Ariana | Blogger | X X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaraz to ja stanę się zabójcą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaraz to ja stanę się zabójcą. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lipca 2019

Życie uczuciowe wywern: Królestwo popiołów, Sarah J. Maas



„Narodzi się bezimienny, który zapłaci cenę.”



Seria: Szklany Tron
Tytuł: Królestwo popiołów
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: Część I - 735; Część II - 511
Opis: Ostatnia nadzieja wszystkich, którzy marzą o wolności, tli się na Północy, gdzie Terrasen dzielnie stawia czoła hordom Morath. Tam, gdzie w pierwszej linii szaleje Aedion na czele Zguby. Tam, dokąd zmierzają Aelin, Chaol i Rowan, wiodąc nieoczekiwanych sprzymierzeńców. Tam, dokąd odwraca głowę Manon Czarnodzioba, szykująca plan zjednoczenia wiedźm.
Na mroźnej Północy splotą się nici przeznaczenia. Ale czy pod murami dumnego Orynthu niezwykła intryga Aelin Ashryver Biały Cierń Galathynius znajdzie rozwiązanie?
Czy mimo zimnych wichrów, morza krwi i powszechnego przerażenia zakwitnie miłość i nastanie pokój?
Ocena:

  • Fabuła: 5,5/10  – Sama linia fabularna skupiająca się na walce z Erawanem, Kluczach Wyrda i głównych wątkach całej serii była dobra, ale cała reszta kuleje.
  • Postacie 7,5/10  – To dla Doriana i wiedźm, powinni dostać złotą gwiazdkę!
  • Wykonanie: 4/10  – Zbyt rozwleczone, rozbite, tej książce przydałby się porządny remont.
  • Wydanie 10/10  – Trzeba być szalonym, żeby wydać 1300 stron w miękkiej okładce. Chałwa i chwała za podział tego kloca!
  • Logika i spójność: 5/10  – Mam wrażenie, że Maas trochę zapomniała, jak budowała historię Aelin w poprzednich częściach. Poza tym zaliczyła kilka srogich wpadek i szykujcie się na omówienie spoilerowe, mam dla Was worek złota!
  • Romans: 2/10  – Nie oszukujmy się, Maas ostatnio bardzo zboczyła w tym kierunku. Jednak oparcie życia uczuciowego głównie o podniecanie się sobą nawzajem, strzelanie fochów rodem z romansów na Wattpadzie i kilka słabo napisanych scen erotycznych, to nie to. Poza tym na początku serii autorka prawie wcale nie skupiała uwagi na romansie, za co ją lubiłam. Upsi.
  • Życie uczuciowe wywern: kocham te jaszczury, dajcie im żyć w szczęściu i wąchać kwiatki.


„Bądźcie mostem, bądźcie światłem w czasach, gdy żelazo zacznie się topić, a kwiaty będą rosły na polach zbroczonych krwią.”



Dzień dobry, Internecie. Przeżyłam szósty semestr studiów, mogę Was znowu dręczyć, yay! A jak wracać, to z przytupem. Moi drodzy, dzisiaj na tapecie ląduje długo wyczekiwane zakończenie „Szklanego Tronu”. Pięć lat  spędziłam z tą serią, zdążyłam zmienić szkołę, zdać matury, przeżyć trzy lata studiów i wymyślić sobie zostanie łyżwiarką. To dość długo, a jeszcze kurier zgubił się po drodze aż dwa razy, więc zamiast w kwietniu, dostałam te książki w czerwcu. Pomyślicie: „O rany, pewnie doczekać się nie mogłaś, co? W końcu tak chwaliłaś poprzednią część”. No cóż, zauważyłam, że w pewnym momencie zaczęłam mieć klapki na oczach i z góry uznawałam, że kolejna część tej serii musi być super zajebista, bo to „Szklany Tron”. Niestety, Sarah J. Maas, taki odstęp między obiema częściami dał mi sporo czasu na przemyślenia, zauważenie pewnych rzeczy, a moja przygoda z „Dworem mgieł i furii” dała mi kopa do zwracania uwagi na wiele szczegółów. Także kochani, zapraszam do zabawy, jestem przygotowana jak nigdy!
Do końca liczyłam, że ta książka jednak okaże się dobra, uda jej się złapać za moje serducho i pożegnam się z panią Maas w miarę zadowolona. Naprawdę byłam zakochana w tej serii, ale od pierwszej części wiele się zmieniło i nie wydaje mi się, że na lepsze. Jednak nadal jest taka mała cząstka mnie, która chce myśleć pozytywnie, dlatego zamiast dawać ocenę za całokształt, spróbuję jakoś to porozdzielać. Nie potrafię zebrać do kupy tego, czego tu doświadczyłam, bo były dobre rzeczy, ale były też te tragiczne i nie uważam, żeby ocenienie wszystkiego razem było fair. Przy okazji czaję się też na napisanie jakiegoś spoilerowego omówienia, bo wyłapałam tam kilka kwiatków, które koniecznie chcę obgadać.
Wyobraźcie sobie, że całe „Królestwo popiołów” zajęło około 1300 stron i totalnie popieram decyzję wydawcy o podzieleniu tego na dwie części. Ta pierwsza to i tak wielki kloc, i zwyczajnie okropnie się go czytało, szczególnie, że nie chciałam złamać grzbietu, taki książkowy crossfit. Jednak co najważniejsze – ta książka mogła być o wiele krótsza! Czy jest redaktor na sali? Potrzebujemy tu porządnego ogarnięcia tekstu! Zaufajcie mi, nie dramatyzuję. Tutaj jest wiele do poprawy. Jeżeli chodzi o tę nieszczęsną długość – mamy tu gigantyczny przerost treści. Wiele rozdziałów z pierwszej części mogłoby nie istnieć, nijak nie wpływały na fabułę. Sporo było też treści, które zwyczajnie były zbędne, niektóre rozdziały wystarczyło streścić w kilku akapitach, ale… No właśnie, ale! Wtedy Maas nie upchałaby tam tyle nastolatkowej dramy, związkowych zawirowań i zbędnych opisów interakcji między bohaterami. Wow, powiedziałam to, a ja przecież zawsze doceniam sceny rozmów, ploteczek i przedstawiania relacji między postaciami. Tylko tutaj to polega głównie na rozkminianiu, że „no kocham go/ją, ale bla bla bla”, powtarzaniu po raz dziesiąty, że ktoś na kogoś ma focha, a reszta to zdecydowanie za długie opisy lecenia w ślinę i tragicznie napisanej gry wstępnej. Przysięgam, wolałabym przez resztę życia wysłuchiwać haiku Apolla niż przeczytać kolejną scenę erotyczną czy w ogóle romantyczną, napisaną przez panią Maas. Pozwolę sobie zacytować jeden fragment: 
Rowan wbił się w nią potężnym pchnięciem i jednocześnie wgryzł się w jej szyję. Jęczała z każdym pchnięciem jego bioder. Same rozmiary jego męskości dostarczały jej rozkoszy, którą nie była w stanie się nacieszyć. Przeorała paznokciami jego muskularne plecy. Potem jej dłonie zeszły niżej, by mogła poczuć każde potężne pchnięcie.
Po pierwsze – samo przepisywanie tego dało mi ciarki żenady i w ogóle mam wrażenie, że każda męska postać w tej książce ma te same wymiary i wszyscy uprawiają seks dokładnie w ten sam sposób. Po drugie – te POTĘŻNE pchnięcia skojarzyły mi się z pewnym memem i od tego czasu nie jestem w stanie tego czytać bez podśmiewania się jak debil. Wy już wiecie o co chodzi, pozwólcie, że wstawianie memów zostawię na ten drugi post. Ostatecznie jest jeszcze jeden temat, który sprawia, że cała ta książka mocno się przeciąga. Dobra, to spoiler z „Wieży Świtu”, przynajmniej tak się dowiedziałam na Instagramie, więc nie spalcie mnie żywcem. Otóż jedna z bohaterek zaciążyła. Idealny moment, nie? Mamy tu gigantyczną wojnę z demonicznym królem, dramę z bogami i w ogóle wszyscy umrą. Na pewno czytelnicy będą super wciągnięci ciążowymi perypetami jednej pary. Mam wrażenie, że ten wątek pojawił się tylko w jednym celu: by co chwila mogło paść, że jak to super cudownie, że ktoś będzie miał dziecko i to największy skarb na świecie, sratatata, ewentualnie trzeba wspomnieć, że „Ojezu, w ciąży jesteś, weź odpocznij, uważaj na siebie, to takie trudne, ciężkie, ale z ciebie bohaterka”. Moja mała teoria jest taka, że komuś tu rzuciło się na głowę posiadanie dziecka, jednak nie jest to istotne. Ważne jest to, że ten wątek jest jak pyton znad Wisły  ot, temat byleby zająć kawałek czasu czytelnika, bo a nóż widelec się zainteresuje. Zupełnie niepotrzebne dla fabuły, wprowadzone ot tak, by o tym popisać i nic więcej. No i naprawdę – to najgorszy czas na robienie sobie dziecka. Wiem, życie nie jest idealne, ale autorka ma władzę nad tekstem i zrobiła w tym momencie coś totalnie bezcelowego, a ja czuję, że zmarnowała kawałek mojego czasu. Ostatecznie, nie musiało to być 1300 stron, tu naprawdę było sporo zbędnego materiału do wycięcia. Kolejna drama na bookstagramie, której mogliśmy uniknąć. Gdzie wysłać mój rachunek za popcorn?
Wołałam redaktora, nie? Bo naprawdę problemy tu zaczynają się od samej konstrukcji tekstu. Fabuła tej części jest poszatkowana, nierówna i sama potrafi wybić czytelnika z rytmu. Mamy tu od groma postaci i niezły burdel, ale kawałek tego bajzlu można było ogarnąć. Wiadomo, Aelin porwała Maeve, jej ukochany pantofel leci jej na ratunek, Manon chce zjednoczyć wiedźmy, a Dorian musi odnaleźć ostatni Klucz Wyrda. No ok, to musiało się dziać, ale pojawia się jeszcze jeden element. O tak, kochani, Maas w tym momencie wysłała armię Erawana na Terrasen. Znowu: czy autorka mogłaby przemyśleć swoje decyzje? Tak tylko sugeruję, że to ona tu rządzi, więc mogłaby trochę zapanować nad tym wszystkim. Nasz główny złol poza podbijaniem kontynentu miał też inne zajęcia, jak na przykład te cholerne Klucze Wyrda. Zresztą już w „Imperium Burz” miał zarąbistą armię i mógł sobie rozwalić królestwo naszej heroiny. Chociaż o samym Erawanie będzie dalej. Prawda jest taka, że Maas mogła odwlec atak na Terrasen, żeby nie ciągnął się przez większość tej książki. Jednak zrobiła, jak zrobiła i strasznie to rozbiło konstrukcję „Królestwa popiołów”. Mi to wręcz na nerwy działało, bo z jednej strony ciągnie nam się ta bitwa i do pewnego momentu naprawdę była ona emocjonująca, ale co chwila przerywały ją rozdziały skupiające się na Aelin i Dorianie. To okropnie przeszkadza, nie pozwala się na niczym skupić. Najbardziej irytujące były momenty, kiedy już zaczynałam się przejmować, w pewnym momencie wręcz się popłakałam, a w kolejnym rozdziale… O tak, przechodzimy do tej reszty fabuły i mamy grę wstępną między jakąś parką. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! To naprawdę powinno zostać odesłane do poprawek. Do tego te początkowe rozdziały z Terrasenu mogły być streszczone, bo nic nie wnosiły, poza tym że Aedion miał focha na Lysandrę a ludzie wierni Aelin mieli spinę z starymi lordami, co wiemy już z „Imperium burz”. Konstrukcja tej książki po prostu mi się nie klei i potwornie wpłynęła na jej odbiór. Kojarzy mi się z tym, jak Maas dała Feyre wszystkie możliwe opcje, chyba po prostu nie mogła się zdecydować, co robić i ogarnąć priorytetów, więc wyszło, co wyszło.
Najbardziej dobija mnie to, że już mam wrażenie, że nieźle się pastwię nad tą książką, a z tyłu głowy mam to poczucie, że przez kilka lat naprawdę kochałam tę serię. Zaufajcie mi, wyciągałam z niej tyle dobrego, ile potrafiłam. Momentami nawet czułam, że dany fragment był napisany tak, jakby to była któraś z trzech pierwszych części. Raz się rozkleiłam i przyznaję, że moje serce nadal należy do Trzynastki, kocham te wiedźmy, były jedną z najlepszych rzeczy w „Królestwie popiołów”. Cały ich wątek, poza romansem Manon i Doriana, był świetny. Nawet doceniłam romans, ludzie! Życie uczuciowe wywern okazało się wyjątkowo porywające! Tajemnicą też nie jest, że kocham Doriana, upatrzyłam go sobie już w „Szklanym Tronie” – magiczny chłopiec z życiową dramą to coś, na co zawsze się złapię. Naprawdę, bez tego romansowania z Manon, jego wątek był świetny. Szkoda tylko, że wszystko musiało skończyć się na Terrasenie, bo chciałabym, żeby Maas pokazała, co się stało z życiem innych postaci. Chociaż nadal lepsze to, niż sequel. Nie dręczmy już tej serii. I naprawdę przyznaję, dałam się złapać nostalgii. Momenty, w których pojawiało się więcej magii, mistycyzmu i nawiązań do tych pogmatwanych tajemnic z przeszłości Erilei były naprawdę wciągające.
Co ja mogę powiedzieć o fabule? Naprawdę potrzebowałaby ona wielkiego remontu, bo jest porozciągana na wszelkie możliwe strony, a jej konstrukcja praktycznie nie istnieje. Jednak, jeżeli wywali się wszystko to, co tak niemożliwie przeciąga całą książkę i spróbuje się spojrzeć na każdy z trzech głównych wątków oddzielnie, to mogło wyjść z tego coś dobrego. Maas naprodukowała tu postaci, każdej chciała dać oddzielne zadanie i to jest największą tragedią „Królestwa popiołów”. Nadal widzę tu potencjał, ale autorka chciała zbyt wiele. Jeżeli najpierw fabuła skupiłaby się na odbiciu Aelin, zjednoczeniu wiedźm i Kluczach Wyrda, a potem dopiero przeszłoby to w ostateczną bitwę, miałoby to ręce i nogi. W takiej formie, jaką otrzymaliśmy, każdy wątek walczy o uwagę z pozostałymi i ciężko wkręcić się w tę książkę tak na poważnie. Poza tym rodzi się wiele nieścisłości. Mam wrażenie, że Maas zapomniała opisać jeden z wątków i wcisnęła go na sam koniec, co przy okazji sprawiło, że Aelin z lekka wychodzi na dzbana, niepotrzebnie poświęciła część wojska. Z tą sceną mam konkretny problem, ale dzisiaj jest bez spoilerów, zainteresowanych zapraszam na kolejny post.
tej książce kuleje sporo rzeczy. Kolejny problem – przez te 1300 stron, większość rozdziałów jest napisana tak podniosłym tonem, jakby właśnie rozgrywała się ta ostateczna walka, gdzie mamy wszystko albo nic. To powinno być zarezerwowane na naprawdę ważne momenty, a zostało mocno nadużyte. Przez to miałam po prostu dość i nie potrafiłam poczuć tej książki. Od pewnego progu, po prostu przestałam to czuć. Mam wrażenie, że powstała tu klątwa ostatniego tomu, autorka za bardzo poczuła się do zrobienia tego na jakimś super zajebistym poziomie i mocno przesadziła. Do tego doszło jeszcze nadużywanie pewnych zwrotów i pełnych nazwisk. Naprawdę, jeszcze raz zobaczę „Nazywała się tak i tak” albo jakieś inne „Nie będzie się bać”, a oszaleję. „Królestwo popiołów” mogłabym porównać do baroku – to gigantyczna przesada.
Muszę jeszcze zająć się postaciami, bo tutaj też wyczyniają się wielkie cyrki. Większe niż ego samej Aelin. Zaczynając od naszej głównej bohaterki – w tej części jest ona bardzo niespójną postacią i to nawet nie do końca jej wina. Maas najpierw pisze o niej jedno, a za ileś rozdziałów robi coś dokładnie odwrotnego. Było to strasznie zamotane, ale jedna rzecz gryzie mnie w tym najmocniej – stosunek Aelin do Terrasenu. Z poprzednich części zrozumiałam, że po tym, co wydarzyło się w jej dzieciństwie, ona wyparła z siebie fakt bycia następczynią tronu. Dziewczyna tylko cudem się wyratowała z totalnej masakry i oddaję jej to, że wiele przeszła. W „Dziedzictwie Ognia” odnosiłam wrażenie, że była zupełnie odcięta od swojej przeszłości i do tej pory ten temat był dość klarowny – nie winimy Aelin za to, że wszystko się posypało, bo była dzieciakiem i przeżyła niezłą traumę, ona też jest tego świadomaWydawało mi się, że na tym polegał cały jej wątek w trzecim tomie, miała zaakceptować te wydarzenia i swoje pochodzenie. Jednak „Królestwo popiołów” traktuje to wręcz jak zmazę na jej honorze, a sama Aelin wiecznie dręczy się jakimś wielkim długiem wobec Terrasenu, jakby wszystko było jej winą. Nie, nie, nie! Mogę jej nie lubić jako postaci, ale damn, nie! Dzieciak lat 10 po takich wydarzeniach musiał mieć nieźle namieszane w głowie, a ona od razu została wciągnięta do gildii zabójców, która gromadziła niezłych popaprańców, stamtąd później trafiła prosto do niewoli. Tu nie ma żadnej winy i żadnego długu, nie chcę nawet o tym słuchać! Reszta – niech jej będzie, ale sama Aelin jest postacią mocno przesadzoną, nic nowego. Poza tym odniosłam wrażenie, że nie znam postaci, o których czytam. Większość z nich wydawała się obca, nie pasowali mi do tych osób, które zapamiętałam z poprzednich tomów. Większość z nich zachowywała się jak niedojrzałe dzieciaki. Aedion i Lysnadra zajmowali się głównie dramą między nimi, Elide i Lorcan tak samo, miałam tego serdecznie dość. Wiecznie tylko fochy, fukanie na siebie, a potem przemyślenia w stylu „kocham, NO ALE”. To jest ostatnia część serii, którą pokochałam za bycie interesującą fantastyką, nie przyszłam tu dla dram w związkach. Nasi wojownicy fae, którzy mają kilkaset lat też zachowują się jak dzieciaki. Miałam wrażenie, że ledwo odkryli swoje moce i słabo je kontrolują, bo większość ich emocji była przedstawiona za pomocą jakiegoś przejawu ich magii. Kiepsko to wypadło. No a Rowan jest wielkim pantoflem, który stracił większość charakteru na rzecz uwielbiania Aelin. Jeszcze Dorian i wiedźmy jako tako się trzymali, o tym już pisałam. Szczerze kocham Trzynastkę i trzymałam kciuki za ich sprawę do samego końca. A nasz młody król, jako jeden z niewielu tu zebranych, potrafił się rozliczyć ze swoją przeszłością we w miarę spójny sposób. Mamy jeszcze nasz zły duet: Maeve i Erawan. Mogli być interesujący, ta pierwsza nawet miała takie przebłyski, że angażowałam się w jej historię, ale okazała się kolejnym zawodem. Do teraz nie bardzo łapię, czego ona chciała od życia i po co w ogóle się wmieszała w tę dramę, raz mówiła „A”, raz „B” i Maas nie określiła co dokładnie ją motywowało. Za to Erawan to w ogóle zmarnowany potencjał. Kojarzy mi się z Voldemortem – seria potrzebowała głównego złego, to dostała. Tylko jego motywacje są takie jakieś nieokreślone, niby czegoś tam chce, ale nie wchodzimy w to głębiej, ma być po prostu zły i straszny. Nie wiem, co więcej mogłabym napisać. Po poprzednich tomach potrafiłam się rozwodzić nad każdą postacią do bólu, a „Królestwo popiołów” postawiło między mną a nimi grubą ścianę. Nie ujęli mnie jakoś mocno, poza jedną czy dwiema scenami. Do tego Maas naprawdę jest przewidywalna i po tych wszystkich latach, kiedy co chwila martwiłam się, że kogoś mi zamorduje, nie zrobiła prawie nic, co by mnie mocno poruszyło. Jest dosłownie jeden wyjątek i to wszystko, reszta losów bohaterów okazała się bardzo przewidywalna.
Zawiodłam się tak potężnie jak Rowan pchał Aelin. Mam jeszcze kilka elementów, których chcę się przyczepić, ale naprawdę wolałabym nie zostać zjedzoną za spoilery. „Królestwo popiołów” miało kilka przyjemnych czy przejmujących momentów, ale mocno ucierpiało na tym, jak zostało przeciągnięte. Wiele rzeczy byłoby w nim do poprawy, a sama Maas za mocno poczuła się do pisania wielkiego zakończenia, więc mamy tu przesyt zarówno w formie jak i treści. Mocno stęskniłam się za tym, jak ta seria wyglądała na początku, kiedy kochałam wszystkie postacie i przeżywałam z nimi każdą dramę. Te dobre momenty nadal powstrzymują mnie przed ocenianiem „Królestwa popiołów” jednoznacznie negatywnie. Podchodziłam do tej książki głównie z myślą, że chcę poznać zakończenie całej historii. Jeżeli polubiliście poprzednie części, to i tak przeczytacie ten tom. Pozwólcie sobie zakończyć tę historię, chociażby dla wiedźm i Doriana, oni na to zasługują. Osobiście kończę przygodę z książkami pani Maas, chcę pamiętać te dobre rzeczy. Muszę jeszcze do końca przegadać moje problemy z tą częścią, zrobiłam naprawdę piękne notatki. Może gdybym miała w tej chwili te 16 lat, byłabym zadowolona, może gdybym nie przerobiła wcześniej wielu innych książek z tego gatunku, może gdybym sama od iluś lat nie bawiła się w pisanie… Poprzednie części były lepsze, a nie chcę tą recenzją skreślać całej serii. Także moi kochani, decydujcie, czy jesteście na to gotowi. Osobiście twierdzę, że po przeczytaniu pięciu poprzednich części, ciężko jest nie złapać też za tą. Poza tym, hej, ja się świetnie bawiłam urządzając pojedynek między sympatią do tej serii, a rzeczywistością.


Bardzo dziękuję wydawnictwu Uroboros za możliwość przeczytania "Królestwa popiołów", za przesłanie ebooka, kiedy kurier nie potrafił do mnie dotrzeć, a w ogóle to osoba prowadząca waszą stronę na Facebooku to bohater. Serio, odpowiadać na te wszystkie komentarze obrażonych fanów z takim spokojem – chcę wiedzieć u którego Jedi się szkoliłeś!

3

sobota, 1 września 2018

Zupa Zła #2 - Dlaczego fani Shadowhunters powinni zostać odcięci od Internetu.

Kreditsy za przepiękną grafikę wędrują do @Silverydragonfly



Wiecie co? Czasami myślę, że trafiłam już na szczyt ludzkiej głupoty, ale wtedy odpalam Internet i rzeczywistość bardzo boleśnie pokazuje mi, że się myliłam. Tak też się stało, kiedy na początku czerwca ogłoszono anulowanie „Shadowhunters”. O samym serialu wypowiem się oddzielnie. Czemu? Bo z połączenia tych dwóch postów powstałaby powieść, poza tym chcę spokojnie powtórzyć wszystkie sezony. Jak możecie się domyślić, sam tytuł lubię, ale za nim stoją fani. Dzisiaj będę wredna, pozwolę mojemu pierdolcowi wyjść na wierzch, nie uwzględniam żadnej cenzury. Pozwolę sobie zacytować słynne powiedzenie: to jest, kurwa, dramat!
Nawet nie wiem od czego zacząć. Ci ludzie zatruwają mi mózg od 2016 roku. Od dwóch lat nie potrafię przeglądać Tumblra czy Instagrama w poszukiwaniu czegoś z moimi ulubionymi postaciami. Oni tam są, tłamszą wszelkie szczęście płynące z ładnych fanartów czy fanowskich pomysłów. Muszą w każdym możliwym miejscu zasiać tą swoją truciznę i na potęgę hejtować. Przysięgam, fani książek, którym nie podoba się serial to pikuś przy fanatykach serialu. Bo to fanatycy, fani nie są tak przeżarci nienawiścią. Może najpierw przejdę do końca.
5 czerwiec 2018 roku pańskiego, do sieci trafia wiadomość o anulowaniu „Shadowhunters”. Pozostało jeszcze dziesięć odcinków – druga połowa trzeciego sezonu. Razem z tą informacją podane jest jeszcze coś – zostanie nakręcony dwugodzinny finał, który pozwoli na zamknięcie historii. Twórcy chcą negocjować kolejne produkcje z tego świata. Na chwilę obecną, po pierwszej połowie ostatniego sezonu, jesteśmy pomiędzy „Miastem upadłych aniołów”, a „Miastem zagubionych dusz”. Z tego, co widziałam, tytuły odcinków drugiej połowy nawiązywały do dwóch ostatnich tomów książek. Dodajmy do tego dwie godziny – według mnie sprawnie się wyrobią z zamknięciem wątków. Mają mniej więcej tyle czasu, co przeciętny film z uniwersum Marvela. Sprawdziłam, Infinity War, które wywróciło wszystko do góry nogami, trwało dwie i pół godziny. Tak z napisami końcowymi, które nie były krótkie – siedziałam do końca, po tym filmie naprawdę ciężko było wrócić do życia. Według mnie „Shadowhunters” znalazło się w bardzo dobrym położeniu, patrząc na całą sytuację. Ostatnio naprawdę wiele seriali zostało anulowanych, nieliczne ktoś odkupił, większość została urwana i już. Wyobrażacie sobie jak to jest zostać bez kontynuacji? Pewnie wielu z nas tego kiedyś doświadczyło, śmiało mogę powiedzieć, że gdyby pewne tytuły otrzymały tyle dodatkowego czasu na zakończenie byłabym wyjątkowo szczęśliwa. Z resztą po latach Disney postanowił wznowić „The clone wars” i jeszcze nigdy nie widziałam tyle radości, sama po miesiącu od tej wiadomości nadal prawie płaczę ze szczęścia. Wiecie, co tymczasem robią fanatycy serialu?
Chwilę po ogłoszeniu anulowania powstał hashtag #saveshadowhunters. Zaczęło się niewinnie. Wiadomo, że fani zawsze chcą ratować swój serial. Tylko czemu chcę powiedzieć, że to jak jedno niewinne zachorowanie na chwilę przed wybuchem epidemii? No właśnie, po dwóch dniach byłam już przeciążona tą histerią i hipokryzją. Ludziom naprawdę odwaliło. Zaczęło się pisania „Jakim prawem oni zdejmują TAK WARTOŚCIOWY serial?”, „Ja bez tego serialu się zabiję, umrę, zdechnę!”, „Ten serial ratuje życia!”. Przepraszam, co? Po pierwsze to młodzieżowy serial, nie jest jakimś wielkim dziełem, służy głównie rozrywce (bo oglądanie swoich ulubionych postaci to rozrywka, nie życiowy cel). Ratuje życia? Ok, to można zamknąć szpitale. No i pomyślcie jak czuli się twórcy czytając te wszystkie teksty, że ktoś bez serialu się zabije. Naprawdę współczułam aktorom, dla których to też był wielki szok. Ludzie potrafili im kulturalnie podziękować za te 55 odcinków, ale pomiędzy tym znalazło się milion takich wylewów histerii. W ich położeniu to musiało być straszne. Wspomniałam też o hipokryzji, bo ta wylewała się zewsząd. Sama widziałam, jak ludzie, którzy nigdy nie obejrzeli tego serialu legalnie wypisywali do Netflixa, że ma koniecznie ratować ten serial. Tak, wiem, że te konkretnie osoby oglądały na CDA – mam nadzieję, że to czytacie, powinniście czuć się winni. Otóż do oglądalności danego tytułu liczy się tylko LEGALNA oglądalność. Od dawna było wiadomo, że serial w Polsce jest udostępniany poprzez Netflix, w takim razie żadna inna platforma nie może mieć do niego praw. Wiecie co wpływa na decyzje o kontynuacjach seriali? Oglądalność. Bo to oznacza też jak serial zarabia. Powinien zarabiać, wypłaty całej ekipy od statystów, reżyserów, scenarzystów, aż po tak uwielbianych przez wszystkich aktorów nie biorą się znikąd. Trzeba przy tym sporo włożyć w obróbkę materiału, dekoracje, stroje, charakteryzacje, muzykę i wiele innych dupereli. „Shadowhunters” padło właśnie przez pieniądze. Nie chciano już finansować serialu – najwyraźniej niższa oglądalność sprawiła, że zyski nie były odpowiednio wysokie. Pozwólcie, że zwrócę się do tych, którym szkoda wydać 13 polskich złotych na Netflix.* Jesteście z siebie dumni? Gdybyście wszyscy byli uczciwi, serial mógłby mieć szansę. Nie piszcie mi tutaj „tak nie zbawisz świata”, „moralistka się znalazła”. Gdzieś to mam, oglądajcie sobie gdzie chcecie, ale to wam odbiera prawo do wymagania czegokolwiek od twórców i sponsorów serialu. Możecie ryczeć przez rok, pochlastać się, błagać na kolanach – jesteście hipokrytami, okradacie aktorów, których podobno tak mocno kochacie. Równocześnie pragnę zapewnić, że znam też osoby, które nie oglądały tego legalnie, ale same mi przyznały, że nie chcą kręcić o to dramy, nie wykazują się roszczeniową postawą. Nie przyjdę nikomu do domu, nie zmuszę do płacenia, ale będę oceniać reakcje.
Mija trochę czasu i co się dzieje? Nie, sytuacja ani trochę się nie uspokaja, fanatycy robią się agresywni, w głowach im się miesza. To naprawdę zaczyna wyglądać na jakąś wyjątkowo złośliwą zarazę. Czas na teorie spiskowe. Szybko ładne prośby o danie szansy serialowi zmieniły się w agresywne komentowanie każdej wzmianki o Freeform i wszystkich postów na oficjalnym instagramie serialu. Tu ciężko mówić o jakiejkolwiek krytyce, ci ludzie po prostu rzucali gównem i wieszali psy na każdym, kogo podejrzewali o jakikolwiek udział w tej jakże tragicznej decyzji. Przykro to mówić, ale to nie był pierwszy raz, kiedy pokazali się od tej strony. Powstały jakieś chore teorie o tym, że Freeform sabotowało „Shadowhunters”. Rozumiecie? Stacja sabotuje swój własny serial! W momencie zamawiania 3 sezonu wierzyli w tą produkcję, ale tak z nudów postanowili ją uśmiercić. Przecież to nie oznaczało strat, nikt się nie domyślił, że zbiorą krytykę, przecież stacją zarządzają kretyni! Tak to się ciągnie już od lipca, a z dnia na dzień ich wymysły są coraz bardziej dziecinne, nie zatrzymuje się to w miejscu – wzięli się za przywalanie się do innych produkcji tej stacji! Najlepsze i tak przeczytałam całkiem niedawno. Jak stoicie to usiądźcie. Uznali, że to Cassandra Clare, autorka książek postanowiła zniszczyć serial! To ona się przyłożyła do decyzji o anulowaniu! Cholera wie jak, bo od dawna odcina się od tej produkcji. Nieważne, to zła wiedźma, pewnie odpowiedniej osobie mózg wyprała, żeby anulowali! Latający Potworze Spaghetti, spraw, żeby tym ludziom już nigdy nie zasmakował makaron!
Mam nadzieję, że dobrze się bawicie, bo to nie jest koniec! Wspominałam już, że ci ludzie od początku byli okropni. Oczywiście, nie ma po co przejmować się tym, co inni sądzą o twoich ulubionych książkach. Nie będę płakać po nocach, bo krytykują Clare. Tylko cholernie nie lubię bezsensownego wylewania szamba, zmyślania powodów do nienawiści, plucia na coś, czego się nie zna i hipokryzji. Tak wygląda ten fandom. Nie mówię, że fani książek są święci, z nimi też przez pewien czas miałam kosę – trzeba rozumieć, że serial to adaptacja, a nie ekranizacja. Tylko, że od dawna nie widziałam ich ataków na serial. Krytykę tak, może nie zgadzałam się z nią, ale to była jedynie krytyka. Fanatycy „Shadowhunters” to zupełnie inna skala. Przeżarli się przez wszystko, co kochałam w tym fandomie i wszędzie wylali swoją nienawiść.
Na początek mój ulubiony „argument” przeciwko książkowej serii. „Alec jest bifobem.” Uwaga, będą spoilery! Jeżeli jeszcze nie znacie tomów od 4 do 6 i nie zgadzacie się z powyższą tezą, omińcie ten akapit. Tutaj padają zawsze dwa „dowody”. Po pierwsze: Alec robił Magnusowi wyrzuty, że ten umawiał się z kobietami. Po drugie: w 5 tomie Magnus mówi, że jest „nieskrępowanym biseksualistą”, a Alec prosi, żeby nie powtarzał tego przy jego rodzicach. Czujecie już ten bullshit? Pozwolę tu sobie na małą analizę postaci Aleca i jego związku z Magnusem – zawsze kochałam to robić. Powinno się zacząć od tego, jak wyglądało życie Aleca. Od zawsze był przytłoczony oczekiwaniami ze strony rodziców, chciał, żeby byli z niego dumni, jednak przez cały czas czuł, że nie jest wystarczająco dobry. Chłopak stał w cieniu rodzeństwa, przez 18 lat swojego życia nie zabił ani jednego demona, brakowało mu pewności siebie, w kilku miejscach pada nawet, że jak najmocniej się starał, żeby nikt go nie zauważał. Rodzice, jak zresztą większość ich społeczeństwa była kompletnie homofobiczna – jeżeli pojawiała się taka sprawa to albo aranżowano ślub, albo człowiek znikał. Jakby tego było mało, dość długo wzdychał do swojego parabatai, co nawet w relacji hetero było czymś złym, wstrętnym i oznaczało ostateczne potępienie, wykluczenie ze społeczności, odebranie znaków i końcem jedynego życia, jakie znał. Mogę powiedzieć, że Alec naprawdę wiele zniósł. Miał pełne prawo czuć się zagrożony. Czym? Otóż Alec nie robił Magnusowi wyrzutów o związki z kobietami. Był zazdrosny, o wszystkich, idealnie przedstawia to sytuacja z Camille i z Woosley'em. Nie było różnicy czy to kobieta czy mężczyzna. Nie był idealny. Nikt nie jest, a idealne związki nie powstają od razu. Nie będę tu mówić, że jest niewinny. Obaj są winni. Magnus w tamtym momencie nie zrobił absolutnie nic, żeby załagodzić sytuację. Zbywał Aleca, nie traktował poważnie jego obaw i niepewności, nie chciał z nim rozmawiać na te tematy – to już nawet nie chodziło o związki, w ogóle nie chciał się dzielić swoją przeszłością. Moglibyście być w związku z kimś, kto wie o was wszystko, a o sobie nie mówi nic i jedynie was zbywa? To właśnie tutaj zawiniło, nie rzekoma bifobia Aleca. Potem ich związek dojrzewa, w „Mieście niebiańskiego ognia” uznają, że muszą razem popracować nad związkiem i sobą, w kolejnych książkach widać, że naprawdę wzięli to sobie do serca. Bo są tylko ludźmi, oboje mają uczucia i problemy. Doceniam to, nie potrzeba mi kolejnych idealnych książkowych par, potrzeba mi realności. A ten dialog, czyli powód numer dwa? Proszę was. Konserwatywni rodzice, którzy ledwo znoszą ten związek – to jest powód, dla którego Alec to powiedział. Nie chciał pogarszać sytuacji, a mogę się też domyślić, że Magnus to nie idiota i wiedział o co chodzi. Jednak fanatycy tego nie rozumieją. Dla nich ma być idealnie, a jeśli masz jakieś wady, obrażasz całe środowisko LGBT, pewnie jesteś seksistą i rasistą. Pamiętajcie, przeginanie w żadną stronę jest złe. To nie jest walka o tolerancję, to jest po prostu chore i niczym nie różni się od ataków na mniejszości. Ci ludzie oczekują, że Alec będzie tylko uszczęśliwiać Magnusa, wiecznie mu powtarzać, że jest cudowny i idealny, nie traktują go jak człowieka tylko jak kukłę na ich usługach. Stąd też pochodzi większość hejtu na książki.
Wiele nienawiści jest też kierowane w stronę autorki. Przysięgam wam, nie szukam tego typu rzeczy, po prostu muszą wszędzie dorzucić ten dopisek, że Cassandra Clare jest źródłem wszelkiego zła. Nie powiem czy autorka jest idealna, kocham książki nie ich autorów. Tylko, że widząc jak ta serialowa strona fandomu ją traktuje, nóż się w kieszeni otwiera. Od ponad dwóch lat po internecie latają najróżniejsze teksty mające przedstawić jak oni jej nienawidzą. Czasami mam wrażenie, że urządzili zawody w udowadnianiu kto bardziej zgnoi tą kobietę. „Tak nienawidzę ludzi w mojej szkole, że jutro zacznę im czytać Dary Anioła przez megafon. Niech to gówno się na coś przyda.” I co? Mam zacząć klaskać? To kolejny przykład hipokryzji, ci sami ludzie kreują się na największych przyjaciół każdej mniejszości. W jednym poście piszą jak to wszystkich trzeba wspierać i kochać, a w kolejnym wypisują teksty, których powstydziliby się nawet chłopcy z ONR, Zbigniew Stonoga i kibole Legii. Raz autorka, zaczepiona przez jakąś faneczkę serialu, odpisała w takim stylu jak oni wypowiadali się o niej. Nie mówię, że zrobiła dobrze, ale też się nie dziwię. Znosiła to przez dwa lata, podejrzewam, że nie ograniczali się jedynie do publicznych wypowiedzi. Oczywiście trzeba mieć twardą dupę, jak jest się kimś choć trochę rozpoznawalnym, ale ile można znosić takie zachowania? Spójrzmy na to ile aktorek ostatnio znika z internetu przez zatwardziałych „fanów” pewnych wytworów popkultury? Choćby taka Kelly Marie Tran, która od premiery „Ostatniego Jedi” musiała znosić hejt ze strony fanatyków „Gwiezdnych Wojen”. Tylko, że Clare nie usunęła się z Internetu, a odpyskowała. Mogła tego nie znieść. Ale z niej postanowiono zrobić kozła ofiarnego, nikt nie widział, że od premiery pierwszego sezonu serialu jest stale obiektem nienawiści. Nie krytyki, nienawiści. Te same osoby, które tak obrzucają ją błotem spinają się, że ona krytykuje serial. Ja się pytam, w czym oni są lepsi w takim razie? Bo sami sobie wmówili, że ich powód nienawiści jest słuszny? Argumentują, że ona atakuje ciężką pracę serialowej ekipy, a jak sami szmacą ją i jej książki, to co robią? Orzą pole? Żeby było zabawniej, jedno i drugie często pojawia się w tej samej wypowiedzi.
Nie myślcie, że oszczędzili sam serial! Oni łapią każdą okazję do zrobienia dramy na tle „JESTEM TOLERANCYJNY, TO MNIE OBRAŻA, ZDECHNIJ SZMATO!!!!”. Nie przesadzam, taki jest obraz tego fandomu. Piję tutaj do konkretnej sytuacji – podczas kręcenia 3 sezonu, Matthew Daddario (serialowy Alec) prowadził relację na żywo. W pewnym momencie wpadł do niego Dominic Sherwood (serialowy Jace) i nieświadomy tego, że to leci na żywo rzucił do Matta „What's up, fag?”. Fag to coś jak u nas pewna część od roweru (jeszcze mnie zbanują na własnym blogasku). Tylko, że w tym kontekście i sytuacji nie miało to być obraźliwe. Ci dwaj są kumplami, a wszyscy wiemy, jak często gadamy z naszymi znajomymi. Pedały, szmaty, debile, frajerzy, wszelka paleta dzikich zwierząt. Jakoś to tak jest, że się za to nie obrażamy. To nie tak, że za granicą jest inaczej. Pewne znajomości po prostu mają taką specyfikę. Pech Doma chciał, że nie wiedział, co robi Matt, a ten fandom jest przewrażliwiony nawet na złe skinięcie palcem. Podniósł się wielki wrzask, bo Matthew gra geja! Homofobia! Ci ludzie zachowują się jakby nie widzieli różnicy między człowiekiem, a graną przez niego postacią, nie potrafią nic wyciągać z kontekstu. Dla nich coś jest czarne albo białe, chyba, że chodzi o nich samych – dla siebie mają podwójne standardy. Bo znowu, wypowiadali się ludzie, których fanarty przeglądałam, pomiędzy nimi był ich posty i tam jakoś nie mieli oporów od rzucania na przykład „my bitch/slut/whore”. Część z nich wręcz gloryfikuje Kardashianki, ale kiedy Dominic wypowiedział jedno złe słowo, stał się ich kolejnym celem. Znowu nikt nie potrafił zobaczyć w kimś innym drugiego człowieka, bo jest sławny. Sława odbiera wszystkim prawo do zachowywania się jak człowiek, jesteś perfekcyjny albo cię zniszczą. Można uznać, że Dom powinien oficjalnie przeprosić, ale tutaj to powinno się skończyć, a rozpoczął się festiwal nienawiści. W czasie pomiędzy livem a przeprosinami ci ludzie doprowadzili do tego, że obaj aktorzy na nagraniu wyglądają dosłownie jak zbite psy. Oglądając to miałam wrażenie, że nie grają w serialu, a są jeńcami wojennymi. To już pozwala sobie wyobrazić, ile musieli o sobie przeczytać, bo Matthew też nie był oszczędzony. Na tym nie stanęło, bardzo długo się nad nimi pastwiono, Dominic prawie zniknął z Internetu. Znowu: powiedzcie mi, kto tu okazał się gorszy? Czy każdego trzeba zaszczuć za jedną pomyłkę? Gdzie istnieje granica pomiędzy kulturalną krytyką, która ma sprawić, że ktoś się nad czymś zastanowi czy poprawi, a pluciem jadem tak długo, aż ofiara umrze, a będzie umierać długo i boleśnie?
To nie jedyne przypadki, kiedy ci fanatycy wykazali się swoją głupotą. Emeraude Toubia (serialowa Isabelle) jakiś czas temu zgodziła się na nagą sesję zdjęciową. Jej sprawa, nie usłyszałabym o tym, gdyby gdzieś się nie pojawiło, że fandom znowu dostał pierdolca. No jakim prawem dziewczyna zdecydowała, że chce pokazać swoje ciało? Tfu, co za zgorszenie, uprzedmiotowienie, jak ona ma prawo podejmować takie decyzje? Nagie sesje to seksizm i dlatego fandom postanowił się spinać o jej własny wybór. Wcześniej też zrobili jej dramę o rasizm, bo... Zrobiła sobie warkoczyki! Wiecie, te takie cienkie, których na głowie jest chyba kilkaset. Jaśnie państwo fanatycy stwierdzili, że tylko członkowie jakiejś tam kultury mają prawo do takiej fryzury i ona wykazuje się ignorancją i rasizmem! Dziwne, bo ile razy wychodzi temat przyjmowania czegoś z innych kultur, to sami ich członkowie cieszą się, że ludziom podoba się dana rzecz czy zwyczaj i w ogóle to takie super, że ktoś się interesuje ich życiem. Ale obrońcy uciśnionych wiedzą lepiej niż sami zainteresowani. Nawet Matthew Daddario doczekał się swoich antyfanów. Sama byłam w szoku, ten człowiek jest piękny. Nie tylko fizycznie, on jest naprawdę najbardziej pozytywnym i uroczym człowiekiem, jakiego widziałam na tej planecie! W dodatku gra połówkę najbardziej popularnej pary w serialu... No właśnie, gra Aleca. Książkowy Alec: wysoki, szczupły, oczy niebieskie, włosy czarne. Powiedzieć można, że lepszego aktora nie dało się znaleźć. Tylko ktoś w fandomie uznał, że Alec nie powinien być biały i żądał zwolnienia Matta, żeby Aleca grał ktoś kolorowy. Ja. Pier. Do. Lę. No jak to skomentować?
Jest jeszcze kilka spraw. Na przykład to, że w pewnym momencie powstał ruch „jeżeli jesteś hetero, nie masz prawa shipować Maleca, bo to fetyszyzm”. Czyli kiedy najpierw ludzie się cieszą z reprezentacji LGBT, ale potem uznają, że hetero nie są godni tego związku i na pewno tylko się do niego masturbują. Idiotyzm sam w sobie, właśnie chodzi o to, żeby taki wątek spodobał się ludziom, wszystkim bez względu na orientację, żeby w pozytywny sposób promować tolerancję i akceptację. To są też strasznie roszczeniowi ludzie. Część tego tematu już przedstawiłam w fragmencie o anulowaniu serialu, ale to nie wszystko. Co chwila wyskakują z coraz to bardziej odważnymi pomysłami, co MA się znaleźć w serialu. To już nie polega na pisaniu, że komuś by się bardzo podobało gdyby coś tam. Oni coś chcą i ma być! Na początku kiedy kilka pomysłów się przyjęło, było fajnie. To były takie drobne szczegóły, ale potem zaczęło się wręcz tworzenie swoich fanficków. Tylko, że oni chcieli to w serialu. Bo to nie ma być pomysł twórców, to ma być robione tak, jak chcą fani i koniec! No kurde jego mać. Daj im palec a zeżrą cię całego. Najbardziej to mnie irytuje wypisywanie, że Alec ma być nieśmiertelny, żeby Magnus był szczęśliwy. Kolejny dowód na to, że mają Aleca jedynie za kukłę do uszczęśliwiania Magnusa i kompletnie nie rozumieją tej postaci – nawet w serialu. Moi drodzy, to najgorsze wyjście. Alec poza Magnusem ma też rodzinę, którą kocha, parabatai, a taka strata jest naprawdę wielkim ciosem. (Patrz, „Diabelskie Maszyny". Boli do dzisiaj.) Wyobraźcie sobie, że miałby być nieśmiertelny, patrzeć jak oni wszyscy odchodzą, pożegnać się z nadzieją, że kiedykolwiek ponownie zobaczy Jace'a. Nieśmiertelność nie jest wyjściem, ale według fanatyków Alec nie ma psychiki, którą można zniszczyć. Na koniec przypomina mi się, jak pewną dziewczynę zmuszono do usunięcia jej fanartu. Czemu? Bo wielcy państwo uznali, że jej rysunek jest rasistowski, bo Magnus na nim jest "wybielony". Cóż, nikt nie zauważył, że sama autorka jest Azjatką, a Magnus po prostu nie był typowo żółty i skośnooki. Pomińmy fakt, że książkowy pierwowzór pochodził z Indonezji, a mieszkańcy tego kraju to nieco inny typ niż "typowy Azjata" zamieszkujący Japonię czy Chiny. No i nagle zapomniano o tym, że Azjaci mogą mieć jaśniejszą lub ciemniejszą karnację. Kto tu jest rasistą? Bo dla mnie osoby, które widzą wszystkich ludzi zamieszkujących Azję jako tych żółtych, skośnookich, nie zostawiający miejsca na żadne różnice.
Podsumowując: czuję się, jakbym przedstawiała profile psychopatów. Nie boli mnie krytykowanie lubianej przeze mnie serii, boli mnie ludzka głupota, hipokryzja i brak jakiejkolwiek refleksji. Niektórzy powinni się pogodzić z tym, że świat nie jest idealnym, przyjaznym miejscem, w którym każdy będzie nad nimi drżał, żeby tylko ich nie urazić. Chciałabym, żeby ten fandom był normalny, ale jest bardziej toksyczny niż mrożona goloneczka! Naprawdę, wystarczy mi jeden post takiego fanatyka i wysiadam, jest mi zwyczajnie, po ludzku przykro, że z czegoś, co tak kocham robią poligon nienawiści. Nie szanuję ich w najmniejszym stopniu, mogę jedynie współczuć aktorom, autorce i twórcom, bo pewnie nie raz i nie dwa musieli to znosić, a nie mają gdzie uciec. Nawet się cieszę, że to już koniec. Dobrze, że z serialu nie zrobią durnego tasiemca, 55 odcinków to dużo. Poza tym, może fandom się uspokoi, zniknie, znowu będę mogła się cieszyć ładnymi pracami na Tumblrze. Na koniec taki smaczek: istnieje taka grupa jak „Shadowhunters Poland”. Istnieje od wieeeeelu lat, bo shadowhunters to po prostu nocni łowcy. Tak, poszedł bunt „czemu ktoś jest na tej grupie, jak mu się serial nie podoba”. Nie przetłumaczysz, że to grupa dla fanów, że książki były tu pierwsze i każdy ma prawo do krytyki dopóki jest to uzasadniona krytyka. Oni są nawet w Polsce. No kurdebele, niech ludzie zaczną używać mózgów i nauczą się czytać ze zrozumieniem! Mówiła wasza blogowa wredota. Niech te pozytywne recenzje was nie zmylą. Za klawiaturą siedzi szatan lubujący się w analizowaniu pewnych rzeczy i zjawisk!

*Ceny nie wzięłam z kosmosu. Najdroższy pakiet na Netflixie kosztuje 52zł, dzielone przez 4, bo tyle kont możne istnieć na jednym pakiecie (chociaż nie mam 100% pewności, czy nawet nie 5) wychodzi po 13zł na głowę. To mniej niż jedno wyjście do słynnej knajpy z wielkim, żółtym „M” w logo. 

PS Przepraszam, jakby gdzieś formatowanie ześwirowało, ten plik przeszedł tak wiele zawirowań, formatowań i innych dziwnych zabiegów, że chyba potrzebowałby terapeuty.



0