Ariana | Blogger | X X X X

sobota, 28 października 2017

Dramy ze świata Nocnych Łowców edycja 13: Władca Cieni, Cassandra Clare


Seria: Mroczne Intrygi
Tytuł: Władca Cieni
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 848
Ocena: 8/10
Opis: Czy oddałbyś bratnią duszę… za swoją prawdziwą duszę?
Życie Nocnego Łowcy to życie w pętach powinności. W więzach honoru. Świat Nocnego Łowcy to świat uroczystych przysiąg, a nie ma ślubów świętszych niż te łączące parabatai – wojowników-partnerów, którzy mają razem walczyć i razem ginąć, lecz nigdy, przenigdy nie wolno im się zakochać.
Emma Carstairs odkryła, że miłość odwzajemniona przez jej parabatai, Juliana Blackthorna, jest nie tylko zakazana, lecz także śmiertelnie niebezpieczna: może zniszczyć ich oboje. Wie, że powinna uciec od Juliana, lecz jakże miałaby to zrobić, gdy Blackthornom ze wszystkich stron zagrażają wrogowie?
Ich jedyną nadzieją jest Czarna Księga Umarłych, magiczny wolumin o ogromnej mocy. Wszyscy chcą ją dostać, ale tylko Blackthornowie są w stanie ją odnaleźć. Emma, jej najlepsza przyjaciółka Cristina oraz Mark i Julian Blackthornowie przybywają do Faerie – gdzie hulaszcze zabawy skrywają krwawe zagrożenie i żadnej obietnicy nie można ufać – by tam zawrzeć mroczny pakt z królową Jasnego Dworu. Tymczasem narastające napięcie między Nocnymi Łowcami i Podziemnymi doprowadziło do wyłonienia Kohorty, grupy ekstremistów wśród Nocnych Łowców, którzy domagają się wprowadzenia obowiązku rejestracji Podziemnych i „niewygodnych” Nefilim. Zrobią wszystko, co w ich mocy, by ujawnić tajemnice Juliana i przejąć władzę nad Instytutem w Los Angeles.
Kiedy Podziemni zwracają się przeciw Clave, pojawia się nowa groźba w postaci Władcy Cieni – króla Ciemnego Dworu, który wysyła swoich najlepszych wojowników z zadaniem wymordowania wszystkich, w których żyłach płynie krew Blackthornów, i przechwycenia Czarnej Księgi. Gdy mordercza pętla zaciska się wokół Juliana, ten opracowuje ryzykowny plan ratunkowy. Jego powodzenie zależy od współpracy z nieprzewidywalnym nieprzyjacielem. Sukces może jednak mieć swoją cenę, której ani on, ani Emma nawet sobie nie wyobrażają; krwawy rachunek, który – być może – przyjdzie zapłacić wszystkim, których kochają.

Był setką strzał wystrzelonych z setek łuków w tej samej chwili.


Raczej nikogo nie zaskoczę moją słabością do Nocnych Łowców. Clare wyleczyła mnie po Maas. Nawet trochę mnie rozbawiło, że w drugiej książce z rzędu mam faerie i różnica pomiędzy „Dworami” a „Mrocznymi Intrygami” jest nieporównywalna, może dlatego, że Clare starała się przybliżyć nam baśniowy ludek, a Maas interesowała się głównie naczelną Mary Sue i jej Tru Loffem no.2. Cokolwiek, po prostu „Władca Cieni” pomógł mi się zebrać z tej beznadziei, żeby rozpłaszczyć mnie na ścianie. Końcówka niszczy. Poza tym no jak ja mogłabym nie pokochać kolejnej książki ze Świata Cieni? Nie wiem jak ta kobieta to robi, że jeszcze ani razu nie kłapnęłam na nią zębami za jakość książek (za inne rzeczy bywa różnie, znęca się nade mną). Od razu też zaznaczam, że wyrzekam się polskiego tytułu pierwszego tomu, ale drugi został pięknie przetłumaczony.
„Władcę Cieni” dosłownie połknęłam, bo książki Clare już takie są. Zapominasz się aż tu koniec... I co dalej? Poważnie pytam! W tym momencie widzę jedynie krajobraz po huraganie. Trzecia część potrzebna na wczoraj! Razem z wyjaśnieniami! To jeden z większych plusów serii o Nocnych Łowcach, czyta się przyjemnie i szybko, nawet nie zauważa się, kiedy dociera się do kolejnych stron. Raczej nikt nie lubi ślęczeć nad tekstem i zastanawiać się za ile stron kolejny rozdział.
Szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam, jak fabuła miała wyglądać po „Lady Midnight”. Jak „Dary Anioła” i „Diabelskie Maszyny” pozostawiały miejsce dla domysłów o tym, jak historia potoczy się dalej, tak „Mroczne Intrygi” nie do końca. Nie chodzi mi o niezamknięte wątki, a bardziej o główną linię fabularną. Valentine, Mortmain, Sebastian to gałgany, które zawsze czaiły się, żeby jako pierwsi zacząć mącić. „Lady Midnight” skupiała się głównie na morderstwie rodziców Emmy i kolejnych ofiarach jakiegoś tajemniczego cwaniaka, to się porozkładało na kilka wątków i gdyby nie wiele niewyjaśnionych relacji między postaciami, mogłaby się zakończyć jako samodzielna książka. No jeśli nie liczyć Annabel, ale szczerze mówiąc, gdyby Clare chciała, mogłaby jej nie ruszać i mieć spokój z dwiema kolejnymi książkami. Nie chcę tu powiedzieć, że kontynuacja nie jest potrzebna, po prostu kompletnie nie mogłam rozgryźć, co się zadzieje we „Władcy Cieni”. Nie wiem czy to miłe zaskoczenie, bo pewnego czarownika i cały oddział Centurionów wyniosłabym na kopach poza kanon, a to wszystko ich wina. Oczywiście Emma i Julian, którzy dla mnie nie byli najważniejsi, ale dla mniej pokrzywionych czytelników jest to raczej ważny wątek, do tego bardzo sporny. Wszyscy ganiają za magiczną księgą, pojawia się Ta Ruda Sucz aka królowa Jasnego Dworu (nie ufam jej, cokolwiek by nie mówiła, poza tym wydawało mi się, że jest martwa). Poza tym zabawa w politykę Clave. To ostatnie to chyba mój największy problem. Kohortę też wyniosę na kopach z kanonu za same sugestie o Magnusie i Alecu. A walcie się dziady! Ogólnie ta część to jedna wielka drama! Nie zaskoczę nikogo, pisząc, że świetnie się bawiłam.
To, co tygryski lubią najbardziej – jak tam z postaciami? Szczerze mówiąc, przepadłam. Blackthornów nie da się nie kochać, pod warunkiem, że Julian nie zrobi Rzeczy. Jeśli się na TO zdecyduje – jest dla mnie martwy, w ogóle w tym momencie skreślam go całkowicie. Nie mogę powiedzieć co, ale nie chodzi o samą Emmę, a miałby to zrobić ze względu na nią, więc no... NIE. Poza tym są bardzo uroczy, szczególnie Ty i Mark. Naprawdę, scena z krasnalem ogrodowym i Markiem wygrała prawie całą książkę. W sumie też ciężko ich wszystkich oddzielnie oceniać, razem tworzą po prostu taką świetnie zgraną gromadkę. Nie do końca rozumiem czemu ludzie tak denerwowali się na Emmę. Hej, w porównaniu do Clary to ona jest wręcz idealną główną bohaterką! (Chociaż tak nie do końca główną.) Może nie jestem nią wyjątkowo zachwycona, ale jestem w stanie zrozumieć czemu zachowywała się tak, a nie inaczej. Sytuację ma jednak niezbyt ciekawą. Kit to w ogóle mój ukochany klusek, 100% Herondale'a w Herondale'u, chociaż nie chce tego przyznać. Oby tylko Jace go nie zadręczył, jeszcze sprzeda mu historię o kaczym spisku przeciw ich rodowi. Kierana chętnie bym przytuliła, dajcie temu dzieciakowi trochę spokoju! Mogliby w końcu dać mu spokój ze spiskami. A na koniec Magnus, Alec, Max i Rafe! Nie ma niczego, na co tak bym czekała, jak na moje OTP i ich dzieci. Alec tak bardzo dorósł, rany, aż chce mi się płakać. Chociaż dalej jest tym samym trochę nieogarniętym i wrednym Lightwoodem, w ogóle zostawia dzieci z nieznajomymi, bo lubią dzieci... Niech mi ktoś jeszcze się go uczepi, że jest taki okropny. Sami też kiedyś byliście okropni. Cieszę się, że zawsze był nieidealny, a zamiast tego widzimy jak do wszystkiego dorasta. W „Mieście Kości” za sugestię o jego orientacji zrobiłby z kogoś szaszłyk, teraz byłby zdolny do tego samego ale za czepienie się Magnusa, a nie za „jesteś gejem?”. Magnus w sumie też zdobywa tytuł ojca roku. Kto karmi dzieci muffinkami i czemu nigdy mnie nie adoptował?! Na dzieci to ja mam alergię, ale Max i Rafe to też urocze kartofle. W ogóle tam ci główni uczestnicy dramy nie dają się nie lubić. Nie ma jednej głównej postaci, nikt nie jest faworyzowany.
Same relacje między wszystkimi postaciami wymagałyby gigantycznej tablicy i sporego zasobu kolorowych markerów. Każdy z kimś coś ma, ale da się ich mniej więcej podzielić. Emma i Julian mają swój dramat i tutaj raczej nie trzeba wiele mówić. Cieszę się, że nie zaleciało totalną romansową dramą, jak to każdy każdego kocha, że aż mi mózgi pozżerało. Starają się ogarniać sprawę i dla mnie to się liczy, poza tym zachowują się dość odpowiedzialnie. Nie ma „MY KONIECZNIE MUSIMY BYĆ RAZEM” i no nie mogę zaspoilerować, ale jeśli w kolejnej części coś nie trzaśnie (w Clave robi się burdel, więc kto wie...) to naprawdę doceniam to, co postanowili zrobić. Mark i Kieran powinni ogarnąć dupska i być razem, zamiast tego nagle do tego dołącza Cristina, z którą kręci się meksykańska telenowela z Diego i Jamiem, a ci dwaj w ogóle robią jakieś pokręcone rzeczy i potrzebuję więcej tego wątku. W ogóle tutaj jest dość zabawnie, kręcą się jakieś intrygi, a ja wiem, że nic nie wiem. Jest Diana, która dostaje piękne pięć minut w towarzystwie wodza Dzikiego Polowania. Chyba nie wnikam skąd to się autorce wzięło, ale też zbyt normalnie nie jest (i mówię tu tylko o ich relacji). Następne są bliźnięta i Kit, chyba najbardziej kochałam fragmenty z ich perspektywy. Ty i Livvy chyba jako jedyni naprawdę zainteresowali się Kitem i starają się, żeby z nimi został. Poza tym to takie trochę większe szczeniaczki, które pakują się w największe kłopoty i wychodzą z tego iście po szczeniaczkowemu, Magnus musiał mieć przez nich deja wu. Spora część tej książki opiera się na jakichś zakręconych relacjach, a ja się bawię dalej, bo uwielbiam jak ta część jest dobrze zrobiona.
Jeśli chodzi o samą intrygę, to kilka razy pospadałam z krzesła. Niezbyt mogę wyjaśnić, co się dzieje, bo wszystko to spoilery. Wiecie jedynie, że Annabel się obudziła, ale ona jest tylko fragmentem. Z grubsza – chodzi o to, że wszyscy chcą Czarną Księgę, a król Ciemnego Dworu to wstrętna paskuda, królowa Jasnego Dworu ciągle kombinuje i każde najchętniej pozbyłoby się tego drugiego. No bywa. Pojawiło się też kilka niewyjaśnionych scen, do których mogę dopisać kilka teorii spiskowych. Brakuje odpowiedzi, a okładka trzeciego tomu zostanie ogłoszona dopiero za dwa tygodnie i gdzie tu mówić o całej książce? Mogę zapewnić, że nie idzie się nudzić, ciągle chce się więcej no i połyka się książkę. Poza tym jest też kwestia Centurionów, Clave i Kohorty. Clare bawi się w politykę, trochę bardziej zagłębia się w funkcjonowanie rządu Nocnych Łowców, bo do tej pory poznawaliśmy jedynie pojedyncze postacie, nie mamy pojęcia jak wygląda całe społeczeństwo. Wygląda dość irytująco i na miejscu Aleca chodziłabym na zebrania Rady z torbą popcornu. Centurioni, na czele z największą znaną mi zarazą znaną jako Zara są, w większości, zakutymi pałami z kijami w tyłkach. Nie chodzi o bycie służbistą, nie. Ubierzcie sobie skrajnych nacjonalistów w mundury i dajcie im na wszystko protokoły, tak wygląda opcja Zary. Kohorta nie lepiej, po prostu wśród nich przeważają stare dziady, a nie młodzi jak to jest z Centurionami. Z pewnych względów jest się czym martwić, ale to kolejny spoiler. Nic się nie dowiecie.
I tak pitu pitu. Lubię to, naprawdę, ale to nie to samo, co wcześniej. Nie wiem od czego to zależy, ale nie czuję dokładnie tego samego, co we wcześniejszych seriach. „Mroczne Intrygi” mają swoją magię, ale jest ona trochę bledsza, brakuje mi jakichś nieokreślonych rzeczy. Ta seria różni się od „Darów Anioła” i „Diabelskich Maszyn”, na pewno mamy więcej postaci, co dla mnie jest z jednej strony świetną zabawą, a z drugiej jest ich tyle, że choć większość mnie oczarowała, muszę wybrać kilku ulubieńców. (Kieran, Kit, Ty, Mark, jakby ktoś pytał.) Nie mogę dać temu najwyższej oceny, bo zwyczajnie nie czuję, żeby to było miarodajne. Chociaż muszę też oddać honor, bardzo doceniam to, że tutaj bardziej zagłębiamy się w społeczność Nefilim, odkrywamy Świat Cieni od tej zaznajomionej z nim strony. Chociażby taki Nocny Targ, to chyba mój ulubiony element w tej serii. Niebezpiecznie i magicznie, aż chce się tam zapuścić i sprzedać duszę Szatanowi. W ogóle ma być jakaś seria opowiadań powiązana z tym miejscem! Czekam!
„Władca Cieni” ma naprawdę wiele drobnych elementów, które mnie ujęły. Wersy wiersza jako tytuły rozdziałów tak na przykład. Humorystyczne elementy, za które kocham książki Clare. To, że kilka zdań potrafi mnie zupełnie połamać, zdeptać i sprowadzić do stanu nieskładnie mamroczącej galarety. Urocze scenki potrafiące rozpuścić mnie jak stężony kwas siarkowy. Niby nic nieznaczące rozmowy, małe fragmenty tekstu, które koniecznie muszę zaznaczyć, bo dla mnie to ważne i koniec! „Dary Anioła” jak na razie są dla mnie na pierwszym miejscu, nawet jeśli tam muszę się użerać z Clary, „Diabelskie Maszyny” mnie zniszczyły i w ogóle to powinno być oznaczone jako produkty potencjalnie niebezpieczne, „Mroczne Intrygi” to nie to samo, brakuje jakiegoś wspólnego mianownika, ale są dobre. Nigdy dość Nocnych Łowców, dopóki Clare ma pomysły, które działają i jej wychodzi, będę kupować kolejne książki. Wyrobiła sobie moje zaufanie i przez trzynaście książek prawie nigdy nie zawaliła, wyjątek stanowi „Miasto Upadłych Aniołów” ale ono jest zwyczajnie do przeżycia i w kontynuacji wszystko wraca do normy. Nie polecę dojrzałym ludziom, bo wiem, że to nie ten poziom, ale umówmy się – obracam się głównie wokół dość młodych czytelników, którzy są grupą docelową tych książek. Have fun, wszyscy umrzemy! Ja po tej części na pewno jestem nieżywa, tylko nie wiem czy bardziej przez uroczość czy końcówkę. Poproszę brokatową urnę.

Martwa bardziej niż zwykle
Lucy
10

niedziela, 8 października 2017

Mary Sue kontratakuje: Dwór mgieł i furii, Sarah J. Maas


Seria: Dwór cierni i róż
Tytuł: Dwór mgieł i furii
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 768
Ocena: 2/10
Opis: Po tym, jak Feyra ocaliła Prythian, mogłoby się wydawać, że baśń dobiega końca. Dziewczyna, bezpieczna i otoczona luksusem, przygotowuje się do poślubienia ukochanego Tamlina. Przed nią długie i szczęśliwe życie.
Sęk w tym, że Feyra nigdy nie chciała być księżniczką z bajki. Zresztą zupełnie nie nadaje się do tej roli. W snach wciąż powracają do niej wymyślne tortury Amaranthy i zbrodnia, którą popełniła, by się od nich uwolnić. Pragnący zapewnić jej bezpieczeńtwo Tamlin próbuje zamknąć Feyrę w złotej klatce. W jej nowym nieśmiertelnym ciele drzemią moce, których dziewczyna nie umie opanować. W dodatku o spłatę swojego długu upomina się największy wróg Tamlina - Rhysand, Książę Dworu Nocy. Zwabioną podstępem Feyrę raz w miesiącu okrywa mrok jego niebezpiecznego królestwa. To pewne, że władca ciemności będzie chciał wykorzystać ją do swoich celów. Chyba że... to nie Rhysand jest tym, kogo Feyra powinna się obawiać. Na Dworze Wiosny również bowiem nie jest bezpiecznie, a sam Tamlin ma przed ukochaną coraz więcej tajemnic. Czy rzeczywiście tylko po to, by ją chronić?
Gdy nad Prythian i krainę ludzi nadciąga widmo wojny tak groźnej jak żadna dotąd, Feyra musi zdecydować, komu może ufać. Stawką jest życie jej rodziny i losy całego świata. A w magicznym świecie fae przyjaciele potrafią być bardziej niebezpieczni niż wrogowie. (Ten opis to jakiś żart)

Prawda jest niebezpieczna. Prawda jest wolnością. Prawda potrafi łamać, naprawiać i spajać.



To będzie długie i niezbyt przyjemne. Przysięgam, że jeszcze nigdy nie napisałam tak złej recenzji i już miałam ochotę robić plebiscyt na najgłupszy cytat Feyry, żeby dać go w nagłówku, ale jestem tym tworem zbyt zmęczona. To jakoś pasuje to niech będzie. Zapraszam do cyrku!
Jestem tak cholernie szczęśliwa, że skończyłam tę książkę. Naprawdę, jak zobaczyłam, że dotarłam do podziękowań, to prawie się popłakałam ze szczęścia, że przetrwałam. Jeszcze bardziej cieszy mnie to, że nie wydałam na to ani złotówki. Jeśli ja uznałam, że naprawdę nie chcę tracić pieniędzy na książkę, to znak, że jest źle. Poza tym w bibliotece poznałam wyjątkowo pięknego kota, więc tym lepiej dla mnie.
Co z tą Maas? Kilka miesięcy temu recenzowałam „Imperium burz”, którym byłam prawie w całości oczarowana. Jak dostaję kolejną część „Szklanego tronu”, to prawie piszczę ze szczęścia. Wyobraźcie sobie, że moja miłość do serii o Celaenie jest równie wielka co moja szczera niechęć do „Dworu cierni i róż”. Powodów jest wiele. Kiedyś naprawdę miałam nadzieję, że to będzie dobre, bo ufałam Maas. W trakcie czytania zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno te dwie serie pisała ta sama osoba. Mówili, że drugi tom jest lepszy, że Feyrę da się lubić... NOPE! Jedyne, co się udało to jeszcze popsuć mi obraz jedynych postaci, jakie polubiłam w pierwszym tomie. Przepraszam Lucien, Rhys, najbardziej ucierpieliście na tym „eksperymencie”. Czemu w ogóle się dręczyłam? W dużej mierze dla Zupy Zła, bo gdybym napisała tylko o ACOTAR, to fani by mnie zjechali, że ACOMAF jest lepszy. Lecim z tym dramatem!
Ogólnie od pierwszego zdania w tej książce poczułam się zażenowana. Przyznam, że to rekord. Wracamy na Dwór Wiosny, który nagle stał się jakąś karykaturą wyższych sfer czasów nieokreślonych. Już pojawia się pierwszy zgrzyt, bo naprawdę jak rozumiem, że Maas miała cel w takim przedstawieniu podwórka księcia wiosny, to zrobiła to z dupska. Pamiętam, że to nie było tak popieprzone miejsce, a z tekstu wynika, że zaraz po powrocie Feyry i Tamlina zaczął się tam odwalać jakiś śmieszny szajs. W ogóle rozumiem, że autorka bardzo chciała pokazać jak nasza (tfu tfu) heroina bardzo ucierpiała Pod Górą, ale tutaj też nie zgadza mi się wieeele rzeczy. Momentami to się zastanawiałam czy Feyra ma to PTSD czy co tam to mogło być, czy też chwilowo magicznie się uleczyła, a wyjątkowo często to było takie użalanie się nad sobą... No i ram pam pam, niby w tekście przebąkuje się, że Tamlin też źle to zniósł, ale jest to jedynie furtka, żeby zrobić z niego tego złego. No wcześniej też za nim nie przepadałam, ale na litość! Jest tyle sposobów, na które można to poprowadzić i nie byłoby po prostu robieniem głupot, bo fabuła musi się zgadzać. Bardzo długo miałam wielką rozkminę, czemu wszyscy nagle zaczęli tak bardzo nienawidzić Tamlina, kiedy dla mnie ciągle czegoś brakowało. Jak się zgodzę, że zachowywał się okropnie, to... No ej, naprawdę nie widzicie, że to była taka byle jaka przeróbka części jego charakteru, żeby czytelnikowi się wytłumaczyć, czemu Feyra nagle woli drugiego Tru Loffa? W dodatku przeróbka bardzo słabo przedstawiona. Co do tego? Jak już wspominałam, Maas wspomina, że Tamlin też ma problemy po wydarzeniach z moją ulubioną komediantką – Amaranthą. No Feyrze trzeba pomóc, biedna sobie nie radzi, ale to, że w widoczny sposób Tamlin też sobie nie radzi to nic, najwyżej powód do nienawidzenia go! Nie cierpię ich oboje, ale bardziej nie lubię takiego wartościowania, że ktoś musi być biedną owieczką i pomoc się należy, a ten tam to niech najlepiej się zabije, walić jego psychikę. To był dopiero początek, ugh.
Pomińmy większość „bla, bla, bla”, bo to głównie takie fragmenty nadają tej książce objętości. Nie jest tajemnicą, że większość linii fabularnej spędzamy na Dworze Nocy. Tak, Rhys! Tak... A nie, jednak nie. Współczułam większości postaci obcowania z Feyrą, ale przez tę jej narrację nie byłam też w stanie większości z nich polubić, a do Rhysa to wręcz się zdystansowałam. No jasne, pojawiło się tu kilka ciekawszych elementów i naprawdę mi ich szkoda, bo wiem, że Maas miałaby potencjał na zrobienie tych rzeczy dobrze. Dwór Rhysa mógł mnie naprawdę ująć, jego rodzina miała szanse zostać świetną zgrają, którą bym kochała. Wyszło jak wyszło, mam wrażenie, że patrzyłam tylko na jakieś duchy kręcące się dookoła dramy Feyry. Książę Dworu Nocy oberwał najbardziej ze względu na oczywiste rozwiązanie – no jak nie Tamlin, to Rhys. I co? I tu jest już subtelność różowego radzieckiego czołgu wymalowanego w kwiatki. Cały czas wiadomo jak to się skończy, Maas nawet tego nie ukrywa, ale wiecznie przeciąga. Próbuje się bawić w kotka i myszkę, kiedy od dawna mysz jest już złapana. To męczące i bezsensowne. Albo daje się to cholerne romansidło od początku albo odpuszcza się z wiecznymi „sugestiami”, które są tak delikatne, jak mój kot podczas podawania mu tabletki. Perfidnie widać, że autorka nie mogła się doczekać wyswatania naszej Mary Sue z Rhysem i to bardzo wpływa na całokształt. Wielokrotnie widziałam, kiedy postacie właśnie powoli, coraz bardziej zbliżają się do siebie i nie było to męczące, bo pozostawała ta delikatność. Cholera, odsyłam do „Szklanego Tronu”, jak na ironię znajdzie się kilka przykładów. Ona to umie dobrze zrobić! Aelin i Rowan, byli dość oczywistą parą, w dodatku mam wrażenie, że Feyra i Rhys to nieudana próba powtórzenia tej historii, tylko, że ci pierwsi nie byli tym radzieckim czołgiem! Nie, Ogniste Serce i Naczelna Zrzęda bardzo płynnie przechodzili przez kolejne etapy znajomości, kochałam ich wspólne docinki, a rozwój ich relacji był raz, że widoczny, a dwa, że dobrze napisany. Parka z Dworu Nocy to w tym temacie gigantyczna porażka. No i tak Rhys traci w moich oczach bardzo wiele, bo mimo zachowywania się jak on, widać, że robi się coraz bardziej spłaszczony ze względu na Feyrę, zaczyna dookoła niej orbitować. Chyba nikt nie lubi parek, które zlewają się razem w taką dwugłową wiedźmę. Jego historia jest ciekawa, były momenty, które nawet chętnie czytałam właśnie przez Rhysa, ale to takie krótkie epizody.
Sama Feyra wbiła kolejny poziom w irytowaniu mnie! Głupoty się nie wyzbyła, skoro najpierw daje się traktować jak laleczkę, a potem ma pretensje, że ją tak traktują. No przepraszam, ale jak najpierw czytam, że jej w sumie pasuje, że taka Iantha wszystko za nią ogarnia, a za kilka stron ma tego dość to... Co? Do tego dochodzi wieczne wychwalanie jej jako zbawicielki. Szybki rzut okiem na to, co było w pierwszym tomie? PANI ZBAWICIELKO, ALE TY W TYM ZBAWIANIU MIAŁAŚ FARTA. Nigdy nie przeboleję tej zagadki. To był banał. Do tego przerysowany do granic możliwości czarny charakter i wszystko takie bez wyrazu. Aż nie wierzyłam, że naprawdę Maas postanowiła tak wywyższyć tą kluchę. Ej, Aelin, a jak tam odbijanie JEDNEGO królestwa? No, pięć tomów i jeszcze nic? Sojuszników potrzebujesz? O ty nieudacznico! Taki kontrast między tymi seriami – w ACOTAR wyzwolenie całego Prythianu możne załatwić jedna Feyra, a w „Szklanym Tronie” wszyscy bohaterowie tkwią po pachy w bagnie już kilka ładnych części i nadal ciężko jest zapanować nad tym szajsem. Feyra gra na poziomie bardzo łatwym, a Aelin ma jakąś wersję „no spróbuj przetrwać”. Mało tego! Teraz ta moja „ulubiona” bohaterka ma dosłownie wszystkie moce, jakie tylko mogła Maas wymyślić. Naprawdę no genialne rozwiązanie, przecież Feyra musi być taka niesamowicie niesamowita i potężniejsza od wszystkich innych postaci. Też tak kiedyś robiłam, jak nie mogłam się zdecydować jaką moc ma mieć moja bohaterka, różnica jest taka, że miałam wtedy jakieś 13/14 lat.
Największy problem z czytaniem sprawia akcja, a raczej jej brak. Dosłownie, wiadomo, że tam w tle jest fabuła i dzieją się jakieś rzeczy, które w sumie byłyby czymś interesującym, ale na pierwszym planie przez większość czasu jest totalny bełkot. Jak miałam dość, to zaczynałam pomijać zdania albo i całe akapity, jeśli widziałam, że nic ciekawego tam nie ma, że nic nie wnoszą. Do tego jeszcze sceny erotyczne. To mi przeszkadzało nawet w „Imperium burz”, a co dopiero tutaj. Pomijałam całe rozdziały bo chodziło w nich jedynie o seks. Nie uważam, żeby Maas w ogóle potrafiła to robić, próbowałam jedną przeczytać i wzięło mnie zażenowanie. Po prostu przez większość czasu kulamy się przez wielkie nic, ta książka jest strasznie przegadana. Rozwiązania fabularne w wielu miejscach są potwornie głupie. Miałam wiele pomysłów na to, co autorka tam zrobi i przykro mi przyznać, że ta sama osoba, która rozwala mi mózg swoimi pomysłami, nie sprostała moim niezbyt wymagającym przewidywaniom. Najpierw miałam nadzieję, że czegoś nie poprowadzi w dany sposób, a jak przychodziło co do czego, to robiła to jeszcze gorzej! Nie chcę spoilerować, ale miałabym kilka lepiej przemyślanych rozwiązań, niż to, co otrzymałam. W pewnym momencie nagle większość postaci dostaje takiego amebizmu, że aż mi szczęka opadła. Dosłownie wszyscy, których podejrzewałam o posiadanie mózgu narobili tylu głupot i to z tak marnych powodów, że mogę jedynie załamywać ręce. Rozumiem, że to miała być intryga, ale zupełnie nie wyszło i wzięło się to znikąd. Nie byłoby to złym rozwiązaniem, gdyby wcześniej położyć pod to jakiekolwiek fundamenty i dobrze to wszystko uknuć. Ta autorka to potrafi, a w ACOMAF nagle wszystko wyskakuje z czarnej dziury fabularnej. W sumie problemem są też czasy. Nie wiem, czy Maas w ogóle o tym myślała, ale ciężko cokolwiek sobie wyobrazić, kiedy na każdym dworze panuje inna epoka, a na ziemiach ludzi to w ogóle jakaś abstrakcja. Mam wrażenie, że po prostu autorka tworzyła tak, jak jej się aktualnie podobało, ale to miesza w głowie.
Na koniec, bo powoli brakuje mi siły na to wszystko: kwestie problematyczne. Daleko mi do typowej social justice warrior (dla nieświadomych, to tacy ludzie, którzy twierdzą, że np. każdy biały jest rasistą), więc tym bardziej należało się postarać, żebym w recenzji o tym pisała. Cholera jasna, nie obchodzi mnie, jak powalony jest dwór Tamlina, bo to zdanie nie odnosiło się do jego dworzan. Po prostu jak przeczytałam tą kwestię, że nieposiadanie dzieci to bezczeszczenie kobiecego daru dawania życia zagotowało się we mnie. Iantha tam odniosła się do kapłanek, które są rozsiane po całych ziemiach fae, więc można powiedzieć, że to dość popularne przekonanie. Przepraszam, ale podejście, że kobieta koniecznie musi mieć dzieci denerwuje mnie prawie jak cała postać Feyry. Już w ogóle nie wspominam o tym, że z jednej strony ktoś tu próbuje w feminizm, a potem główna bohaterka zachowuje się jakby facet był jej panem i władcą. No tak to wychodzi, jak próbujesz równocześnie promować postępowość i tworzysz typowe romansidło, bo właśnie tak widzę tę serię.
Jakieś plusy tam były. Tarquin okazał się całkiem uroczy, taki miły dla oka szczegół. Poza tym jako tako doceniam pomysł z Kotłem i przedstawienie świata fae, chociaż nadal mi go mało i czuję, że czegoś tam brakuje. Nie wiem, Maas jakimś cudem zapomniała jak dobrze pisać postacie, ale świat nadal potrafi kreować. Nie ogarniam tej logiki. Krainy fae, ich mitologia i ogólny wygląd są naprawdę interesujące, w tym widzę największy potencjał. Ledwo daje się tego liznąć, bo oczywiście na tapecie musi być Feyra, ale kiedy już się dostaje ten skrawek świata, to nagle wyczuwam tą Maas, która napisała "Szklany Tron". Gdyby tylko to bardziej rozbudować, zrobić cokolwiek, żeby czytelnik mógł zobaczyć więcej świata, poznać jego strukturę, mity i wszelkie magiczne bestie, już czytałoby się lepiej. Z drugiej strony widzę, że autorka próbowała nawiązywać do swojej drugiej serii, w pewnych momentach po prostu cisnęło się na usta coś o bramach Wyrda, o tamtejszych bogach, innych wymiarach. Mam jednak nadzieję, że nie zwiastuje to jakiegoś crossoveru, bo... No nie róbmy tego Aelin! Dostałam tu papierek po cukierku, zamiast jego zawartości, lepsze to niż nic, ale to też potwornie działa na nerwy. No doceniam, chociaż nieścisłości, tak jak wyżej wspomniane problemy z pomieszaniem wszelkich epok, tutaj też psioczą.
Nie polecam. To znaczy wiem, że są ludzie, którym się to spodoba, ale jeśli szukasz dobrej przygody z fantastyką, a nie rozmemłanej kluch i romansu na tle magicznych stworków, to pomiń tą pozycję. „Szklany Tron” może ci się spodobać, ale nie to. W pełni zdaję sobie sprawę, że ta recenzja jest jednym wielkim marudzeniem, ale nie wiem, co innego mogłabym napisać o „Dworze mgieł i furii”. Autorka wielu kwestii nie przemyślała, za bardzo chciała coś zrobić i równocześnie przeciągać, lała wodę, a większość postaci po prostu zachowuje się i czuje tak, jak akurat jej pasuje. Przez sporą część lektury zwyczajnie wieje nudą i dostajemy feyrowy bełkot. Najgorsze jest jednak to, że mogło być dobrze. Gdyby wszystko przemyśleć, lepiej zrobić bohaterów, świat, linię fabularną i wywalić niepotrzebny bełkot, no i gdyby zamiast cisnąć na romans, pomyśleć najpierw o akcji, a reszta niech się rozwija na drugim planie. Nie, po prostu... Nie. Przykro mi, że muszę tak ocenić autorkę jednej z moich ulubionych serii.

Poziom zażenowania wyleciał w kosmos, na mnie chyba też pora
Lucy Zażenowana
17

sobota, 30 września 2017

Drama alert: Czytam Pierwszy

Drama, drama drama, drama, drama drama... Ktoś mnie wzywał?!


O czym tym razem? O nowym portalu dla czytelników, Czytam Pierwszy. Ruszył on na początku września i już wywołał sporo burz wśród recenzentów. Czemu? A no temu, że niektórzy sobie wymyślili, że to jakiś wyzysk blogerów, brak szacunku do ich pracy i tak dalej. Szczerze to czytelnikom i recenzentom do zarzucenia mam wiele, a ostatnio to środowisko coraz mocniej się pogrąża. (Nie wszyscy, oczywiście, są też osoby, które uwielbiam.) Na rany Latającego Potwora Spaghetti! Zapytam tak: czy ktoś nas zmusza do używania tego portalu? Czy wydawnictwa wypowiedziały ludziom współpracę bo powstało Czytam Pierwszy? No właśnie, że nie!
Słowem wstępu: witryna jest kierowana do początkujących blogerów (wielka neonowa strzałka wskazująca mnie, nawet nie zaczęłam raczkować). Dołączyć tam może każdy, kto posiada social media związane z książkami, wszystkie są wymienione na stronie internetowej ze szczegółową punktacją TUTAJ. Wystarczy pięć minut, żeby zorientować się na jakiej zasadzie przyznawane są punkty. Oczywiście zrozumiałym jest, że przy dłuższych wypowiedziach najważniejsza jest ocena tekstu. Trzeba być osłem, żeby dawać za każdą recenzję maksymalną pulę punktów, bo nastąpiłby wysyp postów „wstaw streszczenie, napisz, że bardzo ci się podobało”. Ciężko też określić stałą wartość „wynagrodzenia” za post na instagramie, więc w pełni rozumiem przyznawanie punktów ze względu na liczbę obserwujących nas użytkowników. Po uzbieraniu odpowiedniej puli możemy zamienić punkty na książki, elektroniczne: udostępniane przez stronę internetową lub papierowe. Jeden fizyczny egzemplarz kosztuje 100 pkt, wersje przedpremierowe są tańsze niż finalne. Czasami też są najróżniejsze promocje na dane tytuły. No i tak: wersja elektroniczna nie jest zbyt wygodna, ale to też kwestia przyzwyczajenia, ja w ogóle nie przepadam za czytaniem na laptopie czy tablecie. Za to na wersję papierową trzeba sobie zapracować. (Taaaak, znajomi się śmieją z moich skomplikowanych wyliczeń, jak mogę zdobyć więcej punktów.)
Zabawa się zaczęła, kiedy recenzenci doszli do wniosku, że to jakiś jawny wyzysk, że od recenzentów „wymaga się” (???), żeby wstawiali swoje teksty na więcej platform. Kurde, przeczytałam kilka żalipostów, że to takie okropne, że jakieś Instagramy, Lubimy Czytać, księgarnie internetowe... Tylko to nie są żadne wymagania. Widziałam już wcześniej nieco okrojone recenzje na instagramach (na przykład u Emilki z Weź nie czytaj, polecam tego allegrowicza), na innych stronach zawsze była opcja oceniania książek, są grupy książkowe, na które ludzie wstawiają swoje opinie. Nikt niczego nie wymaga, zanim portal ruszył jego założyciele pisali, że nawet nie trzeba mieć bloga. Wiąże się to z mniejszą ilością przyznanych punktów, ale czy to jest wymuszanie zakładania YouTube albo konta w Empiku? Nie sądzę. Ja czasami też gdzieś indziej napiszę o danej książce, na prośbę Magdy Pioruńskiej nawet odkopałam moje Lubimy Czytać, bo czemu nie? Nie zachowuję się też, jakby recenzowanie było dla mnie pracą. Nie, uważam, że to dość zgubne podejście. Dla mnie tacy blogerzy nie są zbyt wiarygodni. Nie czytam dla egzemplarzy recenzenckich i nigdy nie będę tego robić. Robię to i piszę swoje marne teksty dlatego, że to lubię. Nie robiłabym Zupy Zła, gdybym naprawdę nie miała chęci tego zrobić i jeśli ktoś mi powie, że wylewam swoje największe bóle dupska, bo szukam atencji – zaśmieję się prosto w twarz. Robię to ze świadomością, że możecie mnie zjeść żywcem, ale potrzebuję gdzieś wyrzucić swoje negatywne odczucia (aka ścisk czterech liter). Może dlatego nie postrzegam też Czytam Pierwszy jako ataku na recenzenckie środowisko – dla mnie to jest bardziej hobby niż praca. No i takie pitu pitu, a jednak oczy mi się błyszczą na myśl o współpracy, tylko też nigdy nie będę chciała pisać o książkach, które po prostu mnie nie interesują. Nie zamierzam się zmuszać do czytania. Stąd plus dla wymienionego wyżej portalu: sama wybieram książki!
Mogę powiedzieć, że już czytałam pierwsza (to znaczy mam przeczytać). W ramach promocji zamówiłam swój egzemplarz „Moja Lady Jane”, został mi jeden punkt i jestem teraz biedna. Na razie mogę powiedzieć, że kontakt z twórcami portalu był świetny, kiedy kod promocyjny nie chciał działać i poza tym wielkich turbulencji nie było. Paczka przyszła cała i zdrowa, nie jest to przedpremiera ani żaden projekt, więc nie muszę się śpieszyć z czytaniem. Teraz pozostaje mi jedynie ruszyć dupsko do czytania.
Co poza tym: nikt poza nami i administratorami nie widzi naszego konta. Jakaś aktywność jest jednak wymagana, jeśli będziemy się lenić dłużej niż 3 miesiące, zostaną nam odjęte punkty. Poza tym dzięki zgarnianiu kolejnych ISBNów (czyli punktów) otrzymujemy kolejne rangi, a z nimi przywileje (jakie, nie wiem, bo obecnie jestem na samym dole łańcucha pokarmowego). Jeśli umieścimy na naszej stronie baner portalu, też wpadnie nam kilka dodatkowych punktów. U mnie jest on w pasku bocznym i będzie na koniec tego tekstu, jeśli jesteście zainteresowani stroną, możecie wejść przez nie i wspomóc trochę studencką biedę. Co prawda nie posiadam „horej curki” i do niczego nie zmuszam, po prostu będzie mi miło, że to zrobiliście.
Na moje ta drama to po prostu burza w szklance wody. Odnoszę wrażenie, że ci „więksi” się oburzyli, bo oni musieli sobie zapracować na współpracę, a teraz początkujący mają trochę lżej. Zaraz potem krzyczą jakie to nie fair, że trzeba sobie zapracować na te punkty, więc tak z lekka błędne koło. Tak źle, tak niedobrze. Mi cała inicjatywa się podoba i trzymam kciuki za rozwój portalu. Jak nie, to nie, przecież nie ma przymusu zakładania tam konta. Każdemu jego porno, po cholerę się kłócić o coś takiego?

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Hora curka to specjalnie, bez spiny
Lucy
13

środa, 27 września 2017

...jak rysa na lodzie...: Bliźnięta z lodu, S.K. Tremayne

Tytuł: Bliźnięta z lodu
Tytuł oryginału: The Ice Twins
Autor: S.K. Tremayne (Tom Knox)
Tłumaczenie: Robert Kędzierski
Data premiery: 26 sierpnia 2015
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 336
Krótka ocena: Definitywnie jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w życiu. Magiczne opisy mrożą krew w żyłach. Bez koca i ciepłej herbatki się nie obejdzie!


W rodzinie Moorcroftów urodziły się bliźniaczki. Dziewczynki często udawały jedna drugą, były do siebie tak podobne, że nawet rodzice mieli problem z ich rozróżnieniem. Trzynaście miesięcy przez akcją powieści dochodzi do tragicznego wypadku, w którym ginie jedna z nich. Moorcroftowie przeprowadzają się na wysepkę, którą ojciec dziewczynek odziedziczył po zmarłej babci. W nowym miejscu mają nadzieję otrząsnąć się z żałoby. Tymczasem gdy żyjąca córka, Kirstie, twierdzi, że pomylili jej tożsamość – i że w rzeczywistości jest Lydią – koszmar powraca. Wyspa Torran okazuje się miejscem, w którym rodzinie przyjdzie zmierzyć się z tym, co skrywa ich przeszłość.

Przyznaję się bez bicia - książka zwróciła moją uwagę najpierw klimatyczną, intrygującą okładką. Później natknęłam się na jej opis (chociaż odbiegający minimalnie od fabuły, ale - dzięki Bogu! - wolny od jakiś szczególnych spojlerów), który zaciekawił mnie jeszcze bardziej. Kiedy więc tylko nadarzyła się okazja, by dorwać Bliźnięta z lodu i zagłębić się w lekturze, nie mogłam nie skorzystać!

Cała powieść przesiąknięta jest mroczną atmosferą, bólem żałoby i tragedią rodziny Moorcroftów. Styl autora mnie oczarował. Aura historii dotykała mnie dogłębnie, co chwila wywołując dreszcze. Nastrój powieści, oprócz ogólnego smutku, wionie chłodem wprost ze szkockiej wysepki. Torran została opisana z taką dokładnością, że możemy sobie wyobrazić każdy jej szczegół, a wczucie się w historię nie stanowi żadnego problemu. Jesienno-zimowy klimat, wyniosłe szczyty, chłodne wilgotne wiatry i ogólny trud życia na praktycznie odciętej od świata wyspie zupełnie mnie odurzyły. Thriller ten wciąga dogłębnie, ma się wrażenie bycia naocznym świadkiem wydarzeń.
I zapewniam Was - bez ciepłego koca i gorącej herbatki ciężko będzie wytrzymać. Historia naprawdę mrozi krew w żyłach! Warto tu też dodać, że autorowi udało się zaskoczyć mnie zakończeniem, co zdarza się coraz rzadziej. Rozwiązanie historii przyprawia o dreszcze, wierzcie mi.

„I to fatalne zamazanie tożsamości zamarzło, utrwaliło się,
jak rysa na lodzie.”

Bohaterowie wykreowani przez S. K. Tremayne'a zapadają głęboko w pamięć. Angus - ojciec i mąż, silny mężczyzna pogrążony w żałobie i nałogu alkoholowym. Sara - krucha żona, która wydaje się wręcz bać męża. Kirstie-Lydia - mała zagubiona dziewczynka, której zaciera się tożsamość. Oni wszyscy, a także cała śmietanka innych genialnie wykreowanych postaci stanowiących tło głównej historii sprawiają, że od Bliźniąt z lodu naprawdę ciężko się oderwać - chociaż przy czytaniu potwornie się marznie...

Bliźnięta z lodu to naprawdę intrygująca historia z zaskakującym, przyprawiającym o dreszcze zakończeniem. Pełna chłodu początków zimy, zapierających dech w piersiach - ale jednocześnie przytłaczających - krajobrazów szkockich wysp, opowiadająca mrożącą krew w żyłach historię powieść wydaje się idealna na jesienne wieczory z herbatą i ciepłym kocykiem. Ekstremalne wrażenia, mnogość domysłów i ogólne rozstrojenie emocjonalne - zapewnione! Polecam serdecznie, bo to kawał dobrej pisarskiej roboty.


Za możliwość zapoznania się z tą powieścią
chciałabym serdecznie podziękować księgarni internetowej Matras 
~*~
Ktoś z Was już może czytał? Jak wrażenia?
A może macie zamiar dorwać tę niezwykłą historię już wkrótce...?
Mogę Wam ją serdecznie polecić, mnie naprawdę zachwyciła!

0

poniedziałek, 25 września 2017

Najgorsza relacja ze Zlotu Nocnych Łowców™


Jedyne, na którym dobrze wyglądam (dzięki naszemu helperowi).
W sumie minął już miesiąc. Jestem najgorszą autorką blożka w historii, są za to jakieś medale? Poza tym jak chcecie poczytać coś sensownego to może po prostu to sobie odpuścicie? Zawiedziecie się. Welp... Karuzela śmiechu rusza.
Ogólnie to był bardzo dziwny trip, wiele pokręciłam, wiele samo się rypło, a w ostateczności było zabawnie, a ja jak zwykle wyszłam na kosmitę. Nic nowego, ale było cudownie i to jeden z lepszych eventów na jakich byłam.
W końcu! Od kilku lat podpatrywałam to wydarzenie i zawsze żałowałam, że nie dałam rady kupić biletu albo nie kupiłam, bo nie miałam jak dojechać. Aż do tego roku. Trochę było kombinatorstwa, ale udało się, dotarłam do Poznania na Zlot Nocnych Łowców. Zaliczyłam trochę przypałów, mandat, jechałam w wagonie, który chyba pamięta samego Stalina... Bo nie mogło być normalnie! Warto było.
Widzicie, w tym fandomie część osób ogarniam i kojarzę, sama jestem zaskoczona, że ludzie mnie kojarzą (serio, idę gdziekolwiek, a tam „aaa to ty wrzuciłaś to opko z chorym Alekiem”), ale z główną organizatorką zlotu nigdy nie było mi po drodze. To znaczy wiedziałam, że taka osoba istnieje, ale nie kojarzyłam z nią nic poza tym wydarzeniem, bo nie jestem zainteresowana książkową stroną YouTube (o czym będzie jakiś oddzielny post). Jednak wiem, że jest bardzo kochana. A w ogóle Nocni Łowcy to taki dziwnie rozstrzelony fandom, że część tych ludzi bym podusiła, do innej się nie przyznawała, a resztę kocham. Pisiont twarzy Szedołhanters. Oczywiście poza Embers było tam naprawdę wiele wspaniałych osób i nadal jestem w ostrym szoku po zobaczeniu kilku chłopaków. Tak samo byłam zaskoczona po dotarciu do Poznania, że w dosłownie kilka minut wpadłam na tylu przypadkowych uczestników Zlotu. No halo, ja rozumiem, że podczas Pyrkonu okolice MTP przejmują konwentowicze, ale nie spodziewałam się czegoś podobnego na spotkaniu jednego fandomu. (Chyba pora przemyśleć wyjazd na paradę równości...) Także ani chwili nie byłam samotna (spróbowałabym tylko tak twierdzić, a to byłby mój ostatni post), poznałam kilka kochanych osób i mam nadzieję, że mnie nikt nie wspomina ze zgrozą. W Poznaniu na pewno był ten kochany odłam fandomu, a reszcie na pohybel, traficie do Zupy Zła!
Jeśli mam być szczera to wszystko tam było niesamowicie dobre, ale najlepsze może być tylko jedno: „mój” team! Wyobraźcie sobie, że na kilka dni przed Zlotem większość osób nam uciekła, bo jakieś sprawy rodzinne, bo choroby, bo, bo, bo. Nikogo nie winię, ale kiedy macie 8 osób do obstawienia scenki, trzeba zmodyfikować scenariusz, przerobić swoje plany na strój i na koniec okazuje się, że brakuje rekwizytów, jest dość gorąco. Inni by spanikowali, a my przez większość czasu mieliśmy niezły ubaw. Było osiem osób, miecz zwinięty z jakieś izby pamięci bitwy pod Grunwaldem, tarcza ze zlotowej torby i najlepsze demony świata: jeden w różowym szlafroku, drugi w czapce z księżniczkami, w dodatku oba zeszkalowały Clary. (Podpowiedź, mój różowy szlafrok jest bardzo ciepły i raczej nikogo nie dziwi, że mam wypaczony pogląd na mieszkańców Piekła.) Specjalne pozdrowienia dla mojego złotego pomocnika – bez Ciebie ten Zlot nie byłby tak śmieszkowy i pełen szkalunku na Clary i ACOTAR. Do tego nasz genialny helper, biedny pewnie musiał mieć anielską cierpliwość, żeby nas ogarnąć, a w dodatku na czas scenki podarował mi demoniczne rogi. Ogólnie rzecz ujmując jak dla mnie to ten Zlot wygrał Team Ravener, a czwarte miejsce jak na osiem osób w starciu z drużynami po dwa razy większymi to już zwycięstwo.
Co poza tym? Na pewno genialne konkursy i tutaj... Tutaj przeprosiny dla mojego Magnusa za to, co odwaliłam. Jestem dziwnym stworem i wyobraźcie sobie, wychodzimy we dwie, żeby razem odpowiadać, no i liczył się czas. Co stało się ze zestresowaną Lusi? Zaczęła strzelać jak z karabinu maszynowego odpowiedziami (jedyny raz kiedy byłam przygotowana do odpytania). Ja naprawdę nie chciałam czegoś takiego odwalić i masz tu pisemnie, że jeszcze to wynagrodzę tylko sama określisz jak (tylko bez wysyłania Jace'a na Antarktydę, pingwiny mogą mu przypominać kaczki). A już zupełnie ześwirowałam na stoiskach z fandomowym szajsem, głównie u EpikPage – te dziewczyny robią za dużo pięknych rzeczy i pewnie z moich pieniędzy wydanych u nich uzbierałoby się dobrych kilka stówek. Teraz czekam na premierę ich świeczek, bo koniecznie chcę dużą! A i wiankiem nie pogardziłam, złapałam zakładki z „Twierdzy Kimerydu” za darmo, zostałam Plisieckim w wianku Victora. Jak mnie ciotka wieczorem zobaczyła to poddała się z zadawaniem pytań. Rozrywka dla mnie, rozrywka dla portfela, wszyscy się bawimy. A jeśli kiedykolwiek powstanie kolejny Zlot to błagam, Embers, koniecznie atrakcja z łapaniem książkowych przystojniaków! Jeszcze Ci Jonathan ucieknie z piwnicy i co wtedy? U mnie Magnus i Alec się dobrze trzymają, ale kto wie... A łowieckie umiejętności trzeba ćwiczyć, nie?
W ogóle w jednym wielkim skrócie: było G E N I A L N I E! Przywróciliście moją wiarę w fandom (ale nie chowam dzid na tych złych fanów), w końcu mogłam legalnie poświrować tak, jak tygryski lubią najbardziej. Wydałam tyle pieniędzy, że spokojnie dorównałabym jednemu dniu na Pyrkonie, wydurniłam się co najmniej dwa razy i mam nadzieję, że nie znajdzie się to na nagraniach bo to przebija nawet Razjela gubiącego swoją magiczną księgę w „Siewcy Wiatru” – nie ufajcie tym pierzastym, udają takich super ważnych, a jak zawalą sprawę to nagle komediodramat i koalicje z Lucyferem. Szkoda, że to miał być ostatni zlot, bo pojechałabym jeszcze kilka razy. Zawsze mogę liczyć na jakieś niesprecyzowane spotkania na większych konwentach, chociaż to nie to samo. Nawet te 90 złotych monet na mandat mnie zbytnio nie telepie po tym wydarzeniu. Prawie niczego nie żałuję, bo jak mi się pierdolec udzielił przy tym konkursie to sama sobą byłam zażenowana. Matka przecież ostrzegała, żeby nie dawać pierdolcowi dojść do głosu... Daję 12/10, dorzucam odstraszacz kaczek, skrzynkę mango i dożywotni zapas brokatu.

Ps. Zdjęcie ukradłam z wydarzenia, bo sama żadnych nie zrobiłam, byłam zajęta świrowaniem.
Ps.2 Jeśli czyta to jakiś uczestnik Zlotu to ja krzyczałam, że znam spoilery do „Lord of Shadows”. Nic nie powiem, nie będziecie gotowi na cierpienie. HA! (No kurde, zaraz premiera, Lusi.)

Ja sama na YT nie siedzę, ale macie tu linki do ludzi bardziej ogarniętych niż ja.
Papierowa Embers
NIEwymuszony

Z zażenowania własną osobą rozpocznę nowe życie jako kaktus
Lucy
0

sobota, 9 września 2017

Słodka Piątka: ulubione lektury

Kolejny rok szkolny rozpoczęty. Co prawda nadal mam wakacje, ale widząc uczniów w galowych strojach idących na uroczysty apel, naszła mnie szkolna tęsknota. Początek września to piękny czas, idealny na wspominki... na przykład ulubionych lektur szkolnych!


Nominowanych w tej kategorii ku mojemu zdziwieniu jest całkiem sporo, bo aż blisko 20! Po długich rozmowach z wieloma osóbkami (dziękuję każdej kochanej duszyczce, która poświęciła kilka swoich cennych chwil na powrót myślami do lekcji języka polskiego!), wyłoniłam moją Słodką Piątkę zwycięzców, najlepszych z najlepszych, moich ulubionych lektur szkolnych, które uwielbiam, kocham, szanuję, które są w moim serduszku i pewnie pozostaną w nim na wieki.

Ale zanim zwycięzcy, uznanie należy się też pozostałym nominowanym, bo jednak trochę się ich nazbierało i naprawdę niewiele brakowało, a to one znalazłyby się w mojej najlepszej piątce. Postaram się krótko i zwięźle, żeby nie przeciągać...

W podstawówce czytałam namiętnie, nieważne czy mowa o lekturach, czy książkach czytanych dla przyjemności. Ja po prostu połykałam kolejne pozycje, czerpałam przyjemność praktycznie z każdej. Nic więc dziwnego, że w zestawieniu nominowanych muszę wymienić całkiem sporo podstawówkowych lektur! W czołówce zdecydowanie ładnie plasuje się cudowna "Karolcia" Marii Krüger wraz z jej magicznym koralikiem, uwielbiane przez wszystkich "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren, "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery, "Sposób na Alcybiadesa" Edmunda Niziurskiego oraz "Ten Obcy" Ireny Jurgielewiczowej. Z każdą z tych pozycji wiążą się ciepłe wspomnienia nie tylko dotyczące samej historii, ale także ich omawiania. Jeśli jednak mam wskazać ulubioną lekturę z czasów podstawówki (która jakimś cudem nie zmieściła się w pierwszej piątce!), zdecydowanie bezkonkurencyjna zostaje "Akademia Pana Kleksa" Jana Brzechwy wraz z ekranizacją, którą potrafię męczyć po dziś dzień...

Jeśli chodzi o lektury gimnazjalne, pośród nominowanych bez nagród znajdują się "Kamienie na Szaniec Aleksandra Kamińskiego, "Oskar i Pani Róża" Érica-Emmanuela Schmitta, "Zemsta" Aleksandra Fredry oraz "Balladyna" Juliusza Słowackiego. Co zabawne, ogólnie nie przepadam za czytaniem dramatów - a tu proszę, dwie pozycje z tego rodzaju literackiego! Teatr jednak kocham całym serduszkiem, a przy omawianiu niektórych scen, odgrywaliśmy je, wspominam więc te lektury z uśmiechem. 

W liceum z kolei niezbyt lubiłam się z lekturami, przyznaję się bez bicia. Mało którą przeczytałam do końca, wielu nawet nie zaczęłam. Maturę zdałam ładnie, ale nie bierzcie ze mnie przykładu! Z lektur licealnych bez nagrody, ale w gronie nominacji znalazły się takie pozycje jak "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego, "Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Krall, "Mendel Gdański" Marii Konopnickiej, a także "Ferdydurke" Witolda Gombrowicza. I to właśnie z tą ostatnią spotkałam się na maturze ustnej - i było to naprawdę miłe spotkanie, a pupy, gęby i łydki pozostaną w mojej pamięci chyba na zawsze.

No dobra, mamy za sobą już moją tyradę o nominacjach, mam nadzieję, że ktoś do tego momentu dotrwał i nie zanudziłam... Nadszedł czas na Słodką Piątkę spośród szkolnych lektur! A oto i ona...

Na miejscu piątym "Folwark zwierzęcy" George'a Orwella!
Jedna z tych gimnazjalnych lektur, o których po prostu nie da się zapomnieć. Czytałam ją z zafascynowaniem, ale i przerażeniem. Mój zdecydowany must have w przyszłości, muszę dorwać gdzieś na antykwariatach, bo uważam, że jest to pozycja, która powinna znaleźć się na półce każdego. Brutalnie prawdziwa, perfekcja.
...no i muszę w końcu dokończyć "Rok 1984", bo wstyd.

Czwarte miejsce należy do "Mistrza i Małgorzaty" Michaiła Bułhakowa!
Powieść, która mnie totalnie oczarowała i zafascynowała, jednak nie zdążyłam jej skończyć. Przyznaję się bez bicia. Nie mogłabym jej jednak pominąć w tym zestawieniu, bo była genialna. Jedna z niewielu licealnych lektur, która wywarła na mnie tak gigantyczne wrażenie. Będę do niej wracać z pewnością nie raz...

Trzecie miejsce zajmują "Sklepy cynamonowe" Bruno Schulza!
Moja prawdziwa miłość. Proza poetycka, niesamowicie przedstawiony świat. Schulz mnie oczarował. Akurat tak wyszło, że pisałam pracę konkursową częściowo na jego podstawie i nie żałuję żadnej godziny spędzonej nad tą książką. Czysta magia.

Srebro dzierży "Dżuma" Alberta Camusa!
Byłam zachwycona tą lekturą. Czytałam ją, z przyjemnością odkrywając podwójne znaczenia. Ogólnie nie lubię bawić się w interpretacje, w wypadku jednak "Dżumy" było to czystą przyjemnością. Lekcje z omawiania jej również wspominam bardzo miło, a samą powieść muszę koniecznie dorwać w jakimś antykwariacie, bo uważam, że warto byłoby ją sobie odświeżyć.

Bezsprzecznym zwycięzcą jednak pozostaje "Opowieść wigilijna" Charlesa Dickensa!
Czyli książka, do której wracam mimowolnie w okresie świąt, ale i nie tylko. Kocham ten klimat, kocham przekaz, kocham sam styl i fabułę, kocham duchy świąt, kocham Scrooge'a. Polecam wszystkim, bo jest to świetna pozycja, jedna z tych, po które powinien sięgnąć każdy bez najmniejszego wyjątku.

A jakie są Wasze ulubione lektury?

Pozdrawiam wciąż wakacyjnie ^^
Cupcake.
5