Ariana | Blogger | X X X X

wtorek, 29 maja 2018

Coś poszło źle: Wilcza Godzina, Andrius Tapinas


„Chcesz ukryć drzewo, wyhoduj las, chcesz się ukryć między ludźmi, idź na biedy.”


Seria: Miasta pary i kamienia
Tytuł: Wilcza Godzina
Autor: Andrius Tapinas
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 476
Ocena: 4/10
Opis:Wilno A.D. 1905. Wynalazek alchemików z Uniwersytetu Wileńskiego wywrócił życie w Europie do góry nogami. Teraz między miastami Aliansu latają potężne sterowce, po ulicach jeżdżą karety parowe, porządku pilnują golemy, a mechanicy konstruują automatony.
Wilno wyrwało się ze szponów Imperium Rosyjskiego i stało się wolnym miastem – ośrodkiem postępu, nauki i mistyki. A teraz grozi mu niebezpieczeństwo.
Tajemnice alchemiczne, przebiegli szpiedzy, tajne organizacje, miłosne intrygi, przerażające morderstwa, okrutne potyczki w wileńskiej przestrzeni powietrznej, ponure podziemia i dobrze znane postaci historyczne przedstawione w nowym świetle. Przygotujcie się na grozę i niebezpieczeństwa w pierwszej litewskiej powieści steampunkowej!

„Abducet praedam, qui occurrit prior.”


„Wilcza Godzina” naprawdę wiele mi obiecywała. Kiedy zobaczyłam zapowiedź nowej powieści steampunkowej, najwyraźniej z wilczym wątkiem, alchemikami i Wilnem, która to obiecywało zupełnie nieznane mi miejsce akcji, zapragnęłam tej książki. Tak po prostu. Uwielbiam późny XIX wiek/wczesny XX wiek, steampunk i ten klimat pełen magii, pary i obracających się trybików. Jak na złość, musiałam się zawieść. Bardzo chciałabym powiedzieć, że ta książka była genialna, zachwyciła mnie od pierwszej strony i urwała cztery litery. No niestety, okazała się wielkim przerostem formy nad treścią, jakąś dziwną, literacką papką, po której niewiele zostaje w głowie. Przez to też miałam problem za zabranie się do tej recenzji. Nie lubię momentu, w którym uświadamiam sobie, że książka, w której pokładałam pewne nadzieje, okazuje się tak nijakim tworem, że myślę tylko o czytaniu czegoś innego.
Głównym problemem „Wilczej Godziny” jest autor. Naprawdę, z tego mogła powstać świetna historia, ale potencjał został równo zmarnowany. Liczyłam na mocny motyw z wilkami, najpewniej mechanicznymi, ale tytułowych zwierząt było tyle, co szacunku mojego kota do ciszy nocnej. Zero. Gdyby ta książka była moim futrzakiem, zaczęłaby się drzeć o wpół do czwartej. Autor rozwleka się nad wszystkimi zbędnymi szczegółami. Większość rozdziałów rozpoczyna się od szczegółowych opisów jakiegoś miejsca, jakiejś sytuacji, czegokolwiek, co potem okazuje się nie mieć najmniejszego znaczenia. Dodając do tego mnogość perspektyw, wprowadzanych wątków i natłoku wszelkich innych informacji, nie mamy pojęcia, co się właściwie działo z daną postacią, kiedy ostatni raz o niej czytaliśmy. Trzeba się mocno zastanowić, o czym teraz mowa, co musimy sobie przypomnieć – katorga. Wychodzę z założenia, że dobra książka to ta, w której nie mamy problemów z zapamiętywaniem ważnych wątków, wydarzeń i sytuacji. W „Wilczej Godzinie” ciężko wszystko poskładać, a część tekstu w ogóle nie jest istotna. Odnoszę wrażenie, że pisarz zbyt mocno chciał opisać każde miejsce, każde wydarzenie i motywy, żeby tylko nie pozostawiać niedomówień czy sprawiać, że to czytelnik ma sobie łączyć wątki. No i do tego fabuła, która jest tak rozstrzelona przez te wszystkie perspektywy. Rany, ile tych wątków można było opisać bez wyciągania ich na pierwszy plan, jak wiele było tu rozwlekania się nad sprawami nieistotnymi. Nie pamiętam dokładnie, z ilu punktów widzenia obserwowałam tę historię, zbyt wiele postaci, ale jeśli każda perspektywa odnosi się do innej postaci, innej sytuacji, innego wątku, które potem jakimś dziwnym trafem zaczynają się splatać, to mózg odmawia współpracy. Nie ma tu spójności, żeby chociaż jakoś dobrze przechodzić między jednym, a drugim. Ta książka jest poszatkowana na każdy możliwy sposób! Dodając rozwlekłe opisy, robi się z tego czytelniczy koszmar. Potwornie to wymęczyło.
Mam wielki problem z fabułą, która zapowiadała się zupełnie inaczej. Oczekiwałam jakiegoś magicznego kryminału z mechanicznymi stworami, magią i intrygami. Tutaj w sumie latamy po Wilnie z punktu A do punktu B, potem nagle zmieniamy dzielnicę i nie bardzo wiadomo, czego oczekiwać. Motyw bionika – ciekawy, ale kompletnie olany. Pojawia się na koniec i zostaje prawie natychmiast rozwiązany. To mogła być podstawa tej książki, bionik mógł być tym punktem zapalnym, mógł wprowadzać taki mroczny, magiczny klimat, być największą intrygą, tajemnicą, a został potraktowany po macoszemu, nie miał szansy w ogóle pokazać swojego potencjału. Za dużo skupiania się na sprawach nieistotnych, rozwlekania się nad relacjami, rzeczami i motywami, które nie mają żadnego znaczenia. Wątek, który miał być tym najważniejszym miał za mało uwagi, a został rozwiązany w sposób śmieszny, banalny, okazał się największym zawodem. No przyszła sobie taka Miła i nagle wszystko się naprawiło. Cholera, nienawidzę takich rozwiązań, to aż krzyczy „nie wiedziałem, co zrobić”. Autorowi bardziej chodziło o rozwodzenie się nad samym Wilnem i postaciami, niż na poprowadzeniu książki. Czuć, że zabrakło tu jakiegoś planu działania. W dodatku autor chyba nie ma ochoty dzielić się z nami informacjami. W jednym wypadku ciągle pisze jaka to tajemnica, ale nie wyjaśnia o co chodzi, rozwodzi się nad dziwnymi wydarzeniami, postacią Miły, ciągle powtarza pewne utarte frazy. Nie wiadomo, co się właściwie wydarzyło z tą dziewczyną, kim jest, czemu w ogóle jest ważna. Nie lubię tego, bo Miła jest jednak jedną z ważniejszych postaci, a nic o niej nie wiemy. Kiedy po raz setny czytałam „dzień, który zmienił wszystko” bez wyjaśnienia, co się tego dnia stało i czemu, miałam ochotę rzucić książką. Jak już się tak bawimy, to podajemy informacje! Można albo delikatnie dawać znać, że tutaj coś się rozwinie, albo od początku naciskać na wagę tego wątku, ale przy tym szybciej odkrywać karty. Nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka. W tym wypadku właśnie tak to jest i widać, że sam autor miał problem z unikaniem tego motywu, bo dosłownie w każdym występie Miły powtarzały się te same zdania, które sugerowały, że ona jest ważna, ale nie wiadomo czemu, jak i skąd. To jak Maas udająca, że Feyre i Rhys nie będą razem, chociaż przy okazji sugeruje, że będą. Halo, to nie działa! Fabularnie ciężko tu znaleźć punkt zaczepienia.
Postacie też nie zachwycają. Miła sprawia mi szczególny problem, poza wspomnianym wyżej wątkiem. Ona ma osiemnaście lat, a zachowuje się jak głupiutka dziesięciolatka. Nie chodzi mi tu o różnicę między naszymi czasami, a tamtymi. Jej zachowania, styl wypowiedzi, poziom myślenia zupełnie nie pasują do wieku. Robi się z niej dziecinną, głupią laleczkę, która przy okazji jest określana jako najważniejsza postać, chociaż nie wiadomo, czemu. Nie da się jej lubić. Poza tym przewija się od cholery postaci, które są mdłe, nijakie, wręcz kartonowe, ewentualnie zbyt pominięte, nierozwinięte, żeby można było się o nich jakkolwiek wypowiedzieć. Jedynie legat – Antoni Srebro – wydaje się postacią z charakterem, konkretnym celem i naprawdę jemu się kibicuje. To jedyny jasny punkt w tej plejadzie nijakości. Człowiek wie do czego dąży, zna swoją pozycję i popycha całą akcję do przodu. Kiedy przy rozdziałach innych bohaterów umierałam ze znudzenia, na widok Srebra czułam jakąś iskierkę nadziei, że chociaż na chwilę się rozerwę. Dziękuję, to mój zbawca!
Ostatecznie było kilka dobrych pomysłów, postać, która zachęcała mnie do dalszego czytania, ale to zbyt mało. „Wilcza Godzina” nie miała szansy stać się dobrą książką, skoro autorowi bardziej zależało na pokazaniu Wilna i porozwlekaniu się nad rzeczami nieistotnymi, niż na stworzeniu intrygi, która porwie wszystkich czytelników. Pokazywanie kawałka świata poprzez ciekawą książkę zawsze doceniam, ale bez przesadzania. Najpierw fabuła, najpierw postacie i dobry plan, potem dopiero wycieczki krajoznawcze. Jeśli zabieramy się za steampunk, fantastykę ze zbrodnią w tle i magicznymi eksperymentami, to w pierwszej kolejności oczekujemy właśnie tego, nie opowieści o mieście. Zawiodłam się, choć nie potrafię zupełnie zjechać tej książki. Kontynuacji pewnie nie ruszę, choć pomysł był ciekawy. Po prostu już wiem, że nie warto się męczyć z wielkim blokiem tekstu dla kilku stron magicznej przygody.

Książkę otrzymałam dzięki portalowi Czytam Pierwszy
Książkę otrzymałam dzięki CzytamPierwszy.pl
2

czwartek, 24 maja 2018

I raz, i plask, i dwa, i plask: Wiedźma z lustra, Maggie Stiefvater


„Rex Corvus, parate Regis Corvi.

Król Kruków, zróbcie drogę dla Króla Kruków”


Seria: Kruczy Cykl
Tytuł: Wiedźma z lustra
Autor: Maggie Stiefvater
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 413
Ocena: 10/10
Opis: Blue Sargent dorasta w domu pełnym kobiet, z których każda jest jasnowidzką, medium lub wróżką. Nie bardzo umie odnaleźć się w towarzystwie przeciętnych nastolatków. Jednak jej przyjaciele – uczniowie elitarnej męskiej szkoły Aglionby – z pewnością nie są przeciętni: Noah Czerny – duch zamordowanego przed laty chłopaka; Ronan Lynch, który potrafi wyjmować przedmioty ze swoich snów; Adam Parrish – zamknięty w sobie, obdarzony magicznymi zdolnościami. I wreszcie Gansey – lider całej grupy, który budzi w niej uczucia, o jakie by się nie podejrzewała…
Ich celem jest znalezienie legendarnego walijskiego króla Glendowera. Są bliżej niż kiedykolwiek dotąd. Ale nie tylko oni go szukają…
Wokół przyjaciół zaciska się pajęcza sieć intryg, gróźb i kłamstw. W dodatku pod ziemią znika matka Blue, Maura. A w jaskiniach czai się jeszcze ktoś. Ktoś, kogo nie wolno obudzić pod żadnym pozorem…

„Królowe i królowie

Królowie i królowe

Niebieska lilia, niebieska lilia

Korony i ptaki

Miecze i istoty

Niebieska lilia, niebieska lilia”


Moja przygoda z Kruczymi Chłopcami zaczęła się już kilka lat temu. Wiecie, te czasy, kiedy jeszcze nikt nie kojarzył Gansey'a czy Ronana, na polskim bookstagramie nie było prawie żadnych zdjęć tych książek. Zakochałam się w nich, byli piękni, magiczni, dumni, pogubieni... Byli nowymi Huncwotami, a czego nie myślałabym o Potterze – Huncwoci na zawsze zostaną moimi ukochanymi kluchami. Do tego Blue, która tak ładnie wykluczała wątek romantyczny. Maggie miała świeży pomysł, wyszła z mitologią, o której jeszcze nie słyszałam, delikatnie zabawiała się magią. Zakochałam się, a potem jakoś tak wyszło, że nigdy nie wyrabiałam się z kupieniem pozostałych dwóch tomów i tak docieramy do roku 2018, kiedy wreszcie mam całość i wracam do Cabeswater. Tęskniłam, moje kluchy!
To zaskakujące, ale po tak długiej przerwie nie miałam najmniejszego problemu wślizgnąć się w środek tej historii. Okazało się, że pamiętałam więcej, niż podejrzewałam, a i tak nie potrzebowałam jakoś wiele informacji. Po prostu wiedziałam, gdzie historia stanęła, znałam najważniejsze wydarzenia i leciałam dalej. Maggie ma to do siebie, że nie rozwleka się zbyt mocno nad rzeczami zbędnymi. Czuć, że ta seria ma jakiś określony plan, który skrupulatnie się wypełnia, wszystko się łączy, nie robi się z tego „Moda na sukces”. Za to wyjątkowo lubię kruczy cykl. Ta seria ma taki wyjątkowy klimat, wszystko toczy się dość spokojnie, czujemy ten sielski klimat małego miasteczka, sennego lasu, fabuła rozwija się szybko, ale przy tym jest dość łaskawa. Mamy czas przetworzyć wszystko, połączyć wątki, zatrzymać się na chwilę, żeby popodziwiać krajobrazy czy przez moment pozachwycać się pięknymi relacjami głównych bohaterów. Dla mnie to taki odpoczynek dla mózgu. Kocham książki gnające na złamanie karku, walące zwrotami akcji z każdej strony, ale nie można tak cały czas. Sięgnięcie po przygody Gansey'a i jego paczki to świetny sposób na zrelaksowanie się po jakiejś wyjątkowo zakręconej książce.
„Wiedźma z lustra” nie ustępuje poprzednim tomom, już na początku przypomniałam sobie, za co kocham kruczy cykl. Fabularnie niewiele się zmienia, chłopcy i Blue nadal poszukują Glendowera, a przy tym pakują się w dziwne tarapaty, bawią się starożytną magią, przeżywają własne dramaty, prowadzą pogawędki z magicznym lasem. Chyba nie ma tu wielkiej filozofii, prawda? Fabuła polega na odkrywaniu i rozwiązywaniu kolejnych tajemnic, zagadek, zdobywaniu coraz to nowych informacji na temat Króla Kruków. Jeśli czytaliście poprzednie dwa tomy, dobrze wiecie, jak to wygląda, a dużo więcej nie mogę napisać, bo zaspoileruję. Pojawia się coraz więcej magii, pięknych i przerażających zjawisk, a nasi bohaterowie są coraz bliżej ich upragnionego celu. Chyba wszyscy chcemy wreszcie poznać tajemniczego króla, dotrzeć do jego przebudzenia i zobaczyć, jak to się zakończy. Jeśli to czytacie, pewnie daliście wciągnąć się w poszukiwania.
Nie da się tu pominąć najpiękniejszych elementów tej serii, a są nią bohaterowie. Autorka jest doskonale świadoma tego, jak postrzega się relacje głównych bohaterów i wyciska z nich wszystko, co się da. Gansey, Ronan, Adam, Noah i Blue są ze sobą tak ciasno splątani, tak emocjonalnie połączeni, że czytelnika coś ściska od środka, kiedy tylko pojawiają się w liczbie większej niż jedno. Nie! Wystarczy, że któreś myśli o innych! Maggie sama świetnie to określa: oni wszyscy po prostu się kochają. Nie każde tak samo, ale widać to ich wzajemne zauroczenie, zaufanie, momentami napięcia wynikające z tego, że każdemu zwyczajnie zależy na innych. Wreszcie widać, jak te wszystkie relacje dojrzewają. Chociażby Adam, który w drugim tomie zrobił się irytującym dupkiem, do którego nie docierało zupełnie nic poza jego punktem widzenia. On wreszcie zaczyna się starać. Scena na sklepowym parkingu, jak z Ronanem wydurniają się w wózku z zakupami była cudowna. Poza tym dotarło do niego, że reszta chce mu zwyczajnie, po przyjacielsku pomóc. Ronan jest po prostu moim ulubieńcem i perfidnie kojarzy mi się z pewnym psim czarodziejem. Chyba jego historia jest najbardziej poplątana, tajemnicza i bolesna, w dodatku czekam aż wreszcie się z czymś zdradzi. Jeszcze nie tym razem, ale czekam. Gansey i Blue też im nie ustępują, już pomijając te splątane relacje wszystkich ze wszystkimi. Wiemy do czego ta dwójka dąży, chociaż nie wiadomo jak to będzie, bo... No bo, pamiętamy, kogo Blue widziała na początku pierwszego tomu. Jednak mimo to czujemy, że oni dążą do romansu, ale nie jest to natarczywe, pozostają w tle, sami starają się jakoś to ograniczać, chociaż plączą jeszcze bardziej. Rany, z nic
h wszystkich powstaje jakiś wielki supeł. Jednak są przy tym piękni, zbyt zapatrzeni w resztę, żeby zachowywać się jak egoistyczne buce (Ronan ma po prostu charakterek) i tworzą dzikie pułapki emocjonalne. Poza nimi, magią i poszukiwaniami Glendowera niczego więcej nie potrzeba. Chociaż Maggie dba, żeby nie wpadać w monotematyczność i stara się jeszcze ubarwić tą zabawę.
„Wiedźma z lustra” jest jeszcze bardziej magiczna, zawiła, mroczna i naładowana emocjonalnie. To świetna kontynuacja, jeśli mogę tak to nazwać. Tu następne tomy są kolejnymi fragmentami jednej, wielkiej układanki. Końcówka jak zawsze wyrywa z tej leśnej sielanki, podbija poziom adrenaliny, dodaje więcej mroku i sprawia, że chce się jak najszybciej dorwać kontynuację. Kruczy cykl jest trochę jak dobre wino. No jakoś tak, wino im starsze, tym lepsze, tutaj im dalej w historię, tym lepiej. Jakoś tak to miało być, wiecie o co mi chodzi! Polecam całą serię, a jeśli zastanawiacie się nad czytaniem kontynuacji, nie macie co zwlekać!

„I raz, i plask, i dwa, i plask...”
0

piątek, 16 marca 2018

36,28%: Cinder, Marissa Meyer

Chamska reklama Insta ♥

„POZIOM MODYFIKACJI: 36,28%”

Seria: Saga Księżycowa
Tytuł: Cinder
Autor: Marissa Meyer
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Ilość stron: 416
Ocena: 10/10
Opis: Ulice Nowego Pekinu zapełniają ludzie i androidy. Szaleje śmiertelna zaraza. Bezlitośni księżycowi ludzie patrzą z kosmosu, czekając na swoją okazję. Nikt nie wie, że los ziemi spoczywa w rękach jednej dziewczyny…
Cinder, utalentowana mechanik, jest cyborgiem. Tym samym należy do obywateli drugiej kategorii. Jej przeszłość to tajemnica. Macocha jej nienawidzi i wini ją za chorobę przyrodniej siostry. Ale kiedy jej życie splątuje się z życiem przystojnego księcia Kaia, Cinder nagle wpada w sam środek międzygalaktycznej wojny i doświadcza zakazanego zauroczenia. Rozdarta pomiędzy obowiązkiem a pragnieniem wolności, lojalnością a zdradą, musi odkryć prawdę o swojej przeszłości, by uratować przyszłość świata.

„Mam plan. Moim planem jest nieżenienie się z nią. I chrzanić dyplomację.”

„Cinder” już kiedyś czytałam i mgliście pamiętałam, że to był dobry kawałek shitstormu. Miałam wielkiego focha na Egmont, że porzucili „Sagę Księżycową” po drugim tomie, aż Papierowy Księżyc postanowił mnie uszczęśliwić. Panie i panowie, byłam tu zanim wybuchł hype! (A z niewielu rzeczy jestem tak dumna, jak z wyprzedzenia hype'u, który tak bardzo mnie do wszystkiego zniechęca.) No i tak, mam dwie pierwsze części w starym wydaniu, ale to mnie nie powstrzymuje od kupowania nowego. „Scarlett” jeszcze nie czytałam, bo tak jakoś wyszło. (Wina mojej słabej organizacji czasu.) Po drugim razie z „Cinder” mogę powiedzieć: cholera, to było lepsze, niż pamiętałam!
To czas na retelling „Kopciuszka”, ale bez słodzenia, dobrej wróżki i idealnych kiecek. Cała seria ma szkielet zbudowany na baśniach, autorka połączyła je wszystkie w cwany sposób. Bardzo lubię adaptowanie baśni w książkach, o ile robi się to dobrze. Jaki mam stosunek do innej serii opartej na historii bardzo włochatego księcia, to już chyba każdy wie. Tam się bardzo nie udało, a tu dzieje się dokładnie odwrotnie. Marissa Meyer to geniusz. Naprawdę na początek można uznać, że będzie to jakiś nudnawy romans osadzony w trochę odmienionej rzeczywistości, wszystko z góry przewidzimy, no ogólnie jak jedzenie pizzy dziesiąty raz z rzędu. Nie. To nie jest odgrzewany kawał włoskiego placka. Jak już pisałam, baśnie są jedynie szkieletem. Jasne, że część fabuły będzie przewidywalna, ale nawet nie wiecie, jaką przyjemność sprawia odnajdywanie tych fragmentów powiązanych z oryginalną historią. Autorka całą resztę tworzy sama. Ziemia po czwartej wojnie światowej, księżycowa cywilizacja w połączeniu z dobrze zbudowanymi postaciami, przemyślaną fabułą i odrobiną magii dają razem coś świeżego. Meyer świetnie poradziła sobie z przedstawieniem świata, który odkrywa się podczas czytania. Wszystko jest tak zgrane, żeby czytelnik się nie pogubił, przy okazji dostawał jakieś wskazówki odnośnie poszczególnych wątków, ale żeby też nie wiedział zbyt wiele. Idealne wyczucie! Nie pojawiają się żadne nielogiczne zgrzyty, a czyta się z przyjemnością, nie tylko dla głównego wątku.
Zaczynamy w Nowym Pekinie, na Ziemi szaleje śmiertelna zaraza, desperacko poszukuje się leku. Nad ludźmi wisi wojna z Księżycowymi, rządzonymi przez bezlitosną królową, zdolną do manipulowania umysłami całych narodów. Zaawansowana technologia pozwoliła na tworzenie cyborgów, którzy mimo swojej ludzkiej natury są traktowani jak obywatele drugiej kategorii ze względu na bycie w mniejszym lub większym stopniu maszyną. Na scenie są: cyborg mechaniczka razem z macochą, przybranymi siostrami i androidem, młody książę, trochę pokręcony naukowiec i zła królowa. Co złego może się wydarzyć? Nie chcę spoilerować, bo mnie zjecie, ale jakby ktoś chciał, to wiecie, do kogo uderzać. Po prostu „Cinder” nie skupia się jedynie na romantycznej historii, jak to biedna dziewczyna znalazła swojego księcia i została księżniczką. W sumie tutaj też autorka trochę kombinuje, żeby nie było to tak oczywiste. Może jestem dziwna, ale od zawsze lubię wątki ze śmiertelnymi zarazami, a Meyer spisała się z litumozą, na koniec skombinowała wyjaśnienie epidemii, które jeszcze bardziej miesza w fabule serii... Kocham tę kobietę. Do tego dworskie intrygi, bo zła królowa nie zajmuje się jedynie złym pierdzeniem w stołek. Levana od początku pracuje sobie na opinię największej zakały „Sagi Księżycowej”, jest taką typową, złą postacią, ale przedstawioną tak dobrze, że nie trzeba się starać, żeby jej nienawidzić. Przybrana rodzina Cinder też ma swoją rolę do odegrania, kolejny cwany przekręt, bo przez dłuższy czas autorka nie ujawnia, czemu w ogóle główna bohaterka trafiła tam, gdzie trafiła, a na koniec wszystko robi sens. Wątek Cinder i księcia Kaia też nie jest jakiś bardzo przewidywalny, chociaż tu akurat widać mocne powiązanie z „Kopciuszkiem”. Nie jest romantycznie na siłę, słodko i przewidywalnie, reszta to już odpowiednie podejście do książki. Nie zapomnijcie, że to nadal młodzieżówka, która czerpie z opowieści czytanych dzieciakom, głównie płci żeńskiej. Chociaż ja bardzo obniżyłam próg swoich oczekiwań i mocno się zdziwiłam. (Wspominałam, że kocham tę kobietę? Bo kocham.)
Kreacja postaci to jakaś magia. Każda z nich ma dość stereotypowe role, zła macocha musi być zapatrzona w swoje córki i w siebie, Kopciuszkowi musi być zawsze piachem w oczy, przyrodnie siostry zapatrzone w siebie, książę przystojny, dobry i mdlejcie kobiety... Wiadomo, o co chodzi. Wszyscy są tak dobrze napisani, że nie zwraca się uwagi na ich szablonowość, zresztą autorka postarała się, żeby w miarę możliwości wychodzili z tych szablonów. Dobrze to widać w relacji Cinder i Kaia, gdzie nie ma takiego bicia po oczach romansem, można to nawet bardziej sprowadzić na grunt przyjaźni. Wiadomo, że w końcu skończy się romansem, ale nie pojawia się on tylko dlatego, że autorka tak chce. Budowanie relacji od podstaw – tak trzeba to robić. No i nie zmieniają się w ameby, które potrafią tylko orbitować wokół siebie choćby się paliło i waliło. Każde ma własną osobowość i ani na chwilę jej nie traci. O Levanie się już w sumie wypowiedziałam, napisana tak, żeby wypełniać swoją rolę i odpowiednio działać na czytelnika. Wszyscy tam są tak stworzeni. Obsługa postaci na świetnym poziomie, tak po prostu. Nie pojawia się żadne gloryfikowanie, robienie z kogoś Wybrańca Ostatecznego, któremu trzeba padać do stóp, Meyer nie przesadza z dramatyzowaniem, romansami ani niczym innym. Może Peony jest z lekka przerysowana, ale taka była jej rola. Poza tym spodobało mi się czynne wprowadzenie doktora Erlanda do akcji, staruszek mnie mocno zaskoczył i mam nadzieję jeszcze o nim usłyszeć.
Odnoszę wrażenie, że wszystkie elementy są tutaj wyjątkowo dobrze połączone. Przedstawianie świata, postaci i łączenie wszystkiego w jedną, spójną, fabularną całość. Przez „Cinder” się po prostu płynie jak na zjeżdżalni wodnej. Wiecie, takiej nie za wolnej, ale też nie za szybkiej, tylko na koniec wpada się pod wodę w basenie i następuje wielkie zdziwienie, że to już, że co się wydarzyło na samym końcu i w ogóle jak to. W „Cinder” wszystko wydaje się być idealnie wyważone i zrobione na tyle dobrze, że mogę to polecić wszystkim po kolei i nie martwić się, że zaraz ktoś wyśmieje mój gust czytelniczy. No może opis trochę by mnie pogrążył, bo sugeruje więcej romansidła niż jest. Jeszcze trochę za dużo informowania potencjalnego czytelnika o tym, że ta książka to bestseller czy hit wydawniczy. To było trochę zbyt natarczywe i czy naprawdę trzeba wszystkie książki tak opisywać? Mam wrażenie, że wszyscy byśmy się bez tego obyli. „Cinder” broni się sama i nie potrzebuje przekonywać w ten sposób – wystarczy spojrzeć, ile osób czekało na wznowienie i dręczyło wydawcę o jakiekolwiek informacje o „Sadze Księżycowej”. Z drugiej strony to wydanie jest przepiękne i nawet lżej się je czyta. Czekam na „Scarlett”, bo w sumie mam wydanie z Egmontu, ale jak teraz się za nią wezmę, będę dłużej zdychać za „Cress”. Dramat, no nie?
16

sobota, 10 marca 2018

Nieuleczalny fantasta vs thriller: Kredziarz, C. J. Tudor


Ludziom się wydaje, że życie dzieci jest beztroskie, ale to nieprawda. Jesteśmy mniejsi, więc nasze zmartwienia są większe.


Tytuł: Kredziarz
Autor: C. J. Tudor
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 384
Ocena: 7/10 (ale nie znam się na tym gatunku.
Opis: W mrocznych zakamarkach ludzkiego umysłu kryją się najbardziej fascynujące koszmary i tajemnice.
Rok 1986. Eddie i jego przyjaciele dorastają w sennym angielskim miasteczku. Spędzają czas, jeżdżąc na rowerach i szukając wrażeń. Porozumiewają się kodem: rysowanymi kredą ludzikami. Pewnego dnia jeden tajemniczy znak prowadzi ich do ludzkich zwłok. Od tej chwili wszystko zmienia się w ich życiu.
Trzydzieści lat później Eddie i jego przyjaciele dostają listy z wiadomością napisaną tajemniczym kodem z dawnych lat. Uważają, że to żart do momentu, gdy jeden z nich nie ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Do Eddiego dociera, że jedyną drogą do ocalenia siebie przed podobnym losem jest próba zrozumienia, co tak naprawdę stało się przed laty.


W religii to częsta prawidłowość: morduj, gwałć, masakruj, a jak okażesz skruchę, wszystko będzie ci wybaczone.


Robi się dziwnie. Wypełzłam ze swojej bezpiecznej, fantastycznej piwnicy. No przeczytałam coś, co fantastyką nie jest. Nie było w tym nic, co mnie przekonuje do zostawienia na chwilę dziwnych magicznych tworów. W sumie nigdy nie planowałam przeczytać żadnego thrillera, nie mój typ i tyle. No ale zaproponowano mi egzemplarz przedpremierowy „Kredziarza” (w sumie za zdjęcie na Instagrama) i tak jakoś stwierdziłam, że raz mogę spróbować. Raz, bo w mojej piwnicy mi całkiem wygodnie. Poza tym po raz pierwszy wydawnictwo chciało mi coś przysłać! Święto lasu! Teraz już mogę bezkarnie rzucać garami jak Madzia Gessler?
Nie chcę oszukiwać, na tym gatunku znam się mniej więcej w tym samym stopniu, co na skakaniu poczwórnego Axla (no chociaż biedacko skaczę trójkę, więc może na Axlu znam się minimalnie lepiej). Z tego wynika pewna komplikacja: recenzja pewnie będzie krótsza.
Dobra, powiem tak: jako nieuleczalny fantasta, jeśli muszę przeczytać coś innego bardzo cierpię. No wiecie, takie to wszystko zwyczajne, żadnych dzikich magicznych systemów, absurdalnych stworów. Na czym tu oko zawiesić? Przy „Kredziarzu” nie chciało mi się umrzeć, więc trzeba to brać za wyjątkowo dobry znak. Autorce udawało się skupiać moją uwagę na jakichś innych elementach. Cwana bestia, ustawiła książkę tak, że nie chciało się jej odkładać. Główny wątek był na tyle tajemniczy i interesujący, że nie dało się przestać czytać. Pewnie też przez to skończyłam książkę w kilka dni. Nie powiedziałabym, że jakoś specjalnie wzbudziło to we mnie jakiś dreszczyk emocji czy jakoś specjalnie zmroziło. Wydaje mi się, że to są dwa jakieś ważniejsze elementy tego gatunku, a tu nic... Może porównam to tak: te elementy też przewijają się w fantastyce i wychodzą różnie, ale w kilku moich ulubionych książkach autorzy tak pogrywają, że aż się człowiek trzęsie. Chyba wiedziałam, jak powinnam się czuć. Tylko też może to być wina „Nibynocy”, którą niedawno czytałam. Jay Kristoff jednak trochę podniósł mój próg wytrzymałości na różne wstrętne, nienormalne i przerażające rzeczy. Szybka matematyka: pół winy na mnie, że jestem trochę skrzywiona. W sumie są szanse, że coś wam drgnie podczas czytania, jestem świadoma, że część akcji była dość nieprzyjemna. Końcówka jest trochę jak z jakiegoś starego horroru: kilka postaci, morderca, ostry przedmiot i las. Klimatycznie.
Bardzo mi się spodobała wielowątkowość „Kredziarza”, gdzie w większości te wątki są ze sobą powiązane, ale każdy dostaje swoje pięć minut i jest przemyślany. Mimo, że niektóre fragmenty wydają się zbędne, większość tekstu się ze sobą łączy, coś wynika z czegoś, wątki poboczne zbiegają się, prowadzą do czegoś. Lubię takie przemyślane akcje. Poza tym autorka porusza kilka problematycznych kwestii, a przy tym nie pomija ich konsekwencji. Sporo dzieje się w okresie dzieciństwa głównego bohatera i można uznać, że konflikty dorosłych czy ich problemy nie wpływają bardzo znacząco na dzieci, a jest zupełnie na odwrót. Taka spójność jest zdecydowanie na plus. To też bardzo wciąga, chociaż początkowo wydawało mi się, że coś jest wspomniane jedynie jako ciekawostka, okazuje się, że większość tych rzeczy została później wykorzystana do odpowiedniego rozegrania intrygi albo relacji pomiędzy poszczególnymi bohaterami. W dodatku autorka dobrze ukrywa to, co chce ujawnić później, a przy tym nie komplikuje, więc można powoli składać wszystkie wskazówki w całość. Są też fałszywe tropy, żeby nikt nie wiedział, kto jest prawdziwym mordercą. Na koniec najbardziej zaskoczyła mnie kwestia głowy zamordowanej dziewczyny. Może okazało się to dość dziwne i w sumie nie miało jakiegoś większego znaczenia, jak już się wyjaśniło, ale było to cwane zagranie.
Nie mam zbyt wiele do powiedzenia o postaciach. Dziwne, no ale tutaj nawet nie ma zbyt wiele do mówienia. Każdy ma swoją rolę do odegrania i tyle. Relacje między wszystkimi były interesujące, tutaj tworzyły się dość zawiłe połączenia. Prawie wszyscy mieli jakieś tajemnice, które albo wyskakiwały nagle i mieszały w głowie, albo sprawiały, że bardziej chciało się czytać, żeby je poznać i wyjaśnić.
Klimat na pewno odegrał swoją rolę. Trochę nie rozumiem, czemu niektórym kojarzy się ze „Stranger Things”, to zupełnie co innego. (Przy okazji polecam serial.) Produkcja Netflixa to zupełnie inna bajka i nie twierdzę przy tym, że „Kredziarz” jakoś traci. Nie, po prostu to nie to samo i jeśli chcecie go przeczytać tylko ze względu na takie porównania, pewnie się zawiedziecie. Z drugiej strony czuje się te późne lata '80. No może nawet późniejsze, bo kilka rzeczy kojarzę ze swojego dzieciństwa, a sprowadzili mnie do tego strasznego świata niecałe 21 lat temu. Bardziej podobały mi się rozdziały z 1986 właśnie przez ten klimat, rozdziały z 2016 były jakieś szare, pewnie przez wiek Eda. W dodatku jakoś lepiej mi się czytało z playlistą z pierwszych „Strażników Galaktyki”, mimo że większość kawałków jest z lat '70, ale jakoś mi się skomponowało. Polecam spróbować.
Mimo wszystko czegoś mi brakowało. Może czegoś nie załapałam, ale w sumie nie wiadomo, kto był odpowiedzialny za znaki kredą, tego autorka jakoś jasno nie wyjaśniła. Jak już pisałam, niektóre fragmenty wydają się zbędne. Nie było tego jakoś wiele, ale czasem chciałam pominąć kilka stron. Momentami autorka przynudzała. Nie wszystko zostało wyjaśnione, a postać Kredziarza nie była w pełni wykorzystana. Czuję się trochę, jakbym czegoś zapomniała z domu, ale nie do końca wiedziała, o co chodzi.
Nie wiem, jak to podsumować, bo z jednej strony nie było źle, a nawet zaskakująco dobrze. Sądziłam, że będę się męczyć podczas czytania, a okazało się, że w jakieś trzy dni było po wszystkim. Nie miałam poczucia, że nie chce mi się tego ciągnąć, wręcz chciałam brnąć dalej w historię. Autorce udało się zdobyć moją uwagę, żebym w międzyczasie nie ganiała za demonami czy innymi postrzelonymi czarownikami. Na koniec mnie zaskoczyła i okazało się, że większość tekstu ma sens. Nie zmroziło mi krwi, jak obiecywała okładka, więc chyba też nie  do końca wyszło było trochę braków. Jednak nie powiedziałabym, że „Kredziarz” mi się nie podobał. No i bardzo zaskoczyło mnie to, że w tekście nie ma literówek, a był to dopiero egzemplarz promocyjny, więc da się bez wpadek! Chociaż jakoś nie przekonałam się do samego gatunku, zostanę na swoim terenie, dobrze mi na nim. Tyle z mojej przygody z thrillerami.
5

sobota, 3 marca 2018

Potwory przejmują miasto: Okrutna Pieśń, Victoria Schwab

„Sunaj, Sunaj, czarnooki, pieśń zanuci, porwie duszę”

Seria: Światy Verity
Tytuł: Okrutna Pieśń
Autor: Victoria Schwab
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Ilość stron:453
Ocena: 7/10
Opis: Kate Harker i August Flynn są następcami przywódców podzielonego miasta – miasta, gdzie z przemocy zaczęły rodzić się prawdziwe potwory. Kate chciałaby dorównywać bezwzględnością ojcu, który pozwala potworom wałęsać się po ulicach, a ludziom każe płacić za ochronę. August chciałby być człowiekiem, mieć dobre serce i odgrywać większą rolę w obronie niewinnych przed potworami – niestety sam jest jednym z nich. Może ukraść duszę, wygrywając pieśń na swoich skrzypcach. Jednak Kate odkrywa jego tajemnicę…

„Monstra, monstra, małe, duże...”

O Victorii Schwab już trochę było: „Odcienie Magii”, czyli jak skutecznie mnie zabić (kilka razy). Ciężko, żebym nie wyczekiwała jej kolejnych książek, żebym nie miała pewnych oczekiwań, żebym się nie nakręcała na każdą informację o planach wydawniczych tej autorki... No wiadomo, jak to jest. Tylko, że strasznie bałam się tej książki i z oczekiwaniami musiałam połączyć takie ciche uspokajanie się, żeby nie wyobrażać sobie cudów na kiju. Zrozumcie, po Maas i jej spektakularnej porażce z „Dworami”, co do których miałam wielkie nadzieje (naiwna ja), kolejne głośne książki, kolejnej młodej autorki, która już raz zniszczyła mnie emocjonalnie... Widzę tu pewien schemat. Nie chciałam wiele, chociaż moje nadzieje i tak trochę namąciły. „Okrutna Pieśń” nie jest zła, nie jest porażką, ale też nie jest czymś tak dobrym, jak „Odcienie Magii” - to taki przeciętniaczek, ale przyjemny, oryginalny i dobrze napisany. Trochę nie zgadzają mi się daty wydań. Szybciej bym powiedziała, że pierwsza część „Światów Verity” jest debiutem Victorii Schwab, a to „Mroczniejszy odcień magii” powstał po dopracowaniu warsztatu, a tu zonk, to Kell, Lila i Rhy pierwsi ujrzeli światło dzienne, a potem pojawili się Kate i August. Dziwne to.
Koncept! Bo to mi się najbardziej podoba! Potwór kradnący dusze za pomocą muzyki, w dodatku August gra na skrzypcach – jak w książce są skrzypce, działa to tak samo, jak jest kot (on też się pojawia), po prostu będzie dobrze. Pomysł na potwory zrodzone z grzechów wydaje się dość świeży, jeszcze o czymś takim nie czytałam. Spodziewałam się takich typowych potworów/demonów, a tutaj przybierają one formę ludzką (mniej lub bardziej zdeformowaną). Ich gatunek, zachowanie, sposób, w jaki stwarzają niebezpieczeństwo, jest zależny od popełnionego przestępstwa. Jak Corsaje i Malchaje są zwyczajnie potworne, ich umysły są wypaczone, żyją, żeby mordować, tak Sunaje wydają mi się zwyczajnie tragiczne, no bo weź tu bądź potworem, z pełną świadomością, zdolnością odczuwania i przeżywania tak, jak ludzie i zostań zesłany na ten świat, żeby kraść dusze. Tak 2/10 bym powiedziała. Pewnie dlatego ich lubię, dostarczają mi trochę cierpienia, a jestem typem czytelnika, który żywi się dramami i cierpieniem. No i mamy też teren pewnego znanego nam państwa, którego nazwy nie zdradzę, zmieniony, podzielony. W ogóle co się tam wydarzyło i czemu? Nie wiadomo, ale odnoszę wrażenie, że akcja z Prawdziwości to dopiero początek ogólnej rozpierduchy. Mamy miasto podzielone między dwóch przywódców, z których jeden wydaje się być najgorszym potworem, a drugi przygarnął trzy potwory. Panowie raczej się nie lubią i w ogóle sytuacja jest nieciekawa, więc pokrętnych intryg też nie zabraknie. Mają też potomstwo, swoich następców, które odstawia niezłą manianę. (Kolejny powód, żeby mieć koty zamiast dzieci. Wspomnicie moje słowa!) No ciekawe, czemu coś poszło nie tak? Serio, nie wiem. Przecież tak dobrze im szło, zero zagrożenia, zero problemów. Kto by się przejmował?
Dość szybko się to czyta, jak już znalazłam czas, to większość książki przeleciała mi dosłownie w kilka godzin. Po części to zasługa fabuły, bo jak na początku musi się rozkręcić, to potem autorka mąci, wrzuca szybszy bieg i ogólnie stosuje zabieg „przykleić nieszczęśnika do książki”. Dzieją się rzeczy dziwne, więc chce się wyjaśnień, główny wątek coraz mocniej się rozkręca, coraz więcej postaci knuje i kombinuje, pojawia się głodny potwór, trochę wspomnień wyjaśniających niektóre sytuacje – po prostu chce się czytać. Tylko, że... Koncepcja jest bardzo oryginalna i ciekawa, za to już sama fabuła wydaje się znajoma, takie nic odkrywczego, nic wstrząsającego, ale przyjemnie się czyta. No, jedna rzecz mogła być wstrząsająca, ale okazało się, że ojciec Kate nie był aż tak popieprzony i nie podzielał gustu Belli Swan. (Edward jednak był mniej obrzydzający.) W sumie na koniec jest kolejne zaskoczenie, bo to knucie okazuje się o wiele bardziej zawiłe, ale to sam koniec. Większość książki jest po prostu typowa, zbyt znajoma, żeby się tym jakkolwiek zachwycić. Czyta się szybko i przyjemnie, bo nie męczy, ale równocześnie ma się takie „no ok, niech będzie”. Victoria Schwab dostaje złotą gwiazdkę i order dzielnego pisarza, za olanie wątku romantycznego – chwała i chałwa jej za to!
Bardzo polubiłam postacie, a jak nie budziły we mnie ciepłych uczuć, to przynajmniej spodobała mi się ich kreacja. August i Kate są zwyczajnie dobrze skonstruowani i nie występuje tu takie typowe w młodzieżówkach „a będę wredną, silną, niezależną suczą, bo tak, ale zacznę mieć ludzkie odruchy, jak przyjdzie co do czego”. Ich charaktery są w pełni uzasadnione, a autorka dba o to, żebyśmy ich zrozumieli. Bardziej polubiłam Augusta, ale on ma skrzypce i przygarnął kota, dostał fory, poza tym wytwarza przyjemne pokłady cierpienia i jego narracja zawiera trochę nawiązań do muzyki i astronomii. Kate za to wznieciła pożar i jest uparta jak osioł, ale ze swoich powodów, a przy okazji jest typem kombinatorki – da się lubić. Poza tym ma ciekawe backstory, a to tygryski też lubią. Pozostałe postacie też nie raziły jakimiś nielogicznymi zachowaniami, ciężko mieć do nich jakieś zastrzeżenia.
No i muszę przejść do marudzenia. Autorka spisała się dobrze, choć książka nie była jakaś super świetna, wolę „Odcienie Magii” i pewnie tak już pozostanie, jednak kontynuację „Okrutnej Pieśni” też chętnie przeczytam, tylko... Wydawnictwo! To moja pierwsza książka Czwartej Strony i muszę powiedzieć, że dawno nie widziałam tyle błędów w tekście, a nie dostałam egzemplarza do recenzji, tylko kupiłam książkę w Empiku. No i literówki jeszcze bym zniosła, bardziej znane mi wydawnictwa też potrafią ich sporo nastrzelać, tylko to jest najmniejszy problem. Dziwne zmiany narracji z trzeciej osoby na pierwszą i w jednym albo dwóch miejscach zmiany czasu. Do tego błędy w dialogach, kiedy te już się kończą i kolejne zdanie to myśli bohaterów, a są one zapisane w dialogu, jakby nie przestawali mówić. No i czasem to myśli Augusta, kiedy ostatnia odzywała się Kate. Takie rzeczy strasznie przeszkadzają w czytaniu, dezorientują i irytują. Poza tym czasem nazwa miasta jest przetłumaczona, czasem nie, a nazwa serii jest trochę dziwna. Jak "Monsters of Verity" zmieniło się w "Światy Verity"? Tym bardziej, że Verita to miasto.
Mam nadzieję, że to jednorazowa wpadka w redakcji i korekcie, bo jak w drugiej części pojawią się podobne cuda, to nie będzie dobry znak. Samo wydanie mi się podoba, podział między częściami, oprawa graficzna i dość wytrzymała okładka. Chociaż też chcę w końcu napisać coś, co zawsze mnie irytuje: polecajki na okładkach! Jak widzę ileś nazw recenzentów, youtuberów, porównania do innych znanych książek, to mnie coś trafia. Nie cierpię tego. Nie wszystkie grzechy są tutaj popełnione, no ok, ale to zawsze wkurza tak samo. Piszę to w recenzji, więc może ktoś to nazwie strzałem w stopę, ale no... Nie obchodzi mnie, ile znanych recenzentów to poleci i co o tym powie, a wręcz czasami potrafi mnie zniechęcić (alergia na booktube, widzę znajomą nazwę, przypominam sobie całą irytację, jaką filmiki danego twórcy we mnie wywołały). Krótki fragment recenzji? Co on właściwie da? Bo naprawdę uważam, że te dwa/trzy zdania wyrwane z całego tekstu nie są ani trochę pomocne, to nawet nie jest cała opinia. No i uważam, że jak już patrzy się na recenzje danej pozycji, to raczej nie na jedną, bo każdy zwraca uwagę na inne aspekty, ktoś się zachwyci i w ogóle nie wspomni o błędach, a ktoś wymieni ich całą masę. Czasem nawet kilkanaście recenzji może nic nie mówić – wskażcie mi choć kilka krytycznych recenzji „Dworów” poza moją i tekstami autorki Niebieskich Iskier. Nie podaję tego przykładu, żeby pokazać, że ta seria jest zła (no jest, ale nie o to teraz chodzi), ale dlatego, że wszyscy wręcz na siłę to polecają, krytyka czasem jest zupełnie pomijana, a potem znajduje się kilka osób, które przyzna, że czytali przez polecenia i żałują. No, to tak przy okazji, chociaż może kiedyś do tego wrócę. Po prostu nie lubię takich polecajek i zaraz po otwarciu książki jakoś mnie to zabolało.
Tak już kończąc, bo widzę zgubny koniec drugiej strony, to „Okrutna Pieśń” jest w miarę... Ok? No jak chcecie odpocząć przy czymś lżejszym, ale nie nudnym i rozwlekłym, to będzie dobra. Chce się to czytać dalej, nie jest jakaś głupia, nie wrzucę jej w kategorię „odmóżdżacz”, bo nim nie jest. To przeciętne, młodzieżowe urban fantasy, które da się polubić. Potrafi zaskoczyć i namieszać, ale bez fajerwerków i prób doprowadzenia czytelnika do skraju załamania nerwowego. Uznam to akt łaski ze strony autorki, bo jest zdolna do o wiele gorszych czynów, za które ją kocham i nienawidzę równocześnie. Polecam tę panią, nie zawaliła! Drugą serię też polecam, niżej nawet podlinkuję swoje pitolenie (i po poprzednim akapicie mam nadzieję, że nie zdacie się tylko na mnie). No i tyle ode mnie. Niedługo zobaczycie tu coś podejrzanego.
4

środa, 21 lutego 2018

Nigdy, przenigdy nie zapomnij: Nibynoc, Jay Kristoff



Kiedy wszystko jest krwią, krew to wszystko.

Seria: Kroniki Nibynocy
Tytuł: Nibynoc
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 585
Ocena: 10/10
Opis: W świecie, gdzie trzy słońca prawie nigdy nie zachodzą, początkująca morderczyni wstępuje do szkoły dla zabójców, planując zemstę na osobistościach, które zniszczyły jej rodzinę.
Córka powieszonego zdrajcy, Mia Corvere, ledwie uchodzi z życiem po nieudanej rebelii jej ojca. Samotna i pozbawiona przyjaciół ukrywa się w mieście wzniesionym z kości martwego boga. Ścigają ją senat i dawni towarzysze jej ojca. Jednakże jej dar rozmawiania z cieniami doprowadza ją do drzwi emerytowanego zabójcy i otwiera przed nią przyszłość, jakiej nigdy sobie nie wyobrażała.
Szesnastoletnia Mia zgłębia teraz tajniki fachu u najbardziej niebezpiecznych zabójców w całej Republice – w Czerwonym Kościele. W salach Kościoła czeka ją wiele zdrad i prób, a porażka oznacza śmierć. Jeśli jednak przetrwa inicjację, zostanie przyjęta w poczet wybrańców Pani od Błogosławionego Morderstwa i znajdzie się o krok bliżej tego, czego naprawdę pragnie

Możecie wśród nich kroczyć. Możecie bawić się wśród nich, żyć, śmiać się i kochać, ale nigdy nie zapomnijcie, nawet na jedną chwilę, kim jesteście.


 Zacznijmy od tego, że czekałam na wydanie tej książki po polsku, odkąd po raz pierwszy przeczytałam jej opis. Było to jeszcze przed wydaniem jej po angielsku, a ja już całkowicie przepadłam. Milion wyobrażeń: jak potoczy się fabuła, jakie będą postacie, co dokładnie się wydarzyło, jak wygląda ten świat – nie wiem, co bym zrobiła, gdyby ta książka nie została przetłumaczona na polski. Potem pojawiły się fanarty z Mią i tajemniczym Kotem. Kotem, rozumiecie? Przebudzenie wewnętrznej Grażynki, Matki Kotów zrodzonej z okłaczonego koca – musiałam to mieć. Fart chciał, że w końcu pojawiła się zapowiedź. No i jest już sporo po premierze, ale wychodziły książki, które jeszcze bardziej chciałam przeczytać, była sesja i tak dalej. Przeczytałam najszybciej, jak mogłam i mogę z czystym sumieniem z siebie wyrzucić: CHOLERA JAKIE TO BYŁO DOBRE! Jay Kristoff już raz tutaj gościł, ale dzisiaj jest jego pierwszy solowy występ. Illuminae wyrwało mnie z butów, ale Nibynoc” rozwaliła mnie na łopatki. Damn.
Powiem wam, że do tej pory, mimo moich wszelkich antypatii, w tematyce młodzieżowej fantastyki z zabójczyniami Maas nie miała konkurencji. Do czasu, aż pojawił się Jay Kristoff z „Nibynocą”. Teraz to on nie ma konkurencji. „Szklany Tron” jednak w pewnym momencie zaczął pikować w dół, a nawet jeśli porównywałabym pierwsze trzy tomy (bo z wszelkich znaków dawanych przez autora, „Kroniki Nibynocy” mają mieć trzy części), nadal seria o Zabójczyni Adarlanu nijak się ma do opowieści o Bladej Córce. Powód? Mass zgrabnie przeplata wątki, trzyma w napięciu i zawsze wrzuca ostry clifhanger, Kristoff za to tworzy jeden wielki ciąg przyczynowo-skutkowy, zrzuca małe bomby, żeby na koniec zrobić gigantyczną eksplozję, ale dopóki nie dotrzemy na ten ostatni wybuch, zupełnie nie wiemy, co się szykuje. No i cóż, trzeba przyznać, że poza tym „Nibynoc” ma wszystkie atuty „Szklanego Tronu”.
Niesamowicie podoba mi się koncept świata wzorowanego na rzymskiej republice i otaczających ją krajach. Z tych powodów, sporą rolę odgrywa tu polityka, praktycznie to od niej się zaczęło, chociaż ciężko powiedzieć, o co dokładnie poszło – autor zostawia sporo sekretów tylko dla siebie. Wszystkie działania, wydarzenia, gwara przypominają połączenie Włoch z Rzymem. Jednak mitologia, to jest dopiero coś. Wierzenia Itreyańczyków nie kojarzą mi się z żadnym konkretnym wyznaniem, widzę trochę nawiązań do chrześcijaństwa – Aa bardzo kojarzy mi się z bogiem, a jego wyznawcy przywodzą na myśl średniowiecznych katolików, dla których najwyższą wartością jest wiara, polują na heteryków niczym inkwizycja. Reszta już tak się nie zgadza. Mamy Panią od Błogosławionego Morderstwa, która kojarzy mi się z najróżniejszymi boginiami śmierci, żadnego konkretu. Paszcza jest Paszczą i tyle, wydaje się, że właściwie każdy element mitologii, to sprytny splot najróżniejszych, znanych nam wyznań. No i znalazło się nawet miejsce na małą dyskusję o wierze i jej braku. Najlepsze jest to, że Kristoff bawi się czytelnikiem, bo z jednej strony ciężko negować istnienie bogów, kiedy pojawiają się naznaczone przez nich artefakty, Pomrocze i inne magiczne wygibasy, a nagle okazuje się, że w sumie te trzy słońca to tak nie do końca zasługa bogów i być może odwaliła się tam jakaś katastrofa... No wprost uwielbiam, kiedy mistycyzm miesza się z racjonalizmem i nie wiadomo, co jest prawdą, jak się na to zapatrywać. Dajcie mi kolejną część, bo ten koncept jest świetny, ale czekanie na wyjaśnienia jest straszne!
Fabuła, choć z jednej strony banalna – główna bohaterka z chęci zemsty zaczyna się szkolić na zabójczynię – jest pełna zaskoczeń, zawiera wiele różnych aspektów i potrafi wielokrotnie zaskoczyć. Pojawia się trochę moralizowania o zatracaniu swojego człowieczeństwa, choć jest to dość... Dziwne? Nie chcę nic spoilerować. Ten wątek tak wyskakuje z pudełka i okręca całą fabułę na zupełnie inny tor. Nie można ufać dosłownie nikomu ani niczemu, chyba nie ma tam stworzenia, które w jakiś pokrętny sposób nie oszukałoby czytelnika. Dacie się na wszystko nabrać, serio, a potem okaże się, że autor z wami perfidnie pogrywał. Dlatego „Nibynoc” jest taka świetna: chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się banalną, ale interesującą fantastyką, wykorzystującą znane wszystkim schematy i wątki, z prędkością światła potrafi wywrócić wszystko, co do tej pory się o niej wie na lewą stronę. Jak kot dający się głaskać po brzuchu – sądzisz, że już jest milutko, wiesz, że nic cię nie zaskoczy, a nagle on stwierdza, że koniec tej zabawy i lądujesz z ręką w śmiertelnej pułapce. Zdarzyły mi się momenty, kiedy nagle skakało ciśnienie, można było się mocno zestresować. Kristoff lubi trzymać czytelników w napięciu i niepewności. Czasem robi rzeczy przewidywalne, ale potem się okazuje, że służyły one czemu innemu, albo są one przewidywalne, ale przy okazji dobre. Nigdy nie odmawiam panicznym ucieczkom przez miasto przed oddziałem wściekłych strażników – sceny typowe, ale zawsze dobre i czasem wręcz potrzebne. No i fabularna bomba na końcu, one są równie dobre, co złe, w ten moralnie zły sposób, bo to zwyczajne znęcanie się nad czytelnikiem. Prokuratura już jedzie, ja chcę kontynuację na wczoraj!
Wspominałam już o mitologii w „Nibynocy” – potwornie mi się spodobała, wydaje się świeża, interesująca i nie jest sobie tylko po to, żeby być jako taki zapychacz czy ciekawostka. To żywy element fabularny, który manifestuje się w głównej bohaterce, w jej historii jak i umiejętnościach. Koncept Pomroczy jest niesamowicie interesujący, tym bardziej, że prawie nic nie wiemy, Mia nic nie wie, nawet nie-kot z cienia nie ma pojęcia, jak to naprawdę funkcjonuje. Co do nie-kota z cienia, to Pan Życzliwy zdobył moje serce, najpiękniejszy, najbardziej złośliwy stwór w całej opowieści, zachowuje się jak typowy kot, który z jednej strony jest wredną łajzą i czepia się byle czego, ale z drugiej jest wyjątkowo związany ze swoją „właścicielką”. No cóż, potem pojawia się Eklipsa i tak się zastanawiam jak to będzie w „Bożogrobiu”, jak oni się dogadają. (Oczywiście, na wątek stworów z cienia czekam najmocniej, bo uruchamiają moją wewnętrzną Grażynkę.) W kontekście mitologicznym zderza się wiele kwestii w tym te bliższe współczesności i takie, które są już jedynie historią. Mam wrażenie, że coś więcej się za tym kryje, ale co dokładnie i czym naprawdę są Aa, Paszcza i trzy słońca, to się dopiero okaże.
Po zakończeniu ciężko powiedzieć, żebym polubiła wiele postaci, chociaż nie powiem, że były źle wykreowane. Po prostu wszystko wyszło tak, że z moich faworytów zostali tylko Mia, Pan Życzliwy i Tric. Reszty albo było mało, albo ostro odwaliła. Tylko, zaufajcie mi, to zwyczajnie moja ocena każdej postaci pod względem ich zachowania. Autor naprawdę przyłożył się do napisania każdego ważnego pionka w tej perfidnej, cwanej rozgrywce, a jeszcze lepiej się nimi posługiwał. Czasami dochodziło do tego, że byłam mocno obrzydzona (pewne rodzeństwo jest po prostu cholernie niepokojące), ale ja wiem, że Kristoff tak to zaplanował. Sama Mia nie trąci mi Mary Sue, co często dzieje się z głównymi bohaterkami, jeśli w kolejnych tomach w nią nie transformuje, to Maas naprawdę może się schować, bo będzie to dowód na to, że się da. Nasza młoda adeptka ma mocny i z lekka paskudny charakter, co sama zauważa, jest przy tym wyrazista. Bezwzględna zabójczyni? Tak, udowadnia, że przy tym nie trzeba od razu być potworem, nad czym też sama się zastanawia. Widać po niej wszystkie lata treningu, planowania zemsty za swoją rodzinę. Część rozdziałów jest poświęcona właśnie na jej wspomnienia, więc jak na talerzu dostajemy wyjaśnienia, czemu jest taka, a nie inna. Inne postacie też nie zostają w tyle, każda, która się pojawia, ma jakąś historię i jakbym ich nienawidziła, potrafię pojąć, czemu są takimi wstrętnymi jędzami, dlaczego robią to, co robią. (Ale i tak Jessamine mogłaby zawrzeć twarz i pewna akcja była zwyczajnie żałosna.)
Jest dopiero luty, ale już mogę uznać, że „Nibynoc” będzie jedną z najlepszych książek przeczytanych w tym roku. Uwaga: autor na samym początku spoileruje zakończenie całej trylogii, cholerny śmieszek. Z drugiej strony, to tylko jeden fakt, ale no... Zabolało, nie jako spoiler, po prostu „AŁA”. Przy okazji uprzedza, że apetycznie nie będzie, no i przyznać mu trzeba, czasem ohydy było całkiem sporo, w dodatku utaplanej w świńskiej krwi. „Nibynoc” nie bawi się w upiększenia, może kogoś trochę przerazić, potrafi wprowadzić w stan przedzawałowy. Poza tym autor często dodaje różne przypisy, czasami zwyczajnie zabawne, czasem nieco dłuższe, mające poszerzyć naszą wiedzę o przedstawionym świecie. Może komuś to przeszkadzać, ja doceniam każdą dziwną ciekawostkę, ja doceniam, że autor chciał przedstawić trochę więcej, niż to, co mogła nam pokazać Mia. Większość książki to jazda bez trzymanki, ale koniec... Rany, to nie ten twór, który potrzebuje 400 stron na rozkręcenie się: akcja od początku leci jak dzika, a na ostatniej setce uruchamia się prędkość światła. Odradzam czytać te ostatnie rozdziały przy ludziach, czasem na końcu języka formuje się ostra wiązanka w kierunku autora, postaci, akcji. Kristoff zaczął w mocnym stylu, a na koniec zlał po pysku plot twistami i uciekł bez wyjaśnień. „Nibynoc” zasługuje na więcej uwagi, to coś niesamowitego, zaskakującego i cholernie dobrego. Wybaczam nawet sceny seksu, nie uważam, że to coś wartego opisywania, ale te nie wprowadziły mnie w stan zażenowania i nie ciągnęły się w nieskończoność, nie wadziły, nie obrzydzały, więc niech te kilka stron sobie spokojnie egzystuje. Jedyne co, to wydawnictwo MAG w pierwszym wydaniu zostawia wiele literówek, jak zwykle zresztą, chyba taki urok tego wydawnictwa. Tak czy siak – nie zastanawiajcie się, zapraszam do Cichej Góry!
PS. Uważam za urocze, że Jay Kristoff przy każdym poście o tej serii daje #stabstabstab.
2