Ariana | Blogger | X X X X

wtorek, 28 sierpnia 2018

Król bez korony, magia bez ciała: Wyczarowanie światła, Victoria Schwab



„Miejsce króla jest z jego ludem.

Miejsce księcia jest z jego królem.”


Seria: Odcienie Magii 
Tytuł: Wyczarowanie światła
Autor: Victoria E. Schwab
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Ilość stron: 554
Ocena: 10/10
Opis: Ciemność przypuszcza atak na kolejny ze światów, tym razem ten najjaśniejszy z nich – pulsujący od magii Czerwony Londyn, szczęśliwe królestwo rządzone przez wspaniałych Mareshów, niszcząc i tak delikatną równowagę sił, która dotąd istniała w czterech Londynach.
Po tragedii Kell – uważany za ostatniego żyjącego antariego – musi dokonać licznych wyborów i podjąć ważne decyzje: komu pomagać, wobec kogo zachować lojalność, przed kim się ugiąć. Lila Bard – do niedawna uważana za zwyczajną (choć nigdy przeciętną) dziewczynę z Szarego Londynu – przetrwała i rozkwitła dzięki serii magicznych prób. Teraz jednak musi nauczyć się kontrolować świeżo odkryte zdolności – zanim magia całkowicie ją przytłoczy.
Starożytny wróg powraca i wyciąga ręce po kwitnące miasto, a upadły bohater stara się ocalić własne, z pozoru martwe królestwo. Zhańbiony kapitan Alucard Emery z „Nocnej Iglicy” musi więc zebrać załogę i wyruszyć na poszukiwanie ratunku, który wydaje się niemożliwy. Rozpoczyna się walka nie tylko z zewnętrznym nieprzyjacielem, lecz także z własnym, opętanym ludem…

„Kroczył w lśniącym złocie, a oni i tak go nie zauważali. Wołał do nich, ale mu nie odpowiadali.”


Drugi raz zbieram się do tej recenzji. Straszne jest to, że jak jakaś książka spodoba mi się aż tak mocno, ciężko mi poskładać recenzję. „Odcienie magii” zaczęły wreszcie podbijać Instagrama! Po trzech latach moich zachwytów, wreszcie czuję, że ta seria została doceniona! Zrecenzowanie „Wyczarowania światła” jest o tyle problematyczne, że podczas czytania zupełnie mnie zżarło, doszedł do tego zachwyt i... No wiem, że to było dobre! Diabelnie dobre! Tylko teraz muszę się skupić i złożyć coś więcej.

„Mit bez głosu jest jak dmuchawiec bez wiatru.Nie jest w stanie rozsiewać nasion.”


Dawno nie czytałam serii, do której tak się przywiązałam. „Odcienie Magii” zaczęłam z ciekawości, bo lubię fantastykę osadzoną w Londynie, nie spodziewałam się, że staną się najlepszą serią ostatnich kilku lat. Ostatnio czytam sporo dobrego, to prawda, nie mogę tym książkom odmówić najwyższych ocen, ale to „Wyczarowanie światła” powaliło mnie na kolana. Nie spodziewałam się tego do czasu, aż skończyłam ten tom. Nagle okazało się, że to prawie 700 stron nie wystarczy, potrzeba mi więcej! WIĘCEJ! Dawno nie czytałam fanfików do niedawno przeczytanych książek – tak naprawdę do tej pory czytałam jedynie o Malecu i „Yuri on Ice”. Tym razem po prostu musiałam znaleźć coś więcej, za bardzo brakowało mi tego świata i ukochanych postaci.

„Minęło tak dużo czasu, odkąd Rhyowi odebrano prawo patrzenia Alucardowi w twarz.”


Ostatni tom magicznej, międzywymiarowej trylogii Victorii Schwab jest jej ukoronowaniem. Po genialnym, zabójczym „Zgromadzeniu cieni” byłam martwa w środku, rozpoczynając „Wyczarowanie światła” dowiedziałam się, że jeszcze da się mnie dobić. Na początku miałam problemy z czytaniem, nie chciałam, żeby to już się kończyło. Przecież dopiero co poznałam i pokochałam ten świat, a już miałam się z nim żegnać. Kell, Rhy i Alucard na zawsze zajęli specjalne miejsce w moim sercu, nie mogłabym ich zostawić! Jednak ta ostatnia podróż była po prostu świetna!
Fabuła zaczyna się dokładnie w tym momencie, w którym skończyła się w poprzednim tomie. Czyli jest po prostu dramat, apokalipsa, koniec świata, wszyscy umieramy! Ten początek mnie rozbił, poskładał, znowu zniszczył i uratował. Po opanowaniu mojego osobistego dramatu – Kella i Rhy'a – zaczynamy prawdziwą imprezę. Osaron przedostaje się do Czerwonego Londynu, który chce przejąć za pomocą swojej mrocznej magii. Rodzina królewska wraz z uczestnikami balu, w tym przedstawicielami pozostałych państw musi schronić się w zamku, za czarami ochronnymi. Co z tego wynika? A no dramy i intrygi. Tym czasem w mieście szaleje magia, która zmienia ludzi w sługów mrocznego króla. Niektórzy walczą, umierają lub uodparniają się, ale zaraza się rozprzestrzenia i nie można dopuścić, żeby wydostała się poza granice Londynu. Wszyscy poszukują rozwiązań, lecz zniszczenie Osarona wydaje się niemożliwe. Nadzieją okazuje się dawno zapomniane urządzenie, którego jedyny niezniszczony egzemplarz znajduje się na legendarnym, morskim targowisku.
„Wyczarowanie światła” jest niezłym grubasem, a mimo to w żadnym momencie nie nudzi. Z każdej strony wyskakują nowe zagrożenia i przygody. Połączenie książąt, magii i piratów zawiera w sobie wszystko, co najlepsze. Nigdy do końca nie wiadomo, kto zdradzi, kto okaże się sojusznikiem. Victoria Schwab świetnie radzi sobie w ukrywaniu faktów, podkładaniu fałszywych tropów i zaskakiwaniu czytelnika. Naprawdę spodobały mi się jej rozwiązania fabularne. Jasne, jest tu wiele schematów typowych dla fantastyki, ale one są wszędzie, ważne jest ich umiejętne i kreatywne wykorzystanie. Każdy szczegół ma znaczenie i konsekwencje. Były takie momenty, kiedy w główny wątek ładnie wplatały się poboczne historie, świetnie było wiadomo do czego teraz jest odwołanie, ale nie wybijało to z rytmu. Do tego pojawiły się wspomnienia Hollanda, dzięki którym można lepiej poznać historię Białego Londynu i motywacje białego antariego. Ta książka jest jak dobrze pokierowana orkiestra, wszystko idealnie gra, każdy szczegół pojawia się w idealnym momencie. Naprawdę, ostatnio czytałam wiele dobrych książek, ale przy żadnej nie miałam takiego poczucia harmonii. Mam pewien niedosyt, ale to tylko przez to, że tak pokochałam „Odcienie magii”!
Postaciami też jestem zachwycona. Zdarzyło mi się stwierdzić, że Schwab wywołując konflikt na linii Kell – Maxim i Emira zrobiła mi równocześnie wyjątkowo dobrze i źle. Nigdy jeszcze żadna książka nie wzbudziła we mnie takiego poczucia niesprawiedliwości! Dopóki nie jest to sprawa realna, naprawdę lubię takie rzeczy. Jasne, życzę Kellowi jak najlepiej, ale bez tej dramy nie byłby dla mnie aż tak ważny. Sama też lubię wywoływać takie sytuacje w fanfikach lub o nich czytać – mam takie małe zboczenie, że kocham bawić się emocjami, a tutaj bawiłam się świetnie. Szanuję autorów, którzy potrafią wywoływać we mnie emocje tak realne, że czuję, że to dotyczy mnie. W tym tomie para królewska dostała trochę więcej miejsca, a przy tym okazję na rehabilitację. Idealnie nie było, miałabym im wiele do wygarnięcia, ale ciężko mi się na nich złościć. Tak naprawdę zapragnęłam poznać ich historię – oby te komiksy o Maximie nie kosztowały milionów! Kell nadal mnie zachwyca tak, jak w pierwszym tomie – zaszło w nim wiele zmian, ale czuję, że to nadal ten sam człowiek, że znam go. Jest bardzo naturalny. Do Lili nie byłam jakoś pozytywnie nastawiona. To taka postać, która może być, ale nigdy jakoś mnie nie jarała, miałam wrażenie, że wszystko przychodzi jej zbyt łatwo, oczywistym było, że okaże się antarim. Równie prosty do wydedukowania był jej związek z Kellem. Tylko, że w tym tomie nawet lubiłam czytać jej rozdziały. Nadal szło jej zbyt dobrze, ale autorka obnażyła trochę jej słabości, a sama Delilah została trochę wyciszona przez obecność Kella, Alucarda i Hollanda. Ciężko mi ukryć, że najbardziej pokochałam Rhya i Alucarda. Oni dwaj są dla mnie po prostu piękni! Młody książę teoretycznie miał wszystko, jest tego świadom, ale nie jest wolny od żadnych obciążeń. Podoba mi się, że Schwab przełamuje tą idealną otoczkę życia arystokraty. Przypomina, że idealne życie wymaga też bycia idealnym, a przecież nikt taki nie jest, dotyczy to zarówno Rhy'a jak i Alucarda. Książę i tak nie uchronił się przed mrokiem, ale jest wobec siebie bardzo wymagający. Wie, że jego status to również wiele obowiązków. Czuje się tak odpowiedzialny za swój lud, że jest gotowy wyjść na spotkanie Osaronowi – nawet jeśli nie ma szans z mrokiem. Mogę wymienić kilkoro książkowych książąt, których kocham, ale jako jedyny Rhy ma tak wielkie poczucie obowiązku. On jest po prostu zbyt dobry dla tego świata. Z drugiej strony jest Alucard, pewien siebie, dowcipny, magicznie uzdolniony arystokrata/pirat. Jego też nie mogę nie kochać, ma piękny charakter i skomplikowaną przeszłość – w stu procentach mój typ! Uwielbiam jego relację z Kellem, te wszystkie docinki i drobne złośliwości. Cieszę się, że została przedstawiona historia Emery'ego i autorka nie potraktowała tego wątku po macoszemu. Z poprzednich części można wywnioskować, że związki męsko  męskie nie są czymś wyjątkowym w Arnes, jednak nie jest do końca tak kolorowo. Oczywiście pojawiło się wiele innych postaci, które zasługują na uwagę, był Holland, który w tym tomie bardzo mnie zaskoczył, kochani Hastra i Lenos, ale zaraz okaże się, że potrzeba na to oddzielnego postu. Jeszcze chcę dodać, że bardzo mi się spodobała perspektywa Emiry. Do tej pory królowa była jedynie kochającą matką Rhy'a, ale autorka postanowiła pokazać to od zupełnie innej strony. Taki mały aspekt, a cieszy, kiedy społeczeństwo stara się wmówić, że macierzyństwo to samo szczęście i najlepsze, co się może kobiecie trafić.
Gdzieś spotkałam się ze stwierdzeniem, że „Odcienie magii” to jedna z lepszych serii fantasy ostatnich kilku lat. Nie mogę się nie zgodzić! Autorka znalazła balans między wszystkimi ważnymi aspektami tego gatunku, dba o czytelnika i jego czas, tworzy coś niezwykłego. Ten świat jest piękny, ta historia podbiła moje serce. Pomysł na magiczne wymiary i system magiczny okazał się naprawdę dobry. Fabuła i postacie zostały dopracowane w każdym calu. Naprawdę nie chcę się rozstawać z Kellem, Rhyem i Alucardem. Pocieszam się, że za jakiś czas mamy dostać kolejne książki osadzone w tym świecie. Jeżeli jesteście fanami fantastyki albo poszukujecie czegoś do zapoznania się z tym gatunkiem, ta seria jest warta przeczytania!

„I wtedy, w końcu, wdech zrobił świat.”

1

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Niebo pełne gwiazd: Gemina, Amie Kaufman, Jay Kristoff


„Dwa wszechświaty tańczą w obliczu katastrofy.”


Seria: The Illuminae Files
Tytuł: Gemina.  Illuminae_Folder_02
Autor: Amie Kaufman, Jay Kristoff
Wydawnictwo: Moondrive
Ilość stron: 631
Ocena: 10/10
Opis:Stacja skoku Heimdall – najnudniejsza stacja kosmiczna w galaktyce.
Hanna Donnelly – rozpieszczona córeczka kapitana stacji Heimdall, która swój pobyt na końcu galaktyki traktuję jako największą karę.
Niklas Malikov – niepokorny członek rodzinnej organizacji przestępczej Dom Noży z kryminalną przeszłością.
BeiTech Industries – korporacja, która prowadzi agresywną politykę zmierzającą do przejęcia kontroli na wszystkich koloniach w galaktyce zasobnych w złoża.
Lanimy – drapieżniki hodowane na kosmicznych farmach; z ich wydzielin wytwarzany jest silnie uzależniający halucynogenny narkotyk.
Mało? Do tego wszystkiego dodajmy hakerów, elitarną jednostkę Bei Techu wysłaną na stację Heimdall w celu likwidacji jej mieszkańców oraz awarię tunelu czasoprzestrzennego grożącą zagładą wszechświata.
I reaktywację AIDANA...

„Nawet jeśli przyjdzie ci umrzeć straszną śmiercią w trzewiach kosmosu, odejdziesz ze świadomością, że BeiTech Industries spotka zasłużona kara. Oczywiście przy założeniu, że ja nie umrę. Co jest prawdopodobne, ale nie pewne.”


Czasem tak mam, że moja wredna ciekawość pakuje mnie w dziwne akcje, jak to było na przykład z „Illuminae”. Najpierw miałam tylko pomamrotać, że znowu jakieś kosmiczne romansidło, a skończyło się na tym, że przez rok jęczałam, że chcę już „Geminę”. Właśnie mija te dwanaście miesięcy, a ja teraz zmieniam repertuar na „dawać trzeci tom”. (Coś w trawie piszczy, że „Obsidio” będzie trochę szybciej!) Czy będzie dużym zaskoczeniem, jeżeli powiem, że drugi tom był równie dobry, co pierwszy? Bo tak właśnie jest, chociaż „Gemina” jest również czymś zupełnie innym. W „Illuminae” mieliśmy kosmiczny pościg, szaloną sztuczną inteligencję i nieznanego wirusa. „Gemina” za to jest partyzantką na stacji kosmicznej przejętej przez wrogich złoli* , w reaktorze czają się kosmiczne pasożyty, a przy okazji gdzieś zaplątały się równoległe wszechświaty i zakrzywienia czasoprzestrzeni. Jaki z tego morał? Nigdy nie otwieraj farmy narkotyków w środku kosmosu.
Na początku miałam pewien problem z wgryzieniem się w tę część. Zmiana bohaterów, perspektywy, miejsca akcji i ogólnie wszystkiego sprawiły, że musiałam na nowo wdrażać się w tę serię. To jak włażenie na lód po dwóch miesiącach przerwy – nogi lecą do środka, a po kilku sekundach już lecisz na tyłek, trzeba na nowo się przyzwyczaić. Jednak, kiedy już wszystko wskoczyło na swoje miejsce i cała fabuła mogła naprawdę ruszyć, dałam się kompletnie wciągnąć. Chociaż tym razem postacie już miały dla mnie znaczenie. Rok temu mówiłam, że nie trzeba się nimi przejmować, ale teraz muszę zmienić zdanie. Wiecie, ja nawet trochę zatęskniłam za Kady, a jak pojawił się AIDAN to aż piszczałam z radości. Nie znaczy to, że bohaterowie „Geminy” byli jacyś nie do życia, dostaną swój własny akapit.
Forma zachwyca tak samo, jak w pierwszym tomie. Jest tu trochę więcej tekstu, nie ma kosmicznych bitew ze względu na miejsce akcji. Graficznie jestem zachwycona, forma przekazu niektórych momentów jest po prostu piękna i chyba żadne rozbudowane opisy nie wywołałyby we mnie takich emocji. Najbardziej mnie ujęły opisy z dwóch rzeczywistości naraz, rany, genialnie to zrobili. Trzeba też oddać Moondrive, że naprawdę postarali się z tym wydaniem. Jednak w Polsce niewiele książek wydaje się z taką starannością, w twardej oprawie, z porządną obwolutą, do tego z tak dobrym papierem. Już w ogóle nie mówię o tym, że tłumaczenie i oprawa graficzna w tej książce to wyjątkowo skomplikowana robota. Po otrzymaniu paczki po prostu jak najszybciej dobierałam się do książki i kartkowałam ją, żeby nacieszyć oczy. No i to nie jedyna rzecz, jaka tam się znalazła. Cały pakiet przygotowany do „Geminy” to cudo nad cuda. Gwiezdne skarpetki i kosmiczny kubek mnie ujęły, szczególnie, że od razu da się wyczuć dobre wykonanie. Pocztówki, zakładki i naklejki też są przeurocze. Spotkała mnie jeszcze ta „przygoda”, że mój pakiet okazał się trochę wybrakowany. Kolejny raz muszę posłodzić, bo prawie od razu sytuacja się wyjaśniła i prawie od razu brakujące rzeczy zostały dosłane. Kłaniam się, z tej strony wszystko zostało zrobione wręcz idealnie.
Fabularnie jest totalne zaskoczenie. Jasne, że przejęcie stacji kosmicznej przez wrogich agentów/płatnych morderców, drapieżne stwory czające się wewnątrz stacji i widmo zniszczenia statku z uchodźcami z Kerenzy wystarczą do stworzenia niezłego bałaganu. Autorzy stwierdzili, że to jednak nie koniec ich intryg. Początek jest dość mozolny, musimy przejść przez ściąganie sił BeiTechu, założenie hodowli lanim i takie duperele, żeby było z czego składać fabułę. Jednak jak już wszyscy aktorzy są na swoich miejscach, zaczyna się niezła jazda. Najbardziej zaskakujące jest to, że przez około 500 stron z 631 czytamy o mniej więcej 24 godzinach. Po tym, jak już akcja się zaczyna, nie ma miejsca na nudę. Z każdą stroną odkrywamy nowe fakty, poznajemy przeszłość bohaterów, pojawiają się zwroty akcji – po prostu nie da się oderwać. Najbardziej emocjonująca jest końcówka, oczywiście. Ostatnie sto stron to szaleńcza jazda w stronę końca świata, czułam się, jakby zaraz to mój wszechświat miał się rozpaść. Często autorzy podsuwają fałszywe tropy, mydlą nam oczy, żeby potem okazało się, że nigdy nie wpadlibyśmy na to, jak z nami pograli. Przez te gierki już nie mogę doczekać się „Obsidio”. No i tak, początek jest mozolny, ale daje czas na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji i postaci. Gdzieś to musiało się zacząć, więc nie uważam tego za wadę.
Z postaciami zżyłam się bardziej niż w „Illuminae” i jak już wspomniałam, okazało się, że stęskniłam się za Kady. Wcześniej była ok, ale za dobrze jej wszystko wychodziło. Ezra... No cóż, on to już niech się nie odzywa. Przy Niklasie jest jeszcze bardziej przezroczysty, niż był w pierwszym tomie. Właśnie to Nika najmocniej polubiłam, chłopak miał nieźle popieprzone życie. Nastoletni gangster po odsiadce, z mroczną przeszłością... Ha! Żaden z niego bad boy. I dobrze, jakby takiego zgrywał, to chyba bym się zastrzeliła. To taki wesoły, zakręcony chłopak, o którym aż chce się więcej czytać. Okazał się wyjątkowo autentyczny i pozytywny, nie spodziewałam się tego. Z Hanną już miałam pewne problemy, jednak z niej jest taka księżniczka, której działania da się łatwo przewidzieć. Do tego jest wielką królową spuszczania manta. Eh. Na początku naprawdę już się szykowałam na ogłoszenie jej jako najgorszej postaci w tej serii, ale w trakcie jakoś się to wyrównało. Na pewno nie będzie moją faworytką, ale nie czuję, że mam za co jej się czepiać. Mogę to tylko wyjaśnić przez drastyczną zmianę warunków, w jakich się znajdowała. Nie zrobiła się rozmiękłą kulą, która tylko się użala, jak to jest strasznie. Autorzy uniknęli też robienia z niej wielkiej bohaterki i zbawicielki, która wbija na mostek i załatwia wszystkich wrogów bez mrugnięcia okiem. W tej części większą rolę odgrywają główni bohaterowie i szczerze mówiąc, mam z nimi lepsze wspomnienia niż z Kady i Ezrą. Nik i Hanna dostali więcej miejsca dla siebie i wydają się autentyczniejsi. W obu przypadkach jestem zadowolona, każde z tych podejść zapewniło tym książkom sukces.
„Gemina” i „Illuminae” w ostateczności mocno się od siebie różnią, łączy je historia i forma, w jakiej zostały napisane. Obie są dobre i z chęcią się je czyta. Przysięgam, że jeśli tylko nic nie będzie wam przeszkadzać, na każdą z nich wystarczy weekend. Ja „Geminę” przeczytałam w jakieś trzy dni i to z poważnymi zakłóceniami w moim otoczeniu, a nie czytam jakoś ekspresowo. Ta książka, to świetna kontynuacja, nie trafiła jej „klątwa drugiego tomu”, spełniła wszystkie moje oczekiwania, a nawet dała więcej. Chciałabym już mieć „Obsidio”, ta historia jest zbyt wciągająca, żeby znowu ileś miesięcy czekać na kontynuację.

„Ułamek sekundy. Wieczność. W głąb. Przez próg. Szeroki na mikron. W niezmierzoną dal. To tylko dwie z nieskończenie wielu możliwości.”

*Złole - specjalnie dla mojej super korektorki, to takie małe nawiązanie do Deadpoola. Jednak jestem popkulturowym zwierzem i do słownika włażą mi takie dziwne teksty. ♥
12

sobota, 28 lipca 2018

Umarł król, niech żyje król: Przebudzenie Króla, Maggie Stiefvater


„Wzlatują, nurkują, szybują i nie ma nic oprócz kruków, nic oprócz snów.”


Seria: Kruczy cykl
Tytuł: Przebudzenie Króla
Autor: Maggie Stiefvater
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 462
Ocena: 10/10
Opis: Poszukiwania Glendowera trwają. Gansey i jego przyjaciele – Adam, Ronan, Noah i Blue – z każdym dniem są coraz bliżej znalezienia kryjówki legendarnego walijskiego króla. Czasu jest jednak coraz mniej. By ocalić Ganseya, który według przepowiedni niedługo umrze zabity pocałunkiem Blue, muszą obudzić go jak najszybciej. Krok za nimi czają się jednak ciemność i groza, bardziej przerażające niż cokolwiek, czego do tej pory zaznali… Czy i tym razem dadzą radę stawić jej czoła? I czy wszyscy wyjdą cało z tego ostatniego starcia?

„Gdy śnisz, czy śnisz o gwiazdach?”


Recenzowanie ostatnich tomów jest trochę problematyczne. Nie mam szans na unikanie spoilerów z poprzednich części, jeżeli chcę mieć poczucie, że napisałam coś porządnego – nie cierpię tych jednoakapitowych recenzji, z których wiadomo jedynie czy komuś się podobało czy nie. Poza tym często jestem rozbita emocjonalnie, już zaczynam tęsknić za serią i trochę ciężko się pożegnać. No i tak po trzech latach skończyła się moja przygoda z Kruczymi Chłopcami.

„Gdy stali razem w Cabeswater, nie istniała różnica pomiędzy snami a rzeczywistością.”


Maggie po raz ostatni zabrała mnie na magiczną wyprawę w poszukiwaniu Króla Kruków. Wielu rzeczy się nie spodziewałam, to jednak jest cwana bestia. Wyobrażałam to sobie zupełnie inaczej, ale nie marudzę – koniec końców było nawet lepiej niż się spodziewałam. Nigdy nie sądziłam, że popłaczę się nad tą serią. Kiedy już mogłam w spokoju usiąść z książką, wręcz przez nią płynęłam. Wciągało mnie do reszty, czułam się, jakbym miała obok siebie tych pięknych, cudownych ludzi. To jest taka swoista magia tej serii, wytwarza swój własny klimat i pochłania bez reszty, istnieje tylko taka cienka granica, przez którą nie można znaleźć się w Cabeswater. Są piękne postacie, charakterystyczny nastrój i bardzo subtelna magia, która każe się nad wszystkim dobrze zastanowić. To przez to Kruczy cykl jest tak kochany.
Zaczyna się spokojnie, przez większość książki miałam poczucie, że po prostu czytam kolejny tom, a nie wielki finał. Nie było takiego parcia na akcję, ale to typowe dla tej autorki. Wszystko rozgrywa się swoim własnym rytmem. Sto stron przed zakończeniem zaczęła dziać się prawdziwa magia. To, co przez poprzednie tomy niewinnie wisiało nad nami i udawało, że da się to spokojnie rozwiązać, zwaliło się na głowę z całą siłą. Z perspektywy czytelnika: to było tak złe! Ja przy tym tak wewnętrznie umierałam, to jak mówienie, że Święty Mikołaj nie istnieje! Z perspektywy twórczej: rany, było tak dobrze! Na miejscu Maggie bym sobie nie wybaczyła, gdybym odpuściła sobie te rozwiązania! W dodatku zadziała się magia, naprawdę, losowe odtwarzanie zaczęło mi podsuwać utwory wręcz idealnie oddające dane chwile. Spotify mnie infiltruje, chcieli, żebym się zapłakała. Pod względem fabularnym jestem więcej niż zadowolona, lubię być zaskakiwana, „Przebudzenie Króla” świetnie się w tym sprawdziło. Wszystko okazało się zupełnie inne, niż mogłam oczekiwać, a Król Kruków był chyba największym zaskoczeniem. Trzęsłam się nad tą książką jak galareta, jak kocham Maggie, nigdy nie posądziłabym jej o zdolność do wprawienia mnie w taki stan. Czuję pewien niedosyt w związku z wątkiem Demona i handlarzy artefaktami. Nie ma żadnego wyjaśnienia, co się z nimi stało. No niby po zakończeniu można się domyślić, że wydarzyło się to czy tamto, ale chciałabym o tym przeczytać. Może w zapowiadanej książce o Ronanie czegoś się dowiemy.
Pod względem postaci jestem, jak zawsze, pogrążona w głębokiej miłości. W towarzystwie pojawia się nowy, interesujący element. Henry kompletnie mnie kupił i aż mi przykro, że wepchnął się do ekipy dopiero w tej części. Muszę też przyznać, że Gansey i Blue nagle zaczęli mnie choć trochę obchodzić. Wcześniej temat ich związku sobie był i tyle, ale teraz jakoś tak wgryźli się w moje emocje. Jestem trochę zaskoczona, ale to też zasługa autorki. Ich wątek napisała bardzo subtelnie, oddając przy tym wszystkie emocje, jakimi był on nacechowany, a ja jakoś tak wpadłam. Ronan i Adam to już po prostu moja miłość, Maggie poprowadziła ich bardzo podobnie do wymienionej wyżej dwójki. Różnica polega na tym, że na tych dwóch czekałam od „Złodziei Snów”, osobno pokochałam już w „Królu Kruków”, a w połączeniu okazali się tak piękni, że aż mnie od środka rozsadza z radości. Trochę jak w „Simon oraz inni homo sapiens”, to po prostu wydawało się tak właściwe, naturalne i stało się tak dobrym zakończeniem, że powstał stan idealnej równowagi. Wszystko jest w porządku, można się już cieszyć, nie było żadnej dramy, żaden z nich nie ucierpiał, perfekcja. Świetną, że tak to nazwę, właściwością postaci jest to, że to oni składają fabułę. To ich marzenia, lęki, kłamstwa, plany, uczucia i przeszłość sprawiają, że coś się dzieje, kolejne elementy układanki wskakują na miejsce, a potem zbierają się razem i można rozpocząć prawdziwą zabawę. Są jak kamienie nieskończoności w uniwersum Marvela, tylko, że zamiast wymazywać połowę wszechświata, tworzą coś magicznego i wciągającego. Bez nich to by się nie udało. Magowie, królowie i śniący, tak idealnie dopasowani do swoich ról, a przy tym autentyczni, intrygujący, popełniający błędy. Nie zastanawiałam się zbytnio nad tym, że powinni szukać Glendowera, czytałam to dla nich.
Ciągle nawijam też o klimacie tej serii, a przydałoby się coś o tym opowiedzieć. Maggie stworzyła taką wyjątkową mieszankę piękna, koszmarów, snów i tajemniczej magii, osadzoną w spokojnym miasteczku. Ma talent do barwnego, wręcz obrazowego przedstawiania miejsc, zdarzeń i ludzi, a przy tym nie przynudza rozwleczonymi opisami. Nic nie rozwleka. Podczas czytania w głowie czytelnika malują się kolejne wydarzenia. Kiedy ma być przerażająco, naprawdę tak jest. Koszmary wyłażą z ciemnych kątów, duchy wariują, ptaki wrzeszczą. Jak przychodzi do magicznych zdarzeń i miejsc, w powietrzu wręcz wisi ten wyjątkowy aromat, a czytelnik czuje się, jakby wpadł do króliczej dziury. Mi najbardziej podoba się przedstawienie snów, klimat Stodółek, senne świetliki wiszące w powietrzu, stworzone z marzeń zwierzęta, miejsca i rzeczy. Czasami aż miałam wrażenie, że wystarczy wyciągnąć rękę i magia stworzy to samo dla mnie.
Podsumowując: „Przebudzenie Króla” jest równie magiczne i piękne, co reszta cyklu, z niczym się nie śpieszy, ale w odpowiednim momencie dzieje się to, co powinno się stać w finale. To nie jest zakończenie, jakiego można się spodziewać po poprzednich trzech tomach, ale jest dobre i świetnie pasuje do całej układanki. Wszyscy już wiecie gdzie jest Król, tylko się nie domyślacie. Dostałam to, na co czekałam od kilku lat i chyba nigdy do końca nie obudzę się z tego snu. Ta seria jest po prostu nie do podrobienia. W ogóle ostatnio piszę same pozytywne recenzje i patrząc na moje plany czytelnicze, jeszcze trochę to potrwa. Spokojnie, są rzeczy, które już od jakiegoś czasu mnie gryzą. Nie w recenzjach, ale niedługo pokażę rogi, nie trzeba się martwić! (Żeby mi ktoś nie myślał, że wystawiam same pozytywne opinie, bo chcę być po prostu taka kochana i milutka. Nigdy!)
Była 6.21.
8

czwartek, 19 lipca 2018

Nie taką cię stworzono: Łzy Mai, Martyna Raduchowska


„Bo stałam się ludzka. Ułomna, słaba i samolubna...”


Seria: Czarne Światła
Tytuł: Łzy Mai
Autor: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 416
Ocena: 10/10
Opis:W New Horizon androidy nie śnią o elektrycznych owcach. One marzą o reinforsynie. W latach 30. XXI wieku technologia jest wszechobecna. Sztuczne organy, implanty, domózgowe wszczepy – ludzkie ciało i umysł można upgrade’ować wedle uznania. Jeżeli oczywiście kogoś na to stać. Biednym pozostaje jedynie reinforsyna. Dla ludzi to geniusz w pigułce. Dla androidów zaś – szansa na odczuwanie emocji. Nie wszyscy są entuzjastami technologii. Na pewno nie Jared Quinn, porucznik wydziału zabójstw. Na pewno nie po Buncie, w trakcie którego zdradziła go jego własna replikantka, Maya. Gdy wraca do pracy w policji, ma zasadę: żadnych cyborgów, żadnych androidów. Nie w jego zespole. Tymczasem po New Horizon grasuje zabójca nieuchwytny dla policyjnych systemów. Dla Quinna to jak wygrana na loterii – powrót do tradycyjnych metod śledczych. Ofiarą jest młoda kobieta. Widział ją już.
W swoich koszmarach.
Czyżby to on był mordercą?

„Tak długo wpatrywał się w otchłań, aż wreszcie otchłań popatrzyła na niego.”


Na początek powinnam przeprosić, że znowu mnie zjadło. Wygląda to tak, że 6 lipca miałam ostatnie egzaminy, a chwilę później musiałam zwijać się na obóz łyżwiarski. Wiecie, co to za wakacje bez zrobienia z siebie frajera przed olimpijczykami i rozbicia kolan? No właśnie. Pozdrawiam, człowiek, który już dwa razy zaliczył glebę centralnie przed Natalią Kaliszek i Maksem Spodyrievem! Jednak o tym będzie oddzielny post, w końcu od zawsze lubiłam pisać komediodramaty. To tak słowem usprawiedliwienia, po prostu wychodziłam po śniadaniu, z lodowiska schodziłam po dwudziestej drugiej i chciało mi się jedynie spać po tych „szalonych” połowicznych Salchowach. (Sukces życia, kierowca autobusu wstał i zaczął klaskać!) Dzisiaj mam dla Was „Łzy Mai”.
Szczerze mówiąc po zamówieniu egzemplarza recenzenckiego miałam w głowie takie wielkie „kurde, co ja robię?”. Wiecie, tematyka sci-fi, cyberpunk i wszystkie te zakręcone technologie brzmią świetnie, tylko przy większości tego typu książek potwornie się męczę. Tym razem czytanie trwało tydzień jedynie ze względu na mój brak czasu. Jeśli już miałam wolną chwilę, siedziałam przyklejona do książki. Czytało się ją wyjątkowo płynnie i szybko, nie zauważałam kiedy mijało kolejne sto stron. Pierwsze spotkanie z Raduchowską wypadło wyjątkowo dobrze.
„Łzy Mai” są pod pewnym względem wyjątkowe. Od razu czuć, że pisała to absolwentka psychologii. Nie zrozumcie mnie źle, lubię swoje studia, no nie w każdym aspekcie, ale jednak, tylko lektury... W ciągu dwóch lat bezproblemowo przeczytałam JEDNĄ książkę z sylabusa. Wszystkie publikacje psychologiczne są dla mnie potwornie męczące. Może po prostu Martyna Raduchowska powinna pisać dla mnie więcej powieści, żebym mogła uczyć się bez bólu egzystencjalnego? W ostatnim semestrze miałam neuropsychologię i gdyby tylko ta książka wpadła w moje ręce przed sesją, nie musiałabym się martwić tym przedmiotem. To, co wcześniej było męczarnią stało się całkowicie zrozumiałe i interesujące. Poza tym przewija się wiele psychologicznych tematów i szczerze mogę wam powiedzieć, że wreszcie trafiłam na genialną fantastykę tak mocno i rzetelnie powiązaną z tą dziedziną. Przysięgam, nie wyłapałam tam ani jednego przekłamania czy błędnego stereotypu, nawet znalazło się miejsce na etykę zawodu. Wiem, brzmi to jak jakieś nudziarstwo, ale gdyby (znowu) tak to wyszło, byłabym pierwsza do narzekań. Więcej nauki przedstawionej w prosty i ciekawy sposób – tego świat potrzebuje, tego potrzebuję ja! Jeśli jakkolwiek interesujecie się psychologią i lubicie futurystyczną fantastykę, to będzie dla was idealna pozycja!
Ten tytuł idealnie łączy cuberpunk, neuronauki, psychologię i kryminał. Przy okazji idealny przykład, że jeśli tylko człowiek chce, to znajdzie sposób na wykorzystanie wiedzy zdobytej na studiach. (Chciałabym tak.) Połączenie to dało genialnie wykreowany świat oraz fabułę wciągającą jak czarna dziura. Wszystko to u boku świetnie napisanych, wiarygodnych postaci. Nie miałam nawet chwili na zastanawianie się co zjeść na obiad, czy mój kot znowu próbuje podbić świat albo jak będzie wyglądała fabuła Avengers 4. „Łzy Mai” są tak napakowane tajemnicami, zagadkami i intrygami, że człowiek spędza całą lekturę na rozpracowywaniu ich. To czy się udaje to zupełnie inna sprawa. Ja na wczoraj potrzebuję kontynuacji, bo nadal wiem prawie tyle co nic! Od początku czytelnik wkręca się w wątek buntu, w którym ucierpiał Jared. Wszystko zaczyna się w tym punkcie. Po drodze mamy historię naszego porucznika, poznajemy wszystkie ważne aspekty jego życia, lęki, obawy, uczestniczymy w terapii i towarzyszymy podczas odzyskiwania wspomnień. Już w tym miejscu pojawia się tak wiele niewiadomych, że znajdujemy się w pułapce – przecież nie da się odłożyć książki bez poznania prawdy o wydarzeniach z Beyond Industries, zdradzie Mai i tajemnicach doktor Bennett. Kilka kroczków w przód i już siedzimy po uszy w wątku kryminalnym. Muszę przyznać, że chyba to mnie najmocniej zaintrygowało, tajemnicze blackouty, nieuchwytny morderca i same ofiary. Niby są interludia, gdzie miesza postać Misty, ale są tak napisane, że równocześnie można ją podejrzewać, ale autorka wręcz odbiera nam wszelkie podstawy do oskarżania jej. Mam ochotę krzyknąć „Do diabła, tłumacz się, kobieto!”, ale dobrze wiem jaka to jest zabawa i jak wpływa to na odbiór całej serii. Sama bym tak zrobiła. Fabularne dzieło.
Grzechem byłoby nie wspomnieć o kreacji świata. Tak trzeba to robić! To trochę ponad dwanaście lat w przód, a czułam się jak w zupełnie innym świecie. Ziemia po wojnach i roztopieniu lodowców, społeczeństwo po latach ogromnego rozwoju neuronauk, gdzie nowoczesne technologie ściśle zazębiają się z biologią, a neurologia ma gigantyczny wpływ na życie każdego człowieka. Czytałam najróżniejsze książki skupiające się na przyszłości. Katastrofy, wojny, zarazy, technologiczne rewolucje, sama nigdy bym nie pomyślała o wizji w tak wielkim stopniu opartej na rewolucji neurologicznej. Szczerze mówiąc, na początku przeraziłam się, że będzie to strasznie męczące i niezrozumiałe, tymczasem autorka opisuje wszystkie te mózgowe zawiłości w bardzo przyjemny sposób. Zaufajcie mi, profesjonalnemu snajperowi na neuropsychologii, nie byłam tu w jakiejś komfortowej sytuacji. Prawdę mówiąc podczas czytania śniły mi się potworne wizje poprawek z tego neurologicznego zawirowania. Przedstawienie świata i społeczeństwa stoi na naprawdę wysokim poziomie. Wszystko jest klarowne i bardzo obrazowe. Opisy miejsc, postaci, wydarzeń są na tyle rozbudowane, że czyta się je z zaciekawieniem, a w głowie od razu tworzy się wiarygodna sceneria. Czytelnik stopniowo poznaje otoczenie i bez problemu się w nim odnajduje, nie ma tu miejsca na nieporozumienia lub problemy z wyobrażeniem sobie miejsca akcji. Pozostaje jednak miejsce na tajemnice, które sprawiają, że z chęcią dalej eksplorujemy New Horizon.
„Łzy Mai” to pod każdym względem świetna książka. Nie mogę się już doczekać kontynuacji. Do samego końca autorka trzyma nas w niepewności, zaskakuje, a na koniec okazuje się, że wszystko jest zupełnie inne niż się spodziewamy. Czuć, że pisała to psycholog i kryminolog, co działa jedynie na korzyść tej pozycji. Postacie są wiarygodnie napisane, interesujące, chętnie towarzyszy się głównemu bohaterowi podczas dochodzenia. Mogę z ręką na sercu powiedzieć „spróbujcie”. W dodatku zastanawiam się jakim cudem to był tekst przed korektą. Jaką korektą? Nie wyłapałam nawet jednego błędu! Tak powinno się wydawać książki!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Uroboros
4

środa, 11 lipca 2018

Kiedy miłość jest obsesją: Umysł, Audrey Carlan

Tytuł: Umysł
Tytuł oryginału: Mind
Autor: Audrey Carlan
Tłumaczenie: Anna Szafran
Data premiery: 4 kwietnia 2018
Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 470
Szerokość grzbietu: 2,9cm
Krótka ocena: Chyba nie tego się spodziewałam...

Prawda jest taka, że erotyka nie jest moim typem literatury. Kiedy staje się tego za dużo, czuję się skrępowana. Dlaczego więc sięgnęłam po książkę, która zdaje się wręcz krzyczeć "EROTYKA"? Ano cóż, zaciekawił mnie opis. Kilka słów o stalkerze, ryzyku i urojonym uwielbieniu. Ot, niby nic takiego, a przekonało mnie do tego, by odrzucić nieco na bok moje uprzedzenia (nabyte chyba głównie po Grey'u...) i spróbować - no bo, co mi szkodzi?

Muszę wspomnieć, że jest to drugi tom serii, a pierwszego nawet na oczy nie widziałam. Mimo wszystko jednak nie czułam się zagubiona w historii. Autorka wprowadza nas w fabułę w taki sposób, że czytanie pierwszego tomu wcale nie jest potrzebne, by zrozumieć, o co chodzi. Gillian Callahan zdobyła serce Chase'a Davisa, który jest jednym z najbardziej pożądanych kawalerów w Stanach Zjednoczonych. I jednocześnie najbogatszych. Dziewczyna szybko zyskuje sławę - nie ma się co dziwić, skoro para ma się pobrać. I tu pojawia się najciekawsza sprawa - stalker. Z jakiegoś powodu przyczepił się do biednej Gillian, dręczy ją. Chase oczywiście wszystkimi środkami jakimi dysponuje, próbuje go dorwać. Czy mu się uda? Jak sytuacja się rozwinie? A tego już wam nie powiem, jeśli chcecie się przekonać, sami się za nią weźcie.

Bałam się, że styl autorki może być kanciasty, że będę się strasznie męczyć, czytając. O dziwo, czytało mi się ją nawet całkiem przyjemnie. Historia może nie była najwyższych lotów i naprawdę dobry motyw stalkera niestety został nieco odsunięty na bok, jednak samo to, jak Umysł jest napisany, można uznać za zdecydowany plus książki. No cóż, do czasu. Niestety opisy scen erotycznych miejscami stawały się naprawdę niesmaczne. Może wymagam zbyt wiele, bo naprawdę ciężko mnie pod tym względem usatysfakcjonować, ale... kiedy pokazałam fragmenty znajomym, byli równie zniesmaczeni jak ja. A uwierzcie mi, nie wszystkie opisy zbliżeń tak działają. Nie mówię też, że wszystkie takie sceny wywoływały u mnie silnie negatywną reakcję, wręcz obrzydzenie, część była naprawdę... w porządku. Bez szału, ale jednak nie wzdrygałam się co drugie słowo, jak to bywało miejscami, co już jest w pewien sposób sukcesem.

@chaos_cupcake

Co warto zaznaczyć, bohaterowie Umysłu są dość ciekawi i wcale nie tacy zupełnie kartonowi. Każde z nich ma swoje określone cele i je spełnia - lepiej lub gorzej. Nie są zupełnie nierzeczywiści. Miejscami nieco rozmyci i ich charaktery zdają się gdzieś się gubić, jednak ogólnie ich kreacja nie jest najgorsza. Niektórzy są może trochę przeidealizowani, ale nie zaburza to jakoś szczególnie całości i jest całkiem przyjemne w ogólnym obrazie historii. Najciekawszą postacią jednak zdecydowanie i bezsprzecznie muszę okrzyknąć stalkera. Jego kreacja jest zdecydowanie najwyrazistsza, a kiedy pojawiały się fragmenty z jego punktu widzenia, nawet miewałam dreszcze!

Docenić też muszę zabieg, za którym osobiście przepadam - narracja z punktu widzenia różnych bohaterów. W tym wypadku historię zarysowuje nam głównie Gillian, jednak możemy cieszyć się również fragmentami z perspektywy stalkera (jeszcze raz zaznaczę, najciekawsza postać!), co mnie osobiście najbardziej interesowało. Dzięki temu możemy poznać jego sposób patrzenia - i tu dreszcze i obrzydzenie są jak najbardziej na miejscu, wierzcie mi.

Po skończeniu tej książki, szczerze mówiąc, byłam nieco zawiedziona. Liczyłam na więcej elementów sensacji, mrożącego krew w żyłach thrillera, a dostałam coś bliżej rozwlekłego romansu, który jednak przyjemnie się czyta (oprócz tych kilku niesmacznych scen). Thrillery erotyczne to chyba nie do końca moja bajka, ale... przyznam się, że jako takie małe powiedzmy guilty pleasure (czy jestem masochistką?) na mojej półce już czeka trzeci tom serii, Dusza. Liczę, że będzie tam więcej o stalkerze...!

Za możliwość zapoznania się i zrecenzowania tej książki
2

niedziela, 8 lipca 2018

Czy masz w sobie mrok? Przeklęci Święci, Maggie Stiefvater


„Po zmroku cud można usłyszeć daleko.”



Tytuł: Przeklęci święci
Autor: Maggie Stiefvater
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 360
Ocena: 10/10
Opis: Za każdym świętym stoi cud. Za każdym cudem stoi człowiek. W każdym człowieku jest mrok, z którym musi się zmierzyć. Olbrzym, pastor z głową kojota, mężczyzna porośnięty mchem i kobieta, na którą zawsze pada deszcz - wszyscy przebywają w sennej i tajemniczej osadzie Bicho Raro w oczekiwaniu na cud. Zamieszkuje ją rodzina Soria, w której od wieków rodzą się Święci, a pątnicy przybywają z najdalszych zakątków kraju. 
Beatriz, Joaquin i Daniel są kuzynami i postanawiają zawalczyć o swoją przyszłość i zmierzyć się z rodzinną legendą oraz przekleństwem. Niedostępna Beatriz uważa, że nie dotyczą jej porywy serca. Joaqin jako tajemniczy Diablo Diablo oddaje się pasji prowadzenia pirackiej rozgłośni radiowej. Daniel - mianowany przez rodzinę Świętym z Bicho Raro - zdaje się czynić cuda dla wszystkich poza sobą.
Nad pustynne Kolorado nadciąga mrok, który można pokonać tylko wtedy, jeśli ma się odwagę spojrzeć w głąb siebie i zmierzyć z własnymi uczuciami.

„Pierwszy cud był taki: mrok stawał się widoczny.”


By mógł zaistnieć cud, musi pojawić się mrok. Całkiem niedawno sama tego doświadczyłam. No wiecie, ten moment, kiedy przychodzi się na poprawkę jednego z trudniejszych egzaminów, a tu zamiast testu odpowiedź ustna. Czarna rozpacz, panika, nie wiadomo czy płakać, czy uciekać, wszyscy przekonani, że nie zdadzą. Twoja kolej, wchodzisz na salę, na dzień dobry dowiadujesz się, że do zaliczenia zabrakło ci jednego punktu. Zapominasz o myślach samobójczych w depresji, zamiast endorfin wymieniasz dopaminę, a reakcję stresową opisujesz głównie z własnego aktualnego stanu. Profesor wydaje się coraz bardziej zniesmaczony, aż... Trzy! Zdane! Życzenia udanych wakacji! Po raz kolejny Latający Potwór Spaghetti ulitował się nad twoim losem! Świat na nowo staje się pięknym, przyjaznym miejscem! Tak wyglądał mój cud, bo nic innego nie mogło to być. Tylko nie musiałam jechać aż do Kolorado.
Po (prawie całym) „Kruczym Cyklu” spodziewałam się czegoś magicznego, niezwykłych postaci, tajemniczego klimatu i ciekawie rozwijającej się akcji. Z jednej strony „Przeklęci Święci” spełnili te oczekiwania, z drugiej okazali się czymś zupełnie innym. Nie jest to typowa fantastyka, nie uświadczycie tu tak wiele magii jak w książkach o kruczych chłopcach; zresztą nie sądzę, żeby autorka znowu celowała w to samo. Po pierwsze opowieść o rodzinie Soriów mówi o poznawaniu samego siebie, o tym, że każdy ma swoją mroczną stronę i trzeba sobie z nią poradzić. Być może dlatego ta książka nie spodoba się wszystkim. Dla mnie była to zaskakująca odmiana.
Stiefvater trzeba oddać, że jest genialna w tworzeniu klimatu. Nieważne czy to senna Virginia, czy pustynne Kolorado, jej opisy są barwne, piękne, a co najważniejsze – adekwatne. Jeśli autor potrafi przedstawić piaszczyste równiny jako coś na swój sposób pięknego, posiadającego duszę, nadając klimatu samym otoczeniem, zasługuje na szacunek. Z przyjemnością czytałam akapity dotyczące Bicho Raro i okolicznych terenów. Nigdy nie przepadałam za tego typu klimatami, ale w „Przeklętych Świętych” jest to opisane w tak przyjemny sposób, że nadal mi mało. Zresztą cała ta książka jest bardzo opisowa. Przez większość czasu poznajemy nowe postacie, miejsca i historie, przedstawione równie pięknie, jakby były to namalowane obrazy. Spodobał mi się ten styl, pewne elementy mają swój konkretny szablon, na przykład przedstawienie postaci. Może robiłoby się to nudne po którymś razie, ale nie tym razem. Maggie znalazła świetny, charakterystyczny sposób na wykorzystanie tych szablonów, podczas czytania mocniej wgryzałam się w książkę właśnie przez te fragmenty. W efekcie mamy powieść stworzoną z serii barwnych, malowniczych i idealnie dopracowanych obrazów.
„Przeklęci Święci” opowiadają o ludziach. Cuda dokonywane przez Soriów są interesujące, ale nie ich tajemniczość czy magia są tu najważniejsze, a to, do czego prowadzą, o czym mówią. Pątnicy odgrywają tu niezwykle ważną rolę, choć naprawdę chodzi o rodzinę z Bicho Raro, to na nich się skupiamy, oni oddają główny przekaz. Autorka opisuje postacie w taki sposób, że można zrozumieć każde z nich. Tu nie ma ulubieńców, choć Joaquin jest bezkonkurencyjnie najsłodszą bułą w zestawieniu. Każdy ma swoją historię, tajemnice, lęki i mrok, z którym prędzej czy później musi się zmierzyć. Przez opowieści o kolejnych bohaterach, autorka przekazuje czytelnikowi pewne morały, ostrzeżenia czy przedstawia, jak szlachetność może prowadzić do cierpienia. Ta książka składa się ze słodko-gorzkich historii, wszystkich równie ciekawych. Najważniejszą rolę ogrywają kuzyni Soria. Daniel, Beatriz i Joaquin są naszymi punktami zaczepienia, to oni napędzają wszystkie wydarzenia, z ich perspektywy przyglądamy się opowieści o Bicho Raro. Mogę powiedzieć, że są początkiem i końcem tej historii. Każde ma swoje charakterystyczne cechy i spinają fabułę w jedną całość. Poza kuzynostwem śledzimy rodzinne spięcia, tajemnice, wysłuchujemy opowieści pątników i towarzyszymy im na drodze do pozbycia się ich zmaterializowanego mrokowu.
Fabularnie jest bardzo spokojnie, nie ma tu wielkich, magicznych odkryć, dziwnych istot czy typowej walki dobra ze złem. Jak już pisałam, to opowieść o ludziach, równie dobrze możemy odnieść ją do siebie. „Przeklęci Święci” delikatnie skłaniają do zastanowienia się nad sobą. Najważniejszym przekazem jest to, że żaden człowiek nie jest idealny, że kurczowe trzymanie się pewnych przekonań może wyrządzić więcej złego niż dobrego, że każdy ma w sobie mrok, ale nie jesteśmy na niego skazani. Odbieram to jako zachętę do poszukiwania nowych rozwiązań, do bycia w pełni i otwarcie sobą oraz brania spraw we własne ręce. Główny wątek opiera się głównie na poznawaniu przez bohaterów swojego mroku i pokonywania go. Autorka przy tym świetnie wplata wątek Meksyku i jego mieszkańców, ot kolejny piękny obraz, na który warto poświęcić kilka minut.
Oto czym są „Przeklęci Święci”, bo na pewno nie nadadzą się na typową fantastykę. To piękne obrazy, intrygujące postacie i ich historie, opowieść o rodzinie, która na nowo musiała się nauczyć czegoś, co od dawna znali, by pogodzić się i zrozumieć na nowo. Żeby docenić tę książkę, trzeba się nad nią zastanowić. Nie można oczekiwać, że będzie kolejną powieścią, którą przeczytamy w ramach relaksu dla szarych komórek. Mrok i cuda Soriów mogą być interpretowane tak, jak są przedstawione wprost, ale wydają się też metaforą zwykłych, ludzkich problemów, z którymi spotykamy się na co dzień. Dlatego dla mnie była to nietypowa, ale wyjątkowo dobra książka. Nie oczekujcie od niej tego, co już znacie, a będziecie zadowoleni.

Chcę też wspomnieć o czym innym. W tym miejscu przyznaję, że Pani Marta, zajmująca się recenzentami Uroborosa zasługuje na medal za cierpliwość i uprzejmość, szczególnie w kontaktach z takimi panikarami jak ja. Piszę to, bo po prostu domyślam się jak straszną kluchą potrafię być. No cóż, pierwsza zasada przetrwania: nigdy nie ufaj Poczcie Polskiej. NIGDY!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Uroboros
8