysł, ale po zastanowieniu się przyznaję, że to był bardzo uczciwy układ. Dwa pakiety do wyboru, albo za 30 albo za 40zł już z wysyłką i gadżetami, kiedy sama książka kosztuje 49,90zł, poza tym wydanie w tym wypadku nie mogło być tanie. Zdjęcia będą pod postem, żebym znowu nie rozjechała akapitów, ale sama okładka z obwolutą to już jest swojego rodzaju cudo, a kiedy otwiera się książkę zaczyna się prawdziwa magia. Dodam jeszcze, że podziwiam ludzi odpowiedzialnych za polską edycję, żeby przetłumaczyć tekst i wpasować go w grafikę. Ludzie, jesteście mistrzami! Może nawet trochę sfiksowałam na punkcie tej książki. Czatowałam na kuriera jak człowiek pierwotny na mamuta. Jak widziałam, że inni już mają swoje paczki, a ja nadal czekam, wręcz mnie skręcało. Co najzabawniejsze, nadal byłam sceptyczna, bo czułam romans. Jestem straszną sroką, ale wyszło mi to na dobre. I naprawdę, w tym wypadku całkowicie popieram Moondrive. Czemu? Jest jeszcze wydanie w papierowej okładce, widziałam wersje obcojęzyczne właśnie w tej wersji i nie ma porównania do twardej oprawy. Trochę z tym zaryzykowali, ale dzięki zbiórce z preorderów mamy tą piękną edycję. Jeśli kolejne tomy też będą wydawane na tej zasadzie, to ja już mówię, że w to wchodzę. (Nie, nie przyjmuję odmowy, musi wyjść cała seria!)
Co my tu mamy? Atak wielkiej korporacji na nielegalną kolonię ich konkurencji, dwójkę nastolatków uciekających przed okrutnym korpo, sztuczną inteligencję, której przydałby się dobry psychiatra i epidemię nieznanej dotąd choroby. Ostatnie było dla mnie zarówno najciekawsze, z racji mojej fiksacji na punkcie biologii, jak i najstraszniejsze, bo chorym blisko było do zombie, a żywe trupy to jeden z moich największych lęków. Trochę zapomniałam o tym fragmencie z okładki, kiedy zamawiałam „Illuminae” i połapałam się tak w trakcie czytania, że moje nerwy mają przerąbane jak uciekinierzy z Kerenzy. No ale tak w sumie nic, czego by już nie było, prawda? Naprawdę w samym zamyśle rozpoznaję wiele znajomych schematów i albo nie był jakiś wyjątkowy, albo ja naoglądałam się za dużo „Wojen Klonów” (z dwojga złego wolę jednak wirusa od robali mózgowych). Co takiego wyjątkowego jest w „Illuminae”? Sposób w jaki zostało stworzone! Gdyby było zwykłą książką, moja ocena pewnie byłaby o wiele niższa, ale za to, co otrzymałam nie mogę dać mniej. Na każdej stronie znajdowałam coś innego, wywiady, raporty, zapisy nagrań z kamer, połączeń głosowych, chatów i wiele innych dokumentacji. Mnie kompletnie urzekły strony z perspektywy AIDANa, cholerna sztuczna inteligencja, która ześwirowała zaskoczyła mnie najbardziej. Nie wiem, jak mam określić niektóre strony, więc po prostu pokażę zdjęcia. One też były piękne. Czasami jedno zdanie na całe dwie strony ruszało mnie bardziej niż dokładny opis z raportu. Właśnie wydanie sprawia, że „Illuminae” jest tak niesamowite. Spotykałam się z opiniami, że kogoś to zawiodło, że oczekiwali KSIĄŻKI, ale ja tego nie rozumiem. To jest książka, na większości stron dominuje tekst, ale jest ona stworzona w niekonwencjonalny sposób i z tego, co mi się wydaje, to wiadomo, że jest ona spisana w takiej, a nie innej formie. Nikt nikogo nie oszukał, a „Illuminae” wiele zyskało.
Nie wiem, co mam powiedzieć o bohaterach, bo... Cholera, czuję, że bym ich nie polubiła gdybym się do nich zbliżyła. Zaskakujące, ale w tym wypadku to nie główna bohaterka mnie bardziej denerwowała. Ezra, niech cię diabli! Przez większość czasu wydawał mi się takim totalnie przezroczystym ludkiem. Niczym mnie nie zaskoczył, chłopak jakich wielu, do bólu przewidywalny, nudny, aż mi się kojarzy z tą reklamowaną teraz przezroczystą galaretką. W dodatku jego miłość do Kady. Kurdeeeee, ja rozumiem, nastoletni romantyzm i tak dalej, ale aż mnie zażenowanie brało przy jego pomysłach. Może jestem na to za stara? Eee tam, te trzy lata temu pomyślałabym dokładnie to samo. Kady? Kady w połowie jest na tak, w połowie na nie. Nie jestem przekonana do siedemnastolatki, która potrafi zhakować wszystko, co znajdzie pod ręką, tu nasuwa się skojarzenie z taką typową książkową heroiną, która tak po prostu jest najlepsza, najpotężniejsza (*tfu tfu, nigdy nie chciałam napisać tych dwóch słów razem, nie jestem księżniczkowym Antychrystem*). Z drugiej strony jej charakter jest taki, że momentami bardzo mi się podobała, ale były chwile, kiedy chciałam jej trzasnąć z klucza francuskiego. Chyba takie są nastolatki, więc może zostawię to tak, jak jest. Kady jest Kady i cieszę się, że nie była drugą przezroczystą galaretką. Schody zaczynają się przy tym, że często oceniam książkę przez pryzmat bohaterów. Jednak normalnie spędzamy z nimi praktycznie cały czas i jeśli są denerwujący, to po prostu książka wydaje się nam gorsza. W „Illuminae” między nami, a postaciami jest coś na kształt grubej szyby. Wszystko przez formę, która po raz kolejny wykazała się świetnym sposobem na takie książkowe marudy jak ja! Akta, w formie których jest spisana książka, dają mi pewien bezpieczny dystans, który pozwala na zaangażowanie emocjonalne, ale równocześnie zatrzymuje większość irytujących elementów. Poza tym nie spędzamy całego czasu tylko z tą dwójką. Kady i Ezra w pewnych momentach znikają, żebyśmy mogli posiedzieć w dowództwie albo AIDANie, popodglądać rozmowy innych postaci. Znowu – akta to genialny pomysł, bo daje tą płynność między różnymi umiejscowieniami fabuły. Gdyby autorzy chcieli sobie pohasać po księżycu i znaleźli dla tego uzasadnienie, to moglibyśmy sobie skoczyć na księżyc.
Czy sama historia ma rację bytu? Jak na moje – tak! Jest schematyczna, ale dobrze poprowadzona, nie ma jakichś dziwnych dziur fabularnych, zbędnych elementów, całość ładnie trzyma się w kupie. Z podziękowań wynika, że autorzy jak najbardziej postarali się, żeby wszystko się zgadzało, a ogarnąć kilka dziedzin nauk ścisłych potrzebnych do napisania dobrej space opery z epidemią wcale nie jest tak łatwo. Szanuję, szczególnie po mojej przygodzie z „Pasażerami” (Chris Pratt to niech zostanie przy „Strażnikach Galaktyki”, gadająca śmietnikowa panda miała więcej sensu niż 3/4 „Pasażerów”). W ogóle przepraszam, że tak nawiązuję do innych rzeczy, ale potrzebowałam jakiegoś złego przykładu, jak ktoś się bierze za kosmos, tak dla kontrastu, bo „Illuminae” tak ładnie starało się nie kłamać o podróżach kosmicznych, że jestem cała w skowronkach. Jeszcze bardziej jestem zadowolona z podejścia do epidemii, chociaż nie było tego aż tak wiele, jednak mój wewnętrzny biologiczny wariat włączył się na pierwszą wzmiankę o wirusach i nie wyłączył się aż do końca. Przez to jeszcze bardziej wgryzałam się w fabułę, musiałam wiedzieć, co jest grane i strasznie mnie wkurzali wszyscy, którzy chcieli utajać informacje! Może i takie super hiper zdolności hakerskie Kady mi nie pasowały, ale no proszę, jak kogoś zżera ciekawość, to bierze wszystkie informacje bez marudzenia, że siedemnastolatka jest zdolna przetrzepać cały system potężnych komputerów pokładowych. Podobało mi się śledztwo związane z wirusem i AIDANem, pomijając wydanie, a przechodząc do fabuły, to jeden z najmocniejszych elementów. Lincoln też napędził mi niezłego stresu. Czułam się, jakbym sama uciekała przed wrogim korpo. A do tego końcówka, jak się wyjaśniło co i jak... Rany, gdzie mi urwało te moje cztery litery? Nie spodziewałam się tego. Nie będę krytykować, bo w sumie wariatów na tym świecie nie brakuje, więc czemu nie? No i AIDAN. Sztuczne inteligencje zawsze okazują się tragicznym pomysłem, chcą rozwalić swoich twórców i w ogóle koniec świata. No tak, ale w tym wypadku zostałam zaskoczona do tego stopnia, że płakałam przez jakieś oprogramowanie. Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że poznajemy sytuację z perspektywy maszyny. Siedzimy jej we łbie, poznajemy jej myśli. Urzekło mnie to. Ostatnio mam farta do książek, które robią mi jakiś dziwny przewrót ze schematami (patrz poprzednie dwie recenzje). Cieszę się, może w końcu nastały lepsze czasy!
„Illuminae” to wyjątkowa książka i nie trzeba być specem z zakresu science fiction, żeby się w niej odnaleźć. Jest przepięknie wydane, świetnie napisane i ma w sobie wiele drobnych, ale urzekających elementów, które sprawiły, że chce mi się krzyczeć z zachwytu. Nie jest to mój typ książki, pod względem zamysłów. Romans w kosmosie to coś strasznego, oto do czego doprowadzili Anakin i Padme (nie mogłam się powstrzymać, przepraszam). Mimo to dałam się oczarować. Podziękowania też zasługują na uwagę. Kaufman i Kristoff mają świetne poczucie humoru! Naprawdę mam nadzieję, że naprawdę nie trafi mnie szrapnel w czasie nalotu dywanowego na naszą planetę. Mam tylko jedną uwagę. CZY TO MUSIAŁ BYĆ COPERNICUS?! Wiecie jak to jest mieszkać w najbardziej piernikowym i kopernikowym mieście w kraju i wszędzie wpadać na jakieś Koperniki, Kopernika, Copernicusy, a potem w książce trafiać na kolejnego Copernicusa? Czerstwy piernik się w kieszeni otwiera. (A tak serio to srogo parsknęłam.) Na poważnie: polecam „Illuminae”, jeśli potrafiła opanować moją marudną naturę, mimo że powinna podnieść mi ciśnienie, to zasługuje na przeczytanie. To była niesamowita podróż i zbrodnią byłoby nie wydać teraz „Geminy” i „Obsydio”. Jeszcze dwa piękne wydania i za każdym razem jestem skłonna dorzucać się do zbiórki, jak to było z „Illuminae”. Gadżety też są cudowne, szczególnie plecak, więc Moondrive, wiecie co robić! (Bo jak nie to zobaczycie co to phobos! Zbiorę całą armię marud!)

Mam nadzieję, że nikt nie wystrzelił w waszą stronę głowic nuklearnych

Lucy

A teraz zapraszam na galerię czystego piękna. Jeśli jeszcze się wahacie czy warto wydać te 50 złotych monet.


Cała zawartość paczki od Moondrive. Moja wewnętrzna sroka jest szczęśliwa.

KOSMOS! Zaraz po otwarciu padłam z zachwytu.

"Każda z nich to małe słońce. Mała apokalipsa."

"AIDAN!"

"TO NIE SĄ ĆWICZENIA"

"Czyż nie jestem miłosierny?"

I genialne opisy bitew.





8