Ariana | Blogger | X X X X

środa, 11 lipca 2018

Kiedy miłość jest obsesją: Umysł, Audrey Carlan

Tytuł: Umysł
Tytuł oryginału: Mind
Autor: Audrey Carlan
Tłumaczenie: Anna Szafran
Data premiery: 4 kwietnia 2018
Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 470
Szerokość grzbietu: 2,9cm
Krótka ocena: Chyba nie tego się spodziewałam...

Prawda jest taka, że erotyka nie jest moim typem literatury. Kiedy staje się tego za dużo, czuję się skrępowana. Dlaczego więc sięgnęłam po książkę, która zdaje się wręcz krzyczeć "EROTYKA"? Ano cóż, zaciekawił mnie opis. Kilka słów o stalkerze, ryzyku i urojonym uwielbieniu. Ot, niby nic takiego, a przekonało mnie do tego, by odrzucić nieco na bok moje uprzedzenia (nabyte chyba głównie po Grey'u...) i spróbować - no bo, co mi szkodzi?

Muszę wspomnieć, że jest to drugi tom serii, a pierwszego nawet na oczy nie widziałam. Mimo wszystko jednak nie czułam się zagubiona w historii. Autorka wprowadza nas w fabułę w taki sposób, że czytanie pierwszego tomu wcale nie jest potrzebne, by zrozumieć, o co chodzi. Gillian Callahan zdobyła serce Chase'a Davisa, który jest jednym z najbardziej pożądanych kawalerów w Stanach Zjednoczonych. I jednocześnie najbogatszych. Dziewczyna szybko zyskuje sławę - nie ma się co dziwić, skoro para ma się pobrać. I tu pojawia się najciekawsza sprawa - stalker. Z jakiegoś powodu przyczepił się do biednej Gillian, dręczy ją. Chase oczywiście wszystkimi środkami jakimi dysponuje, próbuje go dorwać. Czy mu się uda? Jak sytuacja się rozwinie? A tego już wam nie powiem, jeśli chcecie się przekonać, sami się za nią weźcie.

Bałam się, że styl autorki może być kanciasty, że będę się strasznie męczyć, czytając. O dziwo, czytało mi się ją nawet całkiem przyjemnie. Historia może nie była najwyższych lotów i naprawdę dobry motyw stalkera niestety został nieco odsunięty na bok, jednak samo to, jak Umysł jest napisany, można uznać za zdecydowany plus książki. No cóż, do czasu. Niestety opisy scen erotycznych miejscami stawały się naprawdę niesmaczne. Może wymagam zbyt wiele, bo naprawdę ciężko mnie pod tym względem usatysfakcjonować, ale... kiedy pokazałam fragmenty znajomym, byli równie zniesmaczeni jak ja. A uwierzcie mi, nie wszystkie opisy zbliżeń tak działają. Nie mówię też, że wszystkie takie sceny wywoływały u mnie silnie negatywną reakcję, wręcz obrzydzenie, część była naprawdę... w porządku. Bez szału, ale jednak nie wzdrygałam się co drugie słowo, jak to bywało miejscami, co już jest w pewien sposób sukcesem.

@chaos_cupcake

Co warto zaznaczyć, bohaterowie Umysłu są dość ciekawi i wcale nie tacy zupełnie kartonowi. Każde z nich ma swoje określone cele i je spełnia - lepiej lub gorzej. Nie są zupełnie nierzeczywiści. Miejscami nieco rozmyci i ich charaktery zdają się gdzieś się gubić, jednak ogólnie ich kreacja nie jest najgorsza. Niektórzy są może trochę przeidealizowani, ale nie zaburza to jakoś szczególnie całości i jest całkiem przyjemne w ogólnym obrazie historii. Najciekawszą postacią jednak zdecydowanie i bezsprzecznie muszę okrzyknąć stalkera. Jego kreacja jest zdecydowanie najwyrazistsza, a kiedy pojawiały się fragmenty z jego punktu widzenia, nawet miewałam dreszcze!

Docenić też muszę zabieg, za którym osobiście przepadam - narracja z punktu widzenia różnych bohaterów. W tym wypadku historię zarysowuje nam głównie Gillian, jednak możemy cieszyć się również fragmentami z perspektywy stalkera (jeszcze raz zaznaczę, najciekawsza postać!), co mnie osobiście najbardziej interesowało. Dzięki temu możemy poznać jego sposób patrzenia - i tu dreszcze i obrzydzenie są jak najbardziej na miejscu, wierzcie mi.

Po skończeniu tej książki, szczerze mówiąc, byłam nieco zawiedziona. Liczyłam na więcej elementów sensacji, mrożącego krew w żyłach thrillera, a dostałam coś bliżej rozwlekłego romansu, który jednak przyjemnie się czyta (oprócz tych kilku niesmacznych scen). Thrillery erotyczne to chyba nie do końca moja bajka, ale... przyznam się, że jako takie małe powiedzmy guilty pleasure (czy jestem masochistką?) na mojej półce już czeka trzeci tom serii, Dusza. Liczę, że będzie tam więcej o stalkerze...!

Za możliwość zapoznania się i zrecenzowania tej książki
2

niedziela, 8 lipca 2018

Czy masz w sobie mrok? Przeklęci Święci, Maggie Stiefvater


„Po zmroku cud można usłyszeć daleko.”



Tytuł: Przeklęci święci
Autor: Maggie Stiefvater
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 360
Ocena: 10/10
Opis: Za każdym świętym stoi cud. Za każdym cudem stoi człowiek. W każdym człowieku jest mrok, z którym musi się zmierzyć. Olbrzym, pastor z głową kojota, mężczyzna porośnięty mchem i kobieta, na którą zawsze pada deszcz - wszyscy przebywają w sennej i tajemniczej osadzie Bicho Raro w oczekiwaniu na cud. Zamieszkuje ją rodzina Soria, w której od wieków rodzą się Święci, a pątnicy przybywają z najdalszych zakątków kraju. 
Beatriz, Joaquin i Daniel są kuzynami i postanawiają zawalczyć o swoją przyszłość i zmierzyć się z rodzinną legendą oraz przekleństwem. Niedostępna Beatriz uważa, że nie dotyczą jej porywy serca. Joaqin jako tajemniczy Diablo Diablo oddaje się pasji prowadzenia pirackiej rozgłośni radiowej. Daniel - mianowany przez rodzinę Świętym z Bicho Raro - zdaje się czynić cuda dla wszystkich poza sobą.
Nad pustynne Kolorado nadciąga mrok, który można pokonać tylko wtedy, jeśli ma się odwagę spojrzeć w głąb siebie i zmierzyć z własnymi uczuciami.

„Pierwszy cud był taki: mrok stawał się widoczny.”


By mógł zaistnieć cud, musi pojawić się mrok. Całkiem niedawno sama tego doświadczyłam. No wiecie, ten moment, kiedy przychodzi się na poprawkę jednego z trudniejszych egzaminów, a tu zamiast testu odpowiedź ustna. Czarna rozpacz, panika, nie wiadomo czy płakać, czy uciekać, wszyscy przekonani, że nie zdadzą. Twoja kolej, wchodzisz na salę, na dzień dobry dowiadujesz się, że do zaliczenia zabrakło ci jednego punktu. Zapominasz o myślach samobójczych w depresji, zamiast endorfin wymieniasz dopaminę, a reakcję stresową opisujesz głównie z własnego aktualnego stanu. Profesor wydaje się coraz bardziej zniesmaczony, aż... Trzy! Zdane! Życzenia udanych wakacji! Po raz kolejny Latający Potwór Spaghetti ulitował się nad twoim losem! Świat na nowo staje się pięknym, przyjaznym miejscem! Tak wyglądał mój cud, bo nic innego nie mogło to być. Tylko nie musiałam jechać aż do Kolorado.
Po (prawie całym) „Kruczym Cyklu” spodziewałam się czegoś magicznego, niezwykłych postaci, tajemniczego klimatu i ciekawie rozwijającej się akcji. Z jednej strony „Przeklęci Święci” spełnili te oczekiwania, z drugiej okazali się czymś zupełnie innym. Nie jest to typowa fantastyka, nie uświadczycie tu tak wiele magii jak w książkach o kruczych chłopcach; zresztą nie sądzę, żeby autorka znowu celowała w to samo. Po pierwsze opowieść o rodzinie Soriów mówi o poznawaniu samego siebie, o tym, że każdy ma swoją mroczną stronę i trzeba sobie z nią poradzić. Być może dlatego ta książka nie spodoba się wszystkim. Dla mnie była to zaskakująca odmiana.
Stiefvater trzeba oddać, że jest genialna w tworzeniu klimatu. Nieważne czy to senna Virginia, czy pustynne Kolorado, jej opisy są barwne, piękne, a co najważniejsze – adekwatne. Jeśli autor potrafi przedstawić piaszczyste równiny jako coś na swój sposób pięknego, posiadającego duszę, nadając klimatu samym otoczeniem, zasługuje na szacunek. Z przyjemnością czytałam akapity dotyczące Bicho Raro i okolicznych terenów. Nigdy nie przepadałam za tego typu klimatami, ale w „Przeklętych Świętych” jest to opisane w tak przyjemny sposób, że nadal mi mało. Zresztą cała ta książka jest bardzo opisowa. Przez większość czasu poznajemy nowe postacie, miejsca i historie, przedstawione równie pięknie, jakby były to namalowane obrazy. Spodobał mi się ten styl, pewne elementy mają swój konkretny szablon, na przykład przedstawienie postaci. Może robiłoby się to nudne po którymś razie, ale nie tym razem. Maggie znalazła świetny, charakterystyczny sposób na wykorzystanie tych szablonów, podczas czytania mocniej wgryzałam się w książkę właśnie przez te fragmenty. W efekcie mamy powieść stworzoną z serii barwnych, malowniczych i idealnie dopracowanych obrazów.
„Przeklęci Święci” opowiadają o ludziach. Cuda dokonywane przez Soriów są interesujące, ale nie ich tajemniczość czy magia są tu najważniejsze, a to, do czego prowadzą, o czym mówią. Pątnicy odgrywają tu niezwykle ważną rolę, choć naprawdę chodzi o rodzinę z Bicho Raro, to na nich się skupiamy, oni oddają główny przekaz. Autorka opisuje postacie w taki sposób, że można zrozumieć każde z nich. Tu nie ma ulubieńców, choć Joaquin jest bezkonkurencyjnie najsłodszą bułą w zestawieniu. Każdy ma swoją historię, tajemnice, lęki i mrok, z którym prędzej czy później musi się zmierzyć. Przez opowieści o kolejnych bohaterach, autorka przekazuje czytelnikowi pewne morały, ostrzeżenia czy przedstawia, jak szlachetność może prowadzić do cierpienia. Ta książka składa się ze słodko-gorzkich historii, wszystkich równie ciekawych. Najważniejszą rolę ogrywają kuzyni Soria. Daniel, Beatriz i Joaquin są naszymi punktami zaczepienia, to oni napędzają wszystkie wydarzenia, z ich perspektywy przyglądamy się opowieści o Bicho Raro. Mogę powiedzieć, że są początkiem i końcem tej historii. Każde ma swoje charakterystyczne cechy i spinają fabułę w jedną całość. Poza kuzynostwem śledzimy rodzinne spięcia, tajemnice, wysłuchujemy opowieści pątników i towarzyszymy im na drodze do pozbycia się ich zmaterializowanego mrokowu.
Fabularnie jest bardzo spokojnie, nie ma tu wielkich, magicznych odkryć, dziwnych istot czy typowej walki dobra ze złem. Jak już pisałam, to opowieść o ludziach, równie dobrze możemy odnieść ją do siebie. „Przeklęci Święci” delikatnie skłaniają do zastanowienia się nad sobą. Najważniejszym przekazem jest to, że żaden człowiek nie jest idealny, że kurczowe trzymanie się pewnych przekonań może wyrządzić więcej złego niż dobrego, że każdy ma w sobie mrok, ale nie jesteśmy na niego skazani. Odbieram to jako zachętę do poszukiwania nowych rozwiązań, do bycia w pełni i otwarcie sobą oraz brania spraw we własne ręce. Główny wątek opiera się głównie na poznawaniu przez bohaterów swojego mroku i pokonywania go. Autorka przy tym świetnie wplata wątek Meksyku i jego mieszkańców, ot kolejny piękny obraz, na który warto poświęcić kilka minut.
Oto czym są „Przeklęci Święci”, bo na pewno nie nadadzą się na typową fantastykę. To piękne obrazy, intrygujące postacie i ich historie, opowieść o rodzinie, która na nowo musiała się nauczyć czegoś, co od dawna znali, by pogodzić się i zrozumieć na nowo. Żeby docenić tę książkę, trzeba się nad nią zastanowić. Nie można oczekiwać, że będzie kolejną powieścią, którą przeczytamy w ramach relaksu dla szarych komórek. Mrok i cuda Soriów mogą być interpretowane tak, jak są przedstawione wprost, ale wydają się też metaforą zwykłych, ludzkich problemów, z którymi spotykamy się na co dzień. Dlatego dla mnie była to nietypowa, ale wyjątkowo dobra książka. Nie oczekujcie od niej tego, co już znacie, a będziecie zadowoleni.

Chcę też wspomnieć o czym innym. W tym miejscu przyznaję, że Pani Marta, zajmująca się recenzentami Uroborosa zasługuje na medal za cierpliwość i uprzejmość, szczególnie w kontaktach z takimi panikarami jak ja. Piszę to, bo po prostu domyślam się jak straszną kluchą potrafię być. No cóż, pierwsza zasada przetrwania: nigdy nie ufaj Poczcie Polskiej. NIGDY!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Uroboros
8

wtorek, 3 lipca 2018

Tak mało o niej wiesz...: Tamta dziewczyna, Erica Spindler

Tytuł: Tamta dziewczyna
Tytuł oryginału: The Other Girl
Autor: Erica Spindler
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Data wydania: 28 lutego 2018
Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 304
Szerokość grzbietu: 2,3cm
Krótka ocena: ...przepraszam, czy to już najlepsza książka tego roku?

Tamta dziewczyna, tak mało o niej wiesz
Ma siłę by marzyć i tak zazdroszczę jej...
Nuciłam za każdym razem, gdy mój wzrok padł na okładkę. A, trzeba przyznać, jest na co popatrzeć. Okładka jest przepiękna, dodatkowo bardzo przyjemna w dotyku, a o dziwo format nieco większy niż standardowy jest dodatkowym plusem, bardzo wygodnie trzymało się ją w rękach. Graficznie książka zachwyca i kusi, jak jest jednak w środku...?

Wcale nie gorzej! Autorka w zgrabny sposób przedstawia całą historię; dawno nie czytało mi się czegoś tak przyjemnie. Fabuła rozwija się stopniowo, krok po kroku odkrywane są przed nami kolejne fakty, a napięcie jest budowane powolnie - ale też nie nazbyt wolno! - z każdą kolejną stroną. I - ukłony w stronę autorki - niektóre wydarzenia są nie do przewidzenia, naprawdę potrafią zaskoczyć.

Bohaterowie są wyraziści, ciekawi i bardzo realistyczni. Każda postać ma swoją historię, która dokładnie tłumaczy jej zachowania. Wszystko ładnie się ze sobą wiąże i trzyma przysłowiowej kupy, by na koniec w momencie kulminacyjnym zagrać nam na nosie i udowodnić, że nie zawsze i wszystkiego możemy się domyślić. A rozwiązanie może być bliżej niż nam się wydaje...

Zwykle zaczynam od przedstawienia samej fabuły... W tym wypadku jednak nie chciałabym Wa, zbyt wiele zdradzać. Historia ta zachwyca właśnie wtedy, kiedy poznaje się ją samemu, kiedy kroczek po kroczku poznaje się bohaterów, odkrywa wraz z nimi kolejne fakty, szuka wskazówek, gubi się i stopniowo odnajduje. Każdy element ma tu znaczenie. I to jest piękne, warto to docenić.

Jeśli jednak chodzi o choćby drobne uchylenie rąbka tajemnicy, proszę bardzo.
Miranda, główna bohaterka, jest cenioną detektyw, która szacunek zdobyła własną ciężką pracą - co nie było takie łatwe, zważając na jej przeszłość... Sprawa, do której zostaje wezwana, dotyczy ogólnie lubianego wykładowcy lokalnej uczelni, na dodatek syna rektora. Brutalność tego morderstwa, od którego zaczyna się cała historia, zaskakuje policjantów. Miranda za wszelką cenę stara się wyjaśnić sprawę. Nie spodziewa się jednak, jak bardzo wszystko to będzie utrudnione.

Mnie osobiście cała historia wraz ze wszystkimi postaciami i (uwaga!) ciekawą, nieirytującą główną bohaterką kupiła całkowicie. Nawet te kilka scen erotycznych, które się przewinęły, nie wywołały u mnie tak częstego zniesmaczenia (czy tylko ja mam taki problem z opisami takich scen? czemu zwykle brzmią tak... źle?). Były opisane naprawdę zgrabnie, przyjemnie się je czytało. Wszystko naprawdę ładnie się tu zgrywa i Tamta dziewczyna naprawdę potrafi wciągnąć, czytałam z zapartym tchem, łaknąc dalszego ciągu. Serdecznie polecam!

@chaos_cupcake

I jest chyba tylko jedna rzecz, która nadal mnie zastanawia i nie pasuje... dlaczego podziękowania znalazły się tu na początku? :D


Za możliwość zapoznania się i zrecenzowania historii Mirandy

0

niedziela, 17 czerwca 2018

Spokojnie - nie umieramy!

Hm, może to nie są aż tak dobre wieści, jak nam się wydaje, ale żyjemy i nie rzucamy bloga! Dobra, to chyba nie jest życie, a raczej wegetacja. Przepraszamy, dopadł nas najgorszy potwór znany jako sesja egzaminacyjna. Jak już równo uwalimy wszystkie egzaminy, wrócimy do żywych, a Internet znowu będzie dręczony przez nasze recenzenckie smarowidła. Do zobaczenia w lipcu! :D
1

niedziela, 10 czerwca 2018

Babciu, dlaczego masz takie wielkie zęby? Scarlet, Marissa Meyer

„To bardzo ważne, żeby ludzie na Ziemi byli zbyt przerażeni, by w ogóle pomyśleć o oporze.


Seria: Saga księżycowa
Tytuł: Scarlet
Autor: Marissa Meyer
Wydawnictwo: Papierowy księżyc
Ilość stron: 311
Ocena: 10/10
Opis: Baśniowo-futurystyczna opowieść, w której Czerwony Kapturek spotyka Kopciuszka.
Cinder - bohaterka pierwszego tomu bestsellerowej Sagi Księżycowej powraca i kolejny raz wpada w wielkie kłopoty. Tymczasem po drugiej stronie świata znika babcia Scarlet Benoit. Szybko okazuje się, że Scarlet nie wie o niej wielu rzeczy. Nie wie także o śmiertelnym niebezpieczeństwie, w jakim przeżyła całe swoje życie. A kiedy spotyka Wilka, pięściarza, który może posiadać informacje o miejscu pobytu jej babci, wzbrania się przez zaufaniem mu. Coś ją do niego jednak przyciąga. 
A jego do niej. 
Kiedy Scarlet i Wilk wyjaśniają jedną tajemnicę, natychmiast napotykają na następną, a to prowadzi ich do Cinder. Teraz razem muszą stale być o krok przed Levaną, mściwą królową Księżycowych. 

Nie dziękuj mi za mówienie ci prawdy, kiedy kłamstwo byłoby dla ciebie zbawieniem.


„Saga księżycowa” po raz kolejny! Drugie tomy mają to do siebie, że często wypadają gorzej, są jakieś takie nijakie i w ogóle nie wiadomo, o co im chodzi. „Scarlet” to nie dotyczy. Może nie wywołała aż takiego zachwytu, bo świat przedstawiony już znałam i zdążyłam się do niego przyzwyczaić. Sama fabuła również toczyła się nieco spokojniej, nie było dramatów z macochą czy dramatycznych ataków epidemii. Najwięcej takich punktów krytycznych znalazło się na końcu. Jednak kontynuacja „Cinder” ma swój własny czar. Przewiduję, że każda kolejna książka z tej serii będzie nieco inna, a to ze względu na to, że opowiadają one historie różnych bohaterek i oparte są na innych baśniach. Tym razem przyszedł czas na Czerwonego Kapturka.
Muszę przyznać, że ta konkretna bajka nie była moją ulubioną. Kiedy byłam młodsza baśń o dziewczynce w czerwonej pelerynie i wilku pożerającym ją i babcię była dość przerażająca. Potwornie bałam się wilków i potrafiłam urządzić niezłą dramę, jak rodzice chcieli mnie zabrać na spacer do lasu. Może mi przeszło, ale podczas czytania ani na chwilę nie przestawałam być czujna. Postać Wilka wywoływała u mnie niepokój, choć nie od początku. Najpierw naprawdę wydawało mi się, że to całkiem przyjemny koleś, potem wszystko zaczęło się babrać i już nie wiedziałam, komu ufać. Muszę przyznać, że jednak takiego dziwnego zwrotu akcji się nie spodziewałam. Czy wilk jest naprawdę zły? O tym musicie przekonać się sami.
Nie mogę powiedzieć, że fabularnie to jest w 100% Czerwony Kapturek, byłoby to wielkie niedopowiedzenie! Jeśli czytaliście „Cinder”, wiecie, że zakończenia nie dało się od tak pozostawić i zająć się kolejną postacią. Nasza znajoma cyborg powraca i to z przytupem, w dodatku w towarzystwie kapitana Throne'a. Razem pakują się w kłopoty, a przy tym odkrywają kolejne fakty na temat księżniczki Selene. Nie da się też zapomnieć o księciu Kaito, odstawienie go na boczny tor byłoby zbrodnią! Jednak mniej więcej połowa książki skupia się właśnie na Wilku, Scarlet i poszukiwaniach zaginionej babci tytułowej bohaterki. Po drodze natrafiamy na coraz więcej tajemnic i zagadek. Jak już wspomniałam, postać Wilka jest dość skomplikowana, przez większość czasu nie ma się pojęcia, kim ten koleś jest naprawdę. Kiedy już tajemnica się wyjaśnia, zaczyna się dziać. Księżycowi również nie zostają w tyle, można powiedzieć, że dopiero teraz pokazują pazury. Bez spoilerów mogę napisać, że robią wielką, pokrętną zadymę. Jak nie wiesz o co chodzi, chodzi o księżycowych. To tacy Reptilianie... O chwila! A może to są Reptilianie? *mroczna muzyka w tle*
„Scarlet” zawiera w sobie znacznie więcej wątków, a przy tym zachowuje spójność, którą miałam okazję poznać w „Cinder”. Trzeba przyznać autorce, że świetnie sobie radzi z ogarnianiem tylu postaci, intryg i akcji naraz. Nie wyłapałam tu żadnej niespójności, choć przyznaję, że byłam nastawiona na rozrywkę, a nie wyłapywanie błędów. Chociaż z drugiej strony jestem marudą i jakby coś mi zgrzytnęło, od razu bym na to marudziła. Nie da się nudzić przy tej książce, co chwila dzieje się coś, co wymaga kolejnych wyjaśnień, wywołuje sprzeciw, rozbudza ciekawość i tak dalej. Przy „Scarlet” nie da się nudzić.
W postaciach również nie zauważam żadnych odstępstw od pierwszego tomu. Każdy jest jak figura na szachownicy, przy czym rozgrywka jest od początku przemyślana. Znajdują się w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie (choć może sami tak nie uważają). Są napisani idealnie do swoich ról, wydają się przemyślani od A do Z. No i kapitan Throne, który kompletnie ujął moje serce. Mam podejrzenia, że był wzorowany na pewnym galaktycznym szmuglerze, o nazwisku Solo i imieniu Han. O Wilku już się wypowiedziałam. Pozostała Scarlet. Mogę powiedzieć, że to po prostu nie mój typ? Sama jakoś wyjątkowo mocno jej nie polubiłam, ale nie wynika to z niczego konkretnego. Jako bohaterka, nie irytowała.
„Scarlet” naprawdę dobrze poradziła sobie jako drugi tom. Była kosmiczna przygoda, ucieczki z więzienia, tajemnice, intrygi i wszystko to, z czym zapoznała nas „Cinder”. Ma się wrażenie, że czyta się nieco inną książkę, osadzoną w tym samym świecie, jednak jest to zrozumiałe. Po „Cress” oczekuję klimatu trochę jak z „Zaplątanych”. Głupie, ale już nie potrafię wyobrazić sobie Roszpunki bez patelni! Pomimo odmienności każdej z części, zaczyna się to składać w bardzo spójną historię, postacie spotykają się w odpowiednim punkcie, jedne tajemnice zostają rozwikłane, a kolejne się formują. Przy tym zakończenie jest na tyle dramatyczne, że chcę dorwać trzeci tom już w tej chwili! Kai, błagam, uciekaj na Marsa, byle dalej od tej księżycowej raszpli! Nie sądziłam, że tyle rzeczy posypie się już w tym momencie, jednak wielki clifhanger następuje w przedostatniej części, a nie gdzieś w środku! Świat zapłoną! Mam nadzieję na jak najszybsze wydanie „Cress”. Jeśli poznaliście „Cinder”, koniecznie musicie sięgnąć po „Scarlet”.

10

piątek, 1 czerwca 2018

Ciasteczko? Zniewolony książę, C.S. Pacat

„Nie masz brata. Nie masz rodziny. Nie masz imienia, tytułu ani pozycji.”


Seria: Zniewolony książę
Tytuł: Zniewolony książę
Autor: C.S. Pacat
Wydawnictwo: Studio JG
Ilość stron: 311
Ocena: 10/10
Opis: Po śmierci króla Akielos prawowity następca tronu, książę Damen, zostaje zostaje pojmany i wtrącony do lochu. Jego przyrodni brat pozbawia go tożsamości i wysyła jako niewolnika do haremu księcia wrogiego kraju. Od tego momentu Damen musi znaleźć sposób, aby przeżyć na dworze, za którego kulisami toczy się podstępna walka o tron, w którą mimowolnie zostaje wplątany.
Niegdyś potężny wojownik, teraz obdarty z godności niewolnik będzie musiał walczyć o przetrwanie sprzymierzając się ze swoim największym wrogiem. Jego nowy pan, książę Laurent, jest bowiem równie urodziwy co wyrachowany i śmiertelnie niebezpieczny. Jedno jest pewne – tożsamość Damena musi pozostać tajemnicą. W końcu ten, którego pomocy potrzebuje, ma najwięcej powodów, aby go nienawidzić...

„Veranin, który zawiera układ z Akielończykiem, zostanie wypatroszony własnym mieczem.”



W życiu każdego człowieka, przychodzi taki moment, że nie czyta czegoś dla fabuły. (Albo nie ogląda, ale nie zwiedzamy dzisiaj mrocznej strony Tumblra. W ogóle lepiej tego nie robić.) Dobra, wiem, jak to brzmi, ale okazało się, że fabuła tam jest. Win – win!

„Chciał być wolny. Chciał wrócić do domu. Chciał znaleźć się w stolicy, wzniesionej na marmurowych kolumnach, i popatrzeć na zieleń i błękit oceanu.”


Moja historia z „Captive Prince”, po polsku (wreszcie) zwanym „Zniewolonym księciem”, zaczyna się mniej więcej w tym samym punkcie co z „Nie poddawaj się” Rainbow Rowell. To nie przypadek, dwie pełne dramy z udziałem chłopców książki, które czyta się dla czystej rozrywki, a wychodzi z tego jedno wielkie „onie, zaangażowałam się emocjonalnie”. Wszystkiemu winna jest jedna osoba. Z imienia nie wymienię, ale jesteśmy sobie bliskie niczym Percy i Jason (bromance is strong in these two). Taki człowiek zaczyna czytać książki po angielsku i opowiadać ci, jakie to jest super. Szkoda tylko, że twoje czytanie po angielsku ogranicza się do jakichś dziwnych fanfików, bo język znasz na takim poziomie, że nie czujesz jak bardzo złe są te twory. Dlatego też po ogłoszeniu polskiego wydania „Zniewolonego księcia” cieszyłam pysk jak student na juwenalia (poza UMK, tutaj działa to odwrotnie). Tyle czekałam, podsuwałam wydawcom, kiedy pytali, co chcielibyśmy przeczytać, rozpytywałam i tak dalej, aż wreszcie się stało. Trochę zabolało, że jak już czymś byłam tak żywo zainteresowana, egzemplarze recenzenckie i tak trafiły jedynie do tych „najpopularniejszych”, których kojarzę głównie z zachwycania się wszystkim, co dostaną od wydawcy. Jednak marudzenie będzie w innym poście*. Dostałam w ramach mojego przybliżania się do emerytury, a lepszej okazji nie ma. Po prostu dobrze mieć to w swoich rękach ze świadomością, że cała trylogia zostanie przetłumaczona na polski.
Miałam okazję wiele się nasłuchać o tej książce. Wiem, że tłumaczenie nie było łatwe i jak się zna oryginał, to nie jest idealne. Jednak dla mnie, kiedy z angielską wersją samą w sobie nie miałam styczności, było ono całkiem przyjazne. Język miał być dość trudny, momentami zdania zajmowały kilka linijek, ale szczerze? Nie męczyło mnie to, nawet nie zwracałam uwagi na wspomniane wyżej aspekty. Mało tego, przeczytanie całości zajęło mi jakiś dzień! Na tej płaszczyźnie jak najbardziej jestem zadowolona. Z drugiej strony wiele się mówi o kontrowersjach, erotyka ma się tu bardzo dobrze, jest obecna prawie cały czas. A co tam! Jeszcze w większości to homoseksualna erotyka! Przecież to zniszczy cały świat! Jakby tego było mało, pojawiają się tu chociażby: gwałt, niewolnictwo czy pedofilia. Tylko, bądźmy szczerzy, nie jest to pochwalane, autorka w ten sposób przedstawia pewien obraz dworu. Jeśli nie jest się idiotą, nie weźmie się tego za realny element rozrywki czy coś, co miało po prostu zwrócić uwagę. Jeśli mam być szczera, a nie należę do wazeliniar, spodziewałam się tu dużo więcej erotyzmu. Po tym, czego się naczytałam, sądziłam, że przebije to Sarę J. Maas z jej (okropnym) rozdziałem poświęconym jedynie na seks. Nie było porno-rozdziału. Fakt, że jest to obecne przez prawie cały tom, ale nie czuję się tym walona po twarzy. Nie jest to jednak ani żenujące, ani straszne, ani złe. Ta książka nie ukrywa, że będzie w niej pełno seksu, a przy tym autorka jest bardzo zręczna w tym, co robi. Nie czytam erotyków, dziwne przygody z fanfikami to nieco inna bajka, ale mogę powiedzieć, że w „Zniewolonym księciu” było to zrobione wyjątkowo dobrze. Autorka wydaje się być bardzo świadoma tego, co tworzy, a nie jedynie spełniać swoje fantazje na kartkach książki. W tym momencie wszystkie potencjalne problemy się rozwiązują, przynajmniej dla mnie.
Wspomniałam coś o fabule. Byłam świadoma, że gdzieś to się znajdzie, ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że Damen będzie miał na uwadze głównie wydostanie się z niewoli. Tylko że tutaj odwalił się całkiem niezły, misternie uknuty plan, a nawet kilka! Dałam się w to wciągnąć, bo jestem sprzedajna. Jak ktoś mi daje dobry plot, łapię haczyk. Jestem jak kaczka, której rzucono chleb. Pełno tu dworskich intryg, zdrad, zamachów, dram i kombinatorstwa. Mam wrażenie, że Laurent urodził się, żeby ściągać na siebie takie akcje. To tak w największym skrócie, żeby nie zdradzać szczegółów. Można się naprawdę mocno wciągnąć. Mi najbardziej spodobał się wątek niewolników, no i zamach razem ze wszystkimi następstwami.
Znowu, z postaciami było mówienie, żeby od razu nie nienawidzić Laurenta. Tylko że ja jestem profesjonalistką, jeśli chodzi o różne, chore dramy. Cholerny Sherlock, jakoś tak po kilku pojawieniach się Nicaise'a i przemyśleniu sobie zachowań Laurenta domyśliłam się rzeczy, która ma się wyjaśnić w trzecim tomie. Tak jakoś wyszło, że polubiłam to rozpuszczone książątko z wiecznymi wahaniami nastroju. W sumie to obaj nieszczęśni następcy tronu dają się kochać. Damen wydaje się zupełnym przeciwieństwem Laurenta i w ogóle jestem zaskoczona, że jakkolwiek się dogadywali, chociaż cały czas tego oczekiwałam. Chociaż ciężko mi tu określać, kto jest dobry, kto jest zły. Pojawia się tu to samo, co w „Złej krwi”, żadnej czerni i bieli, jedynie odcienie szarości i nie da się określić, kto jest gorszy, a kto lepszy. Postacie ocenia się za całokształt: są irytujące bachory, rozpuszczone książątka, wuj, któremu o coś chodzi, ale nie wiesz czy to dobrze, czy źle i tak dalej. Całkowicie niewinny jest tylko Erasmus, a jego trzeba kochać, choćby świat miał się kończyć.
Chyba nie do końca tego się spodziewałam, ale to żadna wada lub zaleta. Biorąc się za „Zniewolonego księcia”, trzeba mieć świadomość, o czym to jest i lubić taką tematykę. Czytanie tego, kiedy ogólnie nie lubi się erotyki czy par jednopłciowych, to jak sprawdzanie, czy naprawdę tak wielu ludzi paruje Iron Mana ze Spider Manem. Można, ale jedynie będziesz zniesmaczony. I to nie tak, że to zrobiłam. (Nie sprawdzajcie, nie chcecie tego robić.)
„Masz bliznę - powiedział Laurent.”

*Serio, będzie marudny wywód na temat wszelkich problemów bookstagrama. Macie okazję jeszcze wspomnieć, co was denerwuje. Tylko bądźcie cierpliwi, tu trzeba porządnego przygotowania. ♥

17