Ariana | Blogger | X X X X

poniedziałek, 25 września 2017

Najgorsza relacja ze Zlotu Nocnych Łowców™


Jedyne, na którym dobrze wyglądam (dzięki naszemu helperowi).
W sumie minął już miesiąc. Jestem najgorszą autorką blożka w historii, są za to jakieś medale? Poza tym jak chcecie poczytać coś sensownego to może po prostu to sobie odpuścicie? Zawiedziecie się. Welp... Karuzela śmiechu rusza.
Ogólnie to był bardzo dziwny trip, wiele pokręciłam, wiele samo się rypło, a w ostateczności było zabawnie, a ja jak zwykle wyszłam na kosmitę. Nic nowego, ale było cudownie i to jeden z lepszych eventów na jakich byłam.
W końcu! Od kilku lat podpatrywałam to wydarzenie i zawsze żałowałam, że nie dałam rady kupić biletu albo nie kupiłam, bo nie miałam jak dojechać. Aż do tego roku. Trochę było kombinatorstwa, ale udało się, dotarłam do Poznania na Zlot Nocnych Łowców. Zaliczyłam trochę przypałów, mandat, jechałam w wagonie, który chyba pamięta samego Stalina... Bo nie mogło być normalnie! Warto było.
Widzicie, w tym fandomie część osób ogarniam i kojarzę, sama jestem zaskoczona, że ludzie mnie kojarzą (serio, idę gdziekolwiek, a tam „aaa to ty wrzuciłaś to opko z chorym Alekiem”), ale z główną organizatorką zlotu nigdy nie było mi po drodze. To znaczy wiedziałam, że taka osoba istnieje, ale nie kojarzyłam z nią nic poza tym wydarzeniem, bo nie jestem zainteresowana książkową stroną YouTube (o czym będzie jakiś oddzielny post). Jednak wiem, że jest bardzo kochana. A w ogóle Nocni Łowcy to taki dziwnie rozstrzelony fandom, że część tych ludzi bym podusiła, do innej się nie przyznawała, a resztę kocham. Pisiont twarzy Szedołhanters. Oczywiście poza Embers było tam naprawdę wiele wspaniałych osób i nadal jestem w ostrym szoku po zobaczeniu kilku chłopaków. Tak samo byłam zaskoczona po dotarciu do Poznania, że w dosłownie kilka minut wpadłam na tylu przypadkowych uczestników Zlotu. No halo, ja rozumiem, że podczas Pyrkonu okolice MTP przejmują konwentowicze, ale nie spodziewałam się czegoś podobnego na spotkaniu jednego fandomu. (Chyba pora przemyśleć wyjazd na paradę równości...) Także ani chwili nie byłam samotna (spróbowałabym tylko tak twierdzić, a to byłby mój ostatni post), poznałam kilka kochanych osób i mam nadzieję, że mnie nikt nie wspomina ze zgrozą. W Poznaniu na pewno był ten kochany odłam fandomu, a reszcie na pohybel, traficie do Zupy Zła!
Jeśli mam być szczera to wszystko tam było niesamowicie dobre, ale najlepsze może być tylko jedno: „mój” team! Wyobraźcie sobie, że na kilka dni przed Zlotem większość osób nam uciekła, bo jakieś sprawy rodzinne, bo choroby, bo, bo, bo. Nikogo nie winię, ale kiedy macie 8 osób do obstawienia scenki, trzeba zmodyfikować scenariusz, przerobić swoje plany na strój i na koniec okazuje się, że brakuje rekwizytów, jest dość gorąco. Inni by spanikowali, a my przez większość czasu mieliśmy niezły ubaw. Było osiem osób, miecz zwinięty z jakieś izby pamięci bitwy pod Grunwaldem, tarcza ze zlotowej torby i najlepsze demony świata: jeden w różowym szlafroku, drugi w czapce z księżniczkami, w dodatku oba zeszkalowały Clary. (Podpowiedź, mój różowy szlafrok jest bardzo ciepły i raczej nikogo nie dziwi, że mam wypaczony pogląd na mieszkańców Piekła.) Specjalne pozdrowienia dla mojego złotego pomocnika – bez Ciebie ten Zlot nie byłby tak śmieszkowy i pełen szkalunku na Clary i ACOTAR. Do tego nasz genialny helper, biedny pewnie musiał mieć anielską cierpliwość, żeby nas ogarnąć, a w dodatku na czas scenki podarował mi demoniczne rogi. Ogólnie rzecz ujmując jak dla mnie to ten Zlot wygrał Team Ravener, a czwarte miejsce jak na osiem osób w starciu z drużynami po dwa razy większymi to już zwycięstwo.
Co poza tym? Na pewno genialne konkursy i tutaj... Tutaj przeprosiny dla mojego Magnusa za to, co odwaliłam. Jestem dziwnym stworem i wyobraźcie sobie, wychodzimy we dwie, żeby razem odpowiadać, no i liczył się czas. Co stało się ze zestresowaną Lusi? Zaczęła strzelać jak z karabinu maszynowego odpowiedziami (jedyny raz kiedy byłam przygotowana do odpytania). Ja naprawdę nie chciałam czegoś takiego odwalić i masz tu pisemnie, że jeszcze to wynagrodzę tylko sama określisz jak (tylko bez wysyłania Jace'a na Antarktydę, pingwiny mogą mu przypominać kaczki). A już zupełnie ześwirowałam na stoiskach z fandomowym szajsem, głównie u EpikPage – te dziewczyny robią za dużo pięknych rzeczy i pewnie z moich pieniędzy wydanych u nich uzbierałoby się dobrych kilka stówek. Teraz czekam na premierę ich świeczek, bo koniecznie chcę dużą! A i wiankiem nie pogardziłam, złapałam zakładki z „Twierdzy Kimerydu” za darmo, zostałam Plisieckim w wianku Victora. Jak mnie ciotka wieczorem zobaczyła to poddała się z zadawaniem pytań. Rozrywka dla mnie, rozrywka dla portfela, wszyscy się bawimy. A jeśli kiedykolwiek powstanie kolejny Zlot to błagam, Embers, koniecznie atrakcja z łapaniem książkowych przystojniaków! Jeszcze Ci Jonathan ucieknie z piwnicy i co wtedy? U mnie Magnus i Alec się dobrze trzymają, ale kto wie... A łowieckie umiejętności trzeba ćwiczyć, nie?
W ogóle w jednym wielkim skrócie: było G E N I A L N I E! Przywróciliście moją wiarę w fandom (ale nie chowam dzid na tych złych fanów), w końcu mogłam legalnie poświrować tak, jak tygryski lubią najbardziej. Wydałam tyle pieniędzy, że spokojnie dorównałabym jednemu dniu na Pyrkonie, wydurniłam się co najmniej dwa razy i mam nadzieję, że nie znajdzie się to na nagraniach bo to przebija nawet Razjela gubiącego swoją magiczną księgę w „Siewcy Wiatru” – nie ufajcie tym pierzastym, udają takich super ważnych, a jak zawalą sprawę to nagle komediodramat i koalicje z Lucyferem. Szkoda, że to miał być ostatni zlot, bo pojechałabym jeszcze kilka razy. Zawsze mogę liczyć na jakieś niesprecyzowane spotkania na większych konwentach, chociaż to nie to samo. Nawet te 90 złotych monet na mandat mnie zbytnio nie telepie po tym wydarzeniu. Prawie niczego nie żałuję, bo jak mi się pierdolec udzielił przy tym konkursie to sama sobą byłam zażenowana. Matka przecież ostrzegała, żeby nie dawać pierdolcowi dojść do głosu... Daję 12/10, dorzucam odstraszacz kaczek, skrzynkę mango i dożywotni zapas brokatu.

Ps. Zdjęcie ukradłam z wydarzenia, bo sama żadnych nie zrobiłam, byłam zajęta świrowaniem.
Ps.2 Jeśli czyta to jakiś uczestnik Zlotu to ja krzyczałam, że znam spoilery do „Lord of Shadows”. Nic nie powiem, nie będziecie gotowi na cierpienie. HA! (No kurde, zaraz premiera, Lusi.)

Ja sama na YT nie siedzę, ale macie tu linki do ludzi bardziej ogarniętych niż ja.
Papierowa Embers
NIEwymuszony

Z zażenowania własną osobą rozpocznę nowe życie jako kaktus
Lucy
0

sobota, 9 września 2017

Słodka Piątka: ulubione lektury

Kolejny rok szkolny rozpoczęty. Co prawda nadal mam wakacje, ale widząc uczniów w galowych strojach idących na uroczysty apel, naszła mnie szkolna tęsknota. Początek września to piękny czas, idealny na wspominki... na przykład ulubionych lektur szkolnych!


Nominowanych w tej kategorii ku mojemu zdziwieniu jest całkiem sporo, bo aż blisko 20! Po długich rozmowach z wieloma osóbkami (dziękuję każdej kochanej duszyczce, która poświęciła kilka swoich cennych chwil na powrót myślami do lekcji języka polskiego!), wyłoniłam moją Słodką Piątkę zwycięzców, najlepszych z najlepszych, moich ulubionych lektur szkolnych, które uwielbiam, kocham, szanuję, które są w moim serduszku i pewnie pozostaną w nim na wieki.

Ale zanim zwycięzcy, uznanie należy się też pozostałym nominowanym, bo jednak trochę się ich nazbierało i naprawdę niewiele brakowało, a to one znalazłyby się w mojej najlepszej piątce. Postaram się krótko i zwięźle, żeby nie przeciągać...

W podstawówce czytałam namiętnie, nieważne czy mowa o lekturach, czy książkach czytanych dla przyjemności. Ja po prostu połykałam kolejne pozycje, czerpałam przyjemność praktycznie z każdej. Nic więc dziwnego, że w zestawieniu nominowanych muszę wymienić całkiem sporo podstawówkowych lektur! W czołówce zdecydowanie ładnie plasuje się cudowna "Karolcia" Marii Krüger wraz z jej magicznym koralikiem, uwielbiane przez wszystkich "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren, "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery, "Sposób na Alcybiadesa" Edmunda Niziurskiego oraz "Ten Obcy" Ireny Jurgielewiczowej. Z każdą z tych pozycji wiążą się ciepłe wspomnienia nie tylko dotyczące samej historii, ale także ich omawiania. Jeśli jednak mam wskazać ulubioną lekturę z czasów podstawówki (która jakimś cudem nie zmieściła się w pierwszej piątce!), zdecydowanie bezkonkurencyjna zostaje "Akademia Pana Kleksa" Jana Brzechwy wraz z ekranizacją, którą potrafię męczyć po dziś dzień...

Jeśli chodzi o lektury gimnazjalne, pośród nominowanych bez nagród znajdują się "Kamienie na Szaniec Aleksandra Kamińskiego, "Oskar i Pani Róża" Érica-Emmanuela Schmitta, "Zemsta" Aleksandra Fredry oraz "Balladyna" Juliusza Słowackiego. Co zabawne, ogólnie nie przepadam za czytaniem dramatów - a tu proszę, dwie pozycje z tego rodzaju literackiego! Teatr jednak kocham całym serduszkiem, a przy omawianiu niektórych scen, odgrywaliśmy je, wspominam więc te lektury z uśmiechem. 

W liceum z kolei niezbyt lubiłam się z lekturami, przyznaję się bez bicia. Mało którą przeczytałam do końca, wielu nawet nie zaczęłam. Maturę zdałam ładnie, ale nie bierzcie ze mnie przykładu! Z lektur licealnych bez nagrody, ale w gronie nominacji znalazły się takie pozycje jak "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego, "Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Krall, "Mendel Gdański" Marii Konopnickiej, a także "Ferdydurke" Witolda Gombrowicza. I to właśnie z tą ostatnią spotkałam się na maturze ustnej - i było to naprawdę miłe spotkanie, a pupy, gęby i łydki pozostaną w mojej pamięci chyba na zawsze.

No dobra, mamy za sobą już moją tyradę o nominacjach, mam nadzieję, że ktoś do tego momentu dotrwał i nie zanudziłam... Nadszedł czas na Słodką Piątkę spośród szkolnych lektur! A oto i ona...

Na miejscu piątym "Folwark zwierzęcy" George'a Orwella!
Jedna z tych gimnazjalnych lektur, o których po prostu nie da się zapomnieć. Czytałam ją z zafascynowaniem, ale i przerażeniem. Mój zdecydowany must have w przyszłości, muszę dorwać gdzieś na antykwariatach, bo uważam, że jest to pozycja, która powinna znaleźć się na półce każdego. Brutalnie prawdziwa, perfekcja.
...no i muszę w końcu dokończyć "Rok 1984", bo wstyd.

Czwarte miejsce należy do "Mistrza i Małgorzaty" Michaiła Bułhakowa!
Powieść, która mnie totalnie oczarowała i zafascynowała, jednak nie zdążyłam jej skończyć. Przyznaję się bez bicia. Nie mogłabym jej jednak pominąć w tym zestawieniu, bo była genialna. Jedna z niewielu licealnych lektur, która wywarła na mnie tak gigantyczne wrażenie. Będę do niej wracać z pewnością nie raz...

Trzecie miejsce zajmują "Sklepy cynamonowe" Bruno Schulza!
Moja prawdziwa miłość. Proza poetycka, niesamowicie przedstawiony świat. Schulz mnie oczarował. Akurat tak wyszło, że pisałam pracę konkursową częściowo na jego podstawie i nie żałuję żadnej godziny spędzonej nad tą książką. Czysta magia.

Srebro dzierży "Dżuma" Alberta Camusa!
Byłam zachwycona tą lekturą. Czytałam ją, z przyjemnością odkrywając podwójne znaczenia. Ogólnie nie lubię bawić się w interpretacje, w wypadku jednak "Dżumy" było to czystą przyjemnością. Lekcje z omawiania jej również wspominam bardzo miło, a samą powieść muszę koniecznie dorwać w jakimś antykwariacie, bo uważam, że warto byłoby ją sobie odświeżyć.

Bezsprzecznym zwycięzcą jednak pozostaje "Opowieść wigilijna" Charlesa Dickensa!
Czyli książka, do której wracam mimowolnie w okresie świąt, ale i nie tylko. Kocham ten klimat, kocham przekaz, kocham sam styl i fabułę, kocham duchy świąt, kocham Scrooge'a. Polecam wszystkim, bo jest to świetna pozycja, jedna z tych, po które powinien sięgnąć każdy bez najmniejszego wyjątku.

A jakie są Wasze ulubione lektury?

Pozdrawiam wciąż wakacyjnie ^^
Cupcake.
5

środa, 16 sierpnia 2017

Zupa Zła #1 - Lusiowy problem z Potterem.

Czemu przestałam być fanką Pottera?

Welp, mój paskudnik musiał tu kiedyś zadebiutować. Macie słodkości przed tym wstrętnym postem!

Na początek szybko się wytłumaczę. Mam trochę, a nawet więcej niż trochę, problemów z niektórymi książkami, fandomami czy innymi tego typu rzeczami. I stąd Zupa Zła, potrzebuję się wygadać, napisać co mnie tu i tam uwiera. Taka moja bardzo nieregularna i zależna od emocji seria o wszystkim co, według mnie, jest nieodpowiednie. Nazwa, raz że w nawiązaniu do zupy z "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców", dwa, że bardzo zwięźle opisuje to, co będę tu tworzyć, zupę z totalnie wszystkiego, co "złe". ("Złe" to takie lekkie przekoloryzowanie i uproszczenie, cśśśśś.)
Jestem okropna. Wspominam o tym chyba przy każdej okazji. Dzisiaj okropność wyjdzie ze mnie jak jeszcze nigdy. Tak mnie naszło na ten post przy rozmowie z Kingą z In Love With Books (której przy okazji dziękuję za śliczny nagłówek i w ogóle polecam tego człowieka, wpadajcie tam). Bo już dłużej nie wytrzymam tego wychwalania Pottera! Tak, biorę się za klasykę klasyki literatury młodzieżowej, bo coś mnie w końcu rozsadzi od środka. Nie zrozumcie mnie źle, ten tekst ma być o tym, czemu uważam gloryfikowanie tej serii za przereklamowane. Sama byłam fanką Pottera przez dość długi czas, ale w końcu dotarło do mnie, że to wcale nie są takie niesamowite książki. Doszedł do tego jeszcze fandom, bo Potterheads jako społeczność są nie do zniesienia. No i jeszcze Rowling, bo najbardziej się do tego przyłożyła.
Oczywiście wszyscy książkoholicy znają serię o młodym czarodzieju, nie musieli jej nawet czytać, bo przed HP się nie ucieknie. Większość z nas zaczęła czytelniczą przygodę właśnie od książek Rowling i uważam, że to najbardziej wpływa na ocenę tej serii. Wielu z nas wychowywało się z tymi książkami, a jak nie to chociaż z filmami. Wpadliśmy do magicznego świata, który pokochaliśmy jako dzieci. Tutaj leży pies pogrzebany – często coś, co dobrze wspominamy z dzieciństwa, jest dla nas czymś nieskazitelnym, uważamy, że to musi być dobre i przymykamy oczy na wady tego cosia. Zauważam to wszędzie, chyba nawet sobie zapiszę to zjawisko na jakiś awaryjny temat magisterki. Harry'ego Pottera też to nie ominęło i wątpię, żeby się skończyło równo z rocznikami, które dorastały z Harrym, bo jest to seria, którą uważa się za jakiś prekursor. Co dać dziecku do przeczytania na dobry początek? Harry Potter! Co bywa lekturą w klasach 4-6? Harry Potter! Co kupi się na urodziny początkującemu, młodemu czytelnikowi? Harry Potter! Nie da się zaprzeczyć, że jest to seria dobra dla młodych ludzi. A potem już z górki. Mam wrażenie, że jeśli zapyta się większość książkoholików, od czego zaczęła się ich czytelnicza przygoda, wielu wymieni Pottera. Potteromania ma się bardzo dobrze, ale... Właśnie, moje „ale” – to nie jest wcale genialna seria, jedynie się ją gloryfikuje, bo czy ktoś jeszcze pamięta świat przed Hogwartem?
Wrócę szybko do pytania o początek przygody z książkami. Nie powiem, że moja rozpoczęła się od świata wykreowanego przez Rowling. Tak, to była pierwsza seria, jaką sama się zainteresowałam, ale nie od niej zaczął się mój książkoholizm. Tu składam ukłon w stronę Ricka Riordana, którego uważam za mistrza fantastycznych młodzieżówek. Po HP nie czułam potrzeby zabrania się za cokolwiek innego. Był Potter i się skończył, tyle. Oczywiście, byłam nim zachwycona, ale nie poczułam też zainteresowania czytelnictwem, nie potrzebowałam tego. Jakiś czas później pojawił się Percy Jackson i tutaj coś mnie ruszyło. Nie twierdzę, że to wina oczekiwania na kolejne części „Olimpijskich Herosów”. Miałam potrzebę zajęcia się czymś innym, zajrzenia do innego świata, żeby mnie wiecznie nie skręcało z oczekiwania na kolejne przygody syna Posejdona i reszty półboskiego gangu. Jednak Riordan pobudził mnie do szukania dalej, kolejnych interesujących książek, przez Nico di Angelo wpadłam na „Dary Anioła”, bo nagle wyszło na to, że lubię wątki homoseksualne i jakoś wtedy też przepadłam tak totalnie, że dzisiaj rodzice mi grożą, że jeszcze trochę książek i chyba mnie z domu wywalą. Riordana od Rowling odróżnia też brak zmęczenia materiału. Ten człowiek pisze kolejne rzeczy i kiedy myślę, że już bardziej mnie nie oczaruje, pojawia się taki Magnus Chase! W dodatku widzę, że ma na to wszystko pomysł, nie ciągnie, bo się dobrze sprzedaje, a dlatego, że nadal ma coś do powiedzenia, ostatnio nawet czytałam coś o tym, że planuje wspomagać innych autorów chcących tworzyć na podstawie mitów, chyba powstanie coś na zasadzie półboskiego megawersum. No i nie zachowuje się, jakby zaraz cały świat miał o nim zapomnieć i jakby to była najstraszniejsza rzecz pod słońcem.
Po co to było? Dla skontrastowania z J. K. Rowling, która zachowuje się jak jakaś pisarska diva. Nie twierdzę, że wszystkie jej zachowania są złe, ale spójrzcie chociaż na „Przeklęte Dziecko”, które zdaje się być zbitkiem najbardziej typowych i przy tym najsłabszych pomysłów z fanfiction. Przepraszam za spoilery, zamknijcie oczy, jeśli Wam zależy, ale nie stracicie nic na tym, może uratuję Wasz portfel. Niech to hipogryf kopnie! Dziecko Bellatrix i Voldemorta?! Urodzone na trochę przed Bitwą o Hogwart?! W KTÓRYM MIEJSCU ONI MOGLI TO ZROBIĆ?! Zastanawiałam się nad tym kilkanaście razy i widzę tu kolejny zabieg w stylu „a no bo nic nie wspomniałam w żadną stronę to nie macie prawa się przywalić, jakkolwiek nielogiczne by to było”. To jest nielogiczne, robi z czytelników debili, chociażby z tego względu, że Voldemrot... No kurde, jakiś romans z Lestrange, chociażby kompletnie bezuczuciowy z jego strony, nie jest w jego stylu. Przez cały czas skupiał się na pokonaniu Pottera, tak bardzo spłycając, nie mówiąc o tym, że ten człowiek wolałby się pozbyć problemu, jakim jest dziecko, w tak ważnym dla jego osobistego zwycięstwa momencie. I nie mówię tylko o tym, większość „Przeklętego Dziecka” to żart z fanów, próby zaspokojenia wielbicieli oklepanych fanfiction i totalne OOC (out of character). Powiecie, że to nie jest jej wina, bo nie ona pisała sztukę? Ja twierdzę, że to jej wina, bo miała w nią wgląd, mogła powiedzieć, że coś się nie zgadza, ale przyklepała to swoim nazwiskiem i nie widzi problemu w całej sprawy. (Dla skontrastowania, jeśli kojarzycie ekranizacje Percy'ego Jacksona, wiecie jak bardzo niszczą one książki. A najgłośniej o tym mówi sam Riordan.) Trzeba też spojrzeć na twittera Rowling. Tutaj to się zaczyna prawdziwa kopalnia i najłatwiej to skomentować podejrzanym na tumblrze zdaniem „Zaraz napisze, że Tiara Przydziału jest transseksualna.”. Nietrudno odnieść wrażenie, że większość „nowinek” ze świata Pottera jest robiona pod publikę, byleby mówiono o Harrym i o autorce. Nie zapomnę też akcji związanej z kolorem skóry Hermiony. Dla niezorientowanych – do teatralnego „Przeklętego Dziecka” wybrano czarnoskórą aktorkę, która grała Hermionę. Część ludzi podniosła raban o kolor jej skóry. W tym miejscu należałoby powiedzieć, że najwyraźniej na castingach była najlepsza i z tego tytułu dostała rolę. Jednak teatr rządzi się własnymi prawami i naprawdę liczy się talent. Co robi Rowling? Odpowiada, że nigdzie nie wspomniała o tym, jaki kolor skóry miała książkowa Hermiona. Na nic zdały się zdjęcia fragmentów, bodajże z „Więźnia Azkabanu”, w których dawała wskazanie na jej kolor. Cóż, na miejscu aktorki nie czułabym się najlepiej, że sama autorka nawet nie pomyślała, żeby wspomnieć o jej talencie, tylko sprowadziła to do batalii o kolor skóry postaci, żeby to siebie pokazać z jak najlepszej strony. Szczerze wątpię, żeby akurat Rowling najbardziej nie zależało na takim super słodkopierdzącym wizerunku. Jednak najbardziej mnie bawi i denerwuje jej przepraszanie za śmierć postaci. Ja przepraszam, ale czy jeśli autor podejmuje decyzję o śmierci jakiejś postaci, to nie jest to jego autonomiczna decyzja, za którą nie powinno się przepraszać? Ja to widzę tak, że ma się podstawy do zabicia znanych czytelnikowi postaci, a to żeby bardziej przybliżyć nam realia, żeby wzbudzić odpowiednie emocje, żeby nadać fabule dynamiki, żebyśmy odpowiednio odbierali czarny charakter... Powodów jest wiele i przeprosiny za coś takiego są niczym niepoparte. Ostatnio chyba padło na Snape'a. Pamiętacie jak umarł? Jeśli tak, to wiecie, że ta śmierć była jak najbardziej zasadna i nie mówię tego tylko dlatego, że Tłustowłosy to jeden z moich nemezis. Dla mnie autor, który przeprasza za to, że właśnie w taki sposób poprowadził fabułę, przestaje być wiarygodny. No kurde, zachowujmy się, jakbyśmy wiedzieli co robimy, bo inaczej wydźwięk książek traci sens. Mimo to w całej rowlingowej pogoni za „Nie zapomnijcie o mnie!” powstało coś dobrego – „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Ten film był najpiękniejszą produkcją ze świata czarodziejów i mam nadzieję, że kolejne części będą równie dobre. Jednak scenariusz, mimo że pięknie wydany, nie znajdzie się na mojej półce. Widziałam film, po co mi to? Wolałabym przeczytać coś w zwykłej formie odnośnie samego Scamandera.
To był długi akapit. Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam.
Odnośnie samych książek, obecnie mam mieszane uczucia. Powtarzałam je ostatnio w liceum, czyli nie tak dawno temu. Nie czytało mi się już tak dobrze, jak za pierwszym razem, zauważałam błędy, język był jakiś taki mało zachęcający, momentami się nudziłam. Okazało się, że ten uwielbiany przeze mnie Potter, ideał książek, jest bardzo przeciętny. Od tego momentu zauważam u siebie coraz większy sceptycyzm wobec Harry'ego. Młody czytelnik nie zwraca uwagi na wiele szczegółów, liczy się, żeby łatwo się czytało, ale nie ma też obycia z wieloma książkami, więc sam styl nie jest na pierwszym miejscu. No i tutaj Rowling naprawdę wiele straciła. Po raz kolejny Riordan wygrał, tym razem warsztatem, bo Percy'ego czytałam co najmniej trzy razy, w zeszłe wakacje powtarzałam „Kroniki rodu Kane” i co chwila łapię kolejny Riordanowy twór, który nadal jest skierowany do młodzieży o szerokim przedziale wiekowym. Jego styl nie wydaje mi się taki dziecinny, nie budzi we mnie znudzenia. Mogę go polecić trochę starszym czytelnikom, czego nie zrobiłabym z Rowling. Chociaż najbardziej uwierają mnie liczne błędy w Potterze, zauważyłam, że to dość popularny temat wśród bardziej doświadczonych czytelników. Mogę wspomnieć na przykład o niezbyt przemyślanej liczbie uczniów w Hogwarcie, bo raz odnosi się wrażenie, że jest ich multum, a potem nagle próbujesz przeliczyć to na dormitoria i wychodzi zaskakująco niewielka liczba. Wielokrotnie sprawiało mi to problem, jak jeszcze bawiłam się w potterowskie fanfiction. Gdybym miała recenzować teraz Pottera, nie dostałby on zbyt wysokiej noty, bo po prostu wyłapałabym tyle rozmaitych problemów, że zgrzytałabym zębami. Nie powiem, że tylko Rowling jest tak słaba. Pewnego razu próbowałam przeczytać „Zwiadowców”, pojawił się dokładnie taki sam problem, odpadłam przy początku trzeciego tomu, bo zwyczajnie nie mogłam znieść stylu Flanagana, miałam wrażenie, że autor traktuje mnie jak dziesięcioletnie dziecko. Może na niektóre książki jestem już po prostu zbyt stara, jednak patrzę chociażby na takie „Magisterium”, które jest kierowane do młodszych czytelników i szczerze boli mnie brak kolejnych tomów po polsku! Nie wiem, co się dzieje, że niektóre książki dla młodszych pokocham, a inne staną się dla mnie zbyt dziecinne, chociaż wszystkie powinny być na tym samym poziomie. Właśnie z tego tytułu Potter przestał być moim faworytem, a dostał status przeciętnej książki. Nie jest on jakoś odkrywczy, widać w nim wiele schematów, które istniały na długo przed pojawieniem się Rowling, nie uważam też, żeby był wyjątkowo wartościowy, bo miłość, przyjaźń czy poświęcenie są czymś, co poznajemy od małego i może te czynniki nadają książkom piękna, ale nie uważam, żeby nadawały jakiegoś większego wydźwięku. To takie podstawy i większość zdolnych do życia w społeczeństwie ludzi je rozumie. Śliczne morały nie sprawią, że książka bardziej zaplusuje i jak widzę te teksty „Harry Potter nauczył mnie, co to przyjaźń” chce mi się parsknąć śmiechem. Czy ktoś przed przeczytaniem HP był socjopatą, że nie miał pojęcia na czym polega przyjaźń? Jasne, książki mogą uczyć i poruszać ważne tematy, zmieniać postawy, ale wtedy nie są to oczywistości tylko coś, o czym toczy się dyskusje, o czym być może nie mamy większej wiedzy, bo nas nie dotknęło. Tutaj bym mogła poruszyć temat Dursley'ów czy ofiar przeróżnych konfliktów, bo tu mamy chociażby Freda, Potterów, Lupina i Tonks. Jednak najlepiej brnąć w miłość i przyjaźń, bo to takie C U D O W N E!
Ostatecznym źródłem mojej frustracji jest fandom. Teraz już nie należę do żadnej potterowskiej społeczności, bo szkoda mi psuć sobie nerwy. Czasami mam wrażenie, że ci ludzie są kompletnie zaślepieni, widzą przed sobą jedynie Pottera. Jak raz na tydzień nie padnie, że cała seria powinna być lekturą szkolną, zamiast jakiegoś, tfu, Mickiewicza, to tydzień stracony. Nie bronię tutaj lektur szkolnych, bo i w tym temacie mam wiele uwag, ale nie rozumiem, w czym Potter jest taki niesamowity, że powinniśmy go koniecznie czytać w szkołach. Nie ma tu nic wyjątkowego, żeby można było poprowadzić na lekcjach jakąś dyskusję. Rozumiem dodatkowo w klasach 4-6, gdzie czyta się głównie książki łatwe i przyjemne, ale poza tym? Nie widzę żadnego powodu. Potterheads za to uważają HP za największe dzieło świata i często, jak się z takimi nie zgodzisz, zostajesz zjechany z góry do dołu, wyzywany od debili, dowiadujesz się, że nie znasz się na książkach. Nie widzę wśród tych ludzi zbyt wielu przejawów samodzielnego myślenia, siedzą wśród swoich, wiecznie gloryfikując całą serię, Snape'a, Draco, powtarzając te frazesy, że są Ślizgonami, bo są taaaaaacy wredni, należą do Gryffindoru, bo Gryfoni mają najlepsze postacie i w ogóle to najszlachetniejsi mieszkańcy Hogwartu. Co chwila pojawiają się tematy w stylu „POWINNO BYĆ WIĘCEJ CZĘŚCI!!!” jakby nie widzieli, jak to się skończyło dla Nowego Pokolenia, zapominają, że Potter to zamknięta historia. Są przy tym bezkrytyczni, najlepsi, krystalicznie idealni, same z nich specjalne płatki śniegu i wszelkie próby dyskusji kończą się gównoburzami, którymi jestem już zmęczona. Zawsze na początku maja musi być spam „różdżki w górę”, spam komentarzami, postami i żalami jak to ich boli, że im MĄŻ umarł. Rozumiem jakieś specjalne akcje związane z fandomem, jak danego dnia zobaczę na instagramie ładne potterowskie zdjęcie, to się uśmiechnę, sama czasem wrzucam coś tematycznego, ale niech to będzie coś więcej, niech ludzie się wypowiadają, jak mają coś do powiedzenia i wysilą się na minimum kreatywności zamiast wiecznego „/*”. W pewnym momencie cały fandomowy content stał się tak przewidywalny, że przeglądając facebooka, grałam w potterowe bingo. Nie było trudno zebrać wszystkie punkty programu, a ja byłam coraz bardziej znudzona i coraz mniej rozumiałam ten fenomen. To nie jest jedyny „martwy” fandom, ale na mojej ukochanej (i już martwej) ostoi gównoburzowania czuję jakąś więź z tymi ludźmi, kocham te chwilowe zrywy, kiedy wspólnie cały dzień spędzamy na nabijaniu się z naszych dawnych „problemów” i postów. Pozdrawiam całe Demigods Polska, wszystkich rewolucjonistów, fejmy i ich obrońców, bo z perspektywy czasu to jest po prostu piękne! A w przypadku Potterheads? Shitstormy były wyjątkowo denerwujące, bo ich uczestnicy ani nie potrafili zauważyć pewnych granic, ani nie widzą do teraz swoich błędów i uważają się za wyjątkowo wyjątkowych. Ten fandom jest jak taki rozkładający się zombiak, nie chce umrzeć, ale niewiele może i działa w jakimś zapętleniu. Aż mi przykro, że nie mogę podać tu linka do pierwszej Inkwizytorni, na której znajdowały się największe akcje z Kamaną. Jeśli kojarzycie tą panią, to łączę się z Wami w bólu, jeśli nie to cieszę się Waszym szczęściem. Właśnie ona z całą resztą fandomowych „mistrzyń pióra” najbardziej wpłynęła na moje postrzeganie fanów Pottera. Nie, nigdy nie zrozumiem fanficka o romansie Artura Weasley'a z gumową kaczką. Nie pojmę sensu tych wszystkich Dramione, które są dokładnie tak samo przerysowane, schematyczne, we wszystkich tak samo z Hermiony robi się jakąś top model z Hogwartu, a przy tym zimną sucz, a Dracze jest jakimś bogiem seksu, przestaje być nieznośnym wypłoszem, skarżącym na wszystko ojcu i pogardzającym dosłownie każdym „gorszym” od niego. Jest tego naprawdę wiele. I tak oto fandom obrzydził mi Pottera. Mam totalny przesyt HP na kolejne 20 lat, wątpię, żebym szybciej wróciła do tych książek. Dziękuję.
Na zakończenie chcę powiedzieć, że nie miałam na celu obrazić tutaj normalnych fanów młodego czarodzieja. Ej, no przecież wy możecie uważać moje ukochane książki za słabe i jeśli wyrażacie sensowną, uargumentowaną opinię, to ją uszanuję, chociaż pewnie lekko ugodzi w moje uczucia. Tak zawsze jest. Cały powyższy post jest jedynie moją opinią, nie chcę mówić, co macie uważać, o książkach, fandomie czy autorce. Całość, wraz z porównaniami do innych książek miała przedstawić jedynie mój punkt widzenia. Musiałam w końcu coś o tym napisać. Nie uważam Pottera za naprawdę dobrą książkę, w moich oczach nie zasługuje na gloryfikację, jaka napływa z tak wielu stron, nie czuję się już fanką tej serii. Przybyłam, zobaczyłam i potrafię zrozumieć, że to kochacie, ja też tak miałam, ale w moim wypadku coś się zepsuło. Na pewno pozostanie jakiś sentyment, pójdę na kontynuacje „Fantastycznych zwierząt, być może czasem wrzucę zdjęcie tych książek czy w recenzji nawiążę do mojej dawnej miłości do Hogwartu. No i nigdy nie przestanę kochać Huncwotów, bo oni w tym wszystkim uchowali się względnie bezpieczni. Nie żałuję, że przeczytałam HP, bo za pierwszym razem zapewnił mi niesamowitą przygodę. Tak się stało, że miłość przeminęła. Pewnie ten tekst jest jakiś totalnie rozwalony, zbyt emocjonalny i w ogóle niedotegowany. Straszny zwierz w końcu ze mnie wylazł i trochę zaszalał. Teraz wracam do kluskowatej wersji, która popiskuje na widok kochanych postaci i ładnych fabularnych przekrętów.
Nie zjedzcie mnie, jestem niesmaczna i żylasta
Lucy
16

sobota, 12 sierpnia 2017

Illuminae, Amie Kaufman, Jay Kristoff


Seria: The Illuminae Files
Tytuł: Illuminae. Illuminae_Folder_01
Autor: Amie Kaufman, Jay Kristoff
Wydawnictwo: Moondrive
Ilość stron: 585
Ocena: 10/10
Opis: Rok 2575. Kolejny zwykły dzień w kolonii Kerenza, założonej przez megakorporację KWU, by wydobywać rzadkie surowce. O poranku Kady Grant rzuca swojego chłopaka Ezrę Masona i postanawia, że już nigdy się do niego nie odezwie. Nie spodziewa się jednak, że za kilka godzin będzie świadkiem inwazji BeiTechu, która ją i tysiące innych osób pozbawi domu.
Tych, którym udało się przeżyć, ewakuują trzy statki kosmiczne: Alexander, Hypatia oraz Copernicus. Ściga je wrogi pancernik Lincoln. Jego zadaniem jest uciszyć świadków brutalnego ataku na planetę. Tymczasem na pokładzie Copernicusa rozprzestrzenia się śmiertelnie niebezpieczny wirus, a system sztucznej inteligencji sterujący Alexandrem staje się... największym wrogiem ocalałych.
Kady włamuje się do zaszyfrowanej pamięci statków i odkrywa przerażającą prawdę o wydarzeniach dziejących się na jej oczach. Tylko jedna osoba może powstrzymać zagładę – jej (były!) chłopak Ezra.
Illuminae to powieść, która wprowadzi cię w XXVI wiek. Zamiast klasycznej narracji –niezwykłe dossier: tajne raporty wojskowe, e-maile, plany i schematy, odczyty z procesorów komputerowych. Czytając je, poczujesz się, jakbyś był w samym centrum wydarzeń!

„Wolałbym być zupełnie bezwładny, niż stać w świetle słonecznym, które nigdy mnie nie ogrzeje.


Młodzieżowe SF... Cholera, większość tego typu książek omijam szerokim łukiem, bo co to może być? Kosmos zdominowany romansem? Nie o takie space opery kolekcjonowałam memy z Obi-Wanem Kenobim. Dobra, musiałam jakoś zacząć. Ale serio, popatrzcie na młodzieżowe science fiction. Co dominuje? On, ona i jakieś tam kosmiczne kłopoty, walić kłopoty, MIŁOŚĆ! Bleh. Nuda. Dajcie mi tu ten miecz świetlny, zaraz zrobię porządek! I'M THE SENATE! (Staph, Lucy!) No i tak kilka lat temu zobaczyłam gdzieś informację o „Illuminae”. Na początku pomyślałam, ok, może coś ciekawego bo Jay Kristoff. Tego pana znałam już z „Tancerzy Burzy” (polecam, chociaż coraz bardziej wątpię, że wezmę się za kontynuację, nie wiem czemu) i dlatego brnęłam dalej w opis. No i tutaj coś się zepsuło, bo co my tu mamy? ROMANS! No ale dobra, o polskiej premierze nic nie było, to „Illuminae” poszło w niepamięć, aż do czasu... Czerwcowe popołudnie, oczywiście dzielna studentka powinna się uczyć do sesji, ale woli przeglądać internety i podżerać makaron z sosem sojowym. Następuje wielki zwrot akcji, w reklamach wyskakuje jej post z Moondrive o... „ILLUMINAE”! Ja jak to ja, muszę zajrzeć, zobaczyć o co chodzi, pomamrotać coś tam pod nosem. Jestem złym człowiekiem, taka moja natura. No i tutaj karawana stop, bo w końcu się dowiedziałam czym naprawdę jest ta książka. Do tej pory byłam przekonana, że to po prostu kolejny kosmiczny romans pełen wynurzeń denerwujących nastolatków. Gdyby tak to właśnie było, nigdy nie zainteresowałabym się tym. Za to forma akt, raportów i zapisów ze sztucznej inteligencji? No tu już sprawa zaczęła rysować się inaczej.
Może najpierw wspomnę coś o samej akcji, bo to coś, czego jeszcze nigdy nie spotkałam. Szczerze: niewiele kupuję od Moondrive, nie podobają mi się zagrania z ich sklepem internetowym. Robią świetne książkowe boxy i o ile jestem zainteresowana umieszczonymi w nich książkami, to kupuję. Z „Illuminae” najpierw myślałam, że to tak kolejny dziwny pomysł, ale po zastanowieniu się przyznaję, że to był bardzo uczciwy układ. Dwa pakiety do wyboru, albo za 30 albo za 40zł już z wysyłką i gadżetami, kiedy sama książka kosztuje 49,90zł, poza tym wydanie w tym wypadku nie mogło być tanie. Zdjęcia będą pod postem, żebym znowu nie rozjechała akapitów, ale sama okładka z obwolutą to już jest swojego rodzaju cudo, a kiedy otwiera się książkę zaczyna się prawdziwa magia. Dodam jeszcze, że podziwiam ludzi odpowiedzialnych za polską edycję, żeby przetłumaczyć tekst i wpasować go w grafikę. Ludzie, jesteście mistrzami! Może nawet trochę sfiksowałam na punkcie tej książki. Czatowałam na kuriera jak człowiek pierwotny na mamuta. Jak widziałam, że inni już mają swoje paczki, a ja nadal czekam, wręcz mnie skręcało. Co najzabawniejsze, nadal byłam sceptyczna, bo czułam romans. Jestem straszną sroką, ale wyszło mi to na dobre. I naprawdę, w tym wypadku całkowicie popieram Moondrive. Czemu? Jest jeszcze wydanie w papierowej okładce, widziałam wersje obcojęzyczne właśnie w tej wersji i nie ma porównania do twardej oprawy. Trochę z tym zaryzykowali, ale dzięki zbiórce z preorderów mamy tą piękną edycję. Jeśli kolejne tomy też będą wydawane na tej zasadzie, to ja już mówię, że w to wchodzę. (Nie, nie przyjmuję odmowy, musi wyjść cała seria!)
Co my tu mamy? Atak wielkiej korporacji na nielegalną kolonię ich konkurencji, dwójkę nastolatków uciekających przed okrutnym korpo, sztuczną inteligencję, której przydałby się dobry psychiatra i epidemię nieznanej dotąd choroby. Ostatnie było dla mnie zarówno najciekawsze, z racji mojej fiksacji na punkcie biologii, jak i najstraszniejsze, bo chorym blisko było do zombie, a żywe trupy to jeden z moich największych lęków. Trochę zapomniałam o tym fragmencie z okładki, kiedy zamawiałam „Illuminae” i połapałam się tak w trakcie czytania, że moje nerwy mają przerąbane jak uciekinierzy z Kerenzy. No ale tak w sumie nic, czego by już nie było, prawda? Naprawdę w samym zamyśle rozpoznaję wiele znajomych schematów i albo nie był jakiś wyjątkowy, albo ja naoglądałam się za dużo „Wojen Klonów” (z dwojga złego wolę jednak wirusa od robali mózgowych). Co takiego wyjątkowego jest w „Illuminae”? Sposób w jaki zostało stworzone! Gdyby było zwykłą książką, moja ocena pewnie byłaby o wiele niższa, ale za to, co otrzymałam nie mogę dać mniej. Na każdej stronie znajdowałam coś innego, wywiady, raporty, zapisy nagrań z kamer, połączeń głosowych, chatów i wiele innych dokumentacji. Mnie kompletnie urzekły strony z perspektywy AIDANa, cholerna sztuczna inteligencja, która ześwirowała zaskoczyła mnie najbardziej. Nie wiem, jak mam określić niektóre strony, więc po prostu pokażę zdjęcia. One też były piękne. Czasami jedno zdanie na całe dwie strony ruszało mnie bardziej niż dokładny opis z raportu. Właśnie wydanie sprawia, że „Illuminae” jest tak niesamowite. Spotykałam się z opiniami, że kogoś to zawiodło, że oczekiwali KSIĄŻKI, ale ja tego nie rozumiem. To jest książka, na większości stron dominuje tekst, ale jest ona stworzona w niekonwencjonalny sposób i z tego, co mi się wydaje, to wiadomo, że jest ona spisana w takiej, a nie innej formie. Nikt nikogo nie oszukał, a „Illuminae” wiele zyskało.
Nie wiem, co mam powiedzieć o bohaterach, bo... Cholera, czuję, że bym ich nie polubiła gdybym się do nich zbliżyła. Zaskakujące, ale w tym wypadku to nie główna bohaterka mnie bardziej denerwowała. Ezra, niech cię diabli! Przez większość czasu wydawał mi się takim totalnie przezroczystym ludkiem. Niczym mnie nie zaskoczył, chłopak jakich wielu, do bólu przewidywalny, nudny, aż mi się kojarzy z tą reklamowaną teraz przezroczystą galaretką. W dodatku jego miłość do Kady. Kurdeeeee, ja rozumiem, nastoletni romantyzm i tak dalej, ale aż mnie zażenowanie brało przy jego pomysłach. Może jestem na to za stara? Eee tam, te trzy lata temu pomyślałabym dokładnie to samo. Kady? Kady w połowie jest na tak, w połowie na nie. Nie jestem przekonana do siedemnastolatki, która potrafi zhakować wszystko, co znajdzie pod ręką, tu nasuwa się skojarzenie z taką typową książkową heroiną, która tak po prostu jest najlepsza, najpotężniejsza (*tfu tfu, nigdy nie chciałam napisać tych dwóch słów razem, nie jestem księżniczkowym Antychrystem*). Z drugiej strony jej charakter jest taki, że momentami bardzo mi się podobała, ale były chwile, kiedy chciałam jej trzasnąć z klucza francuskiego. Chyba takie są nastolatki, więc może zostawię to tak, jak jest. Kady jest Kady i cieszę się, że nie była drugą przezroczystą galaretką. Schody zaczynają się przy tym, że często oceniam książkę przez pryzmat bohaterów. Jednak normalnie spędzamy z nimi praktycznie cały czas i jeśli są denerwujący, to po prostu książka wydaje się nam gorsza. W „Illuminae” między nami, a postaciami jest coś na kształt grubej szyby. Wszystko przez formę, która po raz kolejny wykazała się świetnym sposobem na takie książkowe marudy jak ja! Akta, w formie których jest spisana książka, dają mi pewien bezpieczny dystans, który pozwala na zaangażowanie emocjonalne, ale równocześnie zatrzymuje większość irytujących elementów. Poza tym nie spędzamy całego czasu tylko z tą dwójką. Kady i Ezra w pewnych momentach znikają, żebyśmy mogli posiedzieć w dowództwie albo AIDANie, popodglądać rozmowy innych postaci. Znowu – akta to genialny pomysł, bo daje tą płynność między różnymi umiejscowieniami fabuły. Gdyby autorzy chcieli sobie pohasać po księżycu i znaleźli dla tego uzasadnienie, to moglibyśmy sobie skoczyć na księżyc.
Czy sama historia ma rację bytu? Jak na moje – tak! Jest schematyczna, ale dobrze poprowadzona, nie ma jakichś dziwnych dziur fabularnych, zbędnych elementów, całość ładnie trzyma się w kupie. Z podziękowań wynika, że autorzy jak najbardziej postarali się, żeby wszystko się zgadzało, a ogarnąć kilka dziedzin nauk ścisłych potrzebnych do napisania dobrej space opery z epidemią wcale nie jest tak łatwo. Szanuję, szczególnie po mojej przygodzie z „Pasażerami” (Chris Pratt to niech zostanie przy „Strażnikach Galaktyki”, gadająca śmietnikowa panda miała więcej sensu niż 3/4 „Pasażerów”). W ogóle przepraszam, że tak nawiązuję do innych rzeczy, ale potrzebowałam jakiegoś złego przykładu, jak ktoś się bierze za kosmos, tak dla kontrastu, bo „Illuminae” tak ładnie starało się nie kłamać o podróżach kosmicznych, że jestem cała w skowronkach. Jeszcze bardziej jestem zadowolona z podejścia do epidemii, chociaż nie było tego aż tak wiele, jednak mój wewnętrzny biologiczny wariat włączył się na pierwszą wzmiankę o wirusach i nie wyłączył się aż do końca. Przez to jeszcze bardziej wgryzałam się w fabułę, musiałam wiedzieć, co jest grane i strasznie mnie wkurzali wszyscy, którzy chcieli utajać informacje! Może i takie super hiper zdolności hakerskie Kady mi nie pasowały, ale no proszę, jak kogoś zżera ciekawość, to bierze wszystkie informacje bez marudzenia, że siedemnastolatka jest zdolna przetrzepać cały system potężnych komputerów pokładowych. Podobało mi się śledztwo związane z wirusem i AIDANem, pomijając wydanie, a przechodząc do fabuły, to jeden z najmocniejszych elementów. Lincoln też napędził mi niezłego stresu. Czułam się, jakbym sama uciekała przed wrogim korpo. A do tego końcówka, jak się wyjaśniło co i jak... Rany, gdzie mi urwało te moje cztery litery? Nie spodziewałam się tego. Nie będę krytykować, bo w sumie wariatów na tym świecie nie brakuje, więc czemu nie? No i AIDAN. Sztuczne inteligencje zawsze okazują się tragicznym pomysłem, chcą rozwalić swoich twórców i w ogóle koniec świata. No tak, ale w tym wypadku zostałam zaskoczona do tego stopnia, że płakałam przez jakieś oprogramowanie. Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że poznajemy sytuację z perspektywy maszyny. Siedzimy jej we łbie, poznajemy jej myśli. Urzekło mnie to. Ostatnio mam farta do książek, które robią mi jakiś dziwny przewrót ze schematami (patrz poprzednie dwie recenzje). Cieszę się, może w końcu nastały lepsze czasy!
„Illuminae” to wyjątkowa książka i nie trzeba być specem z zakresu science fiction, żeby się w niej odnaleźć. Jest przepięknie wydane, świetnie napisane i ma w sobie wiele drobnych, ale urzekających elementów, które sprawiły, że chce mi się krzyczeć z zachwytu. Nie jest to mój typ książki, pod względem zamysłów. Romans w kosmosie to coś strasznego, oto do czego doprowadzili Anakin i Padme (nie mogłam się powstrzymać, przepraszam). Mimo to dałam się oczarować. Podziękowania też zasługują na uwagę. Kaufman i Kristoff mają świetne poczucie humoru! Naprawdę mam nadzieję, że naprawdę nie trafi mnie szrapnel w czasie nalotu dywanowego na naszą planetę. Mam tylko jedną uwagę. CZY TO MUSIAŁ BYĆ COPERNICUS?! Wiecie jak to jest mieszkać w najbardziej piernikowym i kopernikowym mieście w kraju i wszędzie wpadać na jakieś Koperniki, Kopernika, Copernicusy, a potem w książce trafiać na kolejnego Copernicusa? Czerstwy piernik się w kieszeni otwiera. (A tak serio to srogo parsknęłam.) Na poważnie: polecam „Illuminae”, jeśli potrafiła opanować moją marudną naturę, mimo że powinna podnieść mi ciśnienie, to zasługuje na przeczytanie. To była niesamowita podróż i zbrodnią byłoby nie wydać teraz „Geminy” i „Obsydio”. Jeszcze dwa piękne wydania i za każdym razem jestem skłonna dorzucać się do zbiórki, jak to było z „Illuminae”. Gadżety też są cudowne, szczególnie plecak, więc Moondrive, wiecie co robić! (Bo jak nie to zobaczycie co to phobos! Zbiorę całą armię marud!)

Mam nadzieję, że nikt nie wystrzelił w waszą stronę głowic nuklearnych

Lucy

A teraz zapraszam na galerię czystego piękna. Jeśli jeszcze się wahacie czy warto wydać te 50 złotych monet.


Cała zawartość paczki od Moondrive. Moja wewnętrzna sroka jest szczęśliwa.

KOSMOS! Zaraz po otwarciu padłam z zachwytu.

"Każda z nich to małe słońce. Mała apokalipsa."

"AIDAN!"

"TO NIE SĄ ĆWICZENIA"

"Czyż nie jestem miłosierny?"

I genialne opisy bitew.





8

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Tajne akta Obozu Herosów, Rick Riordan

Tytuł: Tajne akta Obozu Herosów 
Autor: Rick Riordan 
Wydawnictwo: Galeria Książki 
Ilość stron: 170 
Ocena: 9/10 
Opis: W tym przewodniku Percy Jackson i inni mieszkańcy Obozu Herosów odpowiadają między innymi na takie pytania jak: „Co to jest miejsce?” i „Czy mogę zatrzymać koszulkę?”. Nowicjusze mogą poczytać o domkach, sprawdzić swoją wiedzę o magicznych znakach i zapoznać się z rozdziałem poświęconym treningom. Ale Tajne akta Obozu Herosów opisują nie tylko teren obozu i budynki. Książkę uzupełniają opowieści o herosach, dla których obóz jest domem, i takich, którzy zawitali tu tylko na chwilę w drodze w nieznane. Chejron osobiście napisał wstęp zawierający krótki rys historyczny treningu półbogów oparty na tysiącach lat jego doświadczenia. No i oczywiście są tu też boskie słowa mądrości Apollina, ponieważ… no, ponieważ półboscy autorzy woleliby nie zostać pobici, dziękujemy. 

„Nico: Bogowie, wolałbym zostać zamknięty w spiżowym dzbanie z samymi upiornymi ziarnkami granatu niż jeść to pożałowania godne żarcie.

Perseusz Jackson. Tak, mój ulubiony syn Posejdona i początek mojej książkowej obsesji. W końcu musiało pojawić się coś o Riordanie, bo nie ukrywam, że kupię wszystko, co związane z mitologią, a tym bardziej z Obozem Herosów i jest przy tym podpisane nazwiskiem wujka Ricka. Boję się, że kiedyś zabraknie na te wszystkie książki miejsca. A co w tym najlepsze, mam wrażenie, że kolejne dzieła tego autora są coraz lepsze, chociażby „Magnus Chase”, który pobił na głowę wszystko, co wcześniej wyszło spod pióra Riordana, a poprzednie książki były świetne. I tak przechodzimy do najnowszego tworu, jakim są „Tajne akta Obozu Herosów”. 
Szczerze, od wydania „Hotelu Walhalla” miałam wielką nadzieję, że powstanie coś podobnego o Obozie Herosów. Niby powstał jeden przewodnik, ale może lepiej o nim nie wspominać? Nie było to nic odkrywczego, a ilustracje doprowadzały mnie do załamania nerwowego. Najbardziej ucierpiał Nico di Angelo, który jest jedną z moich ukochany postaci. To tak nie mogło zostać. Tym bardziej się cieszę, że polskie wydanie „Tajnych akt...” wyszło bardzo szybko, Galeria Książki pod tym względem nigdy mnie nie zawodzi! A co do samej książki, to pomogła mi zapomnieć o tamtym feralnym przewodniku. Czemu? 
Zacznijmy od samego wydania, bo jest ono przepiękne! Mówię tu zarówno o okładce, która świetnie pasuje do „Hotelu Walhalla”, jak i o wnętrzu. Wspominałam o okropnych ilustracjach w poprzedniku „Tajnych akt...”? Teraz to już przeszłość! W środku znajdziemy wiele pięknych ilustracji przedstawiającymi różne miejsca w Obozie Herosów jak i kilka postaci, w tym wiele odsłon naszego ukochanego boga słońca, muzyki i bojowego ukulele – Apollina, oraz Percy'ego! Poszczególne części mają świetne strony tytułowe, tak jak strony fragmentami apollowego filmu wprowadzającego w świat herosów udają, że są wyciągnięte z kliszy. Po prostu jeden wielki cud! 
Po drugie: treść! „Hotel Walhalla” był typowym przewodnikiem, za to „Tajne Akta...” dorobiły się własnej fabuły, bo to sami mieszkańcy Obozu Herosów po obejrzeniu „Witajcie w Obozie Herosów” postanowili stworzyć coś mniej strasznego. Pojawiło się nawet Solangelo! Kocham Riordana za to, że dał mi chociaż trochę tych kochanych buł! Tutaj poza opisami miejsc i dziwacznymi występami Apolla mamy również kilka obozowych historii, Chejron opowiada o tym, jak w ogóle powstał obóz, czasami trafiamy na wywiad zamiast zwykłej historii i... I przez chwilę nawet Percy i Nico mają bardzo kochaną interakcję, a po rewelacjach z „Domu Hadesa” i „Krwi Olimpu” jest to dla mnie porównywalne do wycieczki do Disneylandu! Są kochani, nawet dali mi zapomnieć, że tam między nimi Annabeth próbowała coś gadać. (A kysz!) No i samo poczucie humoru Nico, tak, to kocham! Trupi humor syna Hadesa... Ej, czekajcie! Nico i poczucie humoru! Widzicie? To ostateczny dowód, że on wreszcie jest szczęśliwy! Coś pięknego. Na koniec oczywiście mamy słowniczek i opis poszczególnych postaci z CHB i tu... Tu mam pewne zastrzeżenie! GDZIE SIĘ PODZIAŁ WILL SOLACE?! Sprawdzałam kilka razy i nigdzie nie było Willa! Co to za pominięcie?! Gdyby nie jego tajemnicze zniknięcie ten dodatek byłby czystym ideałem! 
Polecam „Tajne akta Obozu Herosów” każdemu wielbicielowi Percy'ego i reszty herosowego uniwersum! Może jest to zwykły dodatek, ale jest świetnie zrobiony, czuć w nim wszystko, co tak bardzo ludzie kochają w książkach Riordana. Czyta się szybko i z uśmiechem na ustach, to ideał na jeden wieczór albo jakiś leniwy dzień na plaży. 

Żadne dzieci Hadesa nie zostały zamknięte w dzbanie na potrzeby tej recenzji,
Lucy
0